“Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą” to wstrząsający obraz współczesnego Meksyku i poruszająca opowieść o przestępczym przemyśle oraz jego ofiarach, które zdają się nikogo nie obchodzić.


Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodząIdą tysiącami. Uciekają przed gangami, przemocą i biedą. Z Salwadoru, Hondurasu, Gwatemali do wymarzonych Stanów Zjednoczonych. Każdego dnia nielegalni imigranci z Ameryki Środkowej wędrują przez Meksyk. Od tropikalnych lasów na południu po jałowe pustynie na północy. Pieszo, busami, na dachu pociągu. I każdego dnia dziesiątki, setki z nich padają ofiarą napadów, porwań, gwałtów i morderstw.

Autor wędruje z imigrantami przez cały Meksyk i soczystym, mocnym językiem opisuje ich codzienność, stając się świadkiem dramatycznego przełomu. Małe bandy napastników i spontaniczne okrucieństwo zwykłych ludzi ustępują miejsca precyzyjnej działalności prawdziwych zawodowców: na scenę wkraczają kartele narkotykowe.

Wstrząsający obraz współczesnego Meksyku i poruszająca opowieść o przestępczym przemyśle oraz jego ofiarach, które zdają się nikogo nie obchodzić.

***

Martínez zasługuje na wielkie uznanie nie tylko za trud i za to, o czym pisze, ale też dlatego, że pisze znakomicie.
„The New Yorker”

Óscar Martínez – wybitny salwadorski dziennikarz i reporter. Specjalizuje się problematyce przemocy, karteli narkotykowych, przestępczości zorganizowanej w Ameryce Łacińskiej. Laureat wielu nagród, m.in. National Journalism Prize w Meksyku oraz Nagrodę Praw Człowieka Uniwersytetu Środkowoamerykańskiego w Salwadorze.

Óscar Martínez
Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą
Przekład: Tomasz Pindel
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 20 marca 2019
 
 

Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą


Przedmowa do wydania polskiego

Dzieje się to tysiące kilometrów stąd. Na innym kontynencie. I dotyczy osób pochodzących z krajów, o których nieczęsto masz okazję usłyszeć.
Setki tysięcy osób wyruszają każdego roku z małych państw Ameryki Środkowej w poszukiwaniu lepszego życia. Wiele z nich chce po prostu żyć, nic więcej. Nie emigrują, tylko uciekają z najniebezpieczniejszych miejsc na naszej planecie: z Hondurasu, Salwadoru, Gwatemali. Jedni liczą, że będzie im lepiej, inni po prostu szukają ratunku. I większość z nich, już od dekad, wierzy, że najlepszym do życia miejscem są Stany Zjednoczone Ameryki. A po drodze leży Meksyk. Ta książka opowiada o tym, co się dzieje z tymi ludźmi właśnie w Meksyku, podczas podróży, podczas tej próby.
Kiedy pracowałem nad tą książką, pewien amerykański ksiądz, znany jako Jon Pops, zadał mi pytanie, które pomaga mi w zwięzły sposób wyjaśnić, po co ją napisałem. Jon był altruistą, który porzucił wygodne życie na parafii i podjął pracę w przytułku na południu Meksyku, przez który każdego dnia przewijały się dziesiątki migrantów wędrujących na Północ. Każdego tygodnia Jon patrzył na przybywające do schroniska kobiety zgwałcone w lesie, na mężczyzn poranionych przez napastników, na zrozpaczonych emigrantów, których towarzysze zostali po drodze uprowadzeni. Pewnego wieczoru, kiedy do budynku zbliżała się nowa grupa , Jon zapytał mnie: „Skoro są gotowi przechodzić przez to wszystko, to jak wygląda to, przed czym uciekają?”.
Pytanie księdza trafia w punkt. Meksyk przeżywał właśnie nowy boom przestępczości zorganizowanej. Znane na całym świecie organizacje, takie jak Kartel z Sinaloa, kontrolowały – nadal kontrolują – znaczną część terytoriów, przez które wędrowali migranci. Niezależne i przerażające struktury przestępcze, takie jak Los Zetas, postrzegały – i nadal postrzegają – migrantów jako nowy sposób na zarabianie pieniędzy: handel kobietami, które trafiają do przygranicznych burdeli, gdzie są każdej nocy gwałcone, ludzie zmuszani do niewolniczej pracy, masowe uprowadzenia migrantów, za których żąda się trzystu, pięciuset dolarów okupu, oraz haracz za zgodę na wejście na pociąg, przejazd przez daną miejscowość, przekroczenie granicy z USA.
Ci niewidzialni ludzie z Ameryki Środkowej przechodzą przez Meksyk, trzymając się z dala od stanowych stolic, wędrują przez zorganizowanej małe miejscowości, w których policja często należy do struktur przestępczości.
I mimo to każdego roku ponad dwieście tysięcy osób podejmuje taką próbę, współtworząc jedno z najbardziej masowych zjawisk migracyjnych świata. Wyruszają, nie mając prawie niczego. Przechodzą przez martwe strefy na granicy z Meksykiem i podróżują pieszo, jako pasażerowie na gapę na pociągu towarowym – czyli Bestii – na łódkach albo ukrywając się w ładowniach ciężarówek. I tak przez pięć tysięcy kilometrów aż do granicy ze Stanami. Wielu podczas tej przeprawy poniosło śmierć. Wielu zostało okaleczonych na torach. Wielu zaginęło. A mimo to codziennie – także dziś – setki osób z Ameryki Środkowej wyruszają w tę podróż.
Pozostaje pytanie: przed czym uciekają? Uchodzą z trzech krajów o najwyższym wskaźniku zabójstw na świecie. Żeby zobrazować to liczbami: w Salwadorze najspokojniejszym rokiem w tym stuleciu był 2002, kiedy to na 100 tysięcy mieszkańców zamordowano 36,2. Najbrutalniejszym był rok 2015: wskaźnik wyniósł 103,6. Według norm ONZ wynik wyższy niż 10 oznacza stan epidemii. W tamtych krajach trwa epidemia śmierci. Dla porównania w USA wskaźnik ten wynosi 5. W ogarniętym handlem narkotykami i znajdującym się we władzy ludzi pokroju Chapo Guzmána Meksyku oscyluje około 18. W Polsce wynosi mniej więcej 1. W północnej części Ameryki Środkowej śmierć to część codzienności, a około połowy populacji żyje poniżej progu ubóstwa: bez wody, prądu, wystarczającej ilości jedzenia czy lekarstw.
Ucieczka jest wpisana w DNA tamtych społeczeństw. Mniej więcej czwarta część populacji Ameryki Środkowej mieszka poza miejscem urodzenia.
To jest książka o tym, co muszą znosić ci, którzy podejmują próbę, ci, którzy chcą żyć.
Przez trzy lata poruszałem się po Meksyku ścieżkami migrantów. Przez trzy lata zajmowałem się tylko i wyłącznie tym. Podążałem szlakiem barbarzyństwa, którego padają ofiarą: burdele na południu kraju pełne dziewczynek z Ameryki Środkowej, podróże na Bestii, porywacze z Los Zetas, haracze za przekroczenie północnej granicy, skorumpowane władze, amerykański mur, gwałty w lasach, zabójstwa. Ta książka to podróż przez te wszystkie nieszczęścia, składające się na wielki humanitarny kryzys. To dziennikarstwo, które stara się pokazywać, a nie tłumaczyć, przedstawiać ludzi, a nie źródła, oraz wydarzenia, a nie raporty.
Możesz się teraz zatrzymać i nie mieć bladego pojęcia o tym, do czego dochodzi tak daleko stąd. Albo możesz czytać dalej i się dowiedzieć. A wiedza, jak wszyscy zdajemy sobie sprawę, to akt polityczny, który zmusza nas do podjęcia kolejnej decyzji: czy zrobić coś, czy nie, nieważne, czy jesteśmy daleko, czy blisko. Ja, z drugiej strony Atlantyku, zachęcam was, byście czytali dalej.
Óscar Martínez
14 stycznia 2019

