“Nowy Dziki Zachód” to wnikliwy portret zafiksowanej na swoim punkcie branży high-tech i jej potentatów. Obnaża ich zachłanność i pychę a także odsłania niepokojące plany na przyszłość.


Nowy Dziki ZachódW szczytowym okresie rozkwitu start-upów dziennikarz Corey Pein wyrusza do ich kolebki – Doliny Krzemowej, by dowiedzieć się, dlaczego ta branża tak długo prosperuje.

Prędko okazuje się, że aby w pełni zrozumieć zwariowaną rzeczywistość przedsiębiorców internetowych musi się w niej zanurzyć i sam zostać przedsiębiorcą. Wynajmuje więc pokój dzielony z młodymi programistami na dorobku i wkręca się na szumnie reklamowane, lecz w gruncie rzeczy mające niewiele do zaoferowania konferencje branżowe i zakrapiane alkoholem imprezy promocyjne.

Rozmawia z inwestorami szukającymi okazji i łatwowiernymi zapaleńcami, którzy wierzą, że ich internetowy start-up osiągnie sukces na miarę Instagrama czy Facebooka.

“Nowy Dziki Zachód” to wnikliwy portret zafiksowanej na swoim punkcie branży high-tech i jej potentatów. Obnaża ich zachłanność i pychę a także odsłania niepokojące plany na przyszłość. Autor stawia alarmującą tezę: choć przyszłość nowych technologii przedstawia się obiecująco, to przeciętnym ludziom nie pozostanie nic oprócz intensywnej i nieprzerwanej pracy – aż do śmierci. Z tej ścieżki „postępu” ludzkość nie może już raczej zejść.

***

Pein to doświadczony dziennikarz, który wie, jak nie przesadzić z żartami i od czasu do czasu pozwolić, by temat, którym się zajmuje, przemówił sam za siebie… Bez humoru autora z pewnością byłaby to głęboko depresyjna lektura.
Daily Mail

Dolina Krzemowa, którą ukazuje Pein niewiele różni się od dystopijnych wizji, które znamy z science fiction.
The New Republic

Peinowi udało się uchwycić coś ważnego na temat Doliny Krzemowej, co dotąd umykało innym autorom.
The New York Times Book Review

Zabawna książka, która otwiera oczy. Pein odkrywa grę pozorów, jaką uprawia się w branży, która okazuje się mniej przyjazna niż wskazuje na to jej wizerunek.
Publishers Weekly

Głęboko niepokojąca lektura… Trzeźwe spojrzenie na negatywne konsekwencje przemysłu technologicznego i jego ideologiczne podłoże.
Kirkus Reviews

Gdyby serial Black Mirror miał swój książkowy odpowiednik, z pewnością byłby to Nowy Dziki Zachód.
Booklist

Corey Pein jest amerykańskim dziennikarzem śledczym, stałym współpracownikiem magazynu „The Baffler” i byłym członkiem zespołu redakcyjnego „Willamette Week”. Pisze między innymi dla „Slate”, „Salon”, „Foreign Policy”, „The American Prospect” i „Columbia Journalism Review”. Mieszka w Portland.

Corey Pein
Nowy Dziki Zachód. Zwycięzcy i przegrani Doliny Krzemowej
Przekład:Barbara Gutowska-Nowak
Seria: Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 25 marca 2019
 
 

