“Elena wie” to thriller, który pod pozorem gatunkowej konwencji kryje najprawdziwszą i przejmującą grozę. “Twoja” to historia pewnej zdrady i jej konsekwencji.


Elena wie | TwojaElena wie
Elena żyje w rytm pigułek. Musi zażywać je w określonych odstępach, inaczej jej mózg przestanie wydzielać dopaminę, a wtedy ciało nie będzie jej słuchać. Każdy krok to wyzwanie. Każdy ruch to niewiadoma. Każdy dzień może przynieść pogorszenie, bo poprawa po prostu jest niemożliwa.
Mimo tego wszystkiego Elena wyrusza w drogę, która dla zdrowego człowieka byłaby banalnie prosta, a dla niej stanowi prawdziwą mękę. Musi dojść na stację kolejową i pojechać do centrum miasta, znaleźć dom, w którym mieszka pewna kobieta, bo tylko ona może pomóc Elenie poznać prawdę o Ricie. Rita, córka Eleny, nie żyje od paru miesięcy. Wszyscy powtarzają, że to samobójstwo. Elena wie, że to niemożliwe.

Twoja
Inés Pereyra: zawsze zadbana i uśmiechnięta, troszczy się o dom, męża i córkę. Idealna pani domu, wyrozumiała i ułożona. Jednak pewnego dnia Inés znajduje w rzeczach męża kartkę z narysowanym szminką sercem i podpisem „Twoja”. I teraz już wie, że Ernesto ją zdradza. Pewnego wieczora śledzi męża i staje się mimowolnym świadkiem śmierci jego kochanki.
Co zrobi Inés? Wszystko, by uratować swoje małżeństwo, by jej wygodne życie rodzinne nie ucierpiało przez ten incydent. Inés, dyskretnie i z tylnego siedzenia, bierze sprawy w swoje ręce.

“Elena wie” to thriller, który pod pozorem gatunkowej konwencji kryje najprawdziwszą i przejmującą grozę. Grozę choroby, utraty kontroli nad ciałem, osuwania się w mrok niesprawności. Grozę toksycznych relacji między bliskimi i życiowych sytuacji, do których popchnąć może tylko rozpacz. To historia jednego dnia, w którym odbija się całe życie i odsłania prawda, która być może powinna była zostać zasłonięta.

“Twoja” to historia pewnej zdrady i jej konsekwencji. Claudia Piñeiro tworzy z tych elementów świetną opowieść kryminalną, w której nie brak typowych elementów gatunku: zbrodni, śledztwa, winnego i solidnej porcji napięcia. Zarazem jednak pojawiają się motywy, które sprawiają, że nie jest to tylko kolejny kryminał, a coś więcej…

***

Głos Claudii Piñeiro brzmi jak jedwab, jednak jest to jedwab ostry jak brzytwa.
Que Leer

Claudia Piñeiro
Elena wie / Twoja
Przekład: Tomasz Pindel
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 10 kwietnia 2019
 
 

Elena wie | Twoja


Elena wie

Dopiero teraz ją rozumie, bo dawniej żyła obok niego wprawdzie przezeń kochana, ale nigdy nie rozumiana. Człowiek jest z ukochaną osobą wreszcie razem wtedy, gdy ten, zmarłszy, jest w nim rzeczywiście.
Thomas Bernhard, Zaburzenie, przeł. S. Lisiecka

Betonowa konstrukcja niczym nie różni się od domku z kart. Wystarczy tylko odpowiedni podmuch wiatru.
Thomas Bernhard, Entblössungen

