“Odwrócone” to niezwykła i czarująca książka, opowieść o dziewczynie z wyjątkowym lecz zakazanym talentem, poetycko opisująca pragnienie wolności i ludzkie dążenia do uwolnienia się od nakazów i zakazów ze strony innych.


“Odwrócone” to opowieść o losach dwunastolatki, od dzieciństwa wychowywanej w przekonaniu, że jej przeznaczenie jest jedno: służba w Klasztorze, posłuszeństwo wobec Matki Przełożonej i pozbycie się marzeń o wyborze innej drogi życiowej. Dziewczynie przyszło żyć w świecie, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm.

Tytułowe odwrócone to dziewczęta, które jako niemowlęta przeszły test – odwróciły się od własnego odbicia w lustrze, i są obdarzone niezwykłymi umiejętnościami: muzykę graną przez Mistrzów potrafią zamieniać w złote nici. Od dzieciństwa zamknięte w Klasztorze, pod opieką Matki Dziewięć, odgrodzone kamiennymi murami od morza, nieba, ziemi i pokus świata zewnętrznego, doznają surowego wychowania i indoktrynacji, których celem jest przygotowanie ich do tego, by produkowały złoty kruszec na potrzeby króla i społeczności Blajbakanu. To one – więźniarki Klasztoru i własnych zdolności, zapewniają dobrobyt miastu, w zamian doznając jedynie upokorzeń i zakazów – nie wolno im na przykład śpiewać, albowiem jest to największe wykroczenie przeciwko zasadom Blajbakanu, zagrożone, według legendy, porwaniem przez wzburzone morze.

Dwunastoletnia Delphernia została w dzieciństwie uznana za odwróconą, choć snucie złotej nici wychodzi jej kiepsko albo wcale, za to odkrywa w sobie zamiłowanie do śpiewu i zdolność do tworzenia z niego ptasich dusz. Dziewczynka lubi też zadawać niewygodne pytania, w tym o swoją przeszłość, co coraz częściej irytuje Matkę Dziewięć, dotkliwie karzącą Delphernię za najdrobniejsze przewinienie.

Wydawać by się mogło, że dla Delpherni nie ma już nadziei i resztę życia spędzi w Klasztorze jako popychadło Matki Dziewięć. Jednak okazuje się, że los ma wobec niej inne plany. Gdy w Klasztorze pojawia się wybawiciel dziewczyny, rozpoczyna się przygoda w Blajbakanie. Teraz Delphernia ma nadzieję wreszcie doświadczyć świata na zewnątrz Klasztoru, zobaczyć morze i niebo i zakosztować wolności. Jednak na zewnątrz nie jest wcale tak przyjemnie, jak to sobie wyobrażała. Na dodatek Blajbakan jest pełen tajemnic i niespodzianek.

“Odwrócone” to znakomity debiut Hayley Chewins, niezwykła i czarująca książka, opowieść o dziewczynie z wyjątkowym lecz zakazanym talentem

“Odwrócone” to znakomity debiut Hayley Chewins, niezwykła i czarująca książka, opowieść o dziewczynie z wyjątkowym lecz zakazanym talentem, pięknie i poetycko opisująca smutek, tęsknotę i pragnienie wolności, dążenie do wyzwolenia z okowów nonsensownych zakazów, propagandę wykorzystującą stare legendy, wyzysk i niewolnictwo w imię dobrobytu władzy.

Hayley Chewins sięga po stylistykę i motywy baśniowe, by z pomocą własnej wyobraźni i doskonałego, poetyckiego języka stworzyć opowieść nieszablonową, w sposób świeży i czytelny dla współczesnego odbiorcy przedstawić zagadnienia odwieczne i ponadczasowe: dobro i zło, światło i ciemność. Staranne frazy pozwalają czytelnikowi odczuć, że Chewins jest poetką. Pisarka ma łatwość budzenia w odbiorcach emocji i wzruszeń, fascynujący świat Blajbakanu oraz bogaty i żywy język to niezaprzeczalne zalety jej prozy.

