“Nie ma czasu”, wybór internetowych esejów Ursuli Le Guin, dotyczy właściwie wszystkiego, co przeszło jej przez myśl, od kwestii literackich, poprzez koty, po krajobraz Oregonu… Może jest sporo prawdy w oklepanym powiedzeniu, że pisarze science fiction są prorokami?


Nie ma czasuUrsula K. Le Guin o absurdzie, jakim jest zaprzeczanie własnej starości: Jeśli mam dziewięćdziesiąt lat, a wierzę, że mam czterdzieści pięć, sama proszę o trudne chwile przy wychodzeniu z wanny.

O kulturowej percepcji fantasy: Kierunkiem ucieczki zawsze jest wolność. A zatem, o co właściwie oskarża ‘eskapizm’?

O śniadaniu: Jedzenie jajka ze skorupki wymaga nie tylko praktyki, ale i stanowczości, nawet odwagi, być może gotowości popełnienia przestępstwa.

Ursula K. Le Guin od dziesięcioleci prowadziła czytelników do wyobrażonych światów. Teraz stanęła na ostatnej wielkiej granicy życia: starości. Bada nowe terytorium literackie: blog, forum, gdzie jej opinie błyszczą pełnym blaskiem – ostre, inteligentne, równie krytyczne co pełne współczucia.

“Nie ma czasu” to zbiór najlepszych sieciowych tekstów Le Guin, prezentujących perfekcyjnie krystaliczne przemyślenia o tym, co teraz jest dla niej istotne, jej troski, jej niegasnący zachwyt i zadziwienie naszym światem: Jak bogaci jesteśmy w tę wiedzę, i we wszystko wokół nas, czego jeszcze możemy się nauczyć. Jesteśmy miliarderami, co do jednego.

(…) nigdzie w swoim życiu nie mogę znaleźć czasu, jakiegokolwiek czasu, który nie byłby zajęty. Ja jestem wolna, ale mój czas nie. Jest w pełni, żywotnie zajęty snem, marzeniami, załatwianiem interesów i e-mailową korespondencją z przyjaciółmi i rodziną, czytaniem, pisaniem poezji, pisaniem prozy, myśleniem, zapominaniem, haftowaniem, przygotowaniem i zjadaniem posiłków, sprzątaniem w kuchni, analizą Wergiliusza, spotkaniami z przyjaciółmi, rozmowami z mężem, chodzeniem po zakupy, spacerowaniem, jeśli mogę spacerować i podróżowaniem, jeśli podróżujemy, niekiedy siedzeniem w vipassanie, niekiedy oglądaniem filmu, wykonywaniem Ośmiu Bezcennych Chińskich Ćwiczeń, kiedy potrafię, leżeniem po południu z tomem Krazy Kata do czytania i moim własnym zwariowanym kotem, który zajmuje obszar między górą ud i środkiem łydek, gdzie układa się i natychmiast głęboko zasypia. Żadna z tych czynności nie dzieje się w czasie wolnym. Nie mogę go marnować. (…) W przyszłym tygodniu kończę osiemdziesiąt jeden lat. Nie mam wolnego czasu.

***

Jako konstruktorka światów, literacka stylistka, krytyk społeczny i gawędziarka, Ursula K. Le Guin nie ma sobie równych.
Michael Chabon, pisarz

To, co osobiste i codzienne, stanowi główną przyjemność lektury tego zbioru…. Stronice aż skrzą się od tekstów, po których czytelnik unosi głowę i szuka dostępnego ucha, by się nimi podzielić….
“The New York Times Book Review”

Ta cudowna książka jest w równiej mierze dociekliwa, co męcząco pewna siebie… Nawet w błahostkach pomijających ważkie problemy, zdania są perfekcyjnie wyważone, a język starannie dobrany. [Le Guin] pisze przecież “Słowa są moim tworzywem – moim surowcem”. I to poprzez ich nieskończone aranżacje… niezwykłe wyobrażone światy pani Le Guin zostały zbudowane i pokazane.
“Wall Street Journal”