1

Chodzi o to, żeby prawą nogę podnieść, ledwie kilka centymetrów nad podłogę, przesunąć ją w powietrzu do przodu na tyle, by minęła lewą nogę, i wtedy nieważne, czy daleko czy blisko, znów ją postawić. Chodzi tylko o to, myśli Elena. Tyle że ona może sobie myśleć, a prawa stopa, choć mózg wysyła polecenie ruchu, nie chce się ruszyć. Nie podnosi się. Nie przesuwa w powietrzu. Nie opada znów na podłogę. Nie rusza się, nie podnosi, nie przesuwa w powietrzu, nie opada na podłogę. Mało brakuje. Ale nie. Wtedy Elena siada i czeka. W kuchni w swoim mieszkaniu. Musi zdążyć na pociąg jadący do stolicy o dziesiątej rano; następny, ten z jedenastej, już się nie nada, bo pigułkę wzięła o dziewiątej, dlatego myśli, wie, że musi zdążyć na ten o dziesiątej, zaraz po tym, jak lekarstwo sprawi, że jej ciało zacznie wykonywać polecenia mózgu. To niedługo. Ten z jedenastej odpada, bo wtedy efekt lekarstwa zacznie słabnąć i w końcu całkiem ustanie, a ona będzie się czuła dokładnie tak jak teraz, tyle że nie będzie mogła liczyć na to, że lewodopa zacznie działać. Lewodopa, tak się nazywa to coś, co ma krążyć w jej ciele, kiedy pigułka się rozpuści; od dłuższego czasu zna tę nazwę. Lewodopa. Tak jej powiedzieli, a ona to sobie zapisała na karteczce, bo wiedziała, że pisma lekarza i tak nie odczyta. Lewodopa musi krążyć w pani ciele, rozumie pani. Na to właśnie czeka, siedząc w kuchni swojego mieszkania. Czekanie to wszystko, co może teraz zrobić. Liczy sobie ulice. Recytuje ich nazwy z pamięci. Od początku do końca i od końca do początku. Lupo, Moreno, 25 de Mayo, Mitre, Roca. Roca, Mitre, 25 de Mayo, Moreno, Lupo. Lewodopa. Ma tylko pięć przecznic do stacji kolejowej, to nie tak dużo, myśli sobie i recytuje, i wciąż czeka. Pięć. Ulice, którymi jeszcze nie byłaby w stanie iść, nie dałaby rady stawiać kroków, ale może przynajmniej recytować ich nazwy z pamięci. Dziś nie chce nikogo spotkać. Nikogo, kto by pytał ją o zdrowie czy składał spóźnione kondolencje z powodu śmierci córki. Codziennie podchodzi do niej ktoś, kto nie mógł być na czuwaniu przy zwłokach bądź na pogrzebie. Albo się nie odważył. Albo nie chciał. Kiedy ktoś umiera, tak jak umarła Rita, wszyscy czują się zaproszeni na pogrzeb. Dlatego ta dziesiąta to nie jest dobra godzina, myśli, bo żeby dojść na stację, musi przejść przed bankiem, a dziś są wypłacane emerytury, toteż bardzo możliwe, że natknie się na jakiegoś sąsiada. I to na niejednego. Chociaż bank otwiera się dopiero o dziesiątej, czyli kiedy jej pociąg będzie już wjeżdżał na stację, a ona z biletem w ręku podejdzie na krawędź peronu, żeby wsiąść, lecz przed bankiem już wcześniej, Elena to wie, w kolejce będą stali emeryci, jakby w obawie, że pieniędzy może starczyć tylko dla tych, którzy zjawią się pierwsi. Jedynie robiąc spore kółko, można by uniknąć przejścia obok banku, ale parkinson tego by jej nie darował. Tak to się nazywa. Elena wie już od pewnego czasu, że nie ona włada teraz niektórymi częściami swojego ciała, na przykład nogami. Rządzi on. Albo ona. Pytanie, czy do Parkinsona należy zwracać się per on czy ona, bo choć ta nazwa brzmi jakoś tak po męsku, to jednak przecież jest chorobą, a choroba ma rodzaj żeński. Tak jak katastrofa. Albo tragedia. Postanawia, że będzie mówić o Parkinsonie jako o Niej, bo kiedy myśli o tej chorobie, używa określenia „ta cholerna dziwka”, a dziwka to przecież ona, nie on. Za przeproszeniem. Ona. Doktor Benegas parę razy już jej to tłumaczył, lecz Elena nadal nie do końca rozumie; to znaczy rozumie, co ma, bo przecież to siedzi w jej ciele, nie łapie natomiast wszystkich słów używanych przez lekarza. Za pierwszym razem Rita przy niej była. Rita, która dziś nie żyje. Lekarz powiedział im, że parkinson polega na degeneracji niektórych komórek systemu nerwowego. I obu im nie spodobało się to słowo. Degeneracja. Jej i jej córce. Doktor Benegas najwyraźniej zdał sobie z tego sprawę, bo szybko zaczął tłumaczyć. I powiedział, że to choroba centralnego układu nerwowego, która degeneruje, czyli tak zmienia, mutuje czy modyfikuje niektóre komórki nerwowe, że przestają produkować dopaminę. I wtedy Elena się