“Kwartet aleksandryjski” cechuje barwna fabuła, wielkie namiętności i polityczne intrygi w scenerii fascynującej bliskowschodniej Aleksandrii.


BalthazarBalthazar, tytułowy bohater drugiej odsłony “Kwartetu aleksandryjskiego”, opisuje kulisy wydarzeń znanych z pierwszego tomu, Justyny, korygując niektóre fakty i przeinaczenia w opowieści Irlandczyka Darleya.

Dzięki nowemu spojrzeniu skomplikowane relacje uczuciowe i erotyczne, jakie łączą bohaterów podczas ich pobytu w magicznym mieście na styku Wschodu i Zachodu, mieście pięciu ras i kilkunastu wyznań – w Aleksandrii, jawią się w zupełnie nowym świetle.

Justyna jest dziwną i namiętną Żydówką, Melissa – tancerką, Nessim – koptyjskim finansistą i mężem Justyny, Darley natomiast jej kochankiem, bezgranicznie zafascynowanym roztaczaną przez nią aurą femme fatale.

Hipnotyczna gra miłości, perwersji i zazdrości w zmysłowej scenerii skazanego na zagładę wielokulturowego świata nabiera nowych znaczeń, a każdy z bohaterów pod maską gry pozorów ukazuje kawałek prawdziwej tożsamości.

***

“Durrell był mistrzem w tworzeniu i utrzymywaniu napięcia… Już od pierwszej strony byłem nim zafascynowany”.
Wilbur Smith, autor Boga Nilu

„Nie może być żadnych wątpliwości co do osiągnięć literackich Durrella”.
George Steiner, autor Gramatyki tworzenia

“Kwartet aleksandryjski” to książka zaliczana przez Modern Library do 100 najwybitniejszych powieści xx wieku

Lawrence Durrell
Kwartet aleksandryjski. Balthazar
Przekład: Maria Skibniewska
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera w tej edycji: 4 lutego 2019
 
 

Kwartet aleksandryjski. Balthazar


Jedno lustro widzi człowieka pięknego, to lustro kocha go; drugie lustro widzi człowieka szkaradnego, to lustro nienawidzi go; ta sama istota ludzka wywołuje oba wrażenia.

Nalegamy na te szczegóły, wy je maskujecie pruderią, która zaciera wszystkie ostre kanty ich okropności. Pozostaje tylko to, co konieczne, aby się zapoznać z człowiekiem; nie macie pojęcia, jak pomocne są te wszystkie obrazy dla rozwijania ludzkiego umysłu; może tak nas zamroczył szacunek dla tej gałęzi wiedzy jedynie z powodu głupiej powściągliwości ludzi próbujących pisać o tych sprawach. Krępowani przez niedorzeczny lęk mówią tylko o błahostkach wiadomych każdemu głupcowi, ale nie mają odwagi sięgnąć śmiałą ręką do ludzkiego serca i ukazać naszym oczom jego wybujałych właściwości.
D.A.F. de Sade, Justyna

Od autora

Postacie i sytuacje w tej powieści — drugiej z cyklu, niestanowiącej dalszego ciągu Justyny, lecz w stosunku do niej siostrzanej — są całkowicie zmyślone, podobnie jak i osobowość narratora. Miasto także jest jak najbardziej nierealne.
Współczesna literatura nie ofiarowuje nam Jedności, zwróciłem się więc do nauk ścisłych i próbuję zbudować powieść czterowarstwową, opierając jej formę na teorii względności.
Trzy wymiary przestrzeni i czwarty czasu składają się na przepis mieszanki, jaką jest continuum. Ten wzór naśladuje układ moich czterech powieści.
Trzy pierwsze rozwijają się w przestrzeni (dlatego użyłem określenia „powieść siostrzana” zamiast „dalszy ciąg” i nie są powiązane formą seryjną. Zahaczają jedna o drugą, przeplatają się z sobą, pozostając w stosunkach czysto przestrzennych. Czas stoi w miejscu. Dopiero w czwartej części włącza się czas i ona stanowi naprawdę ciąg dalszy poprzednich.
Relacja podmiotowo-przedmiotowa jest tak ważna dla pojęcia względności, że spróbowałem tę powieść sformułować w dwóch trybach: subiektywnym i obiektywnym.
Trzecia część, Mountolive, jest wręcz powieścią tradycyjną, w której narrator Justyny i Balthazara staje się obiektem, inaczej mówiąc, postacią książki.
Nie jest to metoda Prousta ani Joyce’a, bo ci dwaj pisarze, moim zdaniem, reprezentują Bergsonowskie „trwanie”, a nie koncepcję „przestrzenno-czasową”.
Głównym tematem tej książki jest studium współczesnej miłości.
Rozważania te mogą wydać się trochę zarozumiałe czy nawet pompatyczne. Warto jednak przeprowadzić eksperyment i przekonać się, czy nie uda nam się odkryć formy morfologicznej, którą można by słusznie nazwać „klasyczną” dla naszych czasów. Nawet gdyby miała z tego wyniknąć „science-fiction” w prawdziwym znaczeniu tego terminu.
Ascona 1957