Błyskotliwe, często głębokie obserwacje… Le Guin posiada dobrze uporządkowany umysł… Jeśli osiągnęła “zrzędliwą starość”, jak to określa, zainspirowała ją tylko do zaciekawienia i świadomości wszystkiego wokół.
“USA Today”

“Nie ma czasu”, wybór internetowych esejów Le Guin, dotyczy właściwie wszystkiego, co przeszło jej przez myśl, od kwestii literackich, poprzez koty, po krajobraz Oregonu… Może jest sporo prawdy w oklepanym powiedzeniu, że pisarze science fiction są prorokami?… Rok temu przekonywaliśmy, że Le Guin zasługuje na Nagrodę Nobla z literatury. Prawdę mówiąc… cóż za fantazja… powinna rządzić krajem.
“The Washington Post”

Błyskotliwe obserwacje i ostry, lekki język otwierają nam okno do wewnętrznego życia wielokrotnie nagradzanej pisarki.
“Harper’s Bazaar”

Le Guin jest urodzoną gawędziarką i te skrawki jej życia są bezdyskusyjnie czarujące. Z całą pewnością jest tutaj niczym lwica w zimie, skoncentrowana jak nigdy na wszystkim, co dla niej najbardziej istotne. Starość nie jest dla młodych, stwierdza – i to zdanie nie ma być skargą, ale okrzykiem bojowym. Jeśli spędzicie trochę czasu z osiemdziesięcioletnią Ursulą K. Le Guin, perspektywa starości stanie się mniej przytłaczająca.
“BookPage”

Lektura najnowszej książki portlandzkiej pisarki Ursuli K. Le Guin […] przypomina trochę jednostronną konwersację z zabawną, trochę zwariowaną i bystrą starą przyjaciółką… Nawet jeśli chcesz się z nią spierać, jej słowa wciąż przyciągają twoją uwagę… To może być zabawne. Może być zaskakujące. Może być irytujące… Jak można się spodziewać po autorce, której poświęciła życie wyobrażaniu sobie ze szczegółami światów alternatywnych, ma zdolność, by spojrzeć z dystansu na ziemskie życie i dostrzec w nim rzeczy niezwykłe.
“The Oregonian”

To książka, która naprawdę mówi o tym, co ważne.
“The Houston Chronicle”

Pełna niezwykłych spostrzeżeń i humoru.
“The Columbus Dispatch”

Wie, co myśli, a pisze tak dobrze, że człowiek ma ochotę wracać do tych szczerych wyznań… jak do starszej, mądrzejszej przyjaciółki.
“Omnivoracious”

“Nie ma czasu” prezentuje to, co najlepsze u Le Guin: bystre spostrzeżenia, wielkie serce, indywidualność i rozkosz lektury… Jej wyczulenie na detale i ironiczny żart są tu widoczne w całej pełni… Czytelnicy znajdą w tych mądrych i elokwentnych tekstach wiele materiału do przemyśleń…
“Shelf Awareness”

Pełne wigoru, a niekiedy cierpkie refleksje o starości, literaturze, moralności Ameryki… Niezwykły zbiór… Głębokie rozważania wprawnej i przenikliwej autorki.
“Kirkus”

Zwięzłe, dowcipne i pełne sympatii medytacje o starości, literaturze i kotach… [Le Guin] oferuje swym licznym fanom szansę zapoznania się z jej bystrymi obserwacjami dnia codziennego.
“Publishers Weekly”

Ursula K. Le Guin urodziła się w Berkeley (Kalifornia, USA) w roku 1929. Jest laureatką National Book Award, siedem razy otrzymała nagrodę Hugo (w tym również za niniejszą książkę, nagrodzoną podczas Worldconu 2017 w Helsinkach) i pięć razy Nebulę. Zostałą przyjęta do Amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury (American Academy of Arts and Letters). Do śmierci mieszkała w Portland (Oregon, USA). Zmarła w styczniu 2018 roku.

