Niezwykłe zjawisko, które umyka uwadze zabieganych ludzi, staje się inspiracją dla pewnego młodego paryżanina. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co kryje się za śmiercią tysięcy ptaków, wyrusza na wędrówkę…


Dlaczego ptaki umierająGórna Normandia. Z nieba spada deszcz martwych ptaków.

Poza kilkoma wzmiankami w lokalnej prasie, nikt nie interesuje się tym zjawiskiem. Jedynie młody paryżanin postanawia wyjaśnić przyczynę tego zdarzenia. Szuka i wypytuje. Dociekliwie sprawdza każdą poszlakę. Kolejne tropy są coraz bardziej dziwne i zaskakujące.

Jesteśmy świadkami jego podróży. Bohater spływa Sekwaną na pokładzie turystycznego statku. Zakochuje się. Zdobywa przyjaciół i przysparza sobie wrogów, próbując wprowadzić harmonię do swojego życia…

Victor Pouchet urodził się w 1985 roku w Paryżu i tam dorastał. Wakacje spędzał w Bretanii i na Korsyce. Kiedyś próbował przepłynąć żaglówką z Azorów do Francji. Wraz z dwójką przyjaciół postanowił pieszo okrążyć Francję. Zakończenie tej wyprawy planowane jest na 2060 rok.

Victor Pouchet
Dlaczego ptaki umierają
Przekład: Ewa Kaniowska
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 13 marca 2019
 
 

Dlaczego ptaki umierają


Z nieba padały martwe ptaki. Mówiłem to przewoźnikom na nabrzeżu portu Paryża. Patrzyli na mnie dziwnie. A przecież właśnie tak było: z nieba padały martwe ptaki. Chodziłem od barki do barki, tłumacząc swoją prośbę. Chciałem spłynąć z nimi Sekwaną, żeby obserwować ptaki i żeby dotrzeć w okolice Rouen, gdzie spadły deszcze martwych ptaków. Paru marynarzy roześmiało mi się w nos, któryś wysłuchał mnie uważnie i poradził, żebym udał się na dworzec Saint-Lazare, skąd co godzinę odchodzi ekspres do Rouen; inny, przewożący piasek, odpowiedział mi w języku, który uznałem za czeski. Jeszcze nie odpływali, nie rozumieli mnie, nie mieli dla mnie miejsca, mieli mnie centralnie gdzieś.
Jeden z przewoźników w końcu wskazał mi lokal spółki Błękitna Sekwana, która oferowała wycieczki po tej nie tak znów błękitnej rzece. Na plakacie przy wejściu młodzi emeryci popijali kolorowe koktajle na pokładzie barki, uśmiechając się szeroko na tle klifu. „Rejs MS Botticelli to wspaniałe krajobrazy i bogactwo dziedzictwa od Paryża po Honfleur”. Popchnąłem drzwi. W końcu czy nie byłem kimś w rodzaju niespełna dwudziestodziewięcioletniego emeryta? Włosy zaczynały mi siwieć, pamięć już dawno straciłem i tylko wegetowałem niespiesznie.
Młoda dziewczyna w marynarskim uniformie oznajmiła, że MS Botticelli jest w naprawie, ale zaproponowała mi miejsce na arystokratycznej Seine Princess, płynącej podobną trasą i z podobną prędkością. „To ta sama gama produktów”, powiedziała, jakby chciała zniszczyć wszelkie romantyczne wyobrażenia, jakie mogłem łączyć z tym rejsem. Kupiłem bilet: miałem podwójną kajutę na statku o długości stu dziesięciu metrów i szerokości jedenastu, który odcumowywał za pięć dni.