Część pierwsza

I

Gama barw krajobrazu: od brunatnej do brązu, strzeliste sylwety, niskie obłoki, tło perłowe z cieniowanymi szarożółtymi i fiołkowymi refleksami. Płowy kurz pustyni, groby proroków błyszczące cyną i miedzią o zachodzie słońca nad starożytnym jeziorem. Jego ogromne piaszczyste uskoki wyglądają z góry jak znaki wodne; zieleń i cytrynowa żółtość ustępują metalicznej szarości stali, ciemnośliwkowej plamie jedynego żagla, drżącego i wilgotnego jak lepkoskrzydła poczwarka. Taposiris1 umarło wśród walących się kolumn i znaków nawigacyjnych, zniknęli ludzie z harpunami… Mariut pod niebem ciepłoliliowym.
lato: płowożółty piasek, niebo z gorącego marmuru

jesień: obrzmiała sina szarość
zima: marznący śnieg, chłodny piach
jasne tafle nieba roziskrzone od blaszek miki
spłukana zieleń delty
wspaniałe gwiazdobrazy

A wiosna? Ach, wiosny nie ma na Delcie, nie ma wrażenia świeżości, odnowy wszystkich rzeczy. Z zimy dajemy od razu nurka w woskową podobiznę lata, zapierającego oddech żarem. Ale przynajmniej tu, w Aleksandrii, od nieruchomego ciężaru nicości lata ratuje nas tchnienie morza prześlizgujące się nad ławicą piasku między okrętami wojennymi; drżą od niego pasiaste markizy kawiarń przy Grande Corniche. Nigdy bym…

*

Miasto na pół wyimaginowane (a przecież zupełnie rzeczywiste) zaczyna się i kończy w nas, korzeniami wrośnięte w naszą pamięć. Czemuż muszę do niego wracać noc po nocy, pisząc tutaj przy kominie, na którym płoną gałęzie świętojańskiego drzewa, gdy egejski wiatr naciera na wyspiarski dom, to szarpiąc nim, to odstępując, zginając cyprysy jak łuki? Czy nie dość już powiedziałem o Aleksandrii? Czy na nowo mają zatruć mnie sny o tym mieście i wspomnienia o jego mieszkańcach? Zdawało mi się, że wszystkie te sny bezpiecznie uwięziłem na papierze, zamknąłem w twierdzy pamięci. Pomyślicie, że ulegam kaprysom. Ale to nie jest tak. Jeden przypadkowy czynnik zmienił wszystko i kazał mi raz jeszcze wrócić własnymi śladami w przeszłość. Wspomnienie dostrzegło swój obraz odbity w lustrze.

*

Justyna, Melissa, Clea… Tak niewiele nas było, można by myśleć, że bez trudu wszystkich uda się zmieścić w jednej książce, prawda? Tak i mnie by się zdawało, tak myślałem. Czas i okoliczności rozproszyły nas, krąg został na zawsze rozerwany…
Podjąłem próbę odzyskania ich w słowach, odnowienia w pamięci, przydzielenia każdemu i każdej z nich właściwego miejsca w czasie mojej przeszłości. Samolubnie. I gdy skończyłem pisać, wydało mi się, że obróciłem klucz w zamku tego domku dla lalek, w którym odegraliśmy swoje role. Zobaczyłem dawne kochanki i przyjaciół już nie jako żywych ludzi, lecz jako barwne odbitki myśli, zamieszkałe już nie w mieście, lecz na arkuszach papieru niby postacie na gobelinie. Trudno było użyczyć im więcej zwyczajnej rzeczywistości niż słowom, którymi ich opisywałem. A co mi przypomniało mnie samego?
Jednakże aby iść dalej przed siebie, trzeba koniecznie najpierw się cofnąć: Nic z tego, co napisałem o nich, nie jest nieprawdą, o tym nie może być mowy. Ale pisząc, nie rozporządzałem wszystkimi danymi. Nakreśliłem obraz prowizoryczny — podobnie jak odtwarza się zagubioną cywilizację na podstawie kilku stłuczonych waz, napisu na tabliczce, amuletu, garści ludzkich kości i uśmiechniętej złotej pośmiertnej maski.

