“Twoje fotografie” to do głębi poruszająca opowieść, przypominająca o tym, że życie jest darem i że na miłość nigdy nie jest za późno.


Twoje fotografieZostały ci zaledwie miesiące na rzeczy, na które jeszcze wczoraj miałaś długie lata.

W dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin Ava dowiaduje się o wznowie raka, z którym walczyła trzy lata wcześniej. Lekarze nie pozostawiają nadziei: dziewczyna ma przed sobą jakiś rok życia.

Ava nie zamierza jednak pozwolić chorobie decydować o tym, jak przeżyje ostatnie cenne miesiące – pragnie urządzić swój wymarzony ślub. Jest tylko jeden mały problem. Brak pana młodego.

Ava nie ma też zbyt wiele pieniędzy, a przede wszystkim czasu… Lecz to wszystko jest bez znaczenia. Zorganizuje wesele dla siebie samej.

Gdy przyjaciele i rodzina mobilizują się, by pomóc jej spełnić ostatnie marzenie i zorganizować przyjęcie wszech czasów, w sprawę angażują się media i wieść o Avie rozchodzi się po całym kraju.

Lecz plany dziewczyny nieco się komplikują. Nagle do głosu dochodzą uczucia, z którymi zdążyła się już pożegnać. Teraz musi zdecydować, czy wystarczy jej odwagi, by pokochać, a potem sił, by się pożegnać.

***

Do głębi poruszająca opowieść, przypominająca o tym, że życie jest darem i że na miłość nigdy nie jest za późno.
Kelly Rimmer, autorka “Kiedy ciebie straciłam”

Tammy Robinson
Twoje fotografie
Przekład: Izabella Mazurek
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 15 maja 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Twoje fotografie


Prolog


„To Koniec, zaczyna się”.

W marzeniach mogę być wszędzie.
Ogranicza mnie wyłącznie wyobraźnia, ale – jak w siódmej klasie zauważyła moja nauczycielka angielskiego – zostałam obdarzona wyobraźnią dość bujną. Określiła ją jako oryginalną i dramatyczną, a przy tym oznajmiła to z dumą, zupełnie jakby był to rezultat wyłącznie jej wskazówek i nauczania, a nie genetycznych kart, jakie mi rozdano. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby mnie teraz zobaczyła.
„Wielka szkoda, wielka strata”.
I nie pomyliłaby się.
W marzeniach podróżuję do miejsc, w których nigdy nie byłam, lecz które zawsze pragnęłam odwiedzić. Z jednej strony to wygodniejsze. Żadnych kolejek do kontroli celnych, kieszonkowców, na których trzeba uważać, albo zastrzyków przeciw tężcowi. Z drugiej strony jednak żadna z tych podróży nie jest prawdziwa. Nigdy osobiście tych miejsc nie zobaczę.
Dni zaczęły zlewać się ze sobą. Upływ czasu odmierzam wyłącznie na podstawie kolejnych dawek leków przeciwbólowych. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni wstałam z tego łóżka albo opuściłam tę salę. Leżę przy oknie i za to jestem wdzięczna. Patrzę na przepływające chmury, a potem…
Mrugnięcie.
…nagle ich miejsce zajmują gwiazdy.
Słyszę je. Głosy. Stłumione, zapłakane i wyczerpane. To straszne, że przeze mnie musieli przez to wszystko przejść. Nadal przechodzą. Czy to moja wina? Że wciąż tu jestem? Że trzymam się życia, choć powinnam odpuścić? Czyżbym zawiodła w kwestii, która dotyczy nas wszystkich?
Mrugnięcie.
Śnię o nim. O kroplach wody na jego skórze i odbijającym się w oczach zachodzie słońca. To wszystko wydarzyło się w nieodpowiednim momencie. A zarazem nie mogło wydarzyć się w lepszym. Zastanawiam się, gdzie on jest i co robi.
Mrugnięcie.
Chodzę na palcach wśród gwiazd, po Drodze Mlecznej.
Sunę na komecie, tańczę z mężczyzną na Księżycu.
Jestem gwiezdnym pyłem; dmuchnij za mocno, a zupełnie się rozsypię.