Ursula K. Le Guin
Nie ma czasu. Myśli o tym, co ważne
Przekład: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 2 kwietnia 2019
 
 

Nie ma czasu

Wstęp

Pamiętam, że wiele lat temu widziałam w „New Yorkerze” rysunek. Dwaj ludzie, poszukujący prawdy i mędrzec, siedzą na skale przed wejściem do jaskini, otoczeni przez koty. „Sensem życia są koty”, mówi mędrzec poszukującemu. Dzięki magii internetu mogę określić rok publikacji na 1996, a rysownikiem był Sam Gross.
Przypomniałam sobie rysunek, kiedy czytałam ten zbiór. Pomyślałam, że gdybym wspięła się na szczyt, aż do groty mądrej Ursuli Le Guin, i zadała jej przewidywalne pytanie, mogłabym otrzymać tę samą odpowiedź. Albo nie. Le Guin nie jest przewidywalna. Mogłaby zamiast tego odpowiedzieć: „Starość jest dla wszystkich, którzy do niej dotrą”. Albo: „Strach rzadko jest rozsądny i nigdy łagodny”. Mogłaby mi też powiedzieć, że „w grobie nie ma jajka”.
Dla poszukującego odpowiedź jest mniej ważna niż to, co z nią zrobi. Nie wiem, co jest najważniejsze dla mędrca. Le Guin sugeruje, że może to być śniadanie.
Dzisiaj wyprawa do groty Le Guin jest mniej żmudna, ale nie mniej ryzykowna od archetypicznej wspinaczki na górski szczyt. Wędrowiec musi przebrnąć przez Wikipedyjskie Bagna z ich niepewnym gruntem. Przemknąć cicho przez wszelkie sekcje komentarzy, by nie obudzić trolli. Pamiętajcie, jeśli je widzicie, one widzą was także. Musi uniknąć potwora YouTube’a, wielkiego pożeracza godzin. Musi dotrzeć do tunelu podprzestrzennego zwanego Google’em i przewijać go, wylądować na stronie Ursuli Le Guin i przejść prosto do bloga, by zobaczyć jej najnowsze wpisy.
Najpierw jednak warto przeczytać tę książkę.
Znajdziecie tutaj archiwum medytacji nad wieloma sprawami: starością, egzorcyzmami, potrzebą rytuałów, zwłaszcza dopełnianych bez szczególnej wiary, jak nigdy nie da się poprawić pomyłki w internecie, muzyką na żywo i czytającymi dziećmi, Homerem, Sartre’em i Świętym Mikołajem. Le Guin nie należy do tych mędrców, którzy wymagają zgody i posłuszeństwa – wie o tym każdy, kto czytał jej książki. Rozważania, jakie tu znajdziecie, pokazują tylko, nad czym ona sama myślała.
Wszystkie jednak znakomicie służą przejściu do własnych myśli. Czasami tabliczka przy grocie informuje, że mędrzec wyszła. Przy tych okazjach temat na dany dzień wyznacza Kot. „Myśl o chrząszczach”, proponuje Kot, a ja to robię. Myślenie o chrząszczach okazuje się obejmować bardzo szeroki zakres spraw, zwłaszcza kiedy zalecone jest przez dobrego kota o złych łapach. Myślę więc o kotach i ich uroczo zabójczych instynktach. Myślę o niełatwym interfejsie człowiek/inny. Gdzieś w głębi siebie, myślę, wszyscy nosimy marzenie Mowgliego: że inne zwierzęta zobaczą nas i zaakceptują jako jedno z nich. A potem sami nie realizujemy tego marzenia, gdy niewłaściwe zwierzęta proszą nas właśnie o to. Sądzimy, że chcemy dołączyć do dzikich zwierząt w dżungli, ale nie tolerujemy dzikich zwierząt w swojej kuchni. Za dużo jest mrówek, myślimy, sięgając po spray, kiedy równie prawdziwie można stwierdzić, że za dużo jest ludzi.
W innym eseju, w innej książce, Le Guin zauważa, że tak zwany realizm stawia w centrum człowieka. Jedynie literatura fantastyczna zajmuje się nieludźmi jako równie interesującymi i ważnymi. W tym, a także pod wieloma innymi względami, fantastyka jest bardziej wywrotowa, wszechstronna, intrygująca.
