“Ubik, książka inna niż wszystkie, używana zgodnie z instrukcją zapewni pełnię doznań estetycznych i metafizycznych, będąc przy tym źródłem dobrej zabawy” zapewnia w przedmowie Łukasz Orbitowski.


UbikNudzą cię standardowe powieści science fiction? Masz dość inwazji kosmitów, wykoncypowanych światów i żołnierzy kosmosu? Oto Ubik, książka inna niż wszystkie, używana zgodnie z instrukcją zapewni pełnię doznań estetycznych i metafizycznych, będąc przy tym źródłem dobrej zabawy.
– z przedmowy Łukasza Orbitowskiego

Wewnątrz świata rażonego obłędem… normalność zachowują już tylko ludzie. Dick poddaje ich więc ciśnieniu przeraźliwej próby i w jego fantastycznym eksperymencie niefantastyczna pozostaje tylko psychologia bohaterów. Walczą oni do końca, stoicko i zajadle, z nacierającym zewsząd chaosem, którego źródła są właściwie niedocieczone… Osobliwości Dickowych światów biorą się zwłaszcza stąd, że dogłębnemu rozszczepieniu i powieleniu ulega w nich – jawa… Końcowy efekt jest zawsze taki sam: rozróżnienie między jawą a zwidem okazuje się niemożliwością. Strona techniczna tego zjawiska jest niezbyt istotna… Rzecz w tym, że świat ów… stwarza praktyczne dylematy, znane tylko teoretycznym spekulacjom filozofii. Jest to świat, w którym filozofia schodzi niejako na ulicę…
– z posłowia Stanisława Lema, do pierwszego polskiego wydania „Ubika”

Powieść została po raz pierwszy wydana w 1969 roku. Książka znalazła się na liście 100 najlepszych powieści anglojęzycznych, opublikowanych od 1923 roku, według magazynu „Time”. W Polsce powieść ukazała się w 1975 roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego w ramach serii „Stanisław Lem poleca”, w tłumaczeniu Michała Ronikiera i z posłowiem Stanisława Lema.

Philip K. Dick urodził się w 1928 r. w Chicago, lecz większą część życia spędził w Kalifornii. Krótko był studentem Uniwersytetu Kalifornijskiego. Prowadził sklep z płytami i stację radiową. Przeszedł też doświadczenia z narkotykami, które wykorzystywał w swej twórczości. Zmarł w 1982 r. Wydał kilkadziesiąt powieści, z których wiele weszło na stałe do kanonu literatury SF. Był też autorem kilku powieści realistycznych, osadzonych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. O większości jego rówieśników uhonorowanych Nagrodą Pulitzera czy literacką Nagrodą Nobla niewielu już pamięta, on zaś ma coraz liczniejsze grono wielbicieli, a o jego książkach pisze się doktoraty…

Philip K. Dick
Ubik
Przekład: Michał Ronikier
wydanie 13
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera w tej edycji: 26 czerwca 2018
 
 

Ubik


Przyjaciele, nadszedł czas wyprzedaży i właśnie o tyle obniżamy cenę wszystkich naszych bezszmerowych elektrycznych aparatów Ubik. Tak jest, cennik przestał się liczyć. I pamiętajcie: każdy z aparatów Ubik znajdujących się u nas na składzie był używany zgodnie z instrukcją.

Rozdział pierwszy

Piątego czerwca 1992 roku o trzeciej trzydzieści nad ranem czołowy telepata w obrębie Układu Słonecznego zniknął z mapy w nowojorskim biurze Korporacji Runcitera. W związku z tym rozdzwoniły się wideofony. Firma Runcitera w ciągu ostatnich dwu miesięcy straciła ślad zbyt wielu ludzi Hollisa, by mogła się pogodzić z ponownym zniknięciem jednego z nich.