Rozdział 1

Przestałam słuchać parę minut temu, kiedy wypowiedział trzy słowa, których tak bardzo nie chciałam usłyszeć.
„Tak mi przykro”.
Patrzę na jego poruszające się usta i dociera do mnie kilka innych słów, choć mam wrażenie, że znalazłam się pod wodą albo słucham go z wnętrza odkurzacza.
„Wtórny”
„Kości”
„Nieuleczalny”
„Ograniczone opcje”
Pojedynczo żadne z tych słów nie brzmi jakoś szczególnie złowrogo, razem jednak tworzą ponury obraz. Rak wrócił. I tym razem nie odejdzie. Ogarnia mnie odrętwienie, jakby podano mi środek znieczulający, i całe moje ciało opada w chłodny bezruch. To niemożliwe.
Powinnam słuchać. Przemówienie, które właśnie wygłasza ten człowiek, jest bardzo ważne. Wiem, że później będę musiała odpowiedzieć na miliony pytań, a nie będę znała odpowiedzi, jeśli nie zacznę słuchać. Poza jedną, o ile ktoś w ogóle odważy się zadać to pytanie.
„Umierasz?”
„Tak”.
– Avo?
Zdaję sobie sprawę, że wypowiedział moje imię. Mrugam.
– Słucham?
– Masz jakieś pytania?
– Nie.
„Tak. Dlaczego ja?”
– Wiem, że to mnóstwo informacji i potrzebujesz czasu na ich przyswojenie.
Wstaje, obchodzi biurko i przysiada na rogu, a potem spogląda na mnie z góry ze współczuciem. Kiedy lekarze przestali nosić białe kitle? Już prawie nie przypominają lekarzy. Można by pomyśleć, że niedawno skończyli liceum. Tak jak ten facet – doktor Harrison. W innej sytuacji zaczęłabym z nim flirtować. To klasyczny zadbany przystojniak. Byłabym gotowa założyć się o każde pieniądze, że pielęgniarki się za nim uganiają.
– Czy mam do kogoś zadzwonić? Żeby po ciebie przyjechał? – pyta.
Mrugam ponownie, uświadamiając sobie, że gapię się na jego usta. Zastanawiam się, jak by to było je całować. To niestosowne, ale jeśli czegoś zdołałam się nauczyć, to że właściwa reakcja, jakiej ktoś oczekuje w takiej sytuacji, może zupełnie odbiegać od tego, co się w rzeczywistości stanie.
– Nie, dziękuję – odpowiadam. – Poradzę sobie.
„Wcale sobie nie poradzę”.
– W porządku. Przez kilka najbliższych dni przemyśl to, co ci powiedziałem, a potem omówimy opcje dalszego postępowania.
Prycham z rozgoryczeniem. Opcje. Rozmowa na ich temat wydaje się bezcelowa, skoro wiadomo, jaki będzie rezultat, ale tego już nie mówię. Jak na ironię, nie chcę sprawić mu przykrości.
Jesienne powietrze za drzwiami szpitala jest rześkie; wdycham je mocno przez nos, czując, jak mój brzuch, zgodnie z instrukcjami w telefonicznej aplikacji do medytowania, nadyma się jak balon. Wstrzymuję je na dokładnie sześć sekund, po czym wypuszczam powoli ustami. Balon się zmniejsza.
Nie pomogło: wciąż wzbiera we mnie panika.
W niewielkim ogrodzie na prawo od szpitalnego parkingu jest ławka. Siedziałam na niej mnóstwo razy, choć od pewnego czasu tam nie byłam. Siadywałam na ławce o różnych porach roku niczym czujny ptak. Kiedy siedzisko było zimne, a ziemia twarda i zamarznięta. Kiedy górujące nade mną drzewa były nagie, a w powietrzu unosiła się mgiełka dymu z tysięcy kominów. Kiedy grunt miękł wraz z pojawieniem się pierwszych wiosennych pąków, a wokół roztaczała się oszałamiająca aura wyczekiwania na nowe życie.
Dziś siedzę i przyglądam się barwnemu dywanowi z zaściełających ziemię purpurowych, pomarańczowych i czerwonych liści. Co pewien czas podrywa je swawolny wiatr i tańczą zupełnie swobodnie jak dzieci.
„Nigdy nie będę miała dzieci”.
„Nigdy nie wyjdę za mąż”.
Zawsze zakładałam, że to pierwsze kiedyś się stanie.
A o tym drugim marzyłam całe życie. Ból mocno uderza mnie w żołądek; zginam się wpół, łapię za brzuch i zaciskam powieki, by odgrodzić się od świata.
– Wszystko w porządku?
W głosie słychać zaciekawienie i troskę. To głos kobiecy, lecz szorstki i drżący, jak u osoby w podeszłym wieku. Nie mam ochoty podnosić wzroku. Ktokolwiek to jest, zdaje sobie sprawę, że przeszkadza.
– Przesunie się pani? – mówi kobieta nieco opryskliwie.
Przesuwam się z rozdrażnieniem, wciąż nie podnosząc wzroku. Czuję ruch powietrza, gdy kobieta sadowi się obok mnie.