*

„Nasze życie — napisał w którejś ze swoich książek Pursewarden — opiera się na wybranych fikcjach. Nasze widzenie świata uwarunkowane jest przez miejsce, jakie zajmujemy w czasie i przestrzeni, a nie przez naszą osobowość, jak chcielibyśmy wierzyć. Toteż każda interpretacja rzeczywistości jest właściwa dla jednego tylko punktu obserwacyjnego. Dwa kroki na zachód lub na wschód, a cały obraz się odmienia.” Coś w tym sensie…
Co do postaci ludzkich, czy to rzeczywistych, czy wymyślonych, takie stworzenia w ogóle nie istnieją. Psychika każdego człowieka jest naprawdę mrowiskiem sprzecznych skłonności. Osobowość rozumiana jako zespół stałych cech to złudzenie, lecz złudzenie potrzebne, abyśmy mogli kochać!
Pewne rzeczy są jednak stałe… na przykład można zawsze przewidzieć nieśmiały pocałunek Melissy (niezręczny jak najwcześniejsze formy druku) albo ściągnięcie brwi Justyny rzucające cień na te płomienne czarne oczy — oczodoły Sfinksa w samo południe. „W końcu — mówi Pursewarden — wszystko o każdym okaże się prawdą. Święci i łotrzy są współudziałowcami rzeczywistości”. I ma rację.
Nie szczędzę wysiłków, aby zachować trzeźwość sądów…

*

W ostatnim liście, jaki od niego dostałem, Balthazar pisze: „Myślę o tobie często i nie bez szczypty czarnego humoru. Wycofałeś się na swoją wyspę, zabierając, jak ci się zdaje, wszystkie dane dotyczące nas i naszych losów. Z pewnością, zwyczajem pisarzy, na kartkach papieru wydajesz o nas sądy.
Szkoda, że nie znam ich treści. Muszą być bardzo dalekie od prawdy. Mam na myśli te prawdy, które mógłbym objawić ci o nas wszystkich, może nawet o tobie także. Lub prawdy, których mógłbyś się dowiedzieć od Clei (bawi obecnie w Paryżu i przestała do mnie pisywać w ogóle). Wyobrażam sobie, jak ślęczysz, mędrcze, nad książką Arnautiego, dziennikami Justyny i Nessima, łudząc się, że w nich można znaleźć prawdę. Pomyłka! Pomyłka! Jeśli szukasz prawdy o jakiejś osobie, dzienniki są ostatnim źródłem, gdzie mógłbyś ją znaleźć. Nikt nie ośmiela się wyspowiadać szczerze przed sobą samym na kartce papieru, w każdym razie nie ze spraw miłości. Czy wiesz, kogo naprawdę kochała Justyna? Wierzyłeś, że ciebie, co? Przyznaj się!”
Zamiast odpowiedzi posłałem mu gruby plik kartek, które tak bardzo opornie narastały pod moim piórem i które zatytułowałem jej imieniem, chociaż równie dobrze mógłbym nazwać je po prostu „Zeszytami”. Potem sześć miesięcy upłynęło w milczeniu, które błogosławiłem, myśląc, że nareszcie przekonałem krytyka i zamknąłem mu usta.
Nie mogę powiedzieć, że zapomniałem o Aleksandrii, ale pozwoliłem wspomnieniom o niej zasnąć. Oczywiście to miasto żyło wciąż we mnie, będzie żyć zawsze, unosząc się przed oczyma wyobraźni jak miraże, które tak często przywidują się wędrowcom. Pursewarden opisał to zjawisko następującymi słowami:
„Płynęliśmy parowcem. Ląd nie mógł znaleźć się w zasięgu naszego wzroku wcześniej niż za dwie, trzy godziny, gdy nagle mój towarzysz krzyknął, pokazując coś na horyzoncie. Zobaczyliśmy na niebie odwrócony obraz miasta, naturalnej wielkości, świetlisty i rozedrgany, jakby wymalowany na zszarzałym jedwabiu, lecz ze wszystkimi szczegółami, skrupulatnie oddanymi. Z pamięci rozpoznawałem wyraźnie różne gmachy, pałac Ras El Tin, meczet Nebi Daniel i inne. Całość była fascynująca jak arcydzieło malowane świeżą rosą. Miraż unosił się na niebie dość długo, chyba ze dwadzieścia pięć minut, nim rozpłynął się z wolna we mgle widnokręgu. W godzinę później rzeczywiste miasto ukazało się najpierw jako mała plamka, która rosła stopniowo, dorównując w końcu rozmiarom swojego mirażu.”