Te dwie kwestie łącznie – niezdolność radzenia sobie z własną liczebnością i uparte przekonanie, że jesteśmy tym, co ważne – mogą się stać naszym końcem. I z takimi myślami docieram do końca świata, gdzie wreszcie męczę się myśleniem o chrząszczach i powracam do myślenia o Le Guin.
Przez dziesięciolecia swojej kariery Le Guin broniła wyobraźni i wszelkich opowieści, jakie się z niej rodzą. Ja sama przez całe dorosłe życie odnajdywałam drogę na szczyt góry, by wysłuchać jej odpowiedzi na pytania, o których nie wiedziałam nawet, że je zadaję. Teraz zbliżam się już do siedemdziesiątki, a to bardzo dużo. I do największych darów, jakie otrzymałam od świata, zaliczam fakt, że znam ją osobiście, że wiele godzin spędziłam w jej towarzystwie. Ale gdybym tylko (tylko! ha!) miała jej książki, ten dar nadal byłby wspaniały.
Sądzę, że w tej chwili przeżywa swoją chwilę – moment uznania i podziwu. W tej szczególnej chwili (bo były i inne) chodzi w części o głęboki, fundamentalny wpływ na pokolenie pisarek, takich jak ja. Na początku tego zbioru opowiada, jak odkryła blog José Saramago i pomyślała: Och, zrozumiałam! Też tak mogę? I dokładnie w taki sposób jej dzieła funkcjonowały dla wielu z nas: jako przykład, jako uwolnienie z konwencji i oczekiwań, jako zaproszenie do świata większego niż ten, który widzimy.
Ale moim zdaniem wszystkie chwile Le Guin, całe uznanie i podziw, nie dorównują jej rzeczywistym osiągnięciom. Nie przychodzi mi do głowy żaden autor, w całej historii, który stworzyłby tyle światów co ona, nie wspominając już o ich złożoności i zawiłościach. Gdy inni autorzy zabezpieczają swoją pozycję jedną książką, ona napisała dziesięć wartych chwały. A ostatnia powieść, Lavinia, z pewnością należy do jej wybitnych utworów. Le Guin była jednocześnie płodna i przekonująca. Żartobliwa i poważna. W całym swoim życiu i pracy zawsze stanowiła siłę dobra, była przenikliwym krytykiem społecznym, niezbędnym teraz bardziej niż kiedykolwiek, gdy widzimy, jak świat skręca w stronę zła. My, którzy podążaliśmy jej śladami zarówno jako czytelnicy, jak i pisarze, mamy szczęście. Nie tylko ją kochamy, ale jej potrzebujemy.
To, co znajdziecie na stronach tej książki, to bardziej swobodna Le Guin, Le Guin domowa. Niektóre z kwestii, jakie dręczyły ją przez cały okres kariery – fatalny kapitalistyczny model wzrostu, siostrzeństwo i cechy, jakimi różnimy się od braterstwa mężczyzn, krytyka i niezrozumienie gatunku, nauka i wiara – nadal się tu pojawiają, ale zeszlifowane do absolutnego minimum. Szczególną przyjemność sprawia obserwowanie, w jakim ożywieniu działa jej umysł albo jak wpis na pozór żartobliwy staje się głęboko istotny.
Le Guin zawsze zachwycała się światem natury. Jest jedną z najbardziej spostrzegawczych osób, jakie znam; zawsze zwraca uwagę na śpiew ptaka w tle czy liść na drzewie. Jej załączone tu eseje o grzechotniku, a potem o rysiu działają na mnie jak poezja, rozpalają głębokie emocje, jakie nie do końca umiem zidentyfikować ani nie mam dla nich słów.
Powinnam stworzyć te słowa! Le Guin by to zrobiła (wygooglujcie „Fibble. Gra w”). Powinnam więc powiedzieć, że kiedy czytam Le Guin piszącą o ptakach czy zwierzętach, o konkretnych zwierzętach mających swoje historie, osobowości, szczególne zachowania, albo kiedy czytam ją piszącą o drzewach, rzekach i znikającym pięknie świata, czuję się transprzestrzenna. Czuję się przezadziwiona. Czuję się językorozdziawiona.
Z językorozdziawieniem
Karen Joy Fowler