– Nie ma pani nic przeciwko, żebym sobie zapaliła? – pyta, ale od razu pstryka zapalniczką. Głos ochrypł jej najwyraźniej nie tylko z powodu wieku; łapię się na tym, że oceniam ją, choć przecież nie lubię nikogo oceniać, a co dopiero osobę, której nawet nie znam. Przy trzecim pstryknięciu zapalniczka w końcu się zapala i przez chwilę słychać tylko odgłos zaciągania się. Kobieta od razu zaczyna kaszleć, więc w końcu z niepokojem ku niej spoglądam.
Ma na sobie szlafrok i kapcie; widocznie jest pacjentką, która wymknęła się ze szpitala, by pofolgować swojemu niezbyt chwalebnemu nałogowi. Jej siwe włosy są rozczochrane i wiotkie, przyklapnięte z tyłu, a ona tak intensywnie zanosi się kaszlem, że za moment chyba wypluje płuca.
– Wszystko w porządku? – pytam, zastanawiając się, czy nie pobiec po pomoc.
Unosi palec, gestem prosząc, bym dała jej chwilę. Kiedy dochodzi do siebie, kiwa głową i zaciąga się po raz kolejny. Tym razem udaje jej się wypuścić powietrze bez całej tej dramatycznej otoczki.
– O tak, od razu lepiej. – Znów kiwa głową. – Ten pierwszy buch zawsze musi narobić zamieszania.
Przygląda się z zaciekawieniem mojej twarzy, a ja zdaję sobie sprawę, że wciąż mam policzki mokre od łez. Szybko je ocieram i wbijam wzrok z powrotem w swoje stopy.
– Złe wieści? – pyta kobieta.
Przytakuję.
– Ktoś z rodziny?
Kręcę głową.
– Och. – Wdech. – Pani?
Przytakuję.
Zaciąga się jeszcze kilkakrotnie.
– Bardzo źle?
– Gorzej być nie może.
– Rak?
Patrzę na nią z zaskoczeniem.
– Skąd pani wie?
Wykrzywia twarz w grymasie.
– Nie jestem wróżką, jeśli o to pani pyta. Ta cholerna choroba jest wszędzie.
Dostrzegam chorobliwą bladość jej skóry oraz chude, kościste nadgarstki wystające z rękawów szlafroka. Za chude. Szpitalna opaska identyfikacyjna wisi luźno na jej lewej ręce.
– Pani też?
Wzdycha.
– Tak. Zaczęło się od płuc. Teraz jest w kościach i w zasadzie wszędzie indziej.
Znów wbijam wzrok w stopy.
– Mnie właśnie też powiedzieli, że jest w kościach.
– Przykro mi to słyszeć. Boli, prawda?
– Nie. Jeszcze nie. Czasem trochę pobolewa.
– Aha. W takim razie nie jest tak źle. Z pewnością znośnie.
Doceniam tę nieznaczną próbę podniesienia mnie na duchu, choć obie wiemy, że kłamie.
Wdech. Patrzę, jak wciąga dym prosto do płuc, najgłębiej jak potrafi, po czym niechętnie wypuszcza go przez wydęte usta. Wykrzywia nieco wargi, by wylatywał prawą stroną zamiast lewą, po której siedzę. Niczego to nie zmienia, bo wiatr i tak zwiewa go w moim kierunku. Zapach jest paskudny, ziemisty i gorzki, silny i natrętny. Naprawdę nie rozumiem, co w tym pociągającego. Zauważa, że się jej przyglądam.
– Chce pani jednego? – pyta, wyciągając paczkę.
Kręcę głową.
– Nie. Dzięki.
– Grzeczna dziewczynka. – Wdech. – No, dalej – mówi.
– Słucham?
– Może mi pani zadać to pytanie. Nie pani pierwsza i nie ostatnia. Ale otrzyma pani tę samą odpowiedź.
Brzmi zagadkowo. Nigdy nie byłam dobra w rozwiązywaniu zagadek.
– Jakie pytanie?
Unosi resztkę papierosa w moją stronę; tak mocno ścisnęła fi ltr między palcami, że nie jest już okrągły, lecz owalny. Z końcówki spada popiół, który ląduje na moich dżinsach. Strzepuję go.
– Zastanawia się pani, dlaczego palę – mówi.
– Nieprawda.
– Czyżby?
– Nie.
– No tak. Ma pani ważniejsze problemy na głowie. Proszę nie zwracać na mnie uwagi. Dokończę tylko i już nie przeszkadzam.