Delphernia odkrywa, że nie jest jedyną osobą niepasującą do zmanipulowanego społeczeństwa miasta, że są również inni ludzie, którzy mają podobne odczucia, i że czasami trzeba walczyć o to, w co się wierzy i o to, by być tym, kim chce się być. Czasem wystarczy pieśń, by mury starego świata zaczęły się kruszyć. Wanda Pawlik

Hayley Chewins, Odwrócone, Przekład: Patrycja Zarawska, Wydawnictwo IUVI, Premiera: 24 kwietnia 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Hayley Chewins
Odwrócone
Przekład: Patrycja Zarawska
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Klasztor

Rozdział 1

Matka Dziewięć mówiła, że to ściana napełnia salę migotu muzyką i złotem. Ja jednak wiedziałam, że robi to ktoś ukryty po drugiej stronie.
Wiedziałam, że to chłopiec.
Chłopiec, którego – gdy przyszedł na świat – zamiast w koce owinięto w zwoje muzyki. Chłopiec otoczony dzwoneczkami, spowity śpiewem złożonym z łoskotu i bryzgów morskich fal, podnoszący do ust kamiennoflet. Oddechem powołujący do życia pieśni.
Matka Dziewięć mówiła, że nie odróżniłabym skrzydełka iskroćmy od spadającego piórka, lecz ja wiedziałam jedno: aby była muzyka, potrzebne jest gardło. Płuca, krew z serca i wydech z głębi piersi.
„Ani słowa, Delphernio. Sza”.
Przykucnęłam, przykładając ucho do wilgotnego kamienia.
Nie było tam nic oprócz tego rodzaju ciszy, jaką potrafią tchnąć tylko ściany. Milczenie z gatunku śmiertelnych – bezdźwięk, jaki spodziewalibyśmy się usłyszeć raczej pod ziemią, nie na jej powierzchni. Nawet morze przycichło, jak gdyby czekało, aż ktoś odprawi zadaną samemu sobie pokutę.
Wiedziałam, że to nie ściana rozsnuwa w powietrzu dźwięki niczym zawodzący ptak – wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam. Ponieważ kiedy się wreszcie przedarłam przez kamienne milczenie zimnej jak głaz ściany, dotarły do mnie odgłosy kroków i cichy trzask kostek u rąk. A potem kłapnięcie języka i odchrząknięcie. Wiedziałam, że on tam jest – wiedziałam.
Morze wzburzyło się, zaryczało i bryznęło słonymi kroplami poprzez otchłań rozświetloną blaskiem gwiazd.
Wzdrygnęłam się i odskoczyłam.
Przez całe życie wmawiano mi, że morze otacza kopułę klasztoru jak nocne niebo trzymające w objęciach księżyc. I że pochłania takie dziewczęta jak ja.
„Ani słowa”.
Drzwi do sali migotu otworzyły się z odgłosem przypominającym kaszlnięcie i do środka weszły pozostałe dziewczęta. Bose stopy dreptały po omszonej posadzce. Dziewczyny ustawiły się w szyku, a ja przesunęłam się między nimi, przed ich nieruchomo patrzącymi oczyma, by zająć miejsce na samym końcu.
Czułam piętami dudniący tupot Matki Dziewięć. Dziewczęta spuściły głowy. Przełknęłam swoje sekrety, ale kłębiły mi się w brzuchu jak skwaśniała zupa, podchodziły do gardła, jakby się chciały wydostać.
