“Horologium, czyli dom niezwykłych zegarów” to nietuzinkowa baśń dla mniejszych i większych o tym, co najważniejsze, historia stara jak świat, a jednocześnie świeża i niewinna jak jej bohater.


Horologium, czyli dom niezwykłych zegarówWyobraź sobie cienie kamienic, stukające o bruk końskie kopyta, trzepot ptasich skrzydeł, dźwięk katarynki… W pewnym mieście, na rogu wieczornych ulic spotykają się dwaj starzy przyjaciele. Ich rozmowę przerywa wyłaniająca się zza rogu mała postać. Za chwilę stanie się coś, co stać się musi, aby ta historia mogła się potoczyć…

Co zabiedzona dziewczynka robi w mieście po zmroku? Kim jest towarzyszący jej chłopiec? O czym rozmawiają mężczyźni? Jakie tajemnice kryje pokój z zegarami i czym właściwie jest… Horologium?

Horologium to bractwo niezwykłych – ludzi obdarzonych wyjątkowymi zdolnościami, ale i obarczonych wielką odpowiedzialnością. To dom dla samotnego chłopca o czystym sercu i sprytnej dziewczynki, potrafiącej zmieniać się nie do poznania. To wreszcie zegar – odmierzający czas życia każdego człowieka, wszystkie jego wzniosłe i niecne czyny…

Oto historia stara jak świat, a jednocześnie świeża i niewinna jak jej bohater. Opowieść o samotności, odosobnieniu i odnajdywaniu się w nie zawsze przyjaznym otoczeniu. Baśń o miłości i poświęceniu, które potrafią zwalczyć ślepą zachłanność. Przypowieść o tym, czym naprawdę jest niezwykłość.

Przeczytaj ją i odkryj klucz do największego skarbu.

Ariadna Piepiórka
Horologium, czyli dom niezwykłych zegarów
Ilustrator: Zofia Zabrzeska
Wydawnictwo Skrzat
Premiera: 6 maja 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Horologium, czyli dom niezwykłych zegarów


Prolog

Nigdy nie słyszałeś tej historii? Jest już bardzo stara, ale przecież takie kryją w sobie najwięcej tajemnicy, prawda? No dobrze, opowiem ci ją, drogi czytelniku, ale wiedz, że znam tylko jedną z licznych wersji. Zaczyna się tak, jak wiele baśni – dawno temu (choć może nie tak dawno, jak te najstarsze). Nie w jakiejś odległej krainie, ale tutaj. A zaczęło się od zła. Trzeba ci wiedzieć, że kiedy człowiek wyrządzi drugiemu ogromne zło, całe piekło wiwatuje. Nikt nie pilnuje wtedy jego czarnych bram, a drzemiące przy nich czarownice tylko czekają, aż pod wpływem radosnych okrzyków wrota rozchylą się odrobinę. Tyle tylko wystarczy, aby przecisnęła się przez nie jedna z wiedźm. To bardzo sprytne i przebiegłe istoty, złe do szpiku kości.
Pewnego razu właśnie w czasie mrocznym, ponurym i nieszczęśliwym, kiedy ludzie na całym świecie toczyli ze sobą krwawe boje, gdy rozgorzała wielka wojna, piekło zaśmiewało się tak głośno, że obudziła się drzemiąca w nim najgroźniejsza z czarownic. Czarna brama otworzyła się szerzej niż zwykle i zanim dobre anioły zdążyły zatrzasnąć ją od zewnątrz, ta okrutna postać wyszła na ziemię. Czuła się tam wspaniale, obserwując cierpiących z powodu rozlewu krwi ludzi, rozpalając coraz to nowe spory i pilnując, aby zawiść i chciwość nie opuściły człowieczych serc. I żeby bitwy nie miały końca.
Wiemy jednak doskonale, że zawierucha się skończyła. Jak to się stało? Nie wiadomo. Bardzo prawdopodobne jest, że wiedźmę osłabiły dobre serca, których nie brak przecież na ziemi, a które mają niezwykłą moc, znacznie silniejszą od mocy tych złych.
Czarownica powoli wracała jednak do sił, a wraz z nimi rósł jej gniew. Postanowiła skrzywdzić ludzi najbardziej, jak to tylko możliwe. Zabrała ze świata coś najcenniejszego i ukryła w złotej skrzyni, zamykając ją na złoty kluczyk.
Co to było? Nie tak szybko, mój drogi czytelniku! Wszystko w swoim czasie, sam z pewnością wkrótce się domyślisz…
Zła istota czuła się z siebie bardzo zadowolona, gdy patrzyła na efekty tej zuchwałej kradzieży. Musiała jednak ukryć lśniący kluczyk w bezpiecznym miejscu, a jak doskonale wiemy, nie ma miejsca bezpieczniejszego nad nasze własne serca. Wiedźma także to wiedziała, ale przecież (jak każda czarownica) serca nie miała. Postanowiła poszukać sobie innego. Ukryła kluczyk w serduszku niemowlęcia, które porwała od rodziców w dniu jego urodzin, po czym zaszyła się z nim gdzieś i z ukrycia obserwowała efekty swojego podłego czynu.
Co dalej? Nic. Na tym baśń się kończy. W tym momencie mamy mówią swoim dzieciom, że pora spać, a ich pytania pozostawiają bez odpowiedzi. Nie, nie są złośliwe, końca tej historii po prostu nikt nigdy nie usłyszał. Ja jednak znam opowieść, która wszystko ci wyjaśni. Może nawet wiem, jaki jest jej finał, choć czy mogę tak powiedzieć? Przecież ta historia jeszcze się nie skończyła. Potrwa tak długo, jak długo będzie istniało jej miejsce – czyli nasze „tutaj”.
Już dobrze, opowiem ją, to jednak długa baśń, więc rozsiądź się wygodnie, uruchom wyobraźnię i posłuchaj.
Zaczynajmy!