Staram się ją ignorować. Ręce włożyłam pod uda, a czubkami butów wodzę po ziemi i spoglądam na wschód, ponad wzgórza otaczające nasze miasto. Niektórzy lubią obserwować innych. Ja zawsze uwielbiałam obserwować chmury i odnajdować wśród nich ukryte zwierzęta lub twarze. Dzisiejszy dzień świetnie się do tego nadaje. Nisko wiszące obłoki rozciągają się nad wzgórzami; prezentują się dziś całkiem różnorodnie. Puszyste białe chmurki przypominające śnieżne rożki, długie szare chmury w kształcie cygar, z których jakby unoszą się smużki dymu. Gdzieniegdzie opasłe, ciężkie obłoki w kształcie sterowców, o brzuchach wzdętych od deszczu. Zazwyczaj na taki widok odczuwałabym radość. Dziś jednak myślę jedynie o tym, że pewnego dnia, całkiem niedługo, nasycę się takim obrazem po raz o s t a t n i i koniec. I zastanawiam się: czy będę wiedziała, że to ostatni raz? Czy gdy któregoś wieczoru będę patrzyła, jak chmury znikają wraz z zachodem słońca, będę w i e d z i a ł a, że wydam ostatnie tchnienie, nim słońce wzejdzie po raz kolejny i przyniesie ze sobą kolejne obłoki, którym ktoś będzie mógł się przyglądać? A może będę zupełnie tego nieświadoma? Koktajl z leków i choroby odbierze mi entuzjazm i najprawdopodobniej przytomność. Ponownie wzbiera we mnie wręcz obezwładniająca panika, odwracam się więc do kobiety, byle tylko za wszelką cenę pomyśleć o czymkolwiek innym.
– Dlaczego pani to robi? – wyrzucam z siebie drżącym głosem.
– Dlaczego palę?
– Tak.
Wzrusza ramionami.
– Bo jestem uzależniona.
– Aha.
– Spodziewała się pani lepszej odpowiedzi.
– Nie wiem, czego się spodziewałam.
– Proszę mi wierzyć, znam wszystkie powody, dla których powinnam rzucić palenie. A najważniejszy to oczywiście ten przeklęty rak płuc. Ale po prostu nie potrafię. – Raz jeszcze żałośnie spogląda na papierosa. Wypaliła go do ostatka, tak że został tylko poplamiony na żółto filtr. – Wiem, że to, do czego się przyznam, nie jest zbyt stosowne – mówi – ale lubię palić. Niech mnie, naprawdę sprawia mi to przyjemność. Palę tak długo, że nie wyobrażam sobie życia bez papierosów.
Rzuca peta na ziemię i zadeptuje go. Jej kożuchowe kapcie są wyblakłe i znoszone, a duży palec prawej stopy niemal wydostał się na wolność. Ciekawe, czy zdaje sobie sprawę, jak absurdalnie brzmią jej słowa.
– Wiem, że moje słowa brzmią absurdalnie – mówi. – Ale jestem stara i zmęczona. Nie zamierzam odmawiać sobie jedynej przyjemności, jaka mi została.
Z pewnym wysiłkiem podnosi się i staje w bezruchu, unosząc twarz ku niebu i zamykając oczy.
– Ależ to ironia – odzywa się po chwili. – Po papierosie powietrze zawsze ma słodszy smak.
Nie odpowiadam. Nie za bardzo wiem, co miałabym powiedzieć. Kobieta otwiera oczy i spogląda na mnie ze współczuciem.
– W pani wieku to ogromny pech. Naprawdę. Czasami ta niesprawiedliwość strasznie mnie wkurza i jeśli rzeczywiście tam na górze i s t n i e j e jakiś starzec w białej szacie i dziurawych sandałach, to mam z nim do pogadania. Będzie musiał odpowiedzieć mi na parę pytań.
Milknie na chwilę, by zakaszleć, a ja zauważam, że jej dłonie i palce powyginał artretyzm.
– Niech pani nie popełni tego samego błędu co wiele osób w podobnej sytuacji – mówi, gdy już wszystko wykaszlała. – Tyle razy już to widziałam. Ludzie zwyczajnie się poddają, gdy słyszą diagnozę, zupełnie jakby właśnie skończył im się czas. – Mierzy mnie wzrokiem. – Jest pani młoda i, na moje oko, jeszcze całkiem sprawna. W ciągu tych ostatnich dni niech nie zajmuje się pani umieraniem. Jeżeli jest coś, czego pani pragnie, niech pani to zrobi. Jasne?
Przytakuję.
– To dobrze. – Prostuje się na tyle, na ile pozwala jej kręgosłup, i odchodzi, powłócząc nogami.
Nie ogląda się za siebie.
Ja raz jeszcze spoglądam w niebo. Wiatr się zmienił, teraz wieje ze wschodu, przesuwając chmury ponad wzgórzami niczym grzywy fal. Lecz jest wśród nich jedna buntowniczka, większa od pozostałych. Rozkwita ku górze przecudną bielą na tle nieba, pieniąc się niczym beza.
„Jeżeli jest coś, czego pani pragnie, niech pani to zrobi”.
Słowa kobiety wybrzmiewają w mojej głowie, gdy przyglądam się tej chmurze. Nigdy za bardzo nie wierzyłam w symbole. Jeżeli ktoś odpowiednio intensywnie ich szuka, zawsze znajdzie powód, żeby coś w ten sposób uzasadnić. Lecz w dniu, w którym otrzymałam najgorszą z możliwych wieści, rzucam logikę na wiatr i chwytam się tego symbolu. Obłoku w kształcie bezy. Albo w kształcie sukni. To znak.
„Niech pani zrobi to, czego pragnie”.
Pragnę wyjść za mąż.