Notka na początek

Październik 2010

Zainspirowały mnie niezwykłe wpisy blogowe José Saramago, które zamieszczał, kiedy miał osiemdziesiąt pięć i osiemdziesiąt sześć lat. W tym roku zostały wydane po angielsku jako The Notebooks. Czytałam je zdumiona i zachwycona.
Nigdy wcześniej nie chciałam blogować. Nigdy nie lubiłam słowa „blog” – przypuszczam, że powinno oznaczać „bio-log”, ale brzmi jak nasiąknięty pień drzewa w trzęsawisku, albo może zator w zatokach (Och, mówi w taki sposób, bo ma okropne blogi w nosie). Zniechęca mnie także pomysł, że blog powinien być „interaktywny”, że bloger powinien czytać komentarze innych, aby im odpowiadać i prowadzić nieskończone dyskusje z obcymi ludźmi. Jestem zbyt introwertyczna, by mieć na to ochotę. Z obcymi wytrzymuję tylko wtedy, kiedy mogę napisać opowiadanie albo wiersz i ukryć się za nim, pozwolić, by mówił zamiast mnie.
Choć więc wysłałam kilka obiektów blogopodobnych na Book View Café, nie podobały mi się. W końcu, mimo zmiany nazwy, nadal były to tylko prezentacje czy eseje. A pisanie esejów zawsze stanowiło dla mnie ciężką, z rzadka tylko satysfakcjonującą pracę.
Ale to, co zrobił Saramago, było formą objawienia.
Och! Jasne! Zrozumiałam! Też tak mogę?
Moje próby/starania/wysiłki (tyle znaczy „esej”) jak dotąd mają o wiele mniejszą polityczną i moralną wagę niż teksty Saramago, są też bardziej trywialnie osobiste. Może się to zmieni, kiedy dopracuję formę, a może nie. Może wkrótce się przekonam, że to jednak nie dla mnie, i zrezygnuję. Jeszcze zobaczymy.
To, co podoba mi się w tej chwili, to poczucie wolności. Saramago nie rozmawiał bezpośrednio ze swoimi czytelnikami (tylko raz zrobił wyjątek). Tę wolność także biorę od niego.