– Pan Runciter? Przykro mi, że pana niepokoję. – Technik odpowiedzialny za pracę nocnej zmiany w sali map odkaszlnął nerwowo, gdy masywna, nieregularnie ukształtowana głowa Glena Runcitera stopniowo wypełniła ekran wideofonu. – Otrzymaliśmy wiadomość od jednego z naszych inercjałów. Zaraz ją znajdę. – Pogrzebał w nie uporządkowanym stosie taśm z magnetofonu, który nagrywał wpływające informacje. – Zgłosiła to nasza panna Dorn. Jak pan sobie być może przypomina, udała się w ślad za nim do Green River w Utah, gdzie…
– Za kim? – mruknął zaspanym głosem Runciter. – Nie mogę przecież cały czas pamiętać, który z inercjałów zajmuje się którym telepatą czy jasnowidzem. – Przygładził dłonią rozwichrzoną masę siwych szczeciniastych włosów. – Mniejsza o resztę, proszę mi powiedzieć, kto z ludzi Hollisa zaginął tym razem.
– S. Dole Melipone – powiedział technik.
– Co? Melipone zniknął? Pan chyba żartuje.
– Mówię poważnie – zapewnił go technik. – Edie Dorn wraz z dwoma innymi inercjałami podążała za nim aż do motelu zwanego Więzy Różnorodnych Doświadczeń Erotycznych. Jest to podziemna konstrukcja złożona z sześćdziesięciu apartamentów, przeznaczona dla biznesmenów, którzy przyjeżdżają tam ze swymi dziwkami i nie życzą sobie żadnych rozrywek. Edie i jej koledzy nie sądzili, aby był on aktywny, ale dla pewności posłaliśmy tam jednego z naszych własnych telepatów, pana G.G. Ashwooda, by dokonał pomiaru. Ashwood wykrył pasmo zakłóceń wokół umysłu Melipone’a, nie mogąc jednak w tej sytuacji nic zdziałać, wrócił do Topeki w Kansas, gdzie obecnie usiłuje pozyskać dla nas nowego pracownika.
Runciter, nieco bardziej już rozbudzony, zapalił papierosa. Siedział ponuro, z brodą wspartą na dłoni, a pasma dymu przesuwały się przez pole widzenia wizjera umieszczonego po jego stronie dwukanałowego obwodu.
– Czy jest pan pewien, że tym telepatą był Melipone? O ile się orientuję, nikt nie wie, jak on wygląda. Chyba co miesiąc zmienia szablon fizjonomiczny. Jakie było jego pole?
– Skierowaliśmy tam Joego Chipa, prosząc, by przeprowadził pomiary wielkości pola wytwarzanego w obrębie motelu Więzy Różnorodnych Doświadczeń Erotycznych. Chip mówi, że w najwyższym punkcie odnotował 68,2 blr jednostek aury telepatycznej. Spośród wszystkich znanych telepatów tylko Melipone jest w stanie wytworzyć coś takiego. W tym więc miejscu – kończył technik – zatknęliśmy oznaczającą go chorągiewkę. A teraz on… ona znikła.
– Szukał pan na podłodze? Albo za mapą?
– Znikła w sensie elektronicznym. Człowiek, którego ona oznacza, nie przebywa już na Ziemi, a także, o ile jesteśmy w stanie się zorientować, w obrębie światów skolonizowanych.
– Zapytam o radę w tej sprawie moją zmarłą żonę – powiedział Runciter.
– Jest środek nocy. O tej porze moratoria są zamknięte.
– Ale nie w Szwajcarii – rzekł Runciter z grymasem zamiast uśmiechu, jakby gardło wypełniała mu niesmaczna nocna ślina. – Dobranoc – powiedział i przerwał połączenie.
