Manuel Vilas w autobiograficznym eseju poetyckim “Ordesa”, stworzonym na kanwie przeżyć po śmierci rodziców, przedstawia zbiór refleksji nad życiem i nieuniknionym upływem czasu, który niszczy wszystko.


Ordesa“Ordesa” to podróż przez ciemność Manuela Vilasa, bolesna dygresja wokół śmierci rodziców, bólu utraty i samotności, gdzie autor bierze czytelnika za rękę i prosi, by towarzyszył mu na drodze męki, w głąb czyśćca, gdzie próbuje nawiązać dialog ze zmarłymi. Wszyscy są martwi. Ty, czytelniku, też jesteś martwy, jesteś uczestnikiem kosmicznego tańca życia i śmierci, rodzącego i pożerającego, wciąż i wciąż, własne dzieci.

Manuel Vilas, opowiadając o sobie, swoim letargu i emocjonalnym niepokoju, opowiada o swojej rodzinie, a opowiadając o swojej rodzinie – przedstawia Hiszpanię ostatnich dziesięcioleci, Hiszpanię która jest także niespokojna i nieustannie się zmienia, bywa dumna i wspaniała, ale też biedna i zacofana. Oto lament klasy średniej, oparty na doświadczeniach kilku pokoleń Hiszpanów, którzy doznają biedy niczym przewlekłej choroby, pragną wyjścia z zacofania, tęsknią za miłością.

“Ordesa” to dzieło bolesne, pełne żalu, opowiadające o pokonywaniu ludzkiej niezdolności do akceptacji śmierci i o egzystencji na krawędzi między obecnością a nieobecnością zmarłych, których się kochało, o ludziach żyjących w strzępach wspomnień zachowanych w ulotnej pamięci.
Ta powieść konfesyjna to swoiste samobiczowanie będące lekarstwem i katharsis dla autora, przywołanie cierpień i obaw przed nieuniknionym faktem śmierci, upływem czasu, który niszczy wszystko i refleksja nad kruchością więzi rodzinnych. Z drugiej strony to także lekcja wolności osobistej, demonstracja jedności życia i śmierci, miłości i rozpaczy. Dojrzałe myśli przekazywane przez tekst zachęcające do tego, aby każdy stawał twarzą w twarz z własnymi duchami.

Śmierć, strata, nostalgia – wypełniają powieść Vilasa, który przed czytelnikiem odsłania życie i otwiera duszę.

Słowa Vilasa długo rozbrzmiewają w głowie czytelnika, jego ból spowodowany odejściem rodziców, porażka małżeństwa, trudne relacje z dziećmi, choroba, która niszczy ciało i umysł, to wszystko opisane strumieniem świadomości, pełnym wizji, koszmarów i drobnych wspomnień – uderza mocno, nie pozwala przejść obojętnie. Śmierć, strata, nostalgia – wypełniają powieść Vilasa, który przed czytelnikiem odsłania życie i otwiera duszę. “Ordesa” mówi o życiu, mówi także o szczegółach życia: samochodach, monarchiach, lękach, alkoholu i duchach, o społeczeństwie, o kruchości, wielkich porażkach życia i sile, którą wszyscy mamy w sobie, ale pojawia się ona tylko wtedy, gdy straciliśmy coś, co było częścią nas. Ordesa, będąca dla autora synonimem beztroskiego dzieciństwa, to symboliczna pamięć całej rodziny, słowa, które nigdy nie zostały wypowiedziane, i niezadane pytania, które pozostały bez odpowiedzi.

Dopiero z perspektywy czasu – zwraca uwagę autor – widać piękno chwil i rzeczy minionych, których nie zauważyliśmy, z których nie zdaliśmy sobie sprawy, nie rozpoznaliśmy ich i utracili na zawsze. Manuel Vilas wzywa nas: zatrzymajmy się więc, spróbujmy rozpoznać i zachować te rzeczy we wspomnieniach, zanim upływ czasu nieuchronnie ukryje je przed naszym wzrokiem i pamięcią. Powróćmy do własnej Ordesy, uchwyćmy chwile wyrzeźbione w umyśle. Nikodem Maraszkiewicz

Manuel Vilas, Ordesa, Przekład: Carlos Marrodan Casas, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 23 kwietnia 2019
 
 

Ordesa

Manuel Vilas
Ordesa
Przekład: Carlos Marrodan Casas
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 23 kwietnia 2019
 

Dzięki wielkie, życie, żeś mi tyle dało.
Płaczem obdarzyło, śmiechem obsypało
Dzięki temu wiem już, co szczęście, co żałość,
dwie nici, co w pieśni mej ciągle się splatają.
W mej i w waszej pieśni to jedno i to samo,
bo to pieśnią jest wszystkich i pieśnią mą własną.