Rozdział I

Na ulicy Nowej

Wyobraź sobie miasto. Brukowane uliczki, pogrążone w mroku nocy błyszczą, jakby nagle jakiś czarodziej zmienił je w połyskliwe lustra. Ten czarodziej to deszcz. Deszcz, który jest jednocześnie jedynym źródłem dźwięku na opustoszałych ulicach. Niezwykle uspokajający jest delikatny odgłos kropel, co jakiś czas spadających z przemoczonych po całodziennym deszczu latarni. Główna ulica pogrąża się w półmroku, którego nie zdołało rozproszyć tych kilka świecących ulicznych lamp. Deszcz łagodnieje, przeradza się w delikatną, ledwie widoczną mżawkę, którą chyba trafniej byłoby nazwać mgiełką… Widzisz to?
Spokój głównej ulicy zakłócił odgłos zbliżającego się do niej konnego powozu. Stukot kopyt dwóch kasztanowych szkap odbijał się coraz głośniejszym echem od ścian kamienic, stojących po obu stronach drogi, gdy powóz – niewielki, ale z ogromnymi, pięknie rzeźbionymi, drewnianymi kołami – przemierzał powoli ulicę, jadąc samym jej środkiem.
Powoził nim chudy człowieczek z siwiejącymi, potarganymi włosami, związanymi w kucyk, uśmiechając się przy tym szaleńczo i pokazując oczywiste braki w uzębieniu. Skrzeczącym głosem, przypominającym skrzypienie drewnianej podłogi, nucił starą piosenkę, z której dało się zrozumieć jedynie kilka słów.
Woźnica poprowadził konie w prawo, w niewielką brukowaną uliczkę. Tablica na ścianie jednej z kamienic głosiła, że powóz znalazł się właśnie na ulicy Nowej, jednak niech nazwa ta nie zwiedzie cię, drogi czytelniku – nie zmieniło się na niej nic od ponad stu lat. Kamienice wokół były stare i bardzo zniszczone, czas pozostawił także swój ślad na latarniach – zardzewiałych i powyginanych.
Powóz zatrzymał się i wysiadł z niego przysadzisty jegomość w meloniku, czarnym płaszczu i monoklu. Rozejrzał się po uliczce i wsłuchał w noc. Konie – zupełnie jakby zauważyły, że mężczyzna chce coś usłyszeć – zamilkły również, nasłuchując. Na drodze zapanowała głucha cisza, nawet krople zdawały się – poruszone niezwykłą o tej porze sytuacją – przestać kapać. Cisza ta wyłowiła dobiegającą z oddali muzykę.
Usłyszawszy ją, jegomość uśmiechnął się lekko do siebie i sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyciągnął z niej piękny zegarek na łańcuszku i przyjrzał się uważnie tarczy, na której samym środku wymalowano odlatującą jaskółkę. Znów uśmiechnął się do siebie i chowając zegarek z powrotem, ruszył środkiem uliczki, co jakiś czas spoglądając w ciemne okna kamienic. W miarę jak szedł, muzyka stawała się coraz głośniejsza i bardziej wyraźna. Po chwili oczom mężczyzny ukazała się jakaś wysoka postać, stojąca przy katarynce i kręcąca korbą. Wokół kataryniarza zebrało się całe mnóstwo kawek i gawronów. Co jakiś czas przeskakiwały zabawnie z miejsca na miejsce, zupełnie jakby tańczyły. Każdy z pewnością wziąłby te podskoki w rytm muzyki za zbieg okoliczności, jednak musiałby uwierzyć w końcu, że tak nie jest. Gdy tylko bowiem jegomość w monoklu zbliżył się do kataryniarza, nie przestraszyły się i nie uciekły, jak w normalnej sytuacji zrobiłby jakikolwiek przedstawiciel ich gatunku. Dopiero kiedy mężczyzna przestał kręcić korbą, ptaki odleciały. Pozostała tylko jedna kawka, która usiadła na ramieniu kataryniarza niczym piracka papuga.