I oto weszła ona – odziana w jedwabie o zgaszonych barwach, z piórami klasztoskrzydlaków naszytymi na rękawy ku czci Pierwszej Matki. Popisała się świątobliwymi słowami i uderzyła o ścianę uciszokamieniem, a ten zaszemrał: „ciii” i rozjarzył się ogniem.
Potem wezwała muzykę – którą wygrywał chłopak, ten chłopak na zewnątrz, bo tam był, wiedziałam o tym – a wystarczyło jej do tego jedno chłodno wymówione słowo:
– Dech.
Poza klasztorem miasto Blajbakan uderzyło w dzwony.
Za ścianą chłopak zaczął grać.
Pozostałe dziewczęta podniosły głowy. Wtem Matka Dziewięć wywołała moje imię i wiedziałam, że nadszedł mój czas. Czas, by podjąć nieudaną próbę ugniatania muzyki w złoto.
Matka Dziewięć nazywała to tworzeniem migotu, ponieważ właśnie po to miała ten swój szczwany, lepki język: lubiła obracać słowa tak długo, aż zupełnie zmieniały pierwotne znaczenie.
Podeszłam do ściany tak blisko, że jej dotknęłam ustami.
Matka Dziewięć trzymała w górze lustro z polerowanego złota, a w jego tafli pojawiła się moja twarz: ciemne oczy, brązowa skóra. Włosy upięte z tyłu w spiralny kok, z którego wymykały się kręcone czarne kosmyki. Udawałam przed sobą, że sińce, które mam pod oczami, to tylko cienie rzucane przez klasztoskrzydlaka – wyobrażałam sobie, że otacza mi on głowę niczym ciemny diadem. Wymamrotałam modlitwę, którą powtarzałyśmy, odkąd nauczyłyśmy się mówić:
– Niech zapomnę, że mam oczy. Niech zapomnę, że jestem sobą.
– Dalej – ponagliła mnie Matka Dziewięć, zniżając zwierciadło.
Wiedziałam, co mam teraz zrobić – choć wiele razy widziałam, jak sobie z tym radzą moje rówieśniczki, mnie nigdy dotąd się to nie udało. Może to z powodu śpiewającego gardła, którym obdarzył mnie los – „Nie mów o tym, Delphernio, ani słowa” – a może ponieważ coś było nie tak z moimi kośćmi, dość, że nie umiałam wytworzyć migotu.
Kiedy któraś z dziewcząt wytwarzała migot, stała z otwartymi dłońmi zwrócona twarzą do ściany, a muzyka przepływała przez jej kości. Dźwięki lśniły na plecach dziewczyny niczym wygładzone na błysk nici, a wtedy ona odwracała się do tych pasm światła i pozwalała im ciężko osiąść w swoich dłoniach. Ugniatała porcję migotu, aż ta zamieniła się w niekształtną bryłę złota. Następnie Matka Dziewięć klaskała w dłonie – bardziej w ramach ostrzeżenia niż z uznaniem – i odmawiałyśmy kolejną modlitwę do Pierwszej Matki:
– Dziękujemy ci za ten dar, że znamy swoje miejsce.
Teraz jednak zanosiło się na to, że nie będzie żadnego klaśnięcia. Nie dla mnie. Ponieważ moje ręce zawsze były puste. A puste ręce, jak lubiła mawiać Matka Dziewięć, należy napełnić.
Napełnić poszumem smagnięć.
Napełnić krwią.
Z pustych rąk biorą się puste brzuchy – to jej kolejne ulubione powiedzenie. W dodatku prawdziwe. Ponieważ jeśli nie wytwarzałyśmy złota, Kurator Blajbakanu nie posyłał nam przez sufitowy świetlik kwiatów morza ani nadzianych na haczyki węgorzy.
A więc głodowałyśmy.
