“Dwa powstania. Bitwa o Lwów 1918” to pasjonująca historia dramatycznej bitwy o wielonarodowy Lwów, duchową stolicę ziem polskich.


Dwa powstania. Bitwa o Lwów 1918Pierwszego listopada 1918 roku we Lwowie wybucha powstanie zbrojne koordynowane przez tajny Ukraiński Komitet Wojskowy. Skierowane jest bezpośrednio przeciwko upadającym władzom austriacko-węgierskim, jednak nie mniej ważnym celem staje się udaremnienie zajęcia Lwowa przez polskie władze.

W obronie polskich interesów występują samorzutnie pojedyncze grupy wojskowych oraz ochotników cywilnych. Miasto staje się terenem zaciętej walki, do której stają przeciwko sobie Polacy, Ukraińcy i Żydzi – jeszcze do niedawna sąsiedzi z tej samej ulicy…

Damian Markowski z dokładnością badacza, ale i rozmachem godnym mistrza pióra kreśli dramatyczną historię walki o wielonarodowy Lwów, który po upadku monarchii austro-węgierskiej staje się krwawą areną sporów między wykluwającymi się organizmami państwowymi. Opierając się na solidnych naukowych źródłach, autor odtwarza przebieg wydarzeń dzień po dniu, pokazuje ich przyczyny oraz skutki, a także zastanawia się nad konfliktem pamięci wokół lwowskiego listopada.

***


W oczach „Orląt” krajobraz głównego śródmiejskiego parku pamiętanego do niedawna jako sielskie miejsce schadzek, spotkań towarzyskich i dziecięcych zabaw zmienił się na zawsze z dniem 9 listopada. Uczestnicy katastrofalnego w skutkach ataku na Sejm do końca swych dni zapamiętali stosy ciał w śmiertelnych konwulsjach, porozrzucane karabiny, morderczy ogień z okien pobliskich zabudowań. Klęska w Ogrodzie Jezuickim była dla sił polskich tym straszniejsza, że los przygotowywanej przez parę dni ofensywy rozstrzygnął się w ciągu kilkunastu minut. Wiadomość o załamaniu się ataków na Śródmieście i niezwykle krwawych stratach szybko rozniosła się po „polskim” Lwowie. W efekcie wśród społeczeństwa podniosły się głosy o konieczności poszukiwania porozumienia z wrogiem nawet za cenę dużych ustępstw. Przygotowano projekt odezwy, która miała trafić do polskich kół decyzyjnych.

dr Damian K. Markowski
Dwa powstania. Bitwa o Lwów 1918
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 27 lutego 2019
 
 

Dwa powstania. Bitwa o Lwów 1918


Wstęp

Rozdział I. Nim padły strzały
Jak wywalczyć niepodległą Ukrainę?
Przygotowania Ukraińskiego Komitetu Wojskowego
Wywalczyć Lwów dla Polski

Rozdział II. Dwa powstania
Ukraińskie wystąpienie
Lwów zaskoczony obrotem wydarzeń
Miasto budzi się z letargu
Powstańcy zdobywają ulicę za ulicą
Ukraińcy tracą inicjatywę
Paktować czy bić się?
Polacy kontynuują natarcie
Przegrany wyścig z czasem: przybycie Legionu USS
Kozielniki: Termopile „Orląt”
Kryzys w ukraińskiej komendzie
Sytuacja w mieście w pierwszych dniach walk

Rozdział III. „Orlęta” na drodze zwycięstw (4–9 listopada)
Pierwszy atak USS na dworce
Ukraiński generalny szturm na Lwów
„Orlęta” odpierają wszystkie ataki
Obrona Lwowa krzepnie
Ukraińskie posiłki nie nadchodzą
Front w mieście
Chwila wytchnienia: drugie zawieszenie broni
Wznowienie walk
Załamanie ukraińskich ataków
Wyprawa skniłowska
„Ujarzmić miasto”
Plan odbicia Lwowa
Masakra w Ogrodzie Jezuickim
Przerwanie polskiego frontu
Nowe ukraińskie nadzieje

Rozdział IV. Nowy duch armii ukraińskiej (10–12 listopada)
Stefaniw na czele wojsk ukraińskich
Dylematy „polskiego” Lwowa
Tragedia Sokolnik
Impas walk ulicznych
Przed szturmem na Szkołę Kadecką
Za linią bojową
Lwów wzywa pomocy
Bój o Przemyśl

Rozdział V. Czy Lwów upadnie? Ofensywa wojsk ukraińskich (13–17 listopada)
Bitwa na polach Kulparkowa
Atak ukraiński na północy
Bitwa o Zamarstynów i Kleparów
Pacyfikacja Zamarstynowa i kolejny szturm na Szkołę Kadecką
Zawieszenia broni nie będzie
Niezdobyty bastion
Zbieranie sił