Po brukowanej ulicy roznosiło się jeszcze echo katarynki, kiedy jegomość w monoklu przyjrzał się uważnie człowiekowi z kawką na ramieniu. A trzeba wiedzieć, że przedstawiał on nader osobliwy widok, i to bynajmniej nie tylko przez czarnego ptaka obserwującego dumnie świat z jego ramienia. Był to mężczyzna wysoki, ubrany w garnitur w szkarłatną szkocką kratę i taki sam, lekko podniszczony cylinder, przekrzywiony delikatnie na ciemnych pofalowanych włosach. W jego brązowych, wesołych oczach kryło się coś niezwykłego – jakaś dziwna gotowość do działania. Patrząc w nie, miało się wrażenie, że mężczyzna za chwilę zrobi coś niezwykłego, choć trudno byłoby domyślić się co.
– A więc wróciłeś do nas, Stanisławie – odezwał się pan w monoklu, uśmiechając się nieco chłodno. – Widzę, że muszę przydzielić ci nową rolę w naszym bractwie – dodał, spoglądając na katarynkę. – Nie wiedziałem, że interesujesz się muzyką.
– Nie mogłem się oprzeć, gdy ją tu zobaczyłem… a muzyki nigdy za wiele, Ludwiku – odparł z uśmiechem mężczyzna nazwany Stanisławem. – Myślę, że nie zaszkodziłoby, gdyby w Horologium rozbrzmiewała o wiele częściej…
– Dopiero wróciłeś i już chcesz wszczynać muzyczną rewolucję? – spytał Ludwik nieco żartobliwym tonem.
Obaj mężczyźni niemal jednocześnie ruszyli powolnym krokiem w kierunku głównej ulicy, pozostawiając katarynkę, jak gdyby była częścią brukowanej ścieżki.
– Rewolucja to zbyt ciężkie słowo, by je wiązać z muzyką – odparł niespeszony Stanisław. – W każdym razie wspaniale znów znaleźć się w domu – dodał po chwili. – Swoją drogą ciekawe… skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – zadał to pytanie tonem niezupełnie wskazującym na ciekawość, jakby niekoniecznie chciał poznać odpowiedź. Lub jakby wiedział, że nie będzie mu to dane. Mężczyzna w monoklu uśmiechnął się szerzej.
– Sam wiesz, że mam na to swoje sposoby – odparł krótko.
– Och, wiem to doskonale! – przyznał tamten. – Cały czas mam jednak nadzieję, że zdradzisz nam chociaż jeden z nich.
Człowiek w monoklu milczał, cały czas lekko się uśmiechając. Wyglądał, jakby nie usłyszał ostatniego zdania swojego towarzysza. Słyszał je jednak doskonale.
– Czy twoja misja się powiodła? – spytał nagle.
– Wszystko zgodnie z planem – odparł Stanisław, zerkając na niewielką szkatułkę, którą niósł pod pachą. – A jak mają się sprawy w Horologium?
– Na razie jest dość spokojnie. – Ludwik spoważniał całkowicie. – Ale czuję, że coś wisi w powietrzu. Wróciłeś w odpowiednim momencie, Stanisławie.
– Tak… – Uśmiech spełzł ze śniadej twarzy jego rozmówcy. – Rzeczywiście, zwierzęta też to czują.
Nagle obaj jednocześnie zatrzymali się, mimo że od powozu dzieliła ich jeszcze pewna odległość. Zauważyli bowiem na ulicy coś, co z pewnością nie powinno się tam znaleźć o tej porze. Coś, a raczej kogoś… Samym środkiem ulicy zmierzała ku nim malutka dziewczynka.