Wstęp

W tych koszmarnych czasach, które nastały w Meksyku, lepiej zachować czujność, lepiej być ostrożnym. Jestem przekonany, że to, co się obecnie dzieje, to, co dziś doprowadza nas do rozpaczy, zaczęło się na torach kolejowych. Mam głębokie przeświadczenie, że ta bezczelna zbrodnia na czterdziestu trzech studentach z Ayotzinapy była metodą wcześniej przez lata wypróbowywaną w małych miasteczkach, wioskach i osadach o pozbawionych znaczenia nazwach, takich jak Las Chepas, El Sásabe, El Barí, El 20, Macuspana, Tenosique, Huixtla, Tierra Blanca, Medias Aguas…
Meksyk gnije już od wielu lat. Rozkład zaczął się w najmniej widocznych kątach, na najbardziej zakurzonych drogach, tam, gdzie państwo uznało, że nie musi się zapuszczać, i pozwoliło innym zająć swoje miejsce. Tyle że tak samo jak w przypadku kawałka mięsa, zgnilizna zaczyna się na krawędzi, ale w końcu dociera do środka.
To na trasach nielegalnych migrantów przedzierających się przez Meksyk wyznaczono standardy sadyzmu i bezkarnego zadawania śmierci. To na tych szlakach różnica między policją i mafią rozpuściła się jak cukier w szklance wody.
W Coatzacoalcos, w stanie Veracruz, policjanci odwieźli imigranta do obozu kartelu Los Zetas, w którym przetrzymywano uprowadzonych i z którego człowiek ten wcześniej zdołał zbiec. W Ixtepec, stan Oaxaca, funkcjonariusze policji miejskiej i nieistniejącej już policji sądowej organizowali i przeprowadzali porwania i napady na migrantów co najmniej do roku 2007. W Ciudad Hidalgo, w stanie Chiapas, nad rzeką Suchiate, zbrojne – i to bardzo – ataki przeprowadzane były bardzo często przez wojskowych nadzorujących granicę. Tam też, w Ciudad Hidalgo, a także w Tapachuli, miejska policja uprzedzała o planowanych akcjach osoby prowadzące w dzielnicy półświatka zwanej Las Huacas domy publiczne, w których zmuszano do prostytucji dziesiątki imigrantek z Ameryki Środkowej, wiele z nich było niepełnoletnich. W Nuevo Laredo, stan Tamaulipas, wyłapujący nielegalnie wędrujących ludzi i przekazujących ich pracującym dla Los Zetas coyotes gawędzili sobie przyjacielsko z policjantami na oczach tych właśnie osób. W Altar, stan Sonora, miejska policja kazała zbierającym imigrantów na placu przed kościołem płacić sobie dolę; ci sami policjanci nie kiwnęli nawet palcem, kiedy swoimi pikapami przyjeżdżali „zamaskowani” i inkasowali kolejny haracz: po pięćset pesos od każdego, kto zamierza jechać do El Sásabe, żeby tam ruszyć w drogę przez pustynię ku majakom, zwanym amerykańskim snem. W Tenosique, stan Tabasco; w Huixtli, stan Chiapas; w Sonoície, stan Sonora; w Puerto Palomas, stan Chihuahua; w Arriadze, stan Chiapas; w Tierra Blanca, stan Veracruz – wszędzie tam wyglądało to podobnie: lokalne władze i grupy przestępcze współpracowały jak części szwajcarskiego zegarka, jak maszynka do mięsa działająca tylko wtedy, kiedy wszyscy zgodnie kręcą korbką – burmistrzowie, gubernatorzy, policjanci, agenci Krajowego Instytutu Migracji, sicarios, coyotes1, ministrowie, prezydenci.
Trzeba zaznaczyć, że zawsze zdarzają się wyjątki, drobne elementy, które czasem zatrzymują tę miażdżącą machinę. Udało mi się kilka takich znaleźć. Tym drobinom poświęcam niniejszy akapit, równie niewielki jak oni wszyscy w zestawieniu z całą tą maszynerią.
Środkowoamerykańskie rządy nie mają litości dla tych, którzy uciekają z ich krajów, przyzwalają na gwałty i zabijanie. Milczały albo odzywały się tak cicho, że trudno było cokolwiek usłyszeć. Z ust żadnego prezydenta nie padły deklaracje ani protesty w związku z kryzysem humanitarnym, jakim stała się w Meksyku kwestia imigrantów, głos zabierali co najwyżej niżsi urzędnicy, których stanowiska ciężko sobie przypomnieć. Położyli na szalach zyski i barbarzyństwo. I zyski przeważyły. Ameryka Środkowa przeżywa niekończącą się epidemię, śmiertelną zarazę, plagę zabójstw. W Salwadorze i Hondurasie w 2014 roku na sto tysięcy mieszkańców przypada statystycznie sześćdziesiąt zabójstw – w naszym koszmarnym Meksyku liczba ta wynosi nieco ponad dwadzieścia. Słowem, jakiego używają ci, którzy podróżują teraz przez Amerykę Środkową na dachach wagonów, jest nie „migracja”, tylko „ucieczka”. I to się nie skończy. Pozostaniemy regionem, który tak jak w 2014 roku będzie rzygał swoimi dziećmi, dziesiątkami tysięcy. Dziećmi uciekającymi z dzielnic i rejonów, w których nie ma dla tych dzieci miejsca… Ani dla dorosłych. Tak naprawdę nikt nie powinien żyć tak, jak żyły te dzieci.
Meksykański rząd przez wiele lat nie interesował się tym, co się działo w osadach, wioskach i miastach, na trasach kolejowych. Pierwszy raport na temat uprowadzeń migrantów przedstawiono pod koniec 2009 roku, kiedy zjawisko to stało się powszechnie znanym symptomem kryzysu. Mam wrażenie, że sami Meksykanie także nie są świadomi tej rzezi. Pamiętam wielotysięczny tłum na centralnym placu miasta Meksyk maszerujący w proteście po porwaniu syna pewnego przedsiębiorcy, około 2008 roku. Wróciłem właśnie z Coatzacoalcos, gdzie jednego dnia rozmawiałem z ponad dziesięcioma osobami uprowadzonymi przez Los Zetas i wypuszczonymi wiele godzin albo dni później, po zapłaceniu okupu. Nie przypominam sobie żadnego marszu protestacyjnego w związku z tymi porwaniami ani tysiącami podobnych. Pewnie to normalne, to się wydaje jakimś odległym problemem, dotyczącym Meksyku bardzo dalekiego od naszych domów, domów ludzi czytających gazety, siedzących godzinami na portalach społecznościowych, wychodzących na drinka w piątkowy wieczór i odwiedzających kina w niedzielne popołudnie. Tamto działo się w miejscach, które zdawały się nie mieć z nami nic wspólnego. Działo się w Jacumé, w La Rumorosie, w Macuspanie, w Matías Romero. To tak daleko od nas, jak ci Afrykanie umierający na ebolę.
Jednak zbliżyło się to do nas trochę po masakrze w San Fernando, stan Tamaulipas, w sierpniu 2010 roku. Tragedia tamtych cudzoziemców przedostała się do meksykańskich domów, bo potężne media wtedy jednak uznały, że mamy jakiś kryzys humanitarny. Konieczne były siedemdziesiąt dwa ciała leżące pokotem w betonowym hangarze, żeby na kilka tygodni kryzys zaczęto postrzegać jako taki.
Migranci, których zorganizowane grupy przestępcze masakrowały od kilku dekad – a ze szczególną siłą od roku 2007, kiedy Los Zetas uniezależnili się od Kartelu Zatokowego (Cártel del Golfo) – po raz pierwszy stali się palącym problemem. W 2011 z masowych grobów pod San Fernando wydobyto kolejne sto dziewięćdziesiąt trzy ciała. Dziesiątki z nich należały do uchodźców z Ameryki Środkowej. By zacząć o nich mówić, potrzebna była tylko chęć, a ta przyszła wraz z pierwszą masakrą. Zgodnie ze standardami tego bezlitosnego Meksyku, który krzepnie szczególnie wyraźnie wraz z prezydenturą Felipe Calderóna, śmierć oburza tylko wtedy, kiedy ma bardzo masowy charakter albo zadana została ze szczególną oryginalnością. Migranci spełnili te kryteria, leżąc w zbiorowych mogiłach, owinięci w biały plastik, opakowanie śmierci, i tak wywalczyli sobie prawo do pierwszych stron, awansowali do rangi pierwszej wiadomości dziennika telewizyjnego, stali się tematem politycznym. Przynajmniej na jakiś czas.
Społeczeństwo obywatelskie, na czele z odważnymi ludźmi, takimi jak Solalinde, Pantoja, Gutiérrez, González, wykorzystało tę chwilę w świetle reflektorów i podjęło ignorowany dotąd temat. To oni oddali zabitym cześć i uratowali niektórych żywych. Wprowadzono pewne prawa, interweniowano w niektórych miejscach, gdzie barbarzyństwo osiągało już niewyobrażalny pułap, z większą uwagą zaczęto obserwować Los Zetas, grupę najintensywniej zajmującą się nielegalnymi imigrantami. I w ramach tego procesu, jak zawsze w przypadku działań podejmowanych przez polityków, którzy raczej nie sięgają poza własne biurka i próg klimatyzowanych gabinetów, popełniono wiele głupstw, na przykład próbując zakazać podróżowania na dachach pociągów i egzekwować to za pomocą wojska i policji.
Na południu Meksyku wciąż gwałci się kobiety z Gwatemali, Hondurasu, Salwadoru i Nikaragui. W centrum kraju wciąż zabija się obrońców imigrantów. Na atlantyckim wybrzeżu wciąż znaleźć można budynki wypełnione uprowadzonymi mężczyznami, kobietami i dziećmi. Na północy Meksyku nawet dotarcie do miejsc, z których można rozpocząć przeprawę, ma swoją cenę, a należną kwotę wypłaca się mafii rządzącej danym kawałkiem granicy. Mimo to te wszystkie ofiary z lat 2007–2010 wyznaczyły pewien punkt zwrotny. Teraz już żaden urzędnik nie może powiedzieć, jeśli nie chce zapaść się pod ziemię ze wstydu, że ludzie ci nie są zabijani, gwałceni, porywani, że nie handluje się nimi i nie wymusza na nich haraczy. Teraz nikt już nie może zapomnieć, że wszystko to dzieje się – tak jak to wykazano niedawno na przykładzie masakry w Tamaulipas – przy współudziale policji i władz miejskich.
Tak kropla drąży skałę, tak migranci przenikają do publicznego dyskursu w Meksyku. Wciskają się przez szczelinę. Moim zdaniem to pierwszy krok, żeby sprawy wreszcie uległy trwalszej zmianie. Wierzę, że wiedzieć i nie wiedzieć to istotna różnica, a teraz już wiemy. Ten proces jest powolny, irytująco powolny, no ale w coś trzeba wierzyć.
W 2014 roku Meksyk musiał się zmierzyć z kolejnym wydarzeniem, które zapisze się w zbiorowej pamięci jako dowód na przestępczą bezczelność tego kraju o zbyt szerokiej tolerancji dla takich zjawisk. Czterdzieścioro troje studentów zostało uprowadzonych przez policjantów i przestępców w Iguali, stan Guerrero. Meksykański rząd próbował mydlić oczy, poinformować o ofiarach i na tym zamknąć sprawę, kłamać – ale nie udało mu się. Zbyt wiele par oczu obserwowało rządzących. Zbyt wiele osób, przerażonych, oburzonych, patrzyło, jak coś, co wydawało się kiedyś dalekie i dotyczące innych, zaczyna dziać się tu, blisko, bardzo blisko, i dotyka czterdzieści trzy młode osoby.
Uważam, że ta potężna fala protestów przetaczająca się przez Meksyk to w znacznej mierze szlachetne oburzenie, szczere współczucie. Myślę też, że te demonstracje oznaczają nowy sposób myślenia obywateli: to się nie dzieje gdzieś, to się coraz bardziej dzieje tu. To nie dotyczy innych, tylko coraz bardziej nas samych. Bezczelność i barbarzyństwo to nienasycone bestie. Kiedy zaczynają pożerać ludzi, będą to robić, póki ktoś ich nie zgładzi.
Ta książka opowiada o ludziach, którzy wydawali się inni, i o miejscach, które zdawały się tak odległe. O podróży, która odbywała się gdzie indziej, o miejscu, które mało kto znał. To książka o torach kolejowych, o osadach i bezdrożach, w których meksykańska tolerancja dla barbarzyństwa sięgnęła szczytów. To tu przez lata, niedawno jeszcze, testowano – i testuje się nadal – bezkarne zadawanie śmierci. To na tych ludziach doskonalono się w zabójczej bezczelności, na tysiącach tych ludzi. Dzisiejszy Meksyk wiele ma z tego ukrytego Meksyku, o którym zaraz przeczytacie.
Óscar Martínez
6 stycznia 2015

W drodze

Sierpień 2009, stan Oaxaca

Niektórzy emigrują, bo w Ameryce Środkowej połowa populacji żyje poniżej progu ubóstwa. Inni dlatego, że chcą się połączyć ze swoimi rodzinami na Północy. Ale są też tacy jak bracia Alfaro, którzy nie tyle emigrują, ile uciekają. Nagle w ich małym świecie w Salwadorze zaczęli ginąć ludzie. Trupy padały coraz bliżej. Potem pogróżki. Oto podróż Aunera, Pitbulla i El Chele, którzy nigdy nie marzyli o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych.

– Uciekam, bo się boję, że mnie zabiją – mówi Auner ze spuszczoną głową.
Kiedy zapytałem go o to po raz pierwszy, powiedział, że emigruje, bo chce spróbować szczęścia. Wypowiedział jedno z tych wyświechtanych zdań, że szuka lepszego życia. Normalka. Kiedy ktoś ucieka, nikomu nie ufa, więc kłamie. Dopiero teraz, gdy siedzimy sami, z dala od jego braci, którzy grają w karty w przytułku na południu Meksyku, przy torach kolejowych, z papierosem w ustach, przyznaje, że właściwe słowo to nie „migracja”, tylko „ucieczka”.
– Wrócisz? – pytam.
– Nie, nigdy. – Nie odrywa wzroku od ziemi.
– Wyrzekasz się kraju?
– Tak.
– Naprawdę nigdy nie zamierzasz wrócić?
– Nie… No… Tylko jeśli coś zrobią mojej żonie albo córce.
– A wtedy po co byś wracał?
– Żeby ich pozabijać.
– Kogo?
– Nie wiem.
Ucieka przed śmiercią bez twarzy. Za nim, w jego świecie, został już tylko głęboki dół pełen strachu. Teraz i tutaj może już tylko uciekać.
Chować się i uciekać. Nie ma już czasu na refleksje. Nie ma po co się zatrzymywać i zastanawiać nad tym, co on i jego bracia mają wspólnego z tamtymi zabitymi. Na nic się to nie przyda.
Wyjechał z Salwadoru dwa miesiące temu, od tego czasu przekrada się ostrożnie i cierpliwie prowadzi swoich braci. Auner ma dwadzieścia lat, jest panem swoich lęków i nie zamierza zrobić fałszywego kroku. Nie chce wpaść w ręce służb migracyjnych, nie chce dać się deportować, nie pozwoli, żeby cofnięto go z drogi, bo wtedy musiałby wszystko zaczynać od nowa. Jak sam lubi powtarzać: „Cofnąć to się można tylko po to, żeby nabrać rozpędu”.
Auner wstaje, bez słowa i zamyślony. Idzie pylistą ścieżką prowadzącą do przytułku w Ixtepec, w stanie Oaxaca. Przysiada się do El Chele i Pitbulla, swoich młodszych braci, siadają w kręgu dookoła niedokończonych zmywaków. Panuje wilgotny upał, prawie można go dotknąć. Zastanawiają się, jak kontynuować ucieczkę. Pytanie brzmi: jechać dalej pociągiem jako pasażerowie na gapę czy przemieszczać się busami po górach, od jednego indiańskiego miasteczka do drugiego, w nadziei, że nie natkną się na policyjny patrol?
Podróż przez góry oznaczałaby przeprawę przez zieloną gęstwinę stanu Oaxaca, przedzieranie się bokiem. Zapuściliby się w trasę słabo migrantom znaną. Z drogi tej korzystają przede wszystkim coyotes, Auner usłyszał o niej od Alejandra Solalinde, księdza, który założył ten przytułek i który uznaje, że nie ma nic złego w tym, by pokazać uciekinierom inną opcję.
Podróż pociągiem oznaczałaby konieczność wczepienia się niczym kleszcze w grzbiet metalowego robala. Trzymanie się w ciemności prętów na dachu wagonu i wytrwanie tak sześciu godzin, dopóki nie dojadą do Medias Aguas, w stanie Veracruz. Potem będą musieli położyć się płasko na ziemi, gdzieś na obrzeżach tego zapomnianego miasta, i czekać na następny pociąg. Spać z jednym okiem zamkniętym, a drugim półotwartym, w oczekiwaniu na znak, by puścić się biegiem. Bo Medias Aguas to baza Los Zetas.
Los Zetas to kartel narkotykowy założony przez Osiela Cárdenasa Guilléna, uwięzionego od 2003 roku na terenie Stanów Zjednoczonych. Twórca potężnego Kartelu Zatokowego stworzył Los Zetas przy pomocy grupy wojskowych z elitarnych jednostek – część z nich przeszła nawet przez School of the Americas – którzy zdezerterowali, żeby przyłączyć się do tej organizacji, uważanej obecnie za niezależną od macierzystego kartelu, od kiedy w 2007 roku zajęła się także masowymi uprowadzeniami nielegalnych migrantów, by żądać od ich rodzin okupu. „Najniebezpieczniejsza i najlepiej zorganizowana grupa najemników w Meksyku”, jak określa ich raport Drug Enforcement Administration opublikowany w styczniu 2009 roku.
Odpowiedź na pytanie, jakie zadają sobie bracia Alfaro, komuś, kto nie zna reguł rządzących tą trasą, wydać by się mogła logiczna. Na każdych dziesięciu nielegalnych uciekinierów z Ameryki Środkowej sześciu pada ofiarą samych meksykańskich władz. Dla tych chłopaków, którym ojciec co cztery dni przysyła ze Stanów pięćdziesiąt dolarów, byłaby to prawdziwa katastrofa. Ciułają te dolary, bo to za nie mogą sobie kupić tortille i fasolę, którymi żywią się raz na dzień, kiedy nie przebywają w takim przytułku, tylko kryją się gdzieś w chaszczach, żeby złapać oddech przed dalszą trasą.
Decyzja taka okazuje się jeszcze trudniejsza dla tych, którzy uciekają przed śmiercią, bo wpadka to coś więcej niż powrót do domu z opuszczoną głową i pustymi kieszeniami. Powrót może kosztować ich życie, podobnie jak wdrapywanie się na pociąg, który zabił już tak wielu.