W klasztorze nie rosło nic oprócz płucnicy i na wpół martwych drzew językoowocowych, które nie wydawały nawet pąków. Nie da się zjeść ciemności, nie da się gryźć kamienia. Żadna z nas nie mogła opuścić klasztoru, o ile nie urodziła się we właściwym roku. O ile nie wyprowadził jej otoczony dzwoneczkami chłopak, aby następnie wytwarzała złoto do jego kieszeni.
Pokazałam ścianie blizny, jakie miałam na dłoniach.
Sęk w tym, że zawsze za bardzo wsłuchiwałam się w muzykę i z tego powodu nie przepuszczałam jej przez swoje ciało. Gdy byłam jeszcze mała jak jajeczko, myślałam, że stanę się taka jak reszta dziewczyn, jeśli się tylko postaram. Lecz mimo że się starałam, z kręgosłupa wyrosły mi palce, kolana zamieniły się w mocno zaciśnięte pięści, a kostki u nóg – w sękate grudy. Każda komórka mojego ciała chwytała dźwięki posyłane przez kamiennoflety, zachwycona radosnym, drżącym głosem pieśni.
Teraz też moje kości chłonęły napływającą melodię. Przywierała do nich, szpik kostny gęstniał mi od niej jak gulasz Matki Dziewięć. Żałowałam, że ściana nie jest zasłoną z mgiełki – wtedy mogłabym przez nią wyjrzeć i zobaczyć go. Zobaczyć chłopaka z kamiennofletem przyłożonym do ust, bo wiedziałam, że on tam jest, wiedziałam. Nie umiałam jednak zamienić kamienia w mgiełkę. Słuchałam więc. Gromadziłam w sobie muzykę. Zatrzaskiwałam ją w swoim wnętrzu, zamykałam się jak stara komoda. Muzyk zawahał się, niepewny, czy powinien grać dalej. Wyczuwał, że nie wytwarzam migotu. Że coś jest nie tak. Że coś jest nie tak ze mną.
Miałam ochotę wykrzywić twarz w grymasie drwiny, zapytać Matkę Dziewięć, czy kamień może się wahać, lecz zanim zdążyłam to zrobić, odpięła sobie od fałdów spódnicy rozgałęzioną rózgę i zdzieliła mnie nią po wierzchu dłoni. Pojawił się czerwony pasek, obrzmiała skóra uniosła się na kostkach palców. Muzyka się urwała i prawda osiadła w mym brzuchu jak ptak składający skrzydła, kiedy ląduje w gnieździe. Nigdy nie ujrzę nieba w całym jego ogromie. Niebo nigdy nie zechce, aby spoczęły na mnie jego oczy.
– Do sali szeptu, ale już! – rozkazała Matka Dziewięć.
Wiedziałam, że nie będzie mi dane wysłuchać reszty pieśni. Pieśni, które pozostałe dziewczęta zamienią w złoto. Pieśni, których nie wolno było naśladować dziewczynom z Blajbakanu.
Zamknęły się za mną drzwi sali migotu. Korytarz z czarnego kamienia nie był oświetlony, ale i tak dobrze znałam drogę do sali szeptu. Przycisnęłam do siebie odrobinę muzyki, którą dosłyszałam w łuku własnych żeber. Chciałam ją zatrzymać na później – na tę chwilę, którą będę mieć dla siebie w dziuplastym drzewie. Podreptałam po kamiennej posadzce, uważając, by nie wybijać stopami rytmu.
Mogłam przechowywać pieśni zamknięte w swych kościach, nie oznaczało to jednak, że te melodie należą do mnie. Byłam jedną z odwróconych i wiedziałam, że muzyka należy do Mistrzów.