(. . .)

I nagle w mozaice zamkniętych drzwi oczom chłopca ukazały się jedne otwarte na oścież. Wiedział, że nie jest to droga do jadalni, ale jego oczy, bardzo zmęczone oglądaniem cały czas tych samych ścian i dywanów, chciały zobaczyć coś innego. Podszedł więc ostrożnie do otwartych drzwi i zajrzał do pomieszczenia, które się za nimi kryło.
Aż westchnął cicho ze zdumienia, gdy zobaczył ogromny pokój cały wypełniony najróżniejszymi zegarkami. Znajdowały się na kilku regałach stojących na środku pomieszczenia i na półkach pnących się po każdej ze ścian aż do sufitu. Ze wszystkich stron rozlegało się tykanie wydobywające się z niezliczonej liczby chronometrów – dużych stojących, ściennych, najróżniejszego kształtu i koloru, kieszonkowych na łańcuszkach tudzież paskach oraz całkiem malutkich, przeznaczonych do noszenia na nadgarstku.
Nie zdając sobie z tego sprawy, Olek wszedł do pokoju. Z szeroko otwartą buzią i zapartym tchem zaczął przyglądać się urządzeniom. Każdy z zegarków wskazywał dokładnie tę samą godzinę. Chłopiec szedł między regałami, aż nagle jego uwagę przykuł jeden z przyrządów. Nie był niezwykły – w pokoju znajdowało się mnóstwo o wiele bardziej barwnych, bogatych i interesujących czasomierzy – jednak to przed nim Olek się zatrzymał i od niego nie umiał oderwać wzroku.
Chodziło o nieduży srebrny zegarek kieszonkowy na łańcuszku. Jedyny wyróżniający go element stanowiła najmniejsza wskazówka – w kształcie maleńkiego kluczyka. Zegarek wydawał się przeciętny, ale kiedy Olek na niego spojrzał, poczuł się bardzo dziwnie. Wziął go do ręki, a ten natychmiast zrobił się ciepły, i chłopiec o mały włos go upuścił.
– Wiedziałem, że ten spodoba ci się najbardziej. – Usłyszał za sobą jakiś głos i podskoczył tak, że znów zegarek prawie wyślizgnął mu się z rąk.
Odwrócił się gwałtownie i spojrzał prosto w przenikliwe oczy Ludwika.
– Przepraszam… – wyszeptał. – Ja… nie chciałem… zgubiłem się…