dowiedziała, że kiedy jej mózg zamierza wprawić ciało w ruch, polecenie to może dotrzeć do stóp, jeśli przekaże je tam dopamina. Jak jakiś goniec, pomyślała sobie wtedy. Czyli parkinson to ona, a dopamina to goniec. A mózg nic, bo stopy już go nie słuchają. Jak obalony król, który nawet nie zdaje sobie sprawy, że już nie rządzi. Jak ten cesarz bez szat z bajki, którą opowiadała Ricie, kiedy jej córka była mała. Obalony król, cesarz bez ubrań. I jeszcze Ona, nie Elena, tylko jej choroba, goniec i obalony władca. Elena powtarza ich nazwy, jak wcześniej powtarzała ulice dzielące ją od stacji; te nazwy czekają razem z nią. Od początku do końca i od końca do początku. Cesarz bez szat jej się nie podoba, bo skoro nie ma ubrań, to znaczy, że jest nagi. Woli obalonego króla. Czeka, powtarza, układa ich dwójkami: Ona i goniec, goniec i król, król i Ona. Próbuje ponownie, ale stopy wciąż są obce, nawet nie to, że nieposłuszne – wprost głuche. Głuche stopy. Elena miałaby ochotę na nie krzyknąć: ej, nogi, ruszcie się wreszcie, nawet „cholera” by dodała, ruszcie się wreszcie, cholera, wie jednak, że to na nic, bo jej głosu też nie usłuchają. Dlatego nie krzyczy, tylko czeka. Powtarza słowa. Ulice, królów, znów ulice. Dołącza do swojej litanii nowe słowa: dopamina, lewodopa. Domyśla się, że „dopa” z dopaminy i z lewodopy to musi być to samo, ale tylko się domyśla, pewności nie ma, powtarza, bawi się słowami, pozwala, żeby język się jej plątał, czeka i nie obchodzi jej to, interesuje ją jedynie, żeby upływał czas, żeby pigułka się rozpuściła, zaczęła krążyć w ciele aż po stopy, które wreszcie się dowiedzą, że mają zacząć iść.
Denerwuje się, a to nie jest dobre, bo kiedy jest zdenerwowana, lekarstwo działa z opóźnieniem. Ale nie ma jak temu zaradzić. Dziś podejmie ostatnią próbę, by dowiedzieć się, kto zabił jej córkę, porozmawia z jedyną na świecie osobą, którą być może zdoła przekonać i namówić do pomocy. W zamian za dawny, niemal zapomniany z czasem dług. Spróbuje domagać się wyrównania tego długu, choć Rita, gdyby żyła, na pewno by się na to nie zgodziła, życie to nie jest handel wymienny, mamo, pewne rzeczy się robi, bo tak, bo tak Pan Bóg przykazał. Łatwo nie będzie, ale spróbuje. Isabel – tak się nazywa ta kobieta, którą musi znaleźć. Nie jest pewna, czy tamta będzie ją pamiętać. Podejrzewa, że pewnie nie. Ritę owszem, zawsze przysyła jej kartkę na Nowy Rok. Może nawet nie wie o jej śmierci. Jeśli nikt jej nie powiadomił, jeśli nie przeczytała tej jedynej klepsydry, jaka się pojawiła, i to dwa dni po pogrzebie, zamówiona przez szkołę parafialną, w której Rita pracowała, dyrekcja i grono nauczycielskie, uczniowie i rodzice łączą się z Eleną w takim dniu, jeśli nie uda się jej dziś znaleźć, ta kobieta pod koniec grudnia pewnie znów przyśle kartkę z życzeniami wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku dla nieboszczki. Ritę pamięta, ale jej, Eleny, nie, myśli Elena, na pewno nie. A nawet jeśli, to i tak by jej nie poznała, zgiętej wpół, z tym postarzałym ciałem niepasującym do jej rzeczywistego wieku. To już będzie należało do niej, trzeba będzie wyjaśnić, kim jest i czego tam szuka, twarzą w twarz, jak się już spotkają. Opowie jej o Ricie. O jej śmierci. Tak jak będzie umiała, opowie jej tyle, niewiele, ile zdołała zrozumieć z tego, co jej powiedzieli. Elena wie, gdzie może znaleźć Isabel, lecz nie wie, jak tam dotrzeć. Tam gdzie sama zawiozła ją te dwadzieścia lat wcześniej razem z Ritą. Jeśli szczęście jej dopisze, jeśli Isabel nigdzie się nie przeprowadziła, jeśli nie umarła tak jak jej córka, znajdzie ją tam, w tym starym domu na Belgrano, w domu z ciężką drewnianą bramą i brązowymi okuciami, tuż obok gabinetu lekarskiego. Nie pamięta nazwy ulicy, gdyby przynajmniej pamiętała pytanie, jakie zadała jej wtedy córka – słyszałaś kiedyś o ulicy, która nazywa się Soldado de la Independencia, mamo? – wtedy by sobie przypomniała. Rychło się jednak przekona, bo owszem, pamięta, że to jedna albo dwie przecznice od alei biegnącej przez Buenos Aires od Retiro po General Paz, nieopodal małego skwerku i torów kolejowych. Pociągu nie widziały, ale