Rozdział 2

– Niespodzianka!
Udaję zaskoczenie, gdy zapala się światło i zza drzwi i kanap wyskakują przyjaciele i rodzina.
– Co to? Co się dzieje? – pytam, teatralnie chwytając się za serce i ironicznie unosząc brwi.
Moja mama wychodzi naprzód i przewraca oczami.
– Możesz sobie darować to aktorstwo – stwierdza. – Wiemy, że wiedziałaś.
– Słucham? Ja… Co? No dobra. Co mnie zdradziło?
– Twój ojciec się przyznał. Z a p o m n i a ł, że to niespodzianka, i zadzwonił, żeby cię spytać, o której wrócisz. – Odwraca się z marsową miną do ojca, który przybiera głupkowaty wyraz twarzy.
– Przepraszam – mówi. – Na swoją obronę mogę tylko dodać, że nie powinniście mnie w nic wtajemniczać. Jestem beznadziejny w dotrzymywaniu sekretów.
– Nic nie szkodzi, tato. – Wspinam się na palce, by ucałować niewielki skrawek policzka widoczny ponad ogromną siwą brodą. – I tak nie za dobrze znoszę niespodzianki – mówię szeptem. – Bardzo się cieszę, że mnie ostrzegłeś.
– Uff. – Uśmiecha się.
Prawię się załamuję na widok taty. Mojego uroczego, niezawodnego i kochanego taty. Kiedy ma na sobie swoje znoszone dżinsy z dziurą na kolanie, które doprowadzają mamę do szału („Są wygodne! – protestuje, gdy ona każe mu się ich pozbyć. – Po co zawracać sobie głowę wciskaniem się w nowe?”), mam ochotę objąć ten jego obfity brzuszek i trzymać z całych sił. Ale nie mogę. Od razu by się zorientował, że coś jest nie tak, a postanowiłam nic im nie mówić, przynajmniej nie dziś. Nie widzę powodu, dla którego miałabym psuć ten dzień również innym.
– Widzę, że wciąż nie znalazłeś maszynki do golenia – szydzę, targając mu baczki.
– Nie i wcale nie zamierzam. Przynajmniej ciepło mi w twarz.
– Ale bez nich wyglądałbyś znacznie młodziej.
– A po co mam wyglądać młodo? Przecież nie szukam sobie nowej kobiety. Twoja matka raczej mi wystarcza.
Z czułością popatruje w drugi koniec pokoju na mamę, która pełni funkcję gospodyni i rozdaje krakersy z serem pleśniowym i innymi dodatkami; bez wątpienia wydała na nie fortunę. Moi rodzice są w sobie tak samo zakochani jak w dniu ślubu dwadzieścia dziewięć lat temu. Wszyscy moi przyjaciele zawsze uważali, że to cudowne. Ja za to czułam się przez to niewiarygodnie zażenowana, zwłaszcza gdy obściskiwali się przy ludziach. Teraz się cieszę, że mogą na sobie polegać. To wsparcie będzie im potrzebne, kiedy mnie zabraknie.
– A właśnie, wszystkiego najlepszego – mówi tata. – Mama zajęła się prezentem, który czeka na ciebie w kuchni.
– Ale to nie striptizer, prawda?
Krztusi się upitym właśnie łykiem piwa.