*

Dwie czy trzy zimy spędziliśmy na wyspie w osamotnieniu, a były to zimy srogie i wietrzne, tak jak lata — gorące. Na szczęście dziecko jest jeszcze za małe, aby odczuwać tak jak ja potrzebę książek i rozmów. Mała jest szczęśliwa i zawsze czymś zajęta.
Teraz, wiosną, nadchodzi długi okres ciszy bez fal, bez zapachów, dni przeczuć. Morze oswaja się i skupia. Wkrótce cykady zaczną swoją trzeszczącą muzykę, akompaniament do naiwnej fujarki pastucha wśród skał. Tylko marudny żółw i jaszczurka dotrzymują nam towarzystwa.
Powinien bym wyjaśnić, że naszym jedynym regularnym gościem z zewnętrznego świata jest smyrneński statek pocztowy, który raz na tydzień mija przylądek, płynąc w kierunku południowym, zawsze o tej samej godzinie, zawsze z tą samą prędkością, tuż po zmierzchu. Zimą wzburzone morze i wiatr czynią go niewidzialnym, ale teraz — siedzę i czekam na niego. Najpierw słychać tylko przytłumione dudnienie silników. Potem zjawa prześlizguje się, okrążając cypel, snując jedwabną nić piany w morzu, jasno oświetlona w miękkich jak ćma ciemnościach egejskiej nocy, zgęszczona, lecz bez konturów niby ruchoma chmura świetlików. Sunie szybko, za prędko znika za następnym przylądkiem, zostawiając po sobie może tylko strzępek popularnej piosenki albo skórkę mandarynki, którą nazajutrz znajdę na żwirze plaży w miejscu, gdzie kąpaliśmy się — ja i dziecko.
Mała altana z oleandrów pod platanami jest moją pracownią. Kiedy dziecko leży już w łóżku, zasiadam tu przy starym, przez morze naznaczonym stole i czekam na zjawę, niechętnie zapalając naftową lampę, póki statek nie przepłynie. To jedyny dzień tygodnia, który tutaj odróżniam — czwartek. Może to brzmi głupio, ale na wyspie tak ubogiej w urozmaicenia wyczekuję na cotygodniowego gościa jak dziecko na szkolną zabawę. Wiem, że parowiec przywozi listy, których nie dostanę pewnie wcześniej niż następnego wieczoru. Ale nie mogę patrzeć na znikający statek bez żalu. Dopiero potem zapalam z westchnieniem lampę i wracam do swoich papierów. Piszę tak wolno, z takim trudem! Pursewarden kiedyś, mówiąc o pisaniu, powiedział mi, że cierpienia towarzyszące tej pracy powodowane są wyłącznie strachem artysty przed obłędem. „Przymuś się trochę, powiedz sobie, że nic nie szkodzi, jeśli nawet zwariujesz, a przekonasz się, że zaczniesz pisać prędzej, przełamiesz zaporę”. (Nie wiem, ile w tym wszystkim jest prawdy. Ale pieniądze, które mi zostawił w spadku, bardzo się przydały i wciąż jeszcze tych kilka funtów szterlingów broni mnie od upiora długów i zarobkowej roboty).
Opowiadam szczegółowo o tym powtarzającym się co tydzień ewenemencie, bo właśnie w ten obraz pewnego czerwcowego wieczora wtargnął Balthazar tak niespodzianie, że zaskoczył mnie — o mało nie napisałem „ogłuszył”, tu przecież nie mam z kim rozmawiać, ale nie, raczej: „zaskoczył”. Tego dnia zdarzyło się coś, co wydało mi się prawie cudem. Mały parowiec, zamiast zniknąć jak zwykle, zatoczył łuk o 150 stopni i wszedł w lagunę, aby tu zatrzymać się w puszystym kokonie własnych świateł i pośrodku złocistej kałuży, którą rozlał, z wolna spuszczał długi łańcuch kotwicy, a już to samo wydało mi się symbolem poszukiwania prawdy. Był to widok wzruszający dla człowieka, który żył jak ja, jak każdy pisarz, zamknięty w świecie ducha, stając się podobny do okrętu w butelce, żeglującego donikąd; toteż obserwowałem to zdarzenie tak, jak Indianie zapewne śledzili pierwszy statek białych ludzi przybijający do wybrzeży Nowego Świata.