Nowy Dziki Zachód


Pierwszym upolowanym przeze mnie gratisem był jasnoróżowy kupon, który wyciągnąłem z kosza obok kasy sklepowej. Kupon zapewniał darmowy przejazd taksówką należącą do Lyft, drugiej co do wielkości, „obsługiwanej przez aplikację internetową firmy przewozowej” w mieście. Zmiana samogłoski w nazwie korporacji była moim zdaniem czymś wyjątkowo paskudnym. (Czy nie mogłaby się nazywać po prostu Lift?1) Podobnie fatalne wrażenie wywarło na mnie cukierkowate logo. Byłem jednak zbyt „oszczędny”, jak ujmowała to moja małżonka, żeby wyrzec się kursu taksówką wartego 25 dolarów wyłącznie ze względów estetycznych. Zainstalowałem więc aplikację Lyft w swoim telefonie, zezwoliłem firmie na zlokalizowanie mego położenia i Bóg jeden wie na co jeszcze, a następnie przywołałem samochód, który miał zawieźć mnie i mój bagaż do wynajętego lokum w mieście.
Kiedy podniosłem wzrok znad ekranu telefonu jakiś samochód zatrzymywał się właśnie przy krawężniku. Nigdy wcześniej nie korzystałem z aplikacji takich jak Lyft i wydawało mi się niemożliwe, żeby moja taksówka pojawiła się tak szybko. Stałem rozglądając się bezradnie przez kilka minut. Kobieta za kółkiem nie sprawiała wrażenia zniecierpliwionej. Wyglądała na zadowoloną z krótkiej przerwy.
Simone była wykończona. Nic w tym dziwnego. Była podręcznikowym przykładem mikroprzedsiębiorcy na miarę dwudziestego pierwszego wieku, czyli, innymi słowy, bezwzględnie wykorzystywaną wyrobnicą. Mieszkała w Oakland, ale wstawała wczesnym rankiem i dojeżdżała do centrum San Francisco, gdzie przepracowywała dwie zmiany jako kierowca szkolnego autobusu. Dla Lyft jeździła w przerwie na lunch i po pracy aż do późnego wieczora. Obaj pracodawcy sklasyfikowali Simone jako zatrudnionego w niepełnym wymiarze godzin niezależnego wykonawcę usługi i w ogóle ich nie interesowało czy siada za kółkiem wypoczęta czy zmęczona. Nie liczyła na podwyżkę. „Chcę się wymiksować z Lyft,” powiedziała mi. „Teraz dzięki mnie bogaci się ktoś inny. Wiem, że mogłabym przeznaczać ten czas na pracę w mojej własnej firmie.”
W Hollywood każdy ma w szufladzie niedokończony scenariusz. W Bay Area natomiast każdy ma firmę z branży zaawansowanych technologii, na tak wczesnym etapie rozwoju, że nie zdobyła jeszcze inwestora i póki co działa „w trybie niewidzialności” (co znaczy, że jej twórca nie ma pieniędzy, ale ma pomysł, którego rzekomo nie chce ujawniać, ale tak naprawdę sprzedałby własną matkę za odrobinę reklamy). „Jaki jest twój pomysł na start-up?” spytałem. Zawahała się, a potem zapytała, czy jestem religijny albo czy łatwo obrazić moje uczucia. „Nie szczególnie,” odparłem.
Kiedy samochód toczył się niespiesznie Tenderloin – pod autostradami, koło tętniących życiem obozowisk bezdomnych i płonących stert śmieci – Simone opowiedziała mi o swojej firmie. Nazwała ją Racy Laydeez. Zatrudniła kogoś bez grosza przy duszy, żeby założył jej stronę internetową. Racy Laydeez było katalogiem zabawek erotycznych, oferującym szczegółowe instrukcje dla początkujących użytkowników wraz z „prezentacjami”. Naturalnie byłem zaintrygowany. Mimo to nie było dla mnie całkiem jasne na czym polegała wyjątkowość pomysłu Simone, która zamierzała zaistnieć na mocno nasyconym rynku gadżetów erotycznych; być może na tym, że podobne do niej czarne kobiety należące do klasy pracującej będą się czuły mniej skrępowane, mogąc zamawiać wibratory online zamiast krążyć wśród regałów w pełnym białych japiszonów seks szopie w środku miasta. Biznesplan Simone miał wprawdzie spore luki, ale, jak powszechnie wiadomo, tysiąc start-upów opartych na znacznie głupszych pomysłach przyciągnęło dużych inwestorów. Z całą pewnością nie brakowało jej entuzjazmu. „Wiem, że mogę się na tym dorobić!” stwierdziła, zatrzymując samochód pod wskazanym adresem. Życzyłem jej szczęścia, pomachałem na do widzenia i rozejrzałem się dokoła.

(. . .)