CZĘŚĆ 1
Przekraczając osiemdziesiątkę

W czasie wolnym

Październik 2010

W związku ze zjazdem na sześćdziesiątą rocznicę dyplomu rocznika 1951 Uniwersytet Harvarda przysłał mi kwestionariusz. Oczywiście mój college to Radcliffe, wtedy stowarzyszony, ale nieuznawany za część Harvardu, ze względu na różnice płci. Harvard jednak często pomija takie szczegóły w swoim wyniosłym dostojeństwie, gdzie wiele spraw okazuje się poniżej jego godności. W każdym razie kwestionariusz jest anonimowy, czyli zapewne płciowo obojętny, i ciekawy.
Ludzie, którzy powinni go wypełniać, mają lub wkrótce będą mieli po osiemdziesiąt kilka lat, a sześćdziesiąt lat to dość długo, by wiele mogło się zdarzyć młodemu absolwentowi o błyszczących oczach. Zamieszczono więc uprzejmą prośbę do wdów i wdowców, by odpowiedzieli w imieniu zmarłego. A pytanie 1c. „Jeśli rozwiedziony/a” podsuwa interesujący zestaw małych kratek do zaznaczenia: Raz, Dwukrotnie, Trzykrotnie, Cztery razy lub więcej, Obecnie ponownie w małżeństwie, Obecnie ponownie w związku z partnerem, Żadne z powyższych. Ostatnia opcja to zagadka. Próbuję sobie wyobrazić, jak mogłabym być rozwiedziona, a jednak żadne z powyższych.
W każdym razie to raczej mało prawdopodobne, by któraś z tych kratek znalazła się w kwestionariuszu z 1951 roku. Daleko zaszłaś, dziecinko, jak głosiła reklama papierosów z jakąś lalunią…
Pytanie 12: „Ogólnie, według twoich oczekiwań, jak poradziły sobie w życiu twoje wnuki?”. Najmłodszy z moich wnuków właśnie skończył cztery lata. Jak sobie poradził w życiu? Ogólnie dobrze. Zastanawiam się, jakie oczekiwania można mieć wobec czterolatka. Że dalej będzie grzecznym chłopcem i że szybko nauczy się czytać i pisać… nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Pewnie powinnam się spodziewać, że pójdzie na Harvard albo przynajmniej na Columbia University, jak jego ojciec i pradziadek. Ale bycie grzecznym razem z nauką czytania i pisania na razie chyba całkiem wystarczy.
Prawdę mówiąc, nie mam oczekiwań. Mam nadzieje i obawy. Ostatnio to raczej obawy dominują. Kiedy moje dzieci były młode, wciąż mogłam mieć nadzieję, że może nie rozpieprzymy tak całkiem środowiska. Dziś jednak już to zrobiliśmy, dziś jesteśmy bardziej niż kiedykolwiek zaprzedani spekulacyjnemu industrializmowi z horyzontem czasowym rzędu kilku miesięcy w przyszłość. Wszelkie nadzieje, że przyszłe pokolenia mogą mieć życie szczęśliwe i spokojne, stały się bardzo wątłe i muszą sięgać daleko, bardzo daleko w mrok.
Pytanie 13: „Co poprawi jakość życia przyszłych pokoleń Twojej rodziny?” – z kratkami, by ocenić wagę wpływu, od 1 do 10. Pierwszy wybór to Lepsze możliwości edukacyjne – jasna sprawa, Harvard to placówka edukacyjna. Daję mu 10. Drugi to Stabilizacja i wzrost gospodarczy Stanów Zjednoczonych. To mnie totalnie wkurzyło – cudowny przykład kapitalistycznego myślenia czy raczej bezmyślności: uznać wzrost i stabilizację za to samo! W końcu wpisałam na marginesie: „Nie można mieć obu”, i nie zaznaczyłam kratki.
Pozostałe możliwości to: Redukcja długu USA, Redukcja uzależnienia od zagranicznej energii, Poprawa jakości i obniżka kosztów opieki zdrowotnej, Wprowadzenie skutecznej polityki imigracyjnej, Eliminacja terroryzmu, Wzmocnienie stosunków dwustronnych w polityce USA, Eksport demokracji.
Ponieważ w założeniu powinnam myśleć o życiu przyszłych pokoleń, lista wydaje się dość dziwaczna, ograniczona do całkiem współczesnych problemów i przefiltrowana przez takie obsesje współczesnej prawicy, jak „terroryzm”, „skuteczna” polityka imigracyjna i „eksportowanie demokracji” (zakładam, że to eufemizm dla naszej polityki napadania na kraje, których nie lubimy, i niszczenia ich społeczeństwa, kultury i religii). Dziewięć możliwości do wyboru, ale nic o destabilizacji klimatu, o polityce międzynarodowej, o wzroście populacji, nic o zatruciu środowiska przez przemysł, o wpływie korporacji na rząd, nic o prawach człowieka, niesprawiedliwości czy ubóstwie…
Pytanie 14: „Czy realizujesz swoje ukryte pragnienia?”. Znowu mnie poraziło. W końcu nie zaznaczyłam Tak, Częściowo ani Nie, tylko dopisałam: „Nie mam takich; moje pragnienia są rażąco widoczne”.