Nie ośmieliłem się zdradzić jej powodu swojej podróży. Musiałbym jej opisać pole martwych ptaków, które widziałem w telewizji w zeszłym tygodniu – te obrazy w kółko do mnie wracały. Pamiętałem szeroki plan ukazujący całą scenę. I komentarz dziennikarza, który precyzował miejsce. „Na obszarze o promieniu stu metrów, w miasteczku Bonsecours, dziwny deszcz…”
„U mnie, to u mnie!”, krzyknąłem do telewizora. To u mnie nastąpił ten potop, w miasteczku, w którym spędziłem, zanim zamieszkałem w Paryżu, najgorsze i najlepsze lata życia, to znaczy dzieciństwo. Nie rozpoznałem dokładnego miejsca w Bonsecours. Może to tyły dawnej sali gimnastycznej przy drodze na Darnétal? To było pole otoczone domkami jednorodzinnymi i wyglądało tak, jakby jakaś delikatna ręka położyła na nim setkę czarnych ciałek. Niektóre leżały na boku, inne z łapkami w górze. Na skrzydłach było widać coś błyszczącego, jakby pióra zlepiała tłusta krew.
Miejscowi filmowani w drzwiach swoich domów nie mówili wiele więcej: to nie był tak naprawdę deszcz ani ulewa, ale przez kilka minut, późnym popołudniem, z nieba leciały martwe ptaki. Setki ptaków spadły na ziemię. Szpak zranił dziobem dziecko bawiące się na huśtawce, ludzi zbudził ze sjesty matowy huk uderzeń o dachy. Niektórzy mieszkańcy myśleli, że to nalot. Jednak skrzydlate bomby nie wybuchały, tylko spadały, jakby zmęczone lataniem. Widziane z daleka, zdawały się układać w jakiś geometryczny kształt, jak te kolorowanki dla dzieci, w których należy połączyć liczby, by pojawiła się postać. 27, 28, 29, 30: księżniczka, słoń, trupia czaszka?
W komentarzu telewizyjnym wciąż powracało słowo „deszcz”, jednak to zdarzenie miało niewiele wspólnego ze skroploną parą wodną. Nasuwało raczej myśl o końcu świata, jakby prawa fizyki przestały obowiązywać i latanie, lekkość stały się niemożliwe. Był październik, początek jesieni, i w Górnej Normandii padały deszcze trupów zwierząt.

Sprzedawczyni idyllicznych wycieczek uśmiechała się łagodnie, wyciągając do mnie kopertę z biletem i broszurką na temat rejsu. Musiałbym jej wyjaśnić (chociaż niespecjalnie tego oczekiwała), że ptaki zajmowały mnie o wiele dłużej niż od tego październikowego poranka. Musiałbym jej opowiedzieć historię zielono-żółtej, czarno nakrapianej papużki, którą złapaliśmy pewnej jesieni w Bonsecours, gdy miałem siedem lat. Baliśmy się, że nie przetrzyma normandzkiej zimy, więc schwytaliśmy ją, kiedy podleciała blisko nas, w poczuciu spełnienia dobrego uczynku. Kupiliśmy jej niebieską klatkę, ochrzciliśmy ją imieniem Alfred, które jest imieniem w sam az dla papugi, jeśli się tak postanowi, i spędziła zimę w cieple naszego salonu. Ale z nastaniem lata Alfred zaczął się dziwnie zachowywać: w niektóre dni darł się bez opamiętania całymi godzinami; w inne miotał się po klatce jak oszalały. Wynosiliśmy go więc do ogrodu, żeby nie musieć znosić jego histerii. Pewnego lipcowego popołudnia, kiedy bawiłem się sam w salonie, Alfred nagle rzucił się na pręty klatki, a potem jeszcze raz, i jeszcze, wydając przenikliwe krzyki. Przybiegłem, żeby go z niej wyciągnąć, ale miotał się coraz gwałtowniej i chaotyczniej i bałem się jego wrzasków, jego powyrywanych zielonych i żółtych piór, bałem się, że mnie też porani pazurami albo dziobem. Cofnąłem się i towarzyszyłem ostatnim chwilom ptaka, który w ciągu kilku minut zmienił się w krwawą pierzastą miazgę. Pierwszy raz widziałem, jak coś umiera. Rodzice (gdzie wtedy byli? nie mam pojęcia) wrócili i zastali mnie we łzach siedzącego przed klatką-grobowcem, niezdolnego wydusić z siebie słowa, niezdolnego nawet wyjaśnić, co się wydarzyło. Czułem się odpowiedzialny za tę śmierć i mogłem tylko powtarzać, przełykając łzy, „to moja wina, to moja wina”. Ojciec próbował uciszyć moje spazmy: „Och, uspokój się wreszcie, nic się nie stało, co nas obchodzi ten ptak!”. Całe to zdarzenie dręczyło mnie tak długo, że w końcu matka zabroniła mi rysować martwe ptaki, co robiłem niemal mechanicznie w swoich zeszytach. Kilka miesięcy później ubłagałem brata, żeby puścił mi Ptaki, które nagrał na wideo. Po raz pierwszy oglądałem film Hitchcocka w ukryciu, przerażony, na telewizorze na strychu. Potem obejrzałem go jeszcze trzy czy cztery razy, nie pamiętam dokładnie. Nocami krakanie kruków i krzyki mew rozbrzmiewały w mojej głowie i wplątywały mi się we włosy. Czasem w łóżku bawiłem się, że się barykaduję, jak w scenie, w której ptaki atakują Tippi Hedren w pokoju na ostatnim piętrze domu. Rzucałem w swój domek pluszakami – reprezentowały ptaki, a ich dzioby nie były ostre, dzięki czemu przeżyłem. Pewnego dnia kaseta zniknęła. Potem zacząłem myśleć o czymś innym, zastępując lęki ornitologiczne innymi, bardziej akceptowalnymi niepokojami, o stopnie w szkole, zadowalanie rodziców i podobanie się dziewczynom: „Co nas obchodzą ptaki”.
Oglądając te deszczowe obrazy Bonsecours, odniosłem wrażenie, że wyłania się z nich jakaś ukryta część mojego dzieciństwa. Jakby spadające ptaki wiązały się z jakąś dawną katastrofą, która dopiero teraz się ujawniała. Pracownica Błękitnej Sekwany uśmiechała się do mnie, ale unikałem jej wzroku. Musiałbym jej wyjaśnić, że od kilku dni ta obsesja na punkcie ptaków była dla mnie niemal ukojeniem. Już nie wszystko kręciło się wokół mnie.
Mój ojciec ciągle mieszkał w Bonsecours i pomyślałem, że może wiedzieć coś więcej. Próbowałem się do niego dodzwonić, ale nie odbierał.

Gdyby trzy dni po tym widowiskowym deszczu w Bonsecours nie spadł drugi, w Blainville-Crevon, kilkanaście kilometrów na północ od Rouen, a następnego dnia w Bardouville, naprzeciwko klasztoru Świętego Marcina, znów w zakolu Sekwany, nie wiem, czy wsiadłbym na statek, a w każdym razie tak szybko.
Siedziałem w kawiarni na skrzyżowaniu Rue des Martyrs i Avenue Trudaine. Otworzyłem gazetę, ale mój wzrok ciągle zbaczał w kierunku karuzeli ustawionej na placu naprzeciwko mnie, mieniącej się kolorami niespotykanymi nawet w najbardziej krzykliwych kreskówkach. Obserwowałem zagubione spojrzenia dzieci, które się na niej bawiły (w każdym razie wszyscy udawali, że w to wierzą). Ja miałem raczej wrażenie, że kręcące się w kółko dzieciaki nie bardzo wiedzą, jakiej przyjemności szukać w tym wirowaniu. Usadzone w kabinie wozu strażackiego, statku kosmicznego, na grzbiecie czapli albo na motorze – ileż to żyć przeżyją – maluchy zdawały się wypatrywać i zarazem unikać przy każdym okrążeniu swoich rodziców, którzy odpowiadali na tę potrzebę lub nie, pogrążeni w gazecie, rozmowie albo może po prostu w przeciętnym scenariuszu swojego własnego mało zawrotnego życia. Karuzela wydała mi się tego dnia grą na poważnie, w której dzieci bawią się w niepatrzenie na swoją matkę, by odnajdywać ją przy każdym okrążeniu; straszymy się i uspokajamy, próbujemy się rozminąć. Obserwowałem tę scenę, przypominając sobie, że wbrew temu, co niektórzy próbują nam wmówić, dzieciństwo wcale nie jest beztroskie. Na karuzeli znów ujrzałem chłopca o niesfornych lokach, jakim byłem w swoich wyobrażeniach, marzącego, by być podziwianym, by zaznaczyć swoje miejsce w świecie, zagubionego w swoich pragnieniach, niepewnego, czy lepiej mu będzie w helikopterze czy na plecach Myszki Miki. Chwilę później artykuł, na który natrafiłem w gazecie, gwałtownie uciął te rojenia: „Nowe deszcze martwych ptaków w Górnej Normandii wzdłuż Sekwany, w Blainville-Crevon i Bardouville. Mnożą się znaki zapytania”.

Spędziłem resztę dnia w łóżku, jakby ta wiadomość była zbyt ciężka, bym mógł się utrzymać na nogach. Po pierwszym reportażu zacząłem skrupulatnie wycinać wszystkie artykuły o tym wydarzeniu i wklejać je do zeszytu. „Paris-Normandie” wracał do tematu wiele razy, w tym raz na całej stronie, prasa krajowa poświęciła mu kilka wzmianek, fundacje ochrony środowiska publikowały komunikaty, lokalne kluby ornitologiczne i myśliwskie wydawały oświadczenia, ludzie pisali komentarze na forach internetowych. Wszystko przepisywałem do tego zeszytu. Wklejałem do niego zdjęcia żywych lub martwych szpaków, zrobione w Bonsecours i gdzie indziej, opisy naukowe wielkiego rzędu wróblowych i wszystko, co dotyczyło wcześniejszych wydarzeń porównywalnych z tym deszczem. „Gromadzę znaki nadchodzącej apokalipsy”, powiedziałem sobie. Nikt jasno nie odpowiadał na pytanie o przyczyny, było zbyt wiele hipotez. Nie znalazłem też nic na temat chronologii: kiedy dokładnie umarły te ptaki? W przestworzach, uderzając o ziemię podczas gwałtownego deszczu czy o wiele wcześniej?
Znów zanurkowałem w swoim notesie, do którego wkleiłem ten nowy artykuł. Układałem równania, które donikąd nie prowadziły, mnożyłem daty przez liczbę ptaków, dzieliłem długość i szerokość geograficzną przez obwód obszaru objętego opadem. Nic to wszystko nie dało, tylko miotałem się bezładnie. Wchodziłem w internet i wrzucałem w wyszukiwarkę kolejne listy słów: „deszcz martwe ptaki XX wiek normandia”; „spadające szpaki rouen bonsecours”; „sekwana skażenie ptaki blanville crevon”; „specjalista ornitolog spadające ptaki rzeka”; „przyczyny śmierci ptaków w locie” i inne zbitki słów, które składałem w ofierze wszechmocnemu, jak miałem nadzieję, algorytmowi. Kiedy myślałem o wyrażeniu moteur de recherche – „wyszukiwarka”, wyobrażałem sobie wielką, hałaśliwą turbinę w maszynowni parowca, ociekającą olejem i czarną od dymu, co nijak nie współgrało z ascetycznym charakterem strony, na której widniał jedynie kolorowy napis „Google” pośrodku wielkiej białej pustyni. Próbowałem obracać te słowa na wszystkie strony, zastanawiając się, dlaczego i zamiast czego utkwiły mi w głowie: ptaki deszcz martwy ptak martwe ptaki deszcz. Miałem nadzieję, że wyjdzie z tego logiczne zdanie. Wstawałem gwałtownie i znów się kładłem, było mi gorąco, otwierałem okno, wpatrywałem się w apatyczne gołębie z balkonu naprzeciwko, jakby mogły mi przynieść jakąś wiadomość. Potem wracałem do komputera i nerwowo odświeżałem stronę internetową „Paris-Normandie” w nadziei na nowe informacje. Nie pojawiło się nic na temat ptaków, nic ponad te dwa artykuły, wycofane już zresztą w głębiny strony, przesłonięte pilniejszymi wojnami i wypowiedziami polityków. W końcu znalazłem numer Oliviera Villemaina, ornitologa z paryskiego muzeum historii naturalnej, cytowanego w kilku artykułach. Zadzwoniłem do niego, przedstawiając się jako dziennikarz. Powiedział mi, że ma dosyć udzielania wywiadów na ten temat, że to nic poważnego, „nieistotna ciekawostka”. Mimo wszystko zapytałem go, czy trzy takie deszcze z rzędu nie są podejrzane. Powiedział: „Tak, może, sam nie wiem, dziwne jest to, że wszystkie zdarzyły się tak blisko siebie, nad Sekwaną. Jeśli mielibyśmy szukać jakichś przyczyn, to po stronie rzeki, ale wie pan, w tego rodzaju wypadkach…”. Nie skończył zdania, wyjaśnił, że bardzo się spieszy, i odłożył słuchawkę.
Około dziesiątej wieczorem postanowiłem wyjść z domu. Czułem potrzebę zobaczenia kogoś innego niż gołębie z naprzeciwka i własne niespokojne odbicie w ekranie komputera. Spotkałem się z Gilles’em przy Rue Véron, w Grand Hôtelu de Clermont, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest duży, i który gości głównie miłośników likierów z minionej epoki. Opowiedziałem mu o ptakach i swojej przesadnej potrzebie dowiedzenia się, co się dzieje. Zacząłem od samego początku. Opowiedziałem mu o Bonsecours, Blainville, Bardouville, o nawracających deszczach, o oszalałej papudze. Patrzył na mnie z uśmiechem, który wydawał mi się zupełnie nie na miejscu. Powiedziałem:
– Nic na nic nie spada przypadkowo. Mam wrażenie, że ptaki rozbiły się o mnie, o moje miasto, o moje dzieciństwo, i może o wszystko inne. O nas. O naszą obsesję upadku. Gazety zamęczają nas kryzysem, tym ich „zbiorowym poczuciem, że wszystko się rozpada”. Kryzys stał się naszą drugą skórą. Już nawet o nim nie myślimy. Wszyscy żyją z kryzysem, w kryzysie. Ale ptaki spadają z nieba i nikt na nie nie patrzy.
Gilles zaśmiał się i rzucił prowokująco:
– Jasne, świetnie, to patrz na te swoje szpaki. Tylko mógłbyś na nie patrzeć bardziej z bliska, zamiast wisieć na internecie. Naprawdę otwórz oczy. Wszystkie deszcze miały miejsce nad Sekwaną, tak? To już jakiś trop, tak jak powiedział ten twój ornitolog. Mógłbyś zbadać sprawę, przydać się do czegoś.
Spojrzałem na niego pytająco.
– No mógłbyś tam pojechać, rozejrzeć się, można chyba powiedzieć, że studia zostawiają ci trochę wolnego czasu?
– Nie mam prawka, Gilles, a strefy opadów są daleko od dworców, ptaki nie spadały wzdłuż linii metra.
– A czemu nie możesz wrócić do domu, to znaczy do domu twojego ojca, pospacerować wzdłuż Sekwany, albo nawet pojeździć stopem?
To wtedy wpadłem na ten pomysł. Czy jest lepszy sposób obserwowania tego, co dzieje się na brzegach rzeki, niż po niej płynąć? To był jedyny wspólny punkt, o jakim mówił ornitolog, trzeba było go wykorzystać, znaleźć barkę, która weźmie nas na pokład, popłynąć statkostopem, wytrzasnąć skądś łódkę. Zaproponowałem Gilles’owi, żeby popłynął ze mną. Odpowiedział mi z czymś na kształt litości w głosie, że „ptaki to nie jego działka”. Zdenerwowałem się:
– Ale to nie jest niczyja działka, Gilles. To nie jest też moja działka, nie o to chodzi. Tak się składa, że akurat teraz spadają ptaki, parę kroków stąd, i chociaż to nie jest niczyja działka, ktoś jednak musi się tym zająć.
Milczał przez chwilę, a potem zaczął ze mnie pokpiwać: samozwańczy prorok wołający na deszczu, samotny na swojej drodze, wzywający ptaki, by przemówić do tłumów.
Gilles miał może rację, że nie traktował mnie poważnie. A poza tym musiał pracować, miał proces do przygotowania, akta do ogarnięcia na następny tydzień. Byłem w wieku, w którym większość moich przyjaciół budowała kariery i stabilne relacje uczuciowe, kreśliła spójny plan swojego życia, czystymi liniami i ładnymi kolorami. Z tego punktu widzenia byłem jeszcze na etapie bazgrołów dziecka z daltonizmem. Odkąd rozstałem się z Anastazją, zakochiwałem się co tydzień, codziennie, kilka razy dziennie, na przystanku autobusowym, w bibliotece. W obecności przyjaciół miałem wrażenie, że dryfuję bezwładnie, jak nurek wciągnięty przez wzburzoną kipiel lat wahań i zbyt długich studiów. Większość ludzi wokół mnie z pewnością również żyła w trybie wielkiej dywersji, ale oni o wiele lepiej odgrywali komedię dorosłości. Zacząłem wyjaśniać Gilles’owi swoją teorię wielkiej dywersji, ale znowu zaczął się śmiać i zrzucił wszystko na moje lęki. Zmagałem się z nimi o wiele dłużej, niż trwała ta historia z ptakami, i jeszcze z innymi sprawami, strachem przed nieistnieniem, uczuciem dreptania w miejscu, ale też nieokreśloną nadzieją, że pewnego dnia, kto wie, może zacznie się przygoda. Zamówiłem kolejne piwo: wyglądało na to, że nie miałem innego wyjścia, jak tylko zrobić z tych deszczów martwych ptaków sprawę osobistą.