Imprezę zorganizowano w posępnym wieżowcu w stylu Art Deco – który wyglądał, jakby przeniesiono go tu z komiksowego Gotham City – dawnym budynku PacBell, zbudowanym dla kalifornijskiej filii tego telekomunikacyjnego monopolisty w szczytowym okresie jego rozwoju. Obecnie głównym najemcą był Yelp, serwis internetowy, który umożliwia anonimowym półanalfabetom zamieszczanie opinii na temat sklepów spożywczych, lekarzy, restauracji, barów i innych lokalnych firm oraz usług. W opiniach, które nie są szczególnie interesującą lekturą, dominuje ton małostkowego nadąsania, ale w pewnym sensie właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Yelp zarabia kontaktując się z właścicielami firm wymienionych w opiniach internautów i proponując im wykupienie reklam. Niektóre z firm donoszą, że pracownicy Yelp, którzy działają pod olbrzymią presją, zmuszeni do wyrabiania normy narzuconej przez pracodawcę, obiecują niekiedy usunięcie negatywnych opinii lub zablokowanie postów z pozytywnymi opiniami na temat konkurencji w zamian za wykupienie comiesięcznej reklamy, której koszt może sięgać kilku tysięcy dolarów rocznie. Założony w 2004 roku Yelp po dziesięciu latach działalności zaczął osiągać roczne przychody rzędu 370 milionów dolarów. W opinii niektórych firm praktyki Yelp mają charakter wymuszenia rozbójniczego. Jak dotąd jednak sądy rozstrzygały spory dotyczące charakteru działalności Yelp na jego korzyść. Vanity Fair uznało szefów Yelp za przedstawicieli „nowego establishmentu”. Czterdziestoparoletni prezes firmy Jeremy Stoppelman osobiście przekazał 125 tysięcy dolarów Partii Demokratycznej i jej kandydatom. Nic więc dziwnego, że w 2013 roku, kiedy Yelp przeniósł się do nowej siedziby głównej, uroczystego przecięcia wstęgi dokonała członkini Kongresu Nancy Pelosi, zamieszkała w Pacific Heights, najbogatszej dzielnicy miasta. Pelosi wygłosiła wówczas mowę pochwalną, nazywając Yelp „wzorem dobrych praktyk biznesowych” i jednym z „motorów społeczno-ekonomicznych, które napędzają amerykańskie marzenie” – marzenie zbudowane na wierze w przyszłość, wierze w ducha przedsiębiorczości, wierze w innowacyjność, wierze w technologię i prawdziwej wierze we wspólnotę, bo właśnie wspólnota stanowi esencję Yelp.” Zapomniała dodać, że w przeciwieństwie do lokalnych gazet, które znikają z rynku za sprawą Stoppelmana i jemu podobnych szefów firm technologicznych, Yelp nie zatrudnia małej armii dziennikarzy, aby nękali polityków pokroju Pelosi pytaniami o ich zażyłość z darczyńcami finansującymi ich kampanie albo pisywali uczciwe i merytoryczne opinie o restauracjach.
Yuri i ja staliśmy przed solidnie wzmocnionymi drzwiami wejściowymi do wieżowca i zaglądaliśmy przez szybę do olbrzymiego holu, którego ściany wyłożone były czarnym marmurem, a sufit pomalowany w misterne wzory przypominające chiński gobelin. Mieliśmy problem. Wyglądało na to, że liczba chętnych do wzięcia udziału w imprezie przekraczała ilość miejsc. Yuri zbył niefrasobliwym wzruszeniem ramion surowego odźwiernego, który, ku memu niepomiernemu zdumieniu, wskazał nam złotą windę. Zauważyłem, że nie ma w niej przycisków. Było to moje pierwsze zetknięcie z „inteligentną windą”, zmyślnym urządzeniem, które stanowiło dodatkową linię obrony przed namolną hałastrą – zarówno szemranymi żebrakami naszego pokroju, jak i restauratorami, doprowadzonymi do ostateczności przez kretyńskie opinie zamieszczane na stronie Yelp.
Drzwi windy rozsunęły się, ukazując naszym oczom zwartą grupę odzianych w jednakowe T-shirty, solidnie podchmielonych amatorów piwa obojga płci, którzy otaczali ciasnym kręgiem stanowisko didżeja. Radio internetowe Pandora, które przejawia szczególne zamiłowanie do pozbawiania muzyków źródeł utrzymania, jak na ironię przysłało żywego człowieka, aby zapewnił dyskretny akompaniament muzyczny do pulsującego, rytmicznego murmuranda rozmów na tematy zawodowe. Ponad głowami tłumu widniała wypisana świecącymi literami nazwa wielkiego dobroczyńcy i fundatora imprezy: Yelp.