 
Violeta Parra, Gracias a la vida,
przeł. Carlos Marrodán Casas

1

Gdyby tak można było mierzyć ludzki ból za pomocą jasnych liczb, a nie słów niepewnych. Gdyby istniała możliwość wywiedzenia się, ileśmy wycierpieli, gdyby ból był namacalny i wymierzalny. Każdy z nas w końcu staje wobec konieczności zmierzenia się z nieważkością swej obecności na tym świecie. Są istoty ludzkie, które to potrafią znieść, ja tego nigdy nie zniosę.
Nigdy tego nie mogłem znieść.
Patrzyłem na Madryt i czułem, jak nierealność jego ulic, domów i ludzkich istot rani całe moje ciało.
Czułem się strzępem człowieka.
Nie zrozumiałem życia.
Rozmowy z innymi ludzkimi istotami stały się nudne, rozlazłe, szkodliwe.
Prowadzenie rozmów z innymi sprawiało mi ból: widziałem bezużyteczność wszystkich przeszłych i przyszłych ludzkich rozmów. Widziałem, jak jeszcze trwające rozmowy odchodzą w niepamięć.
Upadek przed upadkiem.
Próżność rozmów, próżność mówiącego, próżność odpowiadającego. Próżności dogadane, żeby świat mógł istnieć.
To właśnie wtedy znów zacząłem myśleć o swoim ojcu. Bo pomyślałem, że jedynie moje rozmowy z ojcem były cokolwiek warte. Wróciłem do tych rozmów z nadzieją, że doczekam chwili wytchnienia pośród ogólnej próżności zżerającej wszystko.
Myślałem, że mózg mi się zlasował, nie potrafiłem przeprowadzić podstawowych operacji myślowych. Dodawałem cyfry z samochodowych tablic rejestracyjnych i te działania arytmetyczne pogrążały mnie w bezdennym smutku. Popełniałem błędy, gdy przychodziło mi odzywać się po hiszpańsku. Z mozołem składałem słowa, zacinałem się w pół zdania, a mój rozmówca spoglądał na mnie z litością lub z kpiną, by wreszcie dokończyć za mnie zdanie.
Jąkałem się i powtarzałem setki razy ten sam zwrot. Być może ta emocjonalna dysfemia nie była pozbawiona wdzięku. Wystawiłem ojcu rachunek. Jego życie zaprzątało wszystkie moje myśli. Usiłowałem w życiu ojca odnaleźć wyjaśnienie własnego życia. Stałem się wylękniony, miałem widzenia.
Patrzyłem na siebie w lustrze i widziałem starzenie się, ale nie swoje, tylko kogoś zupełnie innego, kogoś, kto już ten świat opuścił. Widziałem starzenie się mojego ojca. W ten sposób mogłem go znakomicie wspominać, wystarczyło tylko spojrzeć w lustro i zjawiał się on, niczym w nieznanej ceremonii, niczym w szamańskim rytuale, niczym w wywróconym na opak porządku teologicznym.
Nie było najmniejszej radości z ponownego spotkania z moim ojcem w lustrze, najmniejszego wybuchu szczęścia, raczej kolejna tortura w bólu, kolejny stopień w zejściu, w hipotermii dwóch rozmawiających trupów.
Widzę to, co nie było przeznaczone na widok, widzę śmierć w rozprzestrzenianiu i utrwalaniu się materii, widzę globalną nieważkość rzeczy. Czytałem właśnie Teresę z Avili; kobiecie tej przydarzyły się rzeczy podobne do tych, które mi się przydarzają. Ona nazywała je po swojemu, a ja po swojemu.
Zacząłem pisać, bo tylko pisząc, mogłem dać ujście tylu mrocznym przekazom wysyłanym przez ludzkie ciała, ulice, miasta, politykę, media, to, czym jesteśmy.
Ducha wielkiego farmazona, jakim jesteśmy: konstrukcją oddaloną od natury. Wielki duch farmazona jest zwycięski: ludzkość wierzy w jego istnienie. Tam właśnie zaczynają się moje problemy.
Taki ci był smutek w roku 2015, że krążył po całej planecie i przenikał w ludzkie społeczności jak wirus.
Zrobiłem sobie tomografię mózgu. Poszedłem do neurologa. Był to człowiek korpulentny, łysy, o wypielęgnowanych paznokciach, w krawacie pod białym kitlem. Zrobił mi badania, powiedział, że w mojej głowie nie ma niczego dziwnego. Że wszystko jest w porządku.
