“Giełda milionerów”, zakopiańska powieść kryminalna Mariusza Koperskiego, to książka dla wszystkich fanów dobrych kryminałów.


Giełda milionerówWielkie emocje, oszałamiające pieniądze i mrożące krew w żyłach tajemnice… Znany kurort staje się miejscem krwawej zbrodni, skrywającym wiele sekretów z przeszłości.

W siedzibie zakopiańskiej fundacji prowadzonej przez małżeństwo milionerów znaleziono zwłoki mężczyzny. Ofiarą morderstwa jest Jan Lewcun, cieszący się powszechnym szacunkiem kierownik różnych miejskich instytucji.

Śledztwo w tej sprawie prowadzą komendant Powiatowej Policji w Zakopanem, Sławomir Derebas, oraz jego przyjaciel, góral z dziada pradziada komisarz Tomasz Karpiel. Motyw zbrodni jest zagadką. Czy komuś zależy na tym, by skompromitować kontrowersyjną fundację, a Lewcun znalazł się po prostu o złym czasie w złym miejscu? A może jego śmierć to wyrównanie osobistych porachunków z przeszłości? A co, jeśli w grę wchodzą wielkie pieniądze i walka o wpływy w mieście?

Niespodziewanie policjanci otrzymują wskazówkę od tajemniczej osoby o pseudonimie Sprzątacz. Czy to morderca podjął z nimi grę, czy rzeczywiście ktoś usiłuje im pomóc?

Mariusz Koperski
Giełda milionerów
Wydawnictwo Muza
Premiera: 27 marca 2019
 
 

Giełda milionerów


Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!
EDWARD STACHURA

Część I
❖ Śledztwo ❖

1.

Mężczyzna poszukał wzrokiem kamery. Była tam. Wisiała pod sufitem ukryta w kulistym kloszu z przyciemnionego szkła.
Zwykły obrotowy fotel, na którym tamten bezgłośnie się szarpał, próbując się uwolnić, stał mniej więcej na środku biura. Dopiero pchnięcie nożem prosto w serce przyniosło mu ostateczny spokój. Znieruchomiał z głową spuszczoną na piersi.
Mężczyzna przyjrzał się swoim dłoniom. Białe gumowe rękawiczki były czerwone od krwi. Co za paskudna robota, pomyślał. Z dużej torby wyjął czystą szmatę.
– Czas tu posprzątać – powiedział do siebie cicho.

2.

– Oj, Karpiel, Karpiel, czym ty się tak ekscytujesz? Młody jesteś… Utrata pracy to dziś norma. Po prostu szukasz następnej i już. Albo zostajesz emerytem, gdy masz już swoje lata…
– Ale, pułkowniku, no co pan? Przy takich zasługach? Tyle lat ciężkiej roboty? Tylu złapanych bandziorów? Tak z dnia na dzień, bez „dziękuję” albo „pocałuj mnie w dupę”?
Nadinspektor Hermann, tytułowany przez wszystkich pułkownikiem, bo tak sobie zażyczył, wzruszył ramionami i napił się piwa z butelki. Na nosie miał jak zwykle ciemne okulary. Siedział zrelaksowany i nonszalancki, założywszy nogę na nogę, w białym podkoszulku z czarnym nadrukiem: Winter is coming, jasnoniebieskich dżinsach i mokasynach z jasnego płótna. Bez skarpetek.
– Są skuteczni, trzeba im to przyznać – powiedział. – Chcieli mnie wywalić i to zrobili. Mają gdzieś skutki… Postanowili, że następne Święto Policji będzie bez ludzi z milicyjną przeszłością, i wypieprzyli wszystkich, którzy choćby jeden dzień przepracowali w MO. A ja, jak wiesz, byłem rok w ZOMO. Wszyscy są tak posrani ze strachu, że tym razem nawet nikt nie próbował mnie bronić. A teraz słyszysz, że komendant Derebas też wybiera się na przymusową emeryturę. On także zaliczył parę lat w milicji. Przewalone mieliśmy od pierwszego dnia ich rządów, tylko nie zdawaliśmy sobie sprawy z ich determinacji.
Derebas pokiwał głową. Nie miał takiego sznytu jak Hermann – koszula w ciemnoniebieską kratkę, czarne materiałowe spodnie i brązowe skórzane buty nie czyniły go specjalnie eleganckim. Siwiał, lecz jego krótko ostrzyżone włosy nie były tak białe jak pułkownika.
– Za dwa tygodnie idę na zaległy urlop i potem nie wracam do pracy – oznajmił. – Nie wiem, kto mnie zastąpi. Założę się, że oni też nie wiedzą. Przy takich kryteriach, jakie sobie wymyślili, ławeczka jest bardzo krótka. Może wezmą jakiegoś młokosa po szkole oficerskiej. Albo wyznaczą Jasińskiego. To przecież ich człowiek. – Zaśmiał się, jakby powiedział świetny dowcip. – Nie krzyw się, Karpiel, taka prawda.
Na chwilę zapadła cisza. Wszyscy trzej, jak na komendę, napili się piwa. Siedzieli przy stole w mieszkaniu Karpiela w Zakopanem. Nikomu go nie wynajął, jakby nie chciał odcinać sobie drogi powrotu, przerywać tej cienkiej nitki, która łączy go jeszcze z tym miejscem. Stało puste i na niego czekało, dawało mu poczucie bezpieczeństwa.
Spotkali się w tym składzie pierwszy raz od dawna. Była połowa września, piękna tatrzańska jesień. Hermann od prawie dwóch tygodni był gościem Karpiela. Po długich namowach przyjął jego zaproszenie, żeby po rozwiązaniu zespołu spędzić trochę czasu właśnie tutaj. Miał odreagować po wielkiej awanturze w Warszawie. Bo Hermann próbował ratować swój zespół. Przez kilka dni odwiedzał wpływowych znajomych, dzwonił, przekonywał, naciskał, szantażował, komuś nawet dał po mordzie, jednak tym razem nic nie wskórał. Jeden podpis ministra spraw wewnętrznych i lata pracy Hermanna wylądowały w koszu. Zespół powołany pod koniec lat dziewięćdziesiątych przy Komendzie Głównej w Warszawie przestał istnieć. Kilku policjantów przeszło na emeryturę, a inni próbowali znaleźć pracę w prywatnych firmach. Z różnym skutkiem. Tylko Karpiel, jako najmłodszy z nich, miał jakąś szansę na dalszą służbę w policji. A przecież przez prawie dwadzieścia lat pułkownikowi udało się stworzyć ekipę wyjątkowo sprawnych policjantów, może trochę zbyt narwanych, ale za to bardzo skutecznych. Hermann rozpiął nad nimi parasol ochronny i całą krytykę brał na siebie. A miał co brać, bo jego ludzie nie należeli do zbyt zdyscyplinowanych i gardzili wszelkimi procedurami. Nie byli też lubiani przez innych policjantów, którzy zazdrościli im sukcesów i statusu świętych krów. Bo sukcesy były, nie da się zaprzeczyć. A teraz wszystko szlag trafił i zespół pułkownika Hermanna przeszedł do historii.
Tymczasem Karpiel też był na rozdrożu. Najpierw pracował w Zakopanem, potem Hermann ściągnął go do Warszawy. Był gotowy na nowy początek, jednak nie miał nowego przydziału i pomysłu, co dalej robić. Oficjalnie także był na urlopie. Ukradkiem zerknął na swoje odbicie w lustrze szafy. Nie miał jeszcze siwych włosów, lecz niepokoiły go powiększające się zakola i drugi podbródek. Siedział głęboko w fotelu. W powyciąganej koszulce polo i wytartych dżinsach wyglądał trochę niechlujnie. Ale był u siebie i uważał, że może sobie na to pozwolić.
Derebas, komendant powiatowy policji, były przełożony Karpiela z czasów, kiedy ten pracował w Zakopanem, i jednocześnie kolega pułkownika ze szkoły policyjnej, poprosił o to spotkanie, kiedy tylko dowiedział się, że obaj są w tym mieście.
– Właściwie nie przyszedłem tu, żeby sobie z wami ponarzekać – powiedział po chwili milczenia. – Mam sprawę.
Karpiel i Hermann spojrzeli na niego pytająco.
– Może to śmieszne i staromodne, ale chciałbym odejść z czystym kontem – ciągnął. – A została mi jedna sprawa. Świeża, z przedwczoraj. Morderstwo. Tajemnicze. Wyrafinowane. Nie chciałbym tego tak zostawić. Ja i Hermann nie mamy nic do stracenia. Właściwie już nie jesteśmy glinami. Ale ty, Karpiel, jesteś. Nadal możesz błyskać blachą. No i potrzebuję cię, bo znasz to miasto jak żaden z nas. Rozumiecie, o co chodzi?
– Morderstwo? Tajemnicze? – Hermann wyprostował się na krześle.
– Aha. Spodoba wam się.

3.

Dobrze, że są papierosy. Ma kolejny powód, by się zatrzymać i o kilka minut odwlec moment podjęcia ostatecznej decyzji. A jeśli wypali dwa, ten czas wydłuży się jeszcze bardziej. Wypalił trzy. W końcu zrobiło mu się niedobrze. Palce prawej ręki było nieprzyjemnie czuć nikotyną, a w ustach miał trampka.
Dość. To dziecinada, pomyślał. Bądź facetem z jajami i powiedz wreszcie „tak” albo „nie”.
Rzucił niedopałek w krzaki rosnące przed wejściem do siedziby starostwa. Kilkanaście schodów do drzwi wejściowych pokonywał dłużej niż zwykle. Dwie panie za długą ladą w holu obrzuciły go znudzonym spojrzeniem. Nie powiedziały „dzień dobry”, więc on też nie wyrywał się z pozdrowieniem. Nie miał dziś głowy do kindersztuby.
Od drzwi sekretariatu starosty dzieliło go dwadzieścia metrów obskurnego korytarza. Wystarczyło, by zdążył powtórzyć w myślach wszystkie argumenty za i przeciw.
Przypomniał sobie swoją wcześniejszą wizytę tutaj przed trzema dniami. Najpierw był telefon. Na komórce wyświetlił się nieznany numer z zakopiańskim prefiksem. „Sekretarka starosty, łączę. Pan starosta osobiście”. Starosta rozmawiał z nim jak ze starym znajomym, a przecież widzieli się tylko parę razy i zamienili nie więcej niż kilka zdań. Zaprosił go do siebie na ważną rozmowę. Coś pilnego, więc spotkali się jeszcze tego samego dnia. Dlaczego nie posłałem go do diabła? – zastanawiał się Karpiel. Brak asertywności, ciekawość czy coś znacznie gorszego?
– Kawa czy herbata? Może woda? Pani Zosiu, kawa. Nie, dwie, dla mnie też.
Starosta tatrzański był okrągłym jowialnym typem koło sześćdziesiątki, ze śmiesznym wąsikiem. Ludzie władzy mają przesrane, pomyślał Karpiel, nikt nie ma odwagi im powiedzieć, kiedy wyglądają jak idioci.
Zanim starosta przeszedł do sedna, zagadnął o kilka banalnych spraw. Jak tam w Warszawie, czy Karpiel zadowolony z pracy, a może lepiej mu było w Zakopanem i takie tam. Karpiel odpowiadał tyle, ile musiał, żeby nie wyjść na gbura. W końcu urzędnik zaczął wiercić się w fotelu, co policjant odebrał jako sygnał, że zaraz dowie się, o co naprawdę chodzi.
I się dowiedział.
– Wie pan, takie czasy, trzeba zaufanych ludzi. Budujemy nową Polskę, Zakopane też potrzebuje świeżej krwi. Pan wie, Derebas idzie na emeryturę, musimy znaleźć kogoś na jego miejsce.
Najwyższy czas, to przecież gość z poprzedniej epoki. Wie pan, że on pracował w milicji? I jeszcze na dodatek nie nasz. Co taki człowiek z Polski, gdzieś tam z Wrocławia czy skąd on tam jest, może rozumieć, co tu się dzieje? Przecież on w ogóle nie czuje tego miasta. Pan to co innego. Pan jest młody i stąd, człowiek z takim nazwiskiem, rodzina z tradycjami, prawdziwy góral i świetny policjant, nikogo lepszego nie znajdziemy. I jeszcze doświadczenie z pracy w Warszawie. Ha! – Karpiel czekał, aż padnie nazwisko pułkownika, ale nie padło. Ciekawe… – Więc jak będzie? Musi się pan zastanowić? To zrozumiałe. Byle nie za długo. Jest pan naszym jedynym kandydatem, ale…
Karpiel po wędrówce korytarzem dotarł wreszcie przed drzwi sekretariatu. Westchnął głęboko i nacisnął klamkę.
Kurczę, jakbym wchodził na jakiś egzamin, pomyślał.