słyszały – Rita zapytała, co to za linia – lecz Isabel nie odpowiedziała, bo płakała. Żeby teraz, prawie dwadzieścia lat później, dowiedzieć się, jak tam dojechać, Elena poszła do biura taksówek za rogiem domu, otwartego kilka lat temu w lokalu, w którym wcześniej działała piekarnia, Elena kupowała tam dla całej rodziny ich chleb powszedni, od kiedy wprowadziła się do dzielnicy zaraz po ślubie, ale w końcu chleb zniknął i pojawiły się taksówki. Kierowca nie wiedział, ja tu nowy jestem, tłumaczył się, więc zapytał właściciela. Powtórzył słowa Eleny, powiedział: aleja biegnąca przez Buenos Aires od Retiro po General Paz, przy torach, na co właściciel odpowiedział: Libertador, a Elena, że tak, że ta aleja nazywała się Libertador, gdy to powiedział, przypomniała sobie, musi jechać do Belgrano na taki placyk. Olleros, rzucił inny kierowca, który właśnie wszedł, tego to już pewna nie jestem, stwierdziła Elena, Olleros, powtórzył tamten z przekonaniem, lecz nie pamiętała nazwy ulicy, natomiast owszem, pamiętała drewnianą bramę i brązowe okucia, Isabel i jej męża, choć jej męża to nie bardzo. Zawieźć panią? zapytali, na co Elena odpowiedziała, że nie, że to daleka droga i duży wydatek, że pojedzie pociągiem, a w razie czego, jeśli nie będzie dawała rady z samą sobą i jej ciało odmówi wejścia do metra, złapie jakąś taksówkę na Constitución, zaproponujemy pani jakąś sensowną cenę, odezwał się właściciel, nie, dziękuję, odpowiedziała, możemy pani udzielić kredytu, nalegał, pociągiem, powtórzyła Elena, nie lubię długów, ucięła dalszą dyskusję, żadne metro tam pani nie podwiezie, proszę pani, linia na calle Carranza najbliżej, ale zostaje pani z dziesięć przecznic jeszcze, powiedzieli jej, jeśli pani weźmie tam taksówkę, niech pani uważa, żeby pani nie wozili w kółko, proszę powiedzieć kierowcy, żeby wiózł panią prosto 9 de Julio aż do Libertador, a potem znów prosto do Olleros, chociaż nie, poprawił się ten drugi kierowca, bo Libertador zmienia się w Figueroa Alcorta, jeszcze przed planetarium, trzeba uważać, żeby skręcić w lewo w stronę Pomnika Hiszpańskiego, a potem wrócić na Libertador albo pod hipodromem w Palermo, wyjaśnił właściciel, ale niech pani pilnuje, żeby nie obwieźli pani naokoło, naprawdę pani nie chce z nami pojechać? Elena wyszła bez słowa, bo odpowiadała już na to pytanie kilka razy i dostatecznie dużo wysiłku kosztuje ją to wszystko, żeby jeszcze raz odpowiadać na to samo.
Constitución, 9 de Julio, Libertador, Figueroa Alcorta, planetarium, Pomnik Hiszpański, Libertador, Olleros, drewniana brama, okucia z brązu, brama, Olleros, Libertador, 9 de Julio, Constitución. Od początku do końca i od końca do początku. Nie pamięta, w którym miejscu tej litanii powinna umieścić hipodrom. Czeka, zastanawia się, znów liczy ulice. Pięć dzielących ją od stacji i tamte, których nie zna albo nie pamięta, tam gdzie jedzie, żeby spróbować odebrać dług, wierzy w niego, bo tego potrzebuje. Król bez korony. Ona. Wciąż w tej samej pozycji, na siedząco, próbuje podnieść prawą stopę w powietrze – tym razem rozkaz dociera i noga się porusza. Teraz Elena jest gotowa, wie o tym. Opiera się dłońmi o uda, zsuwa stopy, żeby nogi zgięły się w kolanach pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, potem łapie się prawą dłonią za lewe ramię, a lewą za prawe, zaczyna się kiwać na krześle i podrywa się z impetem. Tak każe jej wstawać doktor Benegas podczas badań, ona wie, że tak jest trudniej, lecz kiedy tylko może, próbuje, bo chce poćwiczyć przed kolejną wizytą. Chce zaimponować doktorowi Benegasowi mimo tego, co jej powiedział za ostatnim razem, kiedy ją badał, dwa tygodnie przed śmiercią Rity. Stojąc przy krześle, z którego właśnie się podniosła, porusza prawą nogą, podnosi ją w powietrzu, raptem na kilka centymetrów, przesuwa do przodu, aż minie lewą nogę na tyle daleko, by ruch ten można uznać za krok, wtedy opuszcza nogę i teraz przychodzi kolej na lewą, która ma zrobić dokładnie to samo. Unieść się. Przesunąć w powietrzu. Opaść. Unieść się, przesunąć, opaść.
O to właśnie chodzi. Tylko o tyle. Żeby mogła iść i wsiąść do pociągu o dziesiątej.

2

Rita umarła popołudniem, tego dnia zanosiło się na deszcz. Na półeczce w swoim pokoju trzymała szklaną uchatkę, która nabierała różowofioletowych barw, kiedy wilgoć powietrza zbliżała się do stu procent i gwałtowne opady robiły się wysoce prawdopodobne. Taki kolor miał dzień jej śmierci. Kupiła sobie ten bibelot podczas wakacji w Mar del Plata. Elena i Rita wyjechały tam na wypoczynek jak co roku. Spędzały tak okres wakacyjny zawsze w lata parzyste, dopóki choroba Eleny nie uniemożliwiła jej godnego poruszania się. W lata nieparzyste zostawały w domu i zaoszczędzone pieniądze pożytkowały na malowanie czy inne konieczne prace, jak naprawa pękniętej rury, wykopanie nowego szamba, kiedy ściany starego zostały już całkowicie przeżarte przez robactwo, wymiana starego materaca na nowy. W ostatnim nieparzystym roku musiały wymienić prawie wszystkie płytki na tylnym patio, bo podważyły je korzenie drzewa, które nawet nie należało do nich, to był oliwnik rosnący po drugiej stronie ogrodzenia, ale uporczywie przebijał się pod ziemią na ich teren. Wynajmowały dwupokojowe mieszkanie na calle Colón, przecznicę przed początkiem wzniesienia, które potem opada w stronę morza. Rita spała w sypialni, a Elena w salonie pełniącym też funkcję jadalni, tak wcześnie wstajesz, mamo, że lepiej, byś była blisko kuchni, nie będziesz mnie budzić. Jak zawsze w lata parzyste Rita pozaznaczała w gazecie ogłoszenia, w których oferowano mieszkania mieszczące się w ich budżecie, następnie wybrała te, których właściciele mieszkali blisko, żeby nie trzeba było zbyt daleko chodzić z zapłatą i po klucze, w końcu wszystko jest mniej więcej takie samo, talerz więcej, talerz mniej albo inne obicie foteli, to nam wakacji nie zmieni. Razem poszły dobić targu. Mimo że i tak były zdecydowane, prosiły o pokazanie zdjęć i właściciele spełnili ich prośbę, acz zdjęcia niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, brudu jakoś na nich nie było widać. Acz to też nie było specjalnym problemem, bo Elena lubiła sprzątać, kiedy jeszcze ciało pozwalało jej na to, sprzątanie ją uspokajało i wręcz magicznie przepędzało ból pleców. Mieszkanie było, jakie było, ale w jedno popołudnie stało się czyste. Na plażę nie chodziły. Za dużo ludzi, za gorąco. Rita nie lubiła tachać ze sobą parasola, a Elena nie wybierała się na piasek, jeśli nie miała gwarancji cienia. Zmieniały jednak otoczenie i to im służyło. Sypiały trochę dłużej, na śniadanie jadły świeżo upieczone croissanty, gotowały dania ze świeżych ryb i każdego wieczora, kiedy słońce chowało się za budynkami, wychodziły przespacerować się po deptaku. Szły z południa na północ, od strony morza, a wracały z północy na południe, od strony miasta. Kłóciły się. Zawsze, każdego wieczora. O cokolwiek. Ważny nie był temat, tylko to, że taki wybrały sposób komunikacji: poprzez kłótnię, która maskowała inny spór, tkwiący w ukryciu i kipiący w nich, znacznie rozleglejszy niż którykolwiek z podejmowanych tematów. Sprzeczały się tak, jakby każde rzucone słowo było trzaśnięciem z bicza, najpierw uderzała jedna, potem druga. Trzaśnięcie za trzaśnięcie. Raniły słowami ciało oponentki jakby w zapamiętaniu. Żadna się nie skarżyła, skupiały się na zadawaniu ciosów. Aż w końcu jedna z nich, najczęściej Rita, wycofywała się ze starcia, bardziej z obawy przed własnymi słowami niż z powodu bólu, jaki mogła poczuć czy wywołać, i potem szły dwa metry od siebie, mamrocząc coś pod nosem.