Rozdział 2

W drodze do sali szeptu nie spojrzałam na dziuplaste drzewo.
Czułam wilgotną woń jego rozrośniętych konarów, lecz nie rzuciłam nawet okiem. Gdybym dostrzegła chociaż listek, pobiegłabym do drzewa i wdrapałabym się do środka. Napełniłabym je śpiewem.
Ale śpiewałam dopiero wtedy, gdy dziewczęta i przełożona pokładły się już do łóżek, kiedy mogłam być sama ze skrzydlakami. Z klasztoskrzydlakami. Moimi klasztoskrzydlakami. Wtedy było bezpiecznie. Matka Dziewięć pochrapywała we śnie, na policzkach miała odgniecenia od poduszki i wiedziałam, że się nie obudzi. Co wieczór zażywała śmierdzące krople nasenne i nie ocknęłaby się, nawet gdyby z nieba waliło kamieniami. Albo gdyby ktoś dmuchał na jej zamknięte powieki.
„Ani słowa”.
Szłam Zębatą Grzędą – brukowaną kamieniami ścieżką, która oddzielała rosnące po jednej stronie drzewa od ciągnących się z drugiej strony pokoi. Minęłam jadalnie, sypialnie i umywalnie. Sala migotu została daleko za mną. Nie mogłam teraz jednak myśleć o jedzeniu ani spaniu. Nie mogłam nawet zamarzyć o ciepłej kąpieli. Ogniste pulsowanie w dłoni złagodniało, porzuciłam wszelkie myśli o rózgach czy pręgach na skórze, ale pojawiła się myśl o innym bólu. Takim, który nie zostawia pręg ani siniaków.
Drzwi sali szeptów były ciężkie, podobnie jak odrzwia zamykające muzykę w sali migotu. Wnętrze tchnęło tym samym chłodem. Jednak podczas gdy salę migotu otaczały ściany z posępnego kamienia, w sali szeptu ze ścian spoglądały twarze. Armia płaskorzeźbionych zastygłych masek o oczach oświetlonych latarniami z rozjarzonych uciszokamieni. Sala szeptu urzekała pięknem, ale jednocześnie napawała strachem. Ponieważ ze ścian patrzyły nie jakieś tam twarze, lecz twarze Matek. A ich oczy doskonale wiedziały, jaka jestem okropna.
Oto i Pierwsza Matka, z klasztoskrzydlakiem siedzącym na otwartej dłoni. Przysłano mnie tu, żebym się przed nią ukorzyła. Przed nią i przed klasztoskrzydlakiem. Nie miałam nic przeciwko zanoszeniu modłów do ptaka. Śpiewałam przecież dla nich co noc, w brzmieniu głosu zawierając wszystkie swoje sekrety. Lecz nawet Pierwsza Matka – martwa jak głaz – wiedziała, że prędzej oddałabym jej swoje prawe ucho, niż wydobyła z mętów serca pochwalny pean na jej cześć.
Mimo to zgięłam kark i dotknęłam palcami ust, kiedy ujrzałam jej oprószone złotem czoło. Była pierwszą odwróconą dziewczyną w Blajbakanie. Najlepszą. Najcichszą. Mówią, że unosiła się nad ziemią, zamiast chodzić, a jej bezdźwięczny sposób poruszania się był hołdem dla bezgłosu, jaki narzuca się w naszym mieście dziewczętom.
Chód Matki Dziewięć daleki był od bezgłośnego, ale gdybym ją o to zapytała, powiedziałaby, że zasady są dla mnie, nie dla Matek. Odrzekłaby, że to ona jest zasadą, a ja mam się do niej stosować.
I miałaby rację.
Przyklękłam. Liczyłam swoje oddechy.
– Zapomniałam – wyznałam szeptem. – Zapomniałam pozwolić muzyce przepływać… Ja…
Nie umiałam się do tego przyznać. Chciałam tylko – i to było moje jedyne pragnienie – zatrzymać dla siebie coś pięknego. Nie powinnam za to pokutować. Przecież i tak mieszkałam w klasztorze, pod kopułą z uciszokamienia, która odcinała nas od wszystkiego, nie wyłączając nieba i morza. Rzeźbione oczy Matek otwierały mnie, zaglądały mi do środka, jakbym była językoowocem. Zasady wymagały, żebym przez szacunek patrzyła w ziemię, lecz nie umiałam się powstrzymać – podniosłam wzrok, spojrzałam w oczy Pierwszej Matce.
Chciałam jej pokazać, że nie może mnie zranić. Że nawet jeśli była najlepszą z odwróconych dziewcząt w Blajbakanie, już jej nie ma. Umarła, odeszła w przeszłość, tak jak jej siedem następczyń. A to oznaczało, że przynajmniej pod jednym względem jestem od niej lepsza: żyję. Patrzyła na mnie z uśmiechem, jakby mnie poddawała próbie.
Wtedy złamałam kolejną zasadę. Wstałam i podeszłam do jej wizerunku – tak blisko, że mogłabym go polizać. Prawie się spodziewałam, że sufit runie z łoskotem. Myślałam, że Pierwsza Matka wymierzy mi policzek, dodając kolejny artystyczny siniak do poprzednich dzieł Matki Dziewięć. Lecz ściany pozostały nieporuszone. Wokół panowała cisza.
Powiodłam palcami po figurze klasztoskrzydlaka.
Na historii uczyłyśmy się, że Pierwsza Matka wyrzeźbiła klasztoskrzydlaki z uciszokamienia z Blajbakanu, posługując się rzeźbiarskim nożykiem – ostrożnie, jak zawsze należy się obchodzić z tym materiałem. Wiedziałam, że moje klasztoskrzydlaki – te, dla których śpiewałam noc w noc – przychodzą na świat, wylęgając się z nakrapianych jaj, lubiłam jednak tę opowieść i wyobrażałam sobie, że jest prawdziwa. Podobała mi się myśl o tym, że z tego zimnego kamienia można zrobić coś, co lata, coś tak cudnego i dumnego jak ptak z rozpostartymi skrzydłami.
Na kamiennym bruku zabrzmiały czyjeś pośpieszne kroki, coraz głośniejsze i głośniejsze. Koniuszki palców ześliznęły mi się ze szpiczastego dzioba klasztoskrzydlaka. Czym prędzej pobiegłam na środek sali. Uklękłam z powrotem. Zwiesiłam głowę, czując, jak mi w niej dudni. Drzwi się otwarły.
Matka Dziewięć, sapiąc z urywanym oddechem, zaczęła mnie okrążać.
– Czy wiesz, Delphernio, dlaczego nigdy nie patrzę ci w oczy?
Klęczałam ze wzrokiem wbitym w ziemię.
– Nie patrzy pani na coś niewidzialnego – odpowiedziałam. – Nie patrzy pani na coś, czego się nie da zobaczyć.
– A jak to się ma do ciebie? – Trzepnęła się po dłoni giętką rózgą.
Własną skórę odczuwałam jak worek, w którym szamoczę się i wiercę.
– Odwróconych dziewcząt się nie widzi, to one widzą. Odwróconych dziewcząt się nie słyszy, to one słyszą.
– Dobrze – odrzekła. – Już zaczynałam myśleć, że zapomniałaś wszystkiego, czego cię nauczyłam. – Wyciągnęła do mnie bladą, nieskalaną bliznami dłoń. Swego czasu była grzeczną odwróconą dziewczyną. Z jej kośćmi wszystko jest w porządku. Nie trzeba ich naprawiać za pomocą szeptów, smagnięć rózgą ani pokuty.
Chwyciłam jej rękę i podniosłam się z ziemi. Zakręciła się wokół mnie z trzepotem jedwabiu. Pióra na jej rękawach zadrżały. Miałam ochotę zedrzeć je z niej. Nie zasługiwała na nie. Nienawidziła klasztoskrzydlaków. Nienawidziła wszystkiego, co śpiewa.
– Już ci o tym mówiłam, Delphernio. Sama zdecydowałaś, kim jesteś, zamiast pozwolić, bym ja ci to powiedziała. To dlatego nie umiesz wytworzyć migotu – tłumaczyła, zaciskając rękę na moim ramieniu. Jej rozbiegane spojrzenie spoczęło na mnie na sekundę… na jedną jedyną sekundę.
– Tak, Matko Dziewięć – odparłam.
– A o czym powinnaś zawsze pamiętać?
Zwlekałam z odpowiedzią jak najdłużej. Ponieważ mimo że słowa odpowiedzi były prawdziwe i doskonale o tym wiedziałam, moje ciało nie chciało ich z siebie wydobyć. Aż zabolała mnie od tego szczęka.
– Dziewczęta o śpiewającym gardle w końcu pochłania morze.
– Pochłania morze – powtórzyła Matka Dziewięć.
– Pochłania morze – szepnęłam.
Matka Dziewięć zawsze mnie karała, lecz w tym tygodniu było gorzej niż zwykle. Przypuszczałam, że to z powodu zbliżającego się Święta Dzwonków. Wkrótce przybędzie tutaj Kurator – sprawdzi nas, poobserwuje. Sprawdzi ją. A ja byłam plamą, którą chciała zetrzeć. Byłam jedyną odwróconą w historii Blajbakanu niezdolną do wytwarzania złota z melodii.
– Wiesz, że chcę dla ciebie tylko tego, co najlepsze – oznajmiła.
Kiwnęłam głową, choć się z nią nie zgadzałam, nie, nie, nie. Nie można chcieć dla kogoś tego, co najlepsze, a jednocześnie smagać go do krwi.
– To prawda – stwierdziła z przekonaniem. – Co do dziewcząt o śpiewającym gardle. Morze karmiło się nimi wiele, wiele razy.
Szybkim ruchem podbródka wskazała drzwi, więc ruszyłam w ich stronę. Podążyła tuż za mną. Wtem nachyliła się, dotykając ustami mojego ucha.
– Pamiętaj o tym, a uchronisz swoje płuca od smaku soli.