Zgodnie z szumną zapowiedzią wśród gości było więcej „dziewczyn” niż na typowym przyjęciu dla pasjonatów najnowszych technologii, choć większość z nich, jakby w odruchu obronnym, skupiła się w odrębne grupy i bawiła we własnym towarzystwie. Nawiązałem rozmowę z pełnym najlepszych intencji organizatorem, od którego usłyszałem o wykorzystywaniu, drwinach, odrzuceniu i protekcjonalnemu traktowaniu, na jakie narażone są kobiety pracujące w zawodach technicznych. Impreza ta stanowiła element szeroko zakrojonych działań zmierzających do wyeliminowania tych patologii. Nie mogłem zapewnić z ręką na sercu, że robię, co w mojej mocy, żeby pomóc, ponieważ przyprowadziłem ze sobą faceta, który właśnie ruszył na podryw. W pobliżu konsolety didżeja jakiś duży blondas poruszający się o kulach rozepchnął bezceremonialnie grupkę kobiet w firmowych T-shirtach, dorwał się do mikrofonu i zaczął okropnie rapować. Uznałem, że najlepiej będzie się oddalić.
Przeciskając się niespiesznie przez tłum gości, natykałem się co rusz na osobliwe połączenie przyjemności z wytężoną pracą. Jaki był cel tego wszystkiego? Oczywiście nawiązywanie kontaktów. Po to, żeby zdobyć lepszą pracę, a potem jeszcze lepszą i tak dalej aż do chwili, kiedy zarobione pieniądze pozwolą wreszcie powiedzieć szefowi, „Pieprzę cię. Rzucam w diabły tę robotę.” Każdy miał inne wyobrażenie o tym, jaką kwotę należy uznać za wystarczającą, ale w powszechnym przekonaniu powinna to być suma, dzięki której nie trzeba już będzie pracować ani bywać na tych debilnych niby przyjęciach. Przypuszczałem, że większość gości stanowili pracownicy Yelp, zobligowani do udziału w tym wydarzeniu, ponieważ od zgromadzenia sumy, która pozwoliłaby im się uniezależnić, dzieliła ich jeszcze bardzo długa droga. Ale było jeszcze coś, co trzymało ich w tym budynku – przytłaczający lęk przed nieznanym otoczeniem.
Życie na zewnątrz start-upowej bańki było przerażające i nieprzewidywalne. W środku natomiast było bezpiecznie. W technologicznym getcie Bay Area „zabawa” była obowiązkowa, a stan upojenia alkoholowego mile widziany. Klienci baru w siedzibie Yelp na przykład mieli do dyspozycji trzy beczułki piwa kraftowego z najwyższej półki oraz szeroki wachlarz win i alkoholi wysokoprocentowych. Nie był to bynajmniej tymczasowy zestaw, przygotowany specjalnie w celu uhonorowania gości, lecz stały asortyment biurowego bufetu. Yelp Café, na co dzień dostępna tylko dla pracowników firmy, była lokalem pięciogwiazdkowym… w skali Yelp. „Cóż, wygląda na to, że nigdy nie wyjdę z mojego biurowca!” napisał autor jednej z opinii. No, jasne – przecież właśnie o to chodzi.
„Taki lokal to nic niezwykłego, zwłaszcza w większych firmach,” stwierdził Yuri. „W GitHub mają bar na każdym piętrze i tajny pokój, w którym trzymają rzadkie gatunki whisky. To jakieś szaleństwo.”(Nasz współspacz Arun utrzymywał, że był kiedyś w tym legendarnym pokoju, ale powiedziano mu, że nie wolno tam robić zdjęć.) Faktycznie, rozdawanie darmowego jedzenia i alkoholu każdemu, kto tylko wejdzie z ulicy wydawało się z lekka odjechane. Poszedłem po dolewkę mocnego piwa i wróciłem z plastikowym kubkiem pełnym bursztynowego płynu oraz talerzem jakichś orzechowych zawijańców na zakąskę. Yuri i ja popatrzyliśmy na siebie, a potem na gęsty tłum gości. Oglądaliśmy hałaśliwe widowisko z udziałem bandy dziwaków, dokazujących wysoko ponad dachami miasta przez całą noc, a raczej najpóźniej do dziewiątej, bo rano wszyscy musieli stawić się w pracy.
„Myślisz, że to będzie trwać? A może to tylko bańka?,” spytałem Yurija. Przełknął swoją zakąskę. „Może”, odparł. Z czasem zorientowałem się, że poruszanie tego drażliwego tematu nie jest dobrze widziane, ale z pewnością nie ja jeden zastanawiałem się czy i kiedy skończy się łatwa forsa, tak jak choćby w branży dot-comów, która półtorej dekady temu załamała się dosłownie z dnia na dzień. „Ale to bańka innego rodzaju niż ta z 2000 roku,” ciągnął Yuri. „Te firmy mają użytkowników i przychody.” Rzeczywiście, zaledwie tydzień przed imprezą Yelp poinformował o swoim pierwszym rocznym zysku – po dwóch latach strat, które ponosił już jako spółka publiczna i ośmiu latach wcześniejszej działalności jako prywatny start-up, duży i rozwijający się dynamicznie, a mimo to niedochodowy. Yuri miał więc rację. Ale nie całkowicie. Zyski były niepewne ze względu na duże fluktuacje grona użytkowników – w szczególności tych, który zamieszczali opinie na stronach Yelp. Zaledwie parę miesięcy po tym przyjęciu akcje Yelp zanotowały 75-procentowy spadek wartości, a część inwestorów twierdziła nawet, że spółka wpadła w „spiralę śmierci”. (Po pewnym czasie cena akcji wzrosła, ale nie osiągnęła wcześniejszego, rekordowego poziomu.) Łatwo przyszło, łatwo poszło.