I zacząłem pisać tę książkę.
Pomyślałem, że stan mojej duszy był mglistym wspomnieniem czegoś, co zdarzyło się w pewnym miejscu na północy Hiszpanii o nazwie Ordesa, miejscu pełnym gór, i było to wspomnienie żółte, żółty kolor zalewał nazwę Ordesa, a za Ordesą rysowała się postać mojego ojca z lata 1969 roku.
Stan umysłowy, który jest miejscem: Ordesą. I barwą: żółtym kolorem.
Wszystko stało się żółte. A jeśli rzeczy i ludzie przybierają barwę żółtą, to oznacza, że osiągnęli już stan niespójności lub opanował ich strach.
Ból jest żółty, oto co chcę powiedzieć.
Piszę te słowa 9 maja 2015 roku. Siedemdziesiąt lat wcześniej Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji. Minie parę dni i portrety Hitlera zostaną zastąpione portretami Stalina.
Historia też jest ciałem targanym wyrzutami sumienia. Mam pięćdziesiąt dwa lata i jestem historią siebie samego.
Właśnie teraz wchodzą do domu moi dwaj synowie, wracają z kortów po grze w padla. Upał już zaczyna dawać się we znaki. Nieustępliwość upału, jego uporczywy napór na ludzi, na planetę.
I większy wpływ upału na ludzkość. I rzecz nie tylko w zmianach klimatycznych, bo to rodzaj memento Historii, swoista zemsta starych mitów nad nowymi mitami. Zmiana klimatyczna to jedynie aktualizacja apokalipsy. Lubimy apokalipsę. Mamy ją w genach.
Apartament, w którym mieszkam, jest brudny, pełen kurzu.
Wielokrotnie próbowałem go uprzątnąć, ale to niemożliwe. Nigdy nie umiałem sprzątać, choć nie powiem, żebym się nie starał. Może jest we mnie jakaś genetyczna pozostałość arystokratycznych paranteli. Mało prawdopodobne, moim zdaniem.
Mieszkam w Alejach Ranillas, w jednym z miast północnej Hiszpanii, którego nazwy akurat w tej chwili nie pamiętam: kurz tutaj, upał, mrówki i nic ponadto. Jakiś czas temu miałem plagę mrówek i zabiłem je, używszy odkurzacza: setki wessanych mrówek, poczułem się autentycznym ludobójcą. Przyglądam się patelni na kuchence. Tłuszczowi oblepiającemu patelnię. Muszę ją umyć. Nie wiem, co dam moim synom do jedzenia. Banalność jedzenia. Z okna widać świątynię katolicką przyjmującą beznamiętnie światło słońca, swój ateistyczny ogień. Ogień słońca, który Bóg zsyła bezpośrednio na ziemię, jakby to była czarna, brudna i nędzna kula, jakby to były odpadki, śmieci. Nie widzicie śmieci słońca?
Na ulicach nie ma ludzi. Tam, gdzie mieszkam, nie ma ulic, a jedynie puste chodniki, pełne ziemi i martwych koników polnych. Ludzie wyjechali na wakacje. Używają sobie na plażach w morskiej wodzie. Martwe koniki polne też zakładały rodziny i obchodziły różne święta, Boże Narodzenie, kolejne urodziny. Wszyscy jesteśmy biednymi ludźmi wciśniętymi w tunel istnienia. Istnienie jest kategorią moralną. Dzięki istnieniu musimy robić, coś robić, cokolwiek.
Jeśli coś w życiu zdołałem pojąć, to myśl, że my wszyscy, mężczyźni i kobiety, jesteśmy jednym istnieniem. To jedno istnienie pewnego dnia będzie miało swoją polityczną reprezentację i tego dnia postawimy jeden krok naprzód. Ja tego nie zobaczę. Tylu rzeczy nie zobaczę, które właśnie w tej chwili widzę.
Zawsze widziałem różne rzeczy.
Zawsze mówili do mnie zmarli.
Widziałem tyle rzeczy, że w końcu przyszłość zaczęła rozmawiać ze mną, jakbyśmy byli sąsiadami, ba, przyjaciółmi nawet.
Mówię o tych istotach, o duchach, o zmarłych, o mych zmarłych rodzicach, o miłości, jaką do nich czułem, i że miłość ta nie odchodzi.
Nikt nie wie, czym jest miłość.