Herbert Schoenheit von Vogelsang, jako właściciel Moratorium Ukochanych Współbraci, oczywiście zawsze przychodził do pracy wcześniej niż jego pracownicy. O tej porze ruch w chłodnym, odbijającym odgłosy wnętrzu budynku dopiero się zaczynał. W recepcji oczekiwał z kwitem w ręku zatroskany, wyglądający na księdza mężczyzna w bardzo ciemnych okularach. Miał na sobie kurtkę z kociego futra i żółte, ostro zakończone buty. Najwyraźniej zjawił się, by korzystając z wolnego od pracy dnia, odwiedzić jakiegoś krewnego. Zbliżało się Święto Zmartwychwstania, dzień poświęcony oficjalnie osobom na wpół żywym. Należało oczekiwać, że już niedługo zacznie się ruch.
– Słucham pana – powiedział Herbert z uprzejmym uśmiechem. – Osobiście przyjmę pański kwit.
– To taka starsza kobieta – tłumaczył klient. – Bardzo drobna i zasuszona. Moja babka.
– Jedną chwileczkę. – Herbert skierował się znów w stronę skrzyń-chłodni, by wyszukać numer 3 054 039-B.
Odnalazłszy właściwą osobę, sprawdził dane w umieszczonej przy niej karcie kontrolnej. Wynikało z nich, że zostaje jeszcze tylko piętnaście dni w stanie półżycia. To niezbyt wiele, pomyślał.
Odruchowo wcisnął przenośny wzmacniacz protofazonów do przezroczystej obudowy trumny, wykonanej z tworzywa sztucznego, nastawił go na właściwą częstotliwość i zaczął słuchać, chcąc stwierdzić, czy umysł funkcjonuje.
Z głośnika doszedł słaby głos:
– …i wtedy właśnie Tillie skręciła nogę w kostce. Myśleliśmy, że nigdy się z tego nie wyleczy, tak głupio się zachowywała i chciała od razu zacząć chodzić…
Zadowolony, wyłączył wzmacniacz i skontaktował się z jednym z członków brygady, polecając mu przewieźć numer 3 054 039-B do rozmównicy, gdzie klient będzie mógł porozumieć się ze starą damą.
– Dokonał pan już jej odbioru, prawda? – spytał klient, wpłacając należną sumę.
– Osobiście – odpowiedział Herbert. – Wszystko funkcjonuje znakomicie. – Nastawił szereg przełączników, po czym się cofnął. – Życzę panu szczęśliwego Święta Zmartwychwstania, sir.
– Dziękuję. – Klient usiadł zwrócony twarzą do trumny. Z otaczającej ją okładziny chłodzącej unosiła się para. Przycisnął do ucha słuchawkę i zaczął głośno mówić do mikrofonu: – Flora, kochana, czy mnie słyszysz? Zdaje mi się, że już dociera do mnie twój głos. Flora?
Kiedy umrę, pomyślał Herbert Schoenheit von Vogelsang, zażądam chyba w testamencie od swych potomków, by ożywiali mnie na jeden dzień co sto lat. Będę mógł dzięki temu śledzić losy ludzkości.
Byłoby to jednak dosyć kosztowne dla potomków. On zaś wiedział dobrze, co by to oznaczało. Prędzej czy później zbuntowaliby się, kazaliby wyjąć jego ciało z chłodni i, nie daj Boże, pogrzebać.
– Grzebanie ciał jest zwyczajem barbarzyńskim – mruknął do siebie. – Reliktem z okresu początków naszej kultury.
– Oczywiście, proszę pana – potwierdziła sekretarka siedząca przy maszynie do pisania.
W rozmównicy liczni już klienci porozumiewali się ze swymi półżywymi krewnymi. Siedzieli spokojnie, pogrążeni w zadumie. Każdemu z nich dostarczano kolejno właściwą trumnę. Ci wierni ludzie, przybywający tak regularnie, by oddać cześć swym zmarłym, stanowili krzepiący widok. Podtrzymywali oni na duchu półżywych w momentach ich aktywności umysłowej, przekazywali im wieści o tym, co dzieje się w otaczającym ich świecie. I płacili Herbertowi Schoenheitowi von Vogelsang. Moratorium było przedsiębiorstwem intratnym.