Rozdział VI. Przed ostatecznym rozdaniem (18–20 listopada)
„Wysadzić koszary Ferdynanda!”
Portret wojennego miasta
Czy Lwów doczeka odsieczy?
„Misja pokojowa”
Pierwsza misja „Pepetrójki”
Już tylko walka
Odsiecz przybywa
Polacy szykują się do ataku
Po ukraińskiej stronie frontu

Rozdział VII. Czyj będzie Lwów? Decydująca doba (21 listopada)
Długa listopadowa noc
Załamanie ataku na północy
Krwawy bój w Śródmieściu
Kapitan Boruta przerywa front
Kryzys w ukraińskiej komendzie
Sukces czy porażka?

Rozdział VIII. Krwawy cień wolności (22–24 listopada)
Rozbicie armii ukraińskiej
Euforia „polskiego” Lwowa
Czarna karta w złotej księdze
Brutalizacja konfliktu polsko-ukraińskiego
Bilans dwóch powstań

Rozdział IX. Konflikt pamięci wokół lwowskiego listopada
„Orlęta” i łańcuch pokoleń
Budowanie ukraińskiej tożsamości
Dekonstrukcja pamięci: doba okupacji i komunizmu
Współczesny konflikt pamięci wokół zmagań o Lwów

Zamiast zakończenia

Dzień dwunasty

IMPAS WALK ULICZNYCH

Polskie oddziały Sektora Bema wsparte oddziałem por. Abrahama z Góry Stracenia siódmy już raz ruszyły do szturmu na koszary Ferdynanda. Atakującym udało się przedrzeć przez ul. Jachowicza i dotrzeć do głównego gmachu koszar na odległość rzutu granatem, ale tam natarcie utknęło. Żołnierze ukraińscy mogli bezpiecznie ostrzeliwać nacierających, osłonięci grubymi murami. Po krótkiej wymianie ognia z koszar wyprowadzono kontruderzenie, które znowu odrzuciło Polaków. Wkrótce wznowili oni atak od kościoła św. Anny, ale sytuacja się powtórzyła i ukraiński kontratak ponownie okazał się skuteczny. Podczas starcia Ukraińcy postrzelili polskiego żołnierza przebranego za sanitariuszkę, u którego odnaleziono granaty.
Do walk doszło także na północy w rejonie browaru miejskiego przy Kleparowskiej i Szpitalnej. Ze strony polskiej udział w boju wzięli byli jeńcy włoscy, skutecznie ostrzeliwujący żołnierzy sotni szturmowej USS chor. Minczaka. Ukraińcy musieli wezwać posiłki. Ostrzał dostawali także z gazowni miejskiej mimo formalnego wyłączenia obiektów użyteczności publicznej służących obu stronom poza terenem operacji wojskowych. Na ul. Weteranów poległ młody strzelec Karlo Pihuljak rodem z Pokucia, jak pisał Ołeksa Kuźma: „jeden z najodważniejszych ukraińskich chłopców”[25].
Aktywność sił polskich na terenie Podzamcza zaniepokoiła płk. Stefaniwa, gdyż mogła skomplikować planowane działania zaczepne w celu okrążenia wojsk polskich. Było dla niego jasne, że Polacy dążą do zdobycia dworca Podzamcze, by ograniczyć armii ukraińskiej możliwość ściągania posiłków za pomocą kolei. Komendant UHK zdecydował się zatem wzmocnić ten odcinek oraz zreorganizować jego komendę. Nowym dowódcą odcinka Podzamcze został porucznik USS Noskowśkyj, młody i energiczny oficer. Oddano mu dowództwo nad załogą liczącą łącznie 280 ludzi, ale jej trzonem była grupa 60 „ususów”. Ich przeciwnik był bitny i ruchliwy. Jak pisał Kuźma: „trudno było utrzymać na dystans polskie oddziały, które nieustannie pojawiały się w najbliższej okolicy. Wyparte z jednej lub drugiej ulicy, wkrótce pojawiały się tam z powrotem, znajdując pomoc i schronienie w domach polskich mieszkańców. Trzeba było zdobywać i obsadzać prawie każdą kamienicę”[26].