Ale to Pytanie 18 naprawdę mnie powaliło: „W czasie wolnym czym się zajmujesz? (zaznacz wszystkie pasujące odpowiedzi)”. A lista zaczyna się od Golf…
Siódme na liście dwudziestu siedmiu możliwych zajęć, za Sportami rakietowymi, ale przed Zakupami, Telewizją i Brydżem umieszczono Zajęcia kreatywne (malarstwo, pisarstwo, fotografia itp.).
W tym miejscu przestałam czytać i zastanawiałam się przez dłuższą chwilę. Kluczowe słowa to „w czasie wolnym”. O co może im chodzić?
Dla człowieka pracującego – kasjera w supermarkecie, prawniczki, strażnika na autostradzie, gospodyni domowej, skrzypka, serwisantki komputerów, nauczyciela, kelnerki – czas wolny to czas niespędzony w pracy ani na ogólnym utrzymywaniu się przy życiu, gotowaniu, sprzątaniu, naprawach samochodu czy wożeniu dzieci do szkoły. Dla ludzi w środkowym okresie życia czas wolny to czas dla siebie i dlatego ceniony.
Ale dla ludzi po osiemdziesiątce? Co mają emeryci oprócz „czasu wolnego”?
Właściwie nie przeszłam na emeryturę, ponieważ nigdy nie miałam pracy, z której mogłabym odejść. Nadal więc pracuję, choć nie tak ciężko jak dawniej. Jak zawsze i z nieodmienną dumą uważam się za kobietę pracującą. Jednak dla autorów kwestionariusza Harvardu całe dzieło mojego życia to „zajęcia kreatywne”, hobby, coś, czym wypełnia się czas wolny. Może gdyby wiedzieli, że w ten sposób się utrzymywałam, przesunęliby to do bardziej godnej szacunku kategorii, choć raczej wątpię.
Pytanie pozostaje otwarte: Kiedy cały nasz czas jest czasem wolnym, co z nim robimy?
I jaka właściwie jest różnica między nim a czasem, który mieliśmy w wieku lat pięćdziesięciu, trzydziestu czy piętnastu? Dzieci dysponowały zwykle mnóstwem wolnego czasu – w każdym razie dzieci klasy średniej. Poza szkołą, jeśli nie uprawiały sportu, większość ich czasu była wolna i mniej czy bardziej udanie wymyślały, co z nim począć. Jako nastolatka miałam wolne całe trzy letnie miesiące. Żadnych określonych zajęć, w ogóle. Po lekcjach też miałam czas wolny. Czytałam, pisałam, spotykałam się z Jean, Shirley i Joyce, włóczyłam się ze swoimi przemyśleniami i emocjami albo – wielkie nieba – głębokimi przemyśleniami i głębokimi emocjami… Mam nadzieję, że dzieciaki wciąż mają takie chwile. Te, które znam, sprawiają wrażenie, jakby były w kołowrotku umówionych terminów, bezustannie pędząc do następnego punktu w rozkładzie: trening piłkarski, spotkanie, cokolwiek. Mam nadzieję, że znajdują szczeliny i się w nie wciskają. Bywa, że nastolatka w grupie rodzinnej jest na miejscu ciałem – uśmiechnięta, grzeczna, pozornie uważna – ale nieobecna. Myślę, mam nadzieję, że znalazła właśnie szczelinę, wyrwała nieco wolnego czasu, wtuliła się w nią i jest tam w głębi sama, myśląc i czując.
Przeciwieństwem czasu wolnego jest, jak zakładam, czas zajęty. W moim przypadku nadal nie wiem, czym jest czas wolny, ponieważ cały mój czas jest zajęty. Zawsze tak było i tak samo jest teraz. Jest zajęty życiem. Coraz większa część życia, w tym wieku, to zwykła obsługa ciała, raczej męcząca. Ale nigdzie w swoim życiu nie mogę znaleźć czasu, jakiegokolwiek czasu, który nie byłby zajęty. Ja jestem wolna, ale mój czas nie. Jest w pełni, żywotnie zajęty snem, marzeniami, załatwianiem interesów i e-mailową korespondencją z przyjaciółmi i rodziną, czytaniem, pisaniem poezji, pisaniem prozy, myśleniem, zapominaniem, haftowaniem, przygotowaniem i zjadaniem posiłków, sprzątaniem w kuchni, analizą Wergiliusza, spotkaniami z przyjaciółmi, rozmowami z mężem, chodzeniem po zakupy, spacerowaniem, jeśli mogę spacerować, i podróżowaniem, jeśli podróżujemy, niekiedy siedzeniem w vipassanie, niekiedy oglądaniem filmu, wykonywaniem Ośmiu Bezcennych Chińskich Ćwiczeń, kiedy potrafię, leżeniem po południu z tomem Krazy Kata do czytania i moim własnym zwariowanym kotem, który zajmuje obszar między górą ud i środkiem łydek, gdzie układa się i natychmiast głęboko zasypia. Żadna z tych czynności nie dzieje się w czasie wolnym. Nie mogę go marnować. Co oni sobie myślą w tym Harvardzie? W przyszłym tygodniu kończę osiemdziesiąt jeden lat. Nie mam wolnego czasu.