2


 
Po moim rozwodzie (rok temu, chociaż nigdy właściwie nie wiadomo, w jakim to dokładnie czasie, bo to jest proces, a nie data, choć oficjalnie przyjmuje się datę, dla prawnych aspektów jest to być może konkretny dzień; w każdym razie należałoby brać pod uwagę wiele znaczących dat: kiedy po raz pierwszy przychodzi ci to na myśl i po raz drugi, i wszystkie razy, raz za razem, bogate kumulowanie się zdarzeń pełnych nieporozumień i kłótni, i smutków, które wspierają nasuwające się myśli i w końcu odejście z twojego domu, i być może odejście właśnie przyspiesza lawinę zdarzeń prowadzących do zdarzenia sądowego, które z punktu widzenia prawa jest końcem; bo właśnie ów prawny punkt widzenia jest niemal busolą nad tą przepaścią, nauką, o tyle, o ile potrzebujemy nauki, która zapewni nam jakąś racjonalność, jakąś podstawę pewności) przemieniłem się w człowieka, którym już byłem wiele lat przedtem, to znaczy, musiałem kupić mop i szczotkę, i środki czystości, masę środków czystości.
Dozorca budynku z apartamentami stał w bramie. Pogadaliśmy chwilę. Na temat jakiegoś meczu piłki nożnej. Zdarza mi się myśleć o życiu innych ludzi. Dozorca jest rasy azjatyckiej, choć jest Ekwadorczykiem. Mieszka w Hiszpanii już od wielu lat, z Ekwadoru nic nie pamięta. Wiem, że w głębi ducha zazdrości mi mojego apartamentu. Choćby ci w życiu poszło nie wiadomo jak źle, zawsze znajdzie się ktoś, kto ci będzie zazdrościł. To rodzaj kosmicznego sarkazmu.
Syn pomógł mi przy sprzątaniu mieszkania. Odłogiem leżał stos korespondencji pokrytej kurzem. Łapałeś za kopertę i ulegałeś temu brudnemu wrażeniu, jakie na opuszkach palców pozostawia kurz, już niemal konsystencji ziemi.
Leżały tam wyblakłe listy dawnej miłości, niewinne i czułe listy młodzieńcze, listy matki mojego syna, która była moją żoną. Powiedziałem synowi, żeby odłożył je do szuflady z pamiątkami. Schowaliśmy tam również zdjęcia mojego ojca i portfel mojej matki. Swoisty cmentarz pamięci. Nie chciałem czy też nie potrafiłem zatrzymać wzroku na tych przedmiotach. Dotknąłem ich z miłością i z bólem.
Nie masz pojęcia, co z tym wszystkim zrobić, prawda? – odezwał się mój syn.
Ale tego wszystkiego jest dużo więcej; są rachunki i papiery, chyba dość ważne, jak polisy, korespondencja z banku, odparłem mu.
Banki rozsadzają ci skrzynkę pocztową deprymującymi pismami. Kupa wyciągów z rachunku. Wkurzają mnie pisma z banku. W sumie przypominają ci, kim jesteś. Kierują cię ku rozważaniom o twym bezsensie na tym świecie.
Zacząłem przeglądać wyciągi bankowe.
Dlaczego lubisz nastawiać klimę na full? – zapytał.
Panicznie nie cierpię upałów, mój ojciec też ich nie cierpiał. Pamiętasz swojego dziadka?
To niewygodne pytanie, mój syn uważa bowiem, że poprzez tego rodzaju pytania szukam pewnego rodzaju przewagi, pewnego rodzaju życzliwego traktowania siebie przez niego.
Mojemu synowi nie zbywa na pracowitości i zaradności. Bardzo był mi pomocny przy sprzątaniu apartamentu.
Nagle odniosłem wrażenie, że mój apartament niewart jest tych pieniędzy, jakie za niego płacę. Myślę sobie, że takie przekonanie to dowód oczywistej dojrzałości ludzkiej inteligencji pod ciężarem kapitalizmu. Ale dzięki kapitalizmowi mam dom.
Pomyślałem, jak zwykle, o ekonomicznej ruinie. Życie człowieka jest, w swej istocie, dążeniem do uniknięcia ruiny ekonomicznej. Nieważne, czemu się w życiu poświęci, oto wielkie fiasko. Jeśli nie potrafisz wyżywić swoich dzieci, twoje miejsce w społeczeństwie pozbawione jest racji bytu.
Nikt nie wie, czy można żyć niespołecznie. Osąd innych staje się w końcu jedynym udokumentowaniem twojego istnienia. Osąd jest moralnością, dopasowuje wartości i opinię, jaka istnieje o tobie, a z tej opinii wynika twoja pozycja w świecie. To walka między ciałem, twoim ciałem, w którym rezyduje życie, a wartością twojego ciała dla innych. Jeśli ludzie cię pożądają, pożądają twojej obecności, pójdzie ci dobrze.
Niemniej śmierć – ta zwariowana socjopatka – wyrównuje wszystkie społeczne i moralne osądy degrengoladą ciała, które nadal pozostaje aktywne. Mówi się dużo o degrengoladzie politycznej i degrengoladzie moralnej, a niewiele o degrengoladzie ciała z rąk śmierci: o spuchnięciu, o wybuchu gazów powodujących mdłości i przemianie trupa w odór.
Mój ojciec niewiele mówił o swojej matce. Wspominał jedynie o tym, jak dobrze gotowała. Moja babcia opuściła Barbastro pod koniec lat sześćdziesiątych i już tu nigdy nie wróciła. W 1969, jakoś tak. Wyjechała ze swoją córką.
Barbastro to miasteczko, w którym się urodziłem i dorastałem. Kiedy się urodziłem, liczyło dziesięć tysięcy mieszkańców. Teraz liczy siedemnaście tysięcy. W miarę upływu czasu miasteczko to ma już moc kosmicznego miejsca docelowego i prywatnego zarazem.
Owo pragnienie przekształcenia czegoś bezkształtnego w postać kształt posiadającą starożytni nazwali alegorią. Albowiem dla niemal wszystkich istot ludzkich przeszłość konkretyzuje się poprzez postać z powieści.
Pamiętam fotografię mojego ojca z lat pięćdziesiątych, na której widać go wewnątrz jego seata 600. Prawie go nie widać, ale to on. Dziwna jest ta fotografia, bardzo charakterystyczna dla tamtych czasów, z ulicami, jakby wyłoniły się tuż przed chwilą. W głębi stoi renault ondine i grupka kobiet: kobiety odwrócone plecami, każda z torebką, kobiety, które pewnie już nie żyją albo są już bardzo stare. Dostrzegam głowę mojego ojca wewnątrz seata 600 z barcelońskimi numerami rejestracyjnymi. Nigdy słowem nie wspomniał o tym szczególe, o tym, że jego pierwszy seat 600 miał barcelońskie numery rejestracyjne. Nie wygląda to ani na lato, ani na zimę. Może to być koniec września albo koniec maja, wnoszę to po ubraniach kobiet.
Cóż jeszcze rzec można o niszczycielskim rozpadaniu się wszystkich istniejących kiedyś rzeczy? Ale mogę wspomnieć o mojej osobistej fascynacji tym samochodem, tym seatem 600, który był impulsem do radości dla milionów Hiszpanów i impulsem do ateistycznej i materialnej nadziei, impulsem do wiary w przyszłość osobistych wehikułów, impulsem do podróżowania, impulsem do poznawania innych miejsc i innych miast, impulsem do myślenia o labiryntach geografii i dróg, impulsem do zajeżdżania nad rzeki i na plaże, impulsem do zamykania się w oddzielonej od świata kapsule.
Rejestracja jest barcelońska, a numer rejestracyjny jest zagubioną liczbą: 186025. Coś z tej rejestracji gdzieś się pewnie zachowało i myśl o tym jest jak utwierdzenie w wierze.
Na pewno nie powinno nam nigdy zabraknąć świadomości klasowej. Mój ojciec z Hiszpanią co mógł zrobić, to zrobił: znalazł pracę, pracował, założył rodzinę i zmarł.
I niewiele jest alternatyw dla tych faktów.
Rodzina jest rodzajem poświadczanego szczęścia. Ludzie, którzy decydują się na życie bezżenne lub panieńskie szybko umierają, jak dowodzi statystyka. A nikt nie chce umrzeć przed czasem. Bo śmierć to żadna frajda, a poza tym to coś staroświeckiego. Pragnienie śmierci to anachronizm. I odkryliśmy to niedawno. To ostatnie odkrycie kultury zachodniej: lepiej nie umierać.
Cokolwiek miałoby się dziać, nie umieraj, przede wszystkim z uwagi na coś, co łatwo pojąć: nie ma takiej potrzeby. Nie ma takiej potrzeby, żeby człowiek umierał. Wcześniej uważano, że tak, wcześniej uważano, że trzeba umrzeć.
Wcześniej życie miało mniejszą wartość. Teraz ma większą. Pokolenie dóbr wszelakich, materialna obfitość powoduje, że historyczni obszarpańcy (ci, którym dziesiątki lat temu było wszystko jedno, czy należą do żywych, czy do martwych) uwielbiają należeć do żywych.
Hiszpańska klasa średnia z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych przekazała swoim potomkom bardziej wyrafinowane aspiracje.
Nie wiem, w którym roku zmarła moja babcia. Może było to w 1992 lub w 1993, a może w 1999 albo w 2001, lub w 1996 albo w 2000, kiedyś tam. Z informacją o śmierci matki mojego ojca zadzwoniła moja ciocia. Ojciec ze swoją siostrą od lat nie odzywali się do siebie. Ciotka zostawiła wiadomość na automatycznej sekretarce. Słyszałem tę wiadomość. Przekazywała, że choć są ze sobą skłóceni, to mają jedną matkę. Otóż to: że mają jedną matkę, co dawało powód do zbliżenia. Zamyśliłem się po wysłuchaniu tej wiadomości, do mieszkania moich rodziców zawsze wpadało dużo światła, dzięki czemu zdarzenia traciły na konsystencji, bo światło jest silniejsze od ludzkich działań.
Ojciec usiadł w fotelu. W żółtym fotelu. Nie pojedzie na pogrzeb, taką podjął decyzję. Umarła w odległym mieście, jakieś pięćset kilometrów od Barbastro, jakieś pięćset kilometrów od miejsca, w którym w tej właśnie chwili ojciec otrzymał wiadomość o śmierci swojej matki. Odpuścił, po prostu. Nie chciał tam jechać. Prowadzić taki szmat drogi. Albo spędzić tyle godzin w autobusie. I jeszcze znaleźć właściwy autobus.
To zdarzenie wywołało lawinę innych zdarzeń. Nie interesuje mnie osądzanie tego, co się stało, chcę jedynie o tym opowiedzieć albo wysłowić lub wysławić. Moralność zdarzeń zawsze jest tworem kultury. Zdarzenia same w sobie naprawdę są pewne. Zdarzenia to natura, ich interpretacja to polityka.
Mój ojciec nie pojechał na pogrzeb mojej babci. W jakich był relacjach ze swoją matką? W żadnych relacjach. Owszem, byli w bliskiej relacji, rzecz jasna, na początku czasów, no nie wiem, gdzieś tak w 1935 albo w 1940, mniej więcej, ale ta relacja zaczęła z czasem topnieć, zanikać. Osobiście uważam, że ojciec powinien był pojechać na ten pogrzeb. Nie przez wzgląd na zmarłą matkę, ale przez wzgląd na siebie i przez wzgląd na mnie też. Odżegnując się od tego pogrzebu, decydował również o odżegnaniu się od życia w ogóle.
Nieodgadnioną tajemnicą jest to, że mój ojciec kochał swoją matkę. Nieobecność na jej pogrzebie ma swoje głębokie uzasadnienie w tym, że jego nieświadomość odrzucała martwe ciało matki. A jego świadome ja podsycane było nieprzepartym lenistwem.
Mieszają mi się w głowie tysiące historii związanych z ubóstwem i z tym, jak ubóstwo w końcu zatruwa cię marzeniem o bogactwie. Albo z tym, jak ubóstwo wywołuje marazm, brak chęci, by wsiąść do samochodu i przejechać pięćset kilometrów.
Kapitalizm zawalił się w Hiszpanii w roku 2008, zagubiliśmy się, już nie wiedzieliśmy, do czego aspirować. Z nastaniem ekonomicznej recesji zaczęła się komedia polityczna.
Zaczęliśmy niemal zazdrościć zmarłym.