PRZED SZTURMEM NA SZKOŁĘ KADECKĄ

Stefaniw czekał, aż uda mu się zgromadzić wystarczające posiłki, by podjąć próby złamania skrzydeł nieprzyjaciela i oskrzydlić polskie wojska, odcinając je od pomocy z zachodu i blokując im możliwość ściągania rekrutów z polskich miejscowości pod Lwowem. 12 listopada UHK otrzymała meldunek o przybyciu koleją z Kołomyi do Starego Sioła oddziału około trzystu żołnierzy z byłych austro-węgierskich 24. pp i 36. pstrz., wspartych trzema armatami polowymi i dwoma ciężkimi moździerzami kalibru 22 cm. Komendę nad posiłkami objął czotar Bławaćkyj. Uzyskawszy tak znaczne wzmocnienie, Stefaniw postanowił w pierwszej kolejności zlikwidować polskie reduty południowe, znajdujące się w Szkole Kadeckiej i koszarach kawalerii na Wulce. Bławaćkyj dozbroił swoich podkomendnych w magazynach broni i amunicji w Starym Siole, gdzie znajdowała się amunicja przywieziona jeszcze przez Legion USS, po czym wojska ruszyły do Sołonki Wielkiej, ukraińskiej wsi położonej dwa kilometry od Sokolnik.
Oddziały ukraińskie maszerowały w dwóch kolumnach. Prawa poruszała się szosą stryjską z zamiarem nawiązania kontaktu z załogą stacji Persenkówka, lewa szła polną drogą z Sokolnik do Kulparkowa. Około godziny 13.00 grupa Bławaćkiego dotarła do Sołonki, gdzie otrzymała od UHK rozkaz zniszczenia wysuniętej polskiej placówki położonej na skrzyżowaniu szlaku kolejowego i szosy stryjskiej na zachód od Persenkówki, a następnie sformowania trzech grup uderzeniowych. Po przepędzeniu Polaków z tego miejsca (o co nie było trudno, bo placówki broniło tylko kilkunastu ludzi) przystąpiono do organizacji właściwego natarcia. Pierwsza grupa uderzeniowa miała atakować od dworca na Persenkówce na północ jako prawe skrzydło natarcia, druga – zabezpieczać lewe skrzydło, a trzecia, najsilniejsza – przy wsparciu całej posiadanej artylerii – uderzyć na główne polskie pozycje i po ich zdobyciu wedrzeć się w głąb miasta. Dowódcy baterii armat i moździerzy otrzymali polecenie skoncentrowania ognia na budynku Szkoły Kadeckiej. Zakładano, że prawe skrzydło nawiąże łączność z załogą Cytadeli przez park Stryjski, a lewe okaże się wystarczająco silne, by powstrzymać ewentualne polskie próby kontrataku z kierunku zachodniego.
Plan miał poważne mankamenty, a największym z nich był zamiar przeprowadzenia tak poważnego ataku w izolacji od własnych oddziałów walczących we Lwowie, na co zresztą zwrócił uwagę Bławaćkyj, w godzinach popołudniowych wysyłając do Stefaniwa swoje zastrzeżenia i żądając przysłania posiłków. Stefaniw ustąpił tylko częściowo: wyraził zgodę, by natarcie z zewnątrz zostało wsparte przez załogę koszar przy ul. Jabłonowskich i św. Piotra. Załoga Cytadeli otrzymała rozkaz zajęcia koszar żandarmerii na rogu ul. Kopernika i Sapiehy, by po zajęciu Szkoły Kadeckiej można było utworzyć nową linię obronną, wciskając wojska polskie w głąb zachodniej części miasta. Przed wieczorem ukraiński dowódca odebrał jednak Bławaćkiemu komendę nad operacją, przekazując ją jednemu ze swych ulubionych oficerów, czotarowi Karawanowi, dowódcy 19. Pułku Strzelców.
Sztabowcy w UHK wierzyli, że atak uda się przeprowadzić jeszcze tego samego dnia, zanim polskie dowództwo zda sobie sprawę z grożącego jego odcinkom niebezpieczeństwa. Ale operacja zaczęła się przeciągać. Oddziały maszerowały powoli, bo żołnierze byli zmęczeni długim przejazdem kolejowym z Pokucia. Grupy uderzeniowe, mimo niewielkiej odległości między sobą, sygnalizowały swoje położenie rakietami świetlnymi, doskonale widocznymi ze Lwowa, co nie mogło ujść uwadze polskich czujek. Po dotarciu do Sołonki żołnierze odmówili dalszej służby do czasu otrzymania żołdu[27]. Natarcie nie doszło zatem do skutku, a drogocenny czas ukraińscy oficerowie stracili na przywoływaniu podkomendnych do porządku. Stracono czynnik zaskoczenia, choć dla strony polskiej w żadnym razie nie oznaczało to jeszcze zażegnania niebezpieczeństwa.

ZA LINIĄ BOJOWĄ

Już 3 listopada podjęto w NKWP decyzję o ogłoszeniu mobilizacji powszechnej w „polskiej” części Lwowa. Dzień później rozklejono na murach odezwy wzywające dorosłych polskich mężczyzn w wieku od siedemnastu do trzydziestu pięciu lat, zdolnych do noszenia broni, do zgłaszania się do Domu Techników i szkoły Sienkiewicza, gdzie zlokalizowano pierwsze powszechne punkty werbunkowe. Apelowano przy tym do ich sumienia, poczucia tożsamości narodowej, honoru i dumy z chwalebnej przeszłości[28]. Od 5 listopada NKWP i PKN czyniły wspólne starania na rzecz ściągnięcia do wojska przebywających we Lwowie byłych oficerów i żołnierzy armii państw zaborczych, wydając rozkaz skierowany do polskich mężczyzn między siedemnastym a czterdziestym piątem rokiem życia do stawienia się do komend mobilizacyjnych[29]. Sam Mączyński sceptycznie oceniał wartość bojową tego poboru, uznając nowy narybek za „marny, dający się z trudnością utrzymać w ryzach i karbach, szczególnie w stosunkach lwowskich, gdzie każdy miał dom pod nosem”[30].
Niewielu poborowych otrzymało kategorię „A”, predysponującą do służby liniowej, komisje poborowe szczególnie często przyznawały zaś kategorię „B” (służba wartownicza), „C” (służba pomocnicza), a czasem i „D” (niezdolność do służby z powodu inwalidztwa). Zapobiegawczo z mobilizacji wyłączono ludność ukraińską i żydowską, jako że siłą rzeczy zachodziła uzasadniona wątpliwość co do ich lojalności względem powstańczych polskich władz i wojska. Potrzeba uspokojenia sytuacji na tyłach wpłynęła na decyzję o powołaniu służb milicyjnych. Z poborowych niewysłanych na linię z powodu przyznania im kategorii „B” utworzono milicję wojskową, formację o stosunkowo dużej skuteczności, której powierzono rolę dawnych batalionów wartowniczych. W dalszej kolejności powołano milicję obywatelską. Formacje te odpowiadały za porządek na tyłach „polskiego” Lwowa i służbę wartowniczą. Pod ich strażą znajdowało się również około tysiąca jeńców i dwieście osób internowanych, uznanych za „niebezpieczne” dla ładu publicznego.
Od wcielonych poborowych odbierano uroczyście (niekiedy na linii) przysięgę wojskową o treści: „Przysięgam uroczyście, że przyjęte na siebie obowiązki żołnierza spełnię zawsze i wszędzie z całą sumiennością bez względu na trudności i przeszkody, choćby z narażeniem zdrowia i życia własnego. Nie zaniedbam niczego, ażeby przyczynić się wszelkimi siłami do utrzymania ładu i porządku, być wzorem karności i posłuchu żołnierskiego. W ogóle przysięgam nie zaniedbać nigdy niczego, aby jak najwyżej wznieść świetny zawsze sztandar bojownika za Wolność, Niepodległość i Całość Polski. Hasłem mym będzie: Bóg i Ojczyzna. Tak mi dopomóż Bóg!”[31]. Mimo składania przysięgi masowe dezercje były plagą także w szeregach polskich: z grupy dwudziestu poborowych wysłanej ze szkoły Konarskiego na jeden z odcinków dotarło na miejsce zaledwie pięciu młodych żołnierzy[32]. Na pewno w utrzymaniu karności nie pomogła ta okoliczność, że poborowych wysłano nocą i bez eskorty oficerskiej.
Osobne zadania porządkowe spoczywały na barkach żandarmerii. Formacja ta rozwinęła się, gdy po kilku dniach broń złożył blokowany w koszarach pododdział żandarmów austriackich. Spośród prawie pięćdziesięciu funkcjonariuszy dwudziestu kilku podających się za Polaków weszło w skład formowanej żandarmerii wojsk polskich, którą powierzono majorowi Wiktorowi Sas-Hoszowskiemu. Dopiero od tego momentu żandarmi stali na straży bezpieczeństwa i porządku na zapleczu walczących oddziałów. W miarę jak rósł ich stan liczbowy, tworzono ekspozytury żandarmerii przy głównych redutach[33]. Przy komendzie żandarmerii powołano także audytoriat sędziów śledczych. U progu trzeciego tygodnia bitwy o miasto na polskich tyłach działało już około pięciuset milicjantów wojskowych i żandarmów, ale część pododdziałów żandarmerii i MW wykorzystywano do walk na linii[34].
Konieczność utrzymywania coraz większych sił porządkowych na zapleczu wymuszała wciąż trudna sytuacja w okolicy węzła kolejowego, gdzie nie ustawały napady na pociągi i magazyny, organizowane przede wszystkim przez zamieszkujących w pobliżu kolejarzy. Komendant Techniczny Dworca por. Bartel słusznie konstatował, że na wzrost bandytyzmu wpływało fatalne i stale pogarszające się zaopatrzenie w żywność, przez co „ludność błąka się odsyłana od jednej instancji do drugiej. Ten stan rzