Aby schwytać drapieżnika, musisz myśleć tak jak on… Druga po „Naturaliście” część świetnie zapowiadającego się cyklu thrillerów. Theo Cray rusza tropem tajemniczego Zabaweczki.


PowiększenieŻycie profesora Theo Craya po konfrontacji z seryjnym mordercą Joem Vikiem wraca powoli na poprzednie tory. Karierę uniwersytecką zastąpiła praca dla amerykańskiego wywiadu, a dotychczasową anonimowość – medialny szum wokół jego osoby. Nie ma dnia, by ktoś nie prosił go o pomoc w poszukiwaniu zaginionych bliskich.

Historia Williama Bostroma, zrozpaczonego ojca, którego syn zaginął dziewięć lat temu, na pozór nie różni się od innych. Craya zaskakuje jednak bierność policji w tej sprawie. Okazuje się też, że syn Bostroma to nie jedyny porwany chłopiec w okolicach Los Angeles. Czyżby kolejny zbrodniarz działał na peryferiach systemu?

Theo Cray rusza tropem tajemniczego Zabaweczki. Jednak czy naukowa wiedza i systemy komputerowe wystarczą, by zmierzyć się ze światem miejskich legend, mrocznych wierzeń i czarnej magii, wobec której zawodzi rozum?

***

Wśród rysunków wyróżnia się zwłaszcza jeden. Przedstawia czarną od stóp do głów postać z torbą
pełną zabawek, wyglądającą jak kuriozalny Święty Mikołaj. Podchodzę bliżej.
– Widzę, że rozpoznał pan dzieło Latroya – zauważa kobieta.
– Słucham?
– To jego rysunek. Ot, miejska legenda, chyba tak ją można nazwać.
– Jaka legenda?
– Zabaweczka. Podobno jeździ wielkim cadillakiem i rozdaje zabawki grzecznym chłopcom i dziewczynkom.
– Brzmi sympatycznie.
– Owszem. Ale nie pozwoliłam Latroyowi zawiesić drugiego obrazka, który narysował tamtego dnia.
– Dlaczego?
– Bo był… niepokojący. Ukazywał, co Zabaweczka robi niegrzecznym dzieciom.
Nie wiem, jak długo tam stałem, zanim zapytała, czy może mi jakoś pomóc.
(fragment)

Andrew Mayne
Powiększenie
Przekład: Jacek Żuławnik
Seria: „Theo Cray”, część 2
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 3 kwietnia 2019
 
 

Powiększenie


Prolog. Kundel

Roześmiany Tiko biegł ulicą, kopiąc sflaczałą piłkę, a MauMau, jasnobrązowy szczeniak z nadgryzionym uchem, gonił za nią po kałużach, rozchlapując wodę i błoto swymi dużymi łapami. Tiko uwielbiał psiaka, mimo że ten tak naprawdę nie należał do niego, lecz był wioskowym kundlem, który wałęsał się, węsząc za resztkami, a jeśli żadnych nie znajdował, polował na szczury. Lepszego kumpla chłopiec nie miał.
Kiedy Tiko skończył trzy lata, jego matka zorientowała się, że biała skóra i czerwone oczy dziecka zawsze już takie pozostaną, i odsunęła malca od siebie, czyniąc z niego wyrzutka, takiego jak MauMau. Modliła się za niego, a nawet poprosiła kobietę z sąsiedniej wioski, ponoć obdarzoną zdolnością leczenia, o to, by wypędziła z chłopca zło. Bez skutku.
Gdy ludzie zaczęli szydzić z matki Tika, że urodziła dziecko o magicznych własnościach – czarownika – ta starała się go pozbywać z domu na coraz dłużej, karmiła tylko w ostateczności, w dodatku każąc mu jeść na dworze, i obarczała coraz trudniejszymi zadaniami, nie dbając o to, kiedy powróci. Miał cztery lata, gdy usłyszał, jak matka tłumaczy innej kobiecie, że Tiko wcale nie jest jej synem, tylko biednym dzieckiem przyjaciółki, którym się zaopiekowała. Tiko wiedział, że to nieprawda, ale nie miał żalu do matki. Zdawał sobie sprawę ze swej odmienności i z tego, że matce musi być ciężko.
Zorientowawszy się, że nosi w brzuchu kolejne dziecko, matka Tika wyszła przed chatę i demonstracyjnie, na oczach wszystkich sąsiadów, uwolniła się od chłopca, wyrzekła się go, oznajmiając, że nie jest jej synem.
Od tamtej pory nie miał wstępu do domu. Nocą, kiedy siadał pod drzwiami i płakał z głodu, czasem wynosiła mu resztki. Lecz gdy przyjmowała jakiegoś mężczyznę, krzyczała na Tika, kazała mu się wynosić, udawała, że go nie zna. Nauczył się, że aby przetrwać, musi schodzić wszystkim z drogi, i przekonał się, że ludzie, owszem, bywają skorzy do pomocy, ale tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzy.
Starsza kobieta, która nie miała synów, oddawała mu połowę placka fasolowego albo nieco jollof rice, jeśli akurat jej znajomi ugotowali za dużo. Z kolei pan Inaru, właściciel warsztatu i podwórza zawalonego rdzewiejącymi częściami samochodowymi, pozwalał Tikowi sypiać na składowisku i nie przeganiał go, kiedy ścigany przez rówieśników chłopak przeciskał się między prętami ogrodzenia. Często bowiem musiał uciekać. A kiedy go dopadali, okładali pięściami, ciągnęli za włosy i przezywali Wiedźmisynem.
Chłopiec lubił MauMaua, bo pies nie darzył go nienawiścią i nie ograniczał się do zwykłego tolerowania odszczepieńca – lizał go po twarzy i tulił się do niego, kiedy padało albo było zimno.
Tiko ukląkł, poklepał MauMaua i podniósł piłkę, zastanawiając się, czy pan Inaru będzie potrafił ją naprawić, tak by nie uciekało z niej powietrze. Wiedział rzecz jasna, że jest kwestią czasu, kiedy inne dzieci mu ją odbiorą. Wpatrując się w piłkę, zauważył odbicie w kałuży. Stał nad nim mężczyzna – bardzo, bardzo wysoki mężczyzna – i uśmiechał się do niego. Tiko podniósł głowę i spojrzał na wyglądającą życzliwie postać. Nieznajomy był ubrany w czarne spodnie i białą koszulę, tak jak mężczyźni z wioski, kiedy szli do pracy albo chcieli zrobić dobre wrażenie.
– Ty jesteś Tiko? – zapytał przybysz głosem tak silnym i zarazem tak ciepłym, że Tiko odpowiedziałby twierdząco na każde pytanie.
Z nerwów zapomniał jednak języka w gębie i tylko pokiwał głową.
Mężczyzna szeroką dłonią chwycił chłopca pod brodę i obrócił jego twarz najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Zamiast z odrazą spojrzał na niego tak, jak Tiko patrzył na MauMaua.
– Grzeczny chłopiec. Chcesz się przejechać pikapem?
Tiko nigdy nie jechał pikapem, ale wiele razy widział, jak auta pędzą przez jego wioskę, wioząc mężczyzn z karabinami, udających się w jakieś odległe miejsca. I czasem widział też, jak te same wozy powracają załadowane wrzeszczącymi z bólu, trzymającymi się za krwawiące brzuchy albo kończyny ludźmi o zaciśniętych powiekach.
Pokiwał głową. Przejażdżka pikapem – brzmi kusząco. Zwłaszcza z tym panem.
Mężczyzna wyciągnął rękę do Tika i poprowadził go uliczką w stronę zaparkowanego u jej wylotu zielonego samochodu. Kiedy Tiko obejrzał się na MauMaua, psiak siedział na skraju kałuży, przekrzywiając łeb, i patrzył, usiłując cokolwiek z tego zrozumieć. Był jednak zbyt młody, by pojąć, co się dzieje. Tiko pomachał mu na do widzenia. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi twarz matki, która wychynęła zza węgła i przygląda mu się. Zniknęła, gdy obejrzał się po raz drugi.
Mężczyzna otworzył drzwi, chłopiec wgramolił się do środka i zajął miejsce na fotelu. Uśmiechnął się od ucha do ucha na myśl o zazdrości, jaką wzbudzi w innych dzieciach, kiedy zobaczą go podczas przejażdżki. Kierowca nie zafundował mu jednak rundki po wiosce, lecz wywiózł od razu poza jej granice. Skręcił w wąską dróżkę, przy której stało raptem kilka chat, a potem w kolejną, prowadzącą głębiej w busz, coraz dalej od osad.
Spoglądając w zakurzone lusterko wsteczne i widząc, jak jego wioska zostaje z tyłu, Tiko zauważył kątem oka coś jeszcze: z ust życzliwego nieznajomego zniknął uśmiech. To już nie był ten sam człowiek, którego odbicie Tiko ujrzał w kałuży. Z zaproszenia tego człowieka Tiko nigdy by nie skorzystał.
Bo mężczyzna był tym, którym straszyły inne dzieci – tym, który zabiera wiedźmisynów na wieczne nieoddanie.

1. Jeden do zera

Gram w grę wideo, w której naprawdę można zginąć. Owszem, twórcy Wirtualnego Obszaru Działań, bo o nim mowa, nie nazywają go grą wideo, ale WOD w gruncie rzeczy nią jest. To szereg połączonych ze sobą pomieszczeń, na których ścianach wyświetlane są obrazy, tworzące wirtualną przestrzeń, precyzyjnie odwzorowującą rzeczywiste miejsca.
W tej chwili obszarem działań jest Houilles na północno-zachodnich przedmieściach Paryża, a konkretnie mieszkanie, którego lokator, Josef Amir, pracownik działu informatycznego pewnego francuskiego banku, wybrał się na drugi koniec miasta na imprezę urodzinową swojej siostry. Pod nieobecność Josefa wysłaliśmy do niego dwóch ludzi. Jeden przesuwa okiem kamery wysokiej rozdzielczości po wnętrzu, zamieniając wielkie piksele na naszych ścianach w obrazy tak szczegółowe, że nie sposób odróżnić ich od rzeczywistości, a drugi – nazywamy go Cieniem, bo kamery rejestrują jedynie jego przemieszczający się rozmyty kształt – posługuje się niewielkim, przypominającym latarkę urządzeniem, za pomocą którego pobiera kosmyki włosów z odpływu prysznica, włókna z kanap i foteli, brud z podeszew butów i z wycieraczki.
Raz na kilka minut Cień wysuwa kasetkę z urządzenia i przekazuje ją trzeciemu mężczyźnie, który kursuje pomiędzy mieszkaniem a zaparkowaną przed budynkiem furgonetką z logo FedEksu, wyposażoną w kosztujący dwadzieścia milionów dolarów sprzęt. Aparatura, której nie powstydziłyby się najlepsze laboratoria uniwersyteckie, przetwarza dane w czasie rzeczywistym: dekoduje DNA, porównuje je z materiałami zapisanymi w bazie i tworzy sieć powiązań, ujawniając nam, z kim kontaktował się Josef. Zakres danych jest niewyobrażalny.
Na szczęście dysponujemy oprogramowaniem służącym do przeglądania i porządkowania tego rodzaju informacji – dzięki niemu osiągniemy założony cel, to znaczy ustalimy, czy w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin na stadionie wybuchnie bomba.
Nazwisko Josefa wypłynęło w przechwyconej rozmowie telefonicznej pomiędzy znanym służbom agentem Państwa Islamskiego w Jemenie i drugim we Francji. W normalnych okolicznościach władze po prostu wezwałyby Josefa na przesłuchanie i sprawdziły wszystkich z jego otoczenia, ale ostatnio stało się to problematyczne. Komunikując się między sobą, grupy terrorystyczne celowo używają nazwisk niewinnych cywilów, przez co angażują w składanie wyjaśnień znacznie większą liczbę osób, niż podają media, i wywracają ich życie do góry nogami, podczas gdy prawdziwi złoczyńcy pozostają w ukryciu.
– Doktorze Cray? Doktor Sanders? – odzywa się Emily Birkett, nasza współpracowniczka z ramienia DIA, Agencji Wywiadowczej Departamentu Obrony. Jest pod czterdziestkę, ma kasztanowe włosy związane w koński ogon. Była oficerem lotnictwa wojskowego, ale w którymś momencie postanowiła się związać z najupiorniejszą z upiornych agencji rządowych.
Kerry Sanders i ja jesteśmy cywilami. Sanders to antropolożka mniej więcej w moim wieku, czyli po trzydziestce, która przez kilka lat wspomagała Facebooka w pracach nad społecznymi grafami użytkowników serwisu – kogo znają i jak wyglądają ich relacje ze znajomymi – po czym zatrudniła się w OpenSkyAI.
Z pozoru nic nie odróżnia OpenSkyAI od innych przedsiębiorstw technologicznych w Austin w Teksasie, których siedziby mieszczą się w nijakich biurowcach pełnych firm produkujących gry komputerowe i spółek z branży ochrony zdrowia. W rzeczywistości OpenSkyAI jest prywatnym kontrahentem DIA. Firma zajmuje się przetwarzaniem tysięcy pakietów danych i na tej podstawie wskazuje kandydatów do umieszczenia w jednym z tajnych ośrodków agencji, gdzie zostaną przesłuchani. Śledczy ocenią ich zeznania i oszacują prawdopodobieństwo popełnienia przez nich przestępstwa mogącego stanowić istotne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.
Sanders przygląda się mozaice utworzonej ze zdjęć znalezionych u Josefa.
– Brak wskazań ze strony modułu rozpoznawania twarzy.
– Theo? – Birkett ponawia pytanie, tym razem nieco bardziej niecierpliwym tonem. – Josef wyruszył w drogę powrotną. Wycofać ekipę?
Chodzę po mieszkaniu – to znaczy, po jego wirtualnej wersji – wpatruję się w otwarte szafki i szafy, usiłuję dostrzec, co niewidoczne, a z tyłu głowy wciąż mam pytanie o to, jak, u diabła, znalazłem się w tej sytuacji.
– Moim zdaniem jest czysty – stwierdza Sanders.
Chciałbym móc się z nią zgodzić. Robi mi się niedobrze na myśl o tym, że Josef miałby przejść mękę, która na zawsze odmieniłaby jego życie, tylko dlatego, że jakiś palant z Jemenu przypadkiem natrafił na jego nazwisko w wyszukiwarce. Z drugiej strony wiem, że to nie powód do przedwczesnego składania broni.
Wracam do kuchni. Na lodówce wiszą zdjęcia. Większość przedstawia Josefa z dziewczyną albo grupą przyjaciół. Uśmiechnięte twarze, dobra zabawa przy stole zastawionym napojami. Typowy dla paryskiego milenialsa sposób spędzania wolnego czasu.
Przyjrzeliśmy się aktywności Josefa w sieci. Przeczytaliśmy wszystkie jego posty na Facebooku, przeanalizowaliśmy każdy lajk, poszliśmy tropem znajomych, którzy polubili jego posty. Przepuściliśmy dane przez system. Oprogramowanie nie zasygnalizowało niczego podejrzanego. Co nie oznacza, że nie wypłynęły żadne koneksje. Każdego z nas dzielą trzy albo cztery stopnie oddalenia od kogoś naprawdę złego. Josef ma wuja w Katarze, który chodził do tego samego meczetu co pewien aktywny członek Państwa Islamskiego, ale trzeba przyznać, że w świecie, w którym wszystko wiąże się ze wszystkim, to w najlepszym razie mocno naciągana relacja.
Problem ze śladami elektronicznymi polega na tym, że terroryści się zmądrzyli. Nauczyli się oddzielać jedno życie od drugiego. Możemy śledzić Josefa, ile chcemy, ale jeśli prowadzi równoległe życie i jest na tyle rozsądny, by nigdy nie łączyć jednego z drugim, przyłapanie takiego człowieka jest prawie niemożliwe. Na szczęście większości terrorystów prędzej czy później powinie się noga. Gorzej, że ci, którym udaje się uniknąć wpadki, są z reguły sprytniejsi od naszych systemów. Zbudowaliśmy pułapkę, a ta wycwaniła nam szczury.
– Theo – mówi Birkett. – Każę ludziom się wycofać.
– Nie – protestuję, nieco zbyt stanowczo.
– Co masz?
– Chwileczkę…
– Co ci podpowiada intuicja?
– Jestem naukowcem. Nauczyłem się ignorować intuicję. Daj mi jeszcze kilka minut.
– Zebraliśmy wszystko, co było do zebrania – mówi Sanders. – Możemy zwolnić ekipę i przejrzeć materiały.
– Nie…
Setki razy próbowałem im to wytłumaczyć. Symulacja, nawet ta oparta na rzeczywistych danych, nadal jest tylko symulacją. Wiem, że na blacie w kuchni Josefa stoi słoik z masłem orzechowym, ale nie mam pojęcia, czy w środku naprawdę znajduje się masło orzechowe. Ktoś musiałby zajrzeć do środka. Bo równie dobrze pojemnik może zawierać C-4. Nie sądzę, by tak było, ale przecież nie jest to wykluczone.
Z pozoru – bo to tylko pozory, prześlizgiwanie się po powierzchni – tak zwana nieinwazyjna ekspertyza kryminalistyczna jest przydatna, ale w istocie nic nie zastąpi solidnej pracy laboratorium.
– Jeśli to coś o decydującym znaczeniu, mogę zatrzymać Josefa, kiedy będzie wysiadał z metra. Ale muszę wiedzieć już teraz – odzywa się Birkett.
Przyklękam, żeby się przyjrzeć zdjęciom na lodówce. Większość to wydruki. Sanders stoi za mną.
– Przepuściliśmy je wszystkie przez moduł rozpoznawania twarzy i nic.
Wyciągam rękę po jedną z fotografii; zapomniałem, że są tylko symulacją.
– Powiedz Cieniowi, żeby zrobił zbliżenie na tę tutaj.
Josef uśmiecha się do aparatu. Stoi przy nim młoda kobieta o bliskowschodnich rysach i zielonych oczach. Ma nie więcej niż dwadzieścia kilka lat, jest naprawdę piękna.
– Kto to? – pytam.
– Nie mamy jej w bazie. Możemy rozszerzyć poszukiwania i prędzej czy później zdobyć nazwisko. Ale nasz filtr jej nie uwzględnia.
Cień odwraca zdjęcie. Z tyłu znajduje się datownik z marca i slogan: „Na najbardziej wyjątkowe okazje”.
– Bierzcie go – rzucam do Birkett.
Widzę, jak mówi do mikrofonu.
– Przechwytujemy.
– Kim ona jest? – pyta Sanders.
– Diabli wiedzą. Chodzi o zdjęcie. Pochodzi z jednorazowego aparatu fotograficznego. Pstryka się z takich fotki na weselach, potem oddaje urządzenie, a oni obrabiają zdjęcia i przesyłają klientowi jako pliki.
– Na grafie Josefa nie ma żadnego wesela.
Wstaję, odwracam się do Sanders i Birkett.
– No więc właśnie. Firmy z reguły dostarczają tylko wersje cyfrowe zdjęć. Tymczasem Josef nie wydrukował fotki z pliku, wolał zrobić to analogowo, tak by nie zostawić śladu elektronicznego. – Łączę się z operatorem sterującym wizualizacjami. – Pokaż mieszkanie Mosina Kasira.
W sekundę przenosimy się do lokum w Jemenie, które nasz oddział terenowy przeczesał przed czterema dniami. Na ścianie nad biurkiem Mosina wiszą dziesiątki zdjęć.
– Nie ma jej na żadnym z nich – odzywa się Sanders. – Inaczej komputer by to zasygnalizował.
Wskazuję fotografię Mosina ze starszą kobietą o identycznych zielonych oczach jak towarzyszka Josefa.
– Kto to taki?
Sanders zagląda do tabletu.
– Jego ciotka, trzeci stopień pokrewieństwa. Mamy odwrotną stronę zdjęcia?
Kręcę głową.
– Nie. Ale wymiary i dystorsja są takie same jak w przypadku tamtego u Josefa. Kuzynka Mosina wychodziła w marcu za mąż. Z naszych danych wynika, że Josef był wtedy w Bahrajnie. Ale może w rzeczywistości pojechał do Jemenu.
– Zrozumiałam – odpowiada Birkett. – Dobra robota, doktorze. Mamy Josefa. Wkrótce wszystkiego się dowiemy. Postaramy się też zdobyć zdjęcia od producenta aparatu. Kto wie, co jeszcze odkryjemy.
Uśmiecha się promiennie. Jeżeli akcja z Josefem się powiedzie, przekona to przełożonych Birkett, że wydatki, które poniosła agencja, były uzasadnione.
– Koniecznie musimy sprawdzić rewersy wszystkich fotografii, które znaleźliśmy i znajdziemy – mówi Sanders, jednocześnie zapisując, by nie zapomnieć.
Nie o to chodzi, mam ochotę powiedzieć, ale wiem, że to bezcelowe. Gratulują sobie sukcesu, podczas gdy tak naprawdę trafiliśmy jedynie na korelację.
Wychodzę z biura, mrużąc oczy przed teksaskim słońcem, którego promienie odbijają się od lśniącego asfaltu na parkingu. Wmawiam sobie, że zrobiłem coś dobrego, ale boję się, że narzędzia, które wykorzystałem, i proces, którym się posłużyłem, mogą wyrządzić więcej szkód niż przynieść korzyści – o ile nie trafią do rąk lepszych, postępujących rozsądniej ludzi. W drodze do domu wspominam szlak martwych ciał, który doprowadził mnie do tego miejsca.

2. Kowboje i Indianie

Przed rokiem byłem wykładowcą bioinformatyki. Zajmowałem się budowaniem modeli otaczającego nas świata, przydatnych do prognozowania zjawisk. Moja praca była interesująca i miała dalekosiężne konsekwencje, rozwiązywałem zagadki wymierania neandertalczyków i badałem rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych. Potem jednak spotkałem na swej drodze seryjnego zabójcę Joego Vika i wszystko się zmieniło.
Vik zamordował jedną z moich dawnych studentek. Przez pewien czas to mnie podejrzewano o zbrodnię, ponieważ tak się złożyło, że przebywałem w tej samej części Montany co ofiara – prowadziliśmy własne osobne badania – co dla miejscowych stróżów prawa wykraczało poza zwykły zbieg okoliczności.
Po oczyszczeniu mnie z zarzutów władze doszły do wniosku, że Juniper Parsons zabił niedźwiedź. Upozorowanie ataku zwierzęcia okazało się celowym wybiegiem Vika, zaś Juniper nie była bynajmniej pierwszą ofiarą, której pozbył się w ten sposób. Próbując dociec, jaki los spotkał Juniper, odkryłem kolejne ciała, a także spotkałem na swej drodze wielu przedstawicieli organów ochrony porządku publicznego, którzy nie potrafili dostrzec tego, co dla mnie było oczywiste. W końcu szlak martwych ciał doprowadził mnie do zabójcy.
W ostatnim morderczym zrywie Vik pozbawił życia swoją rodzinę i siedmiu policjantów. Sam zresztą o włos uniknąłem śmierci z jego ręki.
Niektórzy uważają mnie za bohatera, ponieważ odnalazłem Grizzly Killera, jak ochrzciła go prasa, i pomogłem go unieszkodliwić. Policja ma do mnie stosunek, że tak powiem, ambiwalentny. Wiem jedno: kiedy wieczorem kładę się spać, wyobrażam sobie tysiące sposobów, jak mogłem to rozegrać – i w wielu spośród tych scenariuszy ginie mniej dobrych ludzi, niż rzeczywiście zginęło.
Najbardziej niepokoi mnie to, że w ogóle nie czuję się winny – noszę w sobie pustkę, próżną przestrzeń tam, gdzie powinna się znajdować skrucha. Podejrzewam, że to niejedyna tego rodzaju niezapełniona emocjonalna strefa, jaką w sobie mam.
Tydzień temu odwiedziła mnie Jillian, kobieta, która ocaliła mi życie, zaś Vikowi je odebrała. Chcieliśmy się przekonać, czy jest między nami coś więcej. Problem polega na tym, że choć wyraźnie widzę w sobie strefę przeznaczoną dla Jillian, to jednak nie potrafię powiedzieć, czy rzeczywiście jest tam dla niej – dla kogokolwiek – miejsce.
Byłem taki popieprzony, jeszcze zanim spotkałem Vika, dlatego akurat o to nie mogę mieć do niego pretensji. On jedynie wydobył ze mnie pewne rzeczy. Zresztą nawet nie wiem, czy w ogóle obwiniam go tak, jak się wini drugiego człowieka.
W poszukiwaniu odpowiedzi na własne pytania po tym, co przeszliśmy – kiedy w kółko musiałem się tłumaczyć i wyjaśniać wciąż sceptycznym policjantom i agentom, w jaki sposób znajdowałem zwłoki ukryte przez zabójcę – przeanalizowałem DNA Vika.
Jedną z odpowiedzi okazał się gen spowinowacony z proteiną ApoE–e4, tak zwany gen ryzyka. Materiał genetyczny Vika zawierał odmianę, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Z grubsza rzecz ujmując – czyli tak, jak nigdy bym sobie nie pozwolił w artykule naukowym albo w obecności kolegi po fachu – Vik okazał się urodzonym ryzykantem, mającym przy tym skłonność do zachowań obsesyjno-kompulsywnych, całkiem przypominających te, które przydają wielkości zawodowym golfistom i wybitnym neurochirurgom. Vik czerpał przyjemność z ryzyka porównywalną z dreszczem emocji, jaki przechodzi arcymistrza szachowego po genialnym pierwszym ruchu. Kalkulacja, a po niej – euforia.
Człowiek taki jak ty albo ja po uniknięciu kary za występek czuje się (albo powinien się czuć) nieswojo, ma poczucie winy, natomiast Vikowi towarzyszyła radość, uniesienie, Vik pragnął więcej. Upajał się nie tylko dokonywaniem złych uczynków, ale też podejmowaniem kroków utrudniających działania policji.
Wzorzec jego zachowań wykazywał zbieżność ze schematem typowym dla rekina. Przeanalizowawszy jego DNA, uzmysłowiłem sobie, że owa współzależność nie była przypadkowa. Ten sam drapieżczy algorytm steruje również oprogramowaniem, które przejmuje kontrolę nad siecią – albo zabójcą szukającym odpowiedniej ofiary.
Werbując mnie, Birkett obiecywała, że będę mógł polować na podobnych Vikowi. Okazało się to połowicznie prawdą. Mimo że uważam sprawę wojny z terroryzmem za kwestię pierwszej wagi – i choć jestem przeświadczony, że ludzi, którzy wjeżdżają w tłum furgonetką wyładowaną materiałami wybuchowymi albo namawiają nastolatków z zespołem Downa do przeprowadzania samobójczych ataków bombowych, absolutnie trzeba powstrzymać – to jednak nie zawsze przekonują mnie nasze metody.
Wystarczyło jedno moje słowo, by Josefa Amira zgarnięto z ulicy, wrzucono do furgonetki i wywieziono do kryjówki, w której agenci francuskiego wywiadu, Amerykanie i być może przesłuchujący z jeszcze innych krajów zmuszą go do mówienia.