– Mój ojciec wydaje mi się nieco słaby – oznajmił młody człowiek, gdy udało mu się zwrócić na siebie uwagę Herberta. – Byłbym ogromnie wdzięczny, gdyby mógł pan poświęcić trochę czasu i zbadać go.
– Oczywiście – odparł Herbert. Wraz z klientem przeszedł przez rozmównicę, kierując się w stronę jego świętej pamięci krewnego. Z karty kontrolnej wynikało, że zostało mu już tylko kilka dni. To tłumaczyło mniej sprawną pracę mózgu. Mimo to… podkręcił regulację wzmacniacza protofazonów i głos półżywego w słuchawce stał się nieco mocniejszy. Jest już niemal u kresu sił, pomyślał Herbert. Wydawało mu się zrozumiałe, że syn nie ma ochoty oglądać karty kontrolnej, że w gruncie rzeczy nie chce sobie uświadomić, iż kontakt z ojcem definitywnie się kończy. Herbert nie powiedział więc nic. Po prostu odszedł, zostawiając syna w duchowym kontakcie z ojcem. Po co mu mówić, że jest to już zapewne jego ostatnia wizyta w tym miejscu? I tak sam zdąży się o tym dowiedzieć.
Przy rampie załadowczej, ulokowanej za budynkiem moratorium, zjawiła się ciężarówka. Wyskoczyli z niej dwaj mężczyźni, ubrani w znajome bladoniebieskie uniformy.
Z firmy transportowej Atlas Interplan Van and Storage, pomyślał Herbert. Przywożą jeszcze jednego półżywego, który właśnie zszedł z tego świata, albo mają zabrać stąd kogoś, czyj termin już wygasł.
Leniwie skierował się w ich stronę, by sprawdzić, o co chodzi, ale w tym momencie jego sekretarka zawołała:
– Herr Schoenheit von Vogelsang, proszę mi wybaczyć, że przerywam panu chwilę skupienia, ale jeden z klientów prosi, by pomógł mu pan obudzić jego krewnego. – Jej głos nabrał specjalnego tonu, gdy dodała: – Ten klient to pan Glen Runciter; przyjechał tu aż z Federacji Północnoamerykańskiej.
Wysoki, starszy mężczyzna o dużych dłoniach podszedł do niego szybkim, sprężystym krokiem. Miał na sobie różnobarwne, nie mnące się ubranie z tworzywa sztucznego, kamizelkę z dzianiny i kolorowy tkany krawat. Wysunąwszy nieco ku przodowi potężną głowę, rozglądał się wokół siebie; jego oczy były lekko wypukłe, okrągłe, żywe i niezwykle czujne. Na twarzy Runcitera malował się wyraz zawodowej serdeczności i uwagi, która przez chwilę skupiona była na Herbercie i niemal natychmiast przesunęła się gdzie indziej, jak gdyby Runciter skoncentrował się już na sprawach, które mogą wydarzyć się w przyszłości.
– Jak się miewa Ella? – zagrzmiał Runciter, którego głos wydawał się wzmocniony za pomocą urządzeń elektronicznych. – Czy można by ją trochę rozruszać i porozmawiać z nią? Ma dopiero dwadzieścia lat, powinna być w lepszej formie niż pan czy ja.
Zachichotał, ale jego chichot miał charakter abstrakcyjny. Zawsze chichotał, zawsze się uśmiechał, zawsze miał grzmiący głos, ale w gruncie rzeczy nikogo nie zauważał i nikt nic go nie obchodził – to tylko jego ciało uśmiechało się, kłaniało czy podawało rękę. Nic nie docierało do jego umysłu, który pozostawał oddalony. Był uprzejmy, lecz pełen rezerwy. Pociągając za sobą Herberta, wielkimi krokami ruszył ku chłodniom, w których przebywali półżywi, a wśród nich jego żona.
– Nie było pana u nas przez jakiś czas, panie Runciter – stwierdził Herbert. Nie mógł sobie przypomnieć danych na karcie kontrolnej pani Runciter, z których wynikało, ile półżycia miała jeszcze przed sobą.
Runciter, trzymając na ramieniu Herberta swą szeroką, płaską dłoń i skłaniając go w ten sposób do szybszego marszu, powiedział:
– To ważny moment, Herr Vogelsang. My, to znaczy ja i moi wspólnicy, mamy do czynienia z dziedziną, która wykracza poza wszelkie granice racjonalnego pojmowania. Nie wolno mi w tym momencie ujawniać faktów, ale uważamy obecną sytuację za groźną, choć nie beznadziejną. W żadnym wypadku nie należy jednak wpadać w rozpacz. Gdzie jest Ella? – Przystanął i energicznie rozejrzał się wokół.
– Sprowadzę ją panu do rozmównicy – rzekł Herbert. Klientom nie wolno było przebywać w chłodniach. – Czy ma pan odcinek kwitu z numerem?
– Do licha, nie mam, dawno go już zgubiłem – powiedział Runciter. – Ale pan zna moją żonę i może ją pan znaleźć. Ella Runciter, około dwudziestki. Niebieskie oczy i brązowe włosy. – Niecierpliwie rozejrzał się wkoło. – Gdzież ulokowaliście tę rozmównicę? Dawniej można ją było jakoś znaleźć.
– Proszę zaprowadzić pana Runcitera do rozmównicy – polecił Herbert jednemu ze swych pracowników, który zbliżył się właśnie niepewnie, chcąc przyjrzeć się znanemu na całym świecie właścicielowi firmy antypsi.
– Pełno tu ludzi. Nie mogę tutaj rozmawiać z Ellą – z niesmakiem stwierdził Runciter, zajrzawszy do rozmównicy. Szybkim krokiem pospieszył w ślad za Herbertem, który kierował się w stronę archiwum firmy. – Panie Vogelsang – zwrócił się do niego, kładąc mu ponownie na ramieniu swą wielką łapę. Herbert poczuł ciężar tej dłoni i zawartą w niej siłę przekonywania. – Czy nie ma tu spokojniejszego sanktuarium dla poufnych rozmów? Chcę rozmawiać z moją żoną Ellą o sprawach, których Korporacja Runcitera nie ma na razie zamiaru ujawniać.
– Mogę dostarczyć panu panią Runciter do jednego z naszych pomieszczeń biurowych, sir – wymamrotał gorliwie i bez namysłu Herbert, pod wpływem sugestywnego tonu Runcitera i jego silnej osobowości. Zastanawiał się, co się stało, jakie problemy skłoniły Runcitera do opuszczenia własnego podwórka i odbycia tej spóźnionej pielgrzymki do Moratorium Ukochanych Współbraci, by rozruszać, jak to on sam wulgarnie określił, swą półżywą żonę. Jakiś kryzys w interesach – domyślał się. Ostatnio ton krzykliwych reklam zamieszczanych w telewizji i w gazetach domowych przez przeróżne instytucje zapobiegawcze antypsi stał się jeszcze bardziej natrętny. „Chroń swe życie prywatne!” – nawoływały o wszystkich porach ogłoszenia powielane przez wszystkie publikatory. „Czy ktoś obcy nie odbiera twoich fal? Czy naprawdę jesteś sam?” – to na temat telepatów – a prócz tego ten histeryczny lęk przed jasnowidzami. – „Czy twoje poczynania nie są z góry przepowiadane przez kogoś, kogo w ogóle nie znasz? Kogoś, kogo nie chciałbyś wcale poznać czy zaprosić do domu? Pozbądź się niepewności: najbliższa instytucja zapobiegawcza, z jaką się skontaktujesz, poinformuje cię najpierw, czy w istocie jesteś ofiarą niepożądanej ingerencji z zewnątrz, następnie zaś, o ile jej to zlecisz, zneutralizuje skutki tego rodzaju poczynań – za umiarkowaną opłatą”.
Instytucje zapobiegawcze. Podobała mu się ta nazwa: była pełna godności, a przy tym ścisła. Wiedział o tym z własnego doświadczenia: dwa lata temu, z przyczyn, których nigdy nie udało mu się wyjaśnić, jakiś telepata poddał infiltracji personel jego moratorium. Zapewne chodziło o przechwytywanie poufnych informacji wymienianych przez odwiedzających z osobami półżywymi – a może dotyczyło to tylko jednej konkretnej osoby przebywającej w moratorium? Tak czy owak wywiadowca jednej z firm antypsi stwierdził obecność pola telepatycznego i powiadomił go o tym. Herbert podpisał odpowiednie zlecenie i specjalnie oddelegowany antytelepata ulokowany został na terenie moratorium. Nie znaleziono telepaty, ale jego wpływ został zneutralizowany, zgodnie z obietnicami zawartymi w ogłoszeniach telewizyjnych. Pokonany telepata wyniósł się w końcu. Moratorium było teraz wolne od wpływów psi, by zaś mieć pewność, że stan ten się utrzymuje, instytucja zapobiegawcza dokonywała co miesiąc inspekcji pomieszczeń firmy.
– Dziękuję panu bardzo, panie Vogelsang – powiedział Runciter, idąc za nim przez pokój biurowy, pełen pracujących urzędników, do pustego pomieszczenia, w którym unosił się zapach zakurzonych i niepotrzebnych nikomu mikrodokumentów.Oczywiście, zadumał się Herbert, uwierzyłem im na słowo, że telepata się tu dostał: pokazali mi wykres, który opracowali, twierdząc, że jest to dowód. Niewykluczone, że było to oszustwo – może spreparowali ten wykres w swych laboratoriach. Również na słowo uwierzyłem im, że telepata się wyniósł. Przyszedł i odszedł, a ja zapłaciłem dwa tysiące poscredów. Czy to możliwe, żeby instytucje zapobiegawcze były w gruncie rzeczy bandą oszustów, utrzymujących, że ich usługi są konieczne, nawet jeśli potrzeba taka wcale nie istnieje?
Rozważając tę kwestię, skierował się ponownie ku archiwum. Tym razem Runciter nie poszedł za nim, zaczął natomiast kręcić się hałaśliwie, usiłując jak najwygodniej ulokować swą wielką postać na skromnym krześle. Westchnął przy tym – i nagle Herbert odniósł wrażenie, że potężnie zbudowany stary mężczyzna odczuwa zmęczenie mimo energii, którą zwykle demonstrował.
Sądzę, że wspiąwszy się na tak wysoki szczebel, człowiek musi zachowywać się w określony sposób, doszedł do wniosku Herbert. Musi sprawiać wrażenie, że jest kimś stojącym wyżej niż przeciętny człowiek, obdarzony zwykłymi słabostkami. W ciele Runcitera mieścił się pewnie z tuzin artiforgów – sztucznych organów zainstalowanych w odpowiednich punktach jego układu fizjologicznego, w miarę jak prawdziwe jego części przestawały prawidłowo funkcjonować. Wiedza medyczna, snuł swe przypuszczenia, dostarczyła podstawowych elementów organizmu, resztę zaś uzyskuje Runciter dzięki panowaniu nad swym wybitnym umysłem. Ciekawe, ile on może mieć lat, zastanowił się. Nie można już teraz określić wieku na podstawie czyjegoś wyglądu, zwłaszcza po dziewięćdziesiątce.
– Panno Beason – polecił swej sekretarce – proszę odnaleźć panią Ellę Runciter i przynieść mi jej numer rozpoznawczy. Należy ją dostarczyć do pokoju 2-A. – Rozsiadł się naprzeciwko niej i sięgnął po szczyptę tabaki Princes produkcji firmy Fribourg i Treyer. Panna Beason przystąpiła tymczasem do stosunkowo prostego zadania, jakim było wyszukanie żony Glena Runcitera.