Najpierw ciszę i ciemności zmącił nierówny plusk wioseł; wieki upłynęły, nim wreszcie drobne kamyki zachrzęściły pod wielkomiejskimi butami. Ochrypły głos udzielał wskazówek. Potem znów wróciła cisza. Kiedy zapaliłem lampę, żeby przyciąć knot i wyzwolić się spod uroku tego odstępstwa od normalnego porządku, spomiędzy gąszczu mirtu wynurzyła się poważna ciemna twarz mojego przyjaciela niby zjawa, kozioł z zaświatów. Obaj zachłysnęliśmy się powietrzem i staliśmy, uśmiechając się do siebie w żółtym świetle: ciemne asyryjskie kędziory, broda Pana.
— Nie, to ja we własnej osobie! — rzekł ze śmiechem Balthazar i padliśmy sobie w objęcia. Balthazar!
Morze Śródziemne jest śmiesznie małe; tylko długość i wielkość jego historii sprawiają, że urasta w naszej wyobraźni. Aleksandria — ta prawdziwa tak samo jak wyimaginowana — leży w rzeczywistości zaledwie o sto mil morskich na południe stąd.
— Płynę do Smyrny — powiedział Balthazar. — Stamtąd zamierzałem odesłać ci to pocztą.
Położył na starym obdrapanym stole gruby plik manuskryptów, które mu przedtem posłałem; arkusze teraz pokreślone i upstrzone mnóstwem wpisanych między wierszami zdań, całych akapitów i znaków zapytania. Usiadł naprzeciw mnie i z miną Mefistofelesa, ściszając głos, tonem mniej pewnym dodał:
— Długo wahałem się, czy powiedzieć ci pewne rzeczy, które ostatecznie na tych kartkach wpisałem. Chwilami wydawało mi się to szaleństwem i impertynencją. Bo w końcu, czy my ciebie interesujemy jako prawdziwi ludzie czy też jako „postacie”? Nie wiedziałem. W dalszym ciągu nie wiem. Możliwe, że przez te zapiski stracę twoją przyjaźń, a nie dodam niczego do sumy twojej wiedzy. Malowałeś obraz miasta kolejnymi pociągnięciami pędzla na zakrzywionej powierzchni… czy chodziło ci o poezję czy o fakty? Jeśli o fakty, to jest kilka takich, które masz prawo poznać.
Wciąż jeszcze nie wyjaśnił swojego niespodziewanego pojawienia się przede mną, tak pilno mu było mówić o głównym celu tych odwiedzin. Dopiero teraz, widząc, z jakim zdumieniem patrzę na chmurę świetlików w pustej zwykle zatoce, uśmiechnął się i powiedział:
— Statek musi zatrzymać się tu na parę godzin z powodu defektu silnika. Należy do floty Nessima. Kapitanem jego jest Hasim Kohly, mój stary przyjaciel; może go pamiętasz? Nie? Z twoich opisów domyślałem się mniej więcej, gdzie mieszkasz, ale muszę się przyznać, że nie spodziewałem się tak wylądować, dosłownie pod twoimi drzwiami.
Jakże przyjemnie było słyszeć znowu jego śmiech! Ale właściwie już go nie słuchałem, bo to, co powiedział, wzbudziło we mnie niepokój i chciałem jak najprędzej przestudiować jego dopiski i poddać rewizji nie moją książkę (nie przywiązywałem do niej najmniejszej wagi, i tak nie zostanie nigdy wydana), lecz moją wizję miasta i jego mieszkańców. Bo moja własna, osobista Aleksandria stała się dla mnie w tej samotni czymś tak drogim jak filozofia introspekcji, prawie monomanią. Przepełniony wzruszeniem, nie wiedziałem, co odpowiedzieć Balthazarowi.
— Zostań z nami — rzekłem — zostań na jakiś czas…
— Odpływamy za parę godzin — odparł i poklepał stos leżących na stole papierów. — Będziesz pewnie miał od tego halucynacje i gorączkę — dodał z wahaniem.
— Dobrze! — powiedziałem. — Niczego innego nie pragnę.
— Jesteśmy wciąż jeszcze prawdziwymi ludźmi, cokolwiek próbujesz z nas zrobić, cokolwiek robisz… przynajmniej ci z nas, którzy żyją po dziś dzień. Melissa, Pursewarden nie mogą ci zaprzeczyć, skoro umarli. Czy też wydaje nam się, że to niemożliwe.
— Tylko wydaje się, bo najmocniejsze repliki zawsze przychodzą właśnie zza grobu.
Zaczęliśmy rozmawiać o przeszłości, z pewnym skrępowaniem oczywiście. Balthazar zjadł już na statku kolację i nie mogłem poczęstować go niczym prócz szklanki dobrego miejscowego wina, które popijał z wolna. Później spytał, czy mógłby zobaczyć dziecko Melissy, więc zaprowadziłem go między kępami oleandrów na miejsce, z którego obaj mogliśmy zajrzeć do wnętrza dużego pokoju, gdzie na kominku płonął ogień i gdzie leżała mała dziewczynka; wyglądała ślicznie i poważnie, śpiąc z wielkim palcem w ustach. Ciemne okrutne oczy Balthazara złagodniały, gdy patrzał na nią oddychającą lekko.
— Pewnego dnia — rzekł cicho — Nessim zapragnie ją zobaczyć. Przekonasz się wkrótce. Już mówi o niej, jest jej ciekawy. Kiedy nadejdzie starość, będzie mu potrzebna taka podpora, zapamiętaj moje słowa. — I zacytował po grecku: — Najpierw młodzi niby pędy winorośli pną się w górę po tępych podpórkach starszego pokolenia, które czuje na sobie dotknięcie ich miękkich i czułych palców; potem starzy wsparci o urocze ciała młodych osuwają się po nich w dół, we własną śmierć.
Nic na to nie odpowiedziałem. Teraz sam pokój oddychał — nie nasze płuca.
— Byłeś tutaj bardzo samotny — rzekł Balthazar.
— Tak, ale to była wspaniała, upragniona samotność.
— Wiem. Zazdroszczę ci. Naprawdę.
Nagle wzrok jego zatrzymał się na niedokończonym portrecie Justyny, który Clea ofiarowała mi w poprzednim życiu.
— Ten portret — rzekł — przerwany został przez pocałunek. Jak miło zobaczyć go znowu, jak miło! — Uśmiechnął się. — To tak, jak usłyszeć ulubioną, znajomą frazę muzyczną, która zawsze wywołuje to samo, dające się powtarzać, niezawodne wzruszenie.
Nic nie odpowiedziałem. Nie śmiałem. Zwrócił się do mnie:
— A Clea? — spytał wreszcie takim tonem, jakby zadawał pytanie echu.
— Nie mam od niej żadnych wiadomości od dwóch lat chyba, może jeszcze dawniej — powiedziałem. — Tutaj czas się nie liczy.
Myślę, że wyszła za mąż, wyjechała do innego kraju, ma dzieci, zdobyła jako malarka uznanie… Wszystko, czego jej należy życzyć.
Popatrzył na mnie dziwnie i pokręcił głową.
— Nie — powiedział, ale na tym zakończył.
Było już dobrze po północy, kiedy marynarze zawołali go spośród ciemnego oliwnego gaju. Odprowadziłem Balthazara na plażę, zasmucony, że już mnie opuszcza. Na granicy wody i lądu czekała łódź, a w niej u wioseł siedział marynarz. Powiedział coś po arabsku.
Wiosenne morze po słonecznym dniu było nęcąco ciepłe i gdy Balthazar wszedł do łodzi, zachciało mi się popłynąć z nim razem do statku, stojącego jakieś dwieście metrów od brzegu. Uległem temu kaprysowi i z wody patrzałem, jak wspina się po drabince i jak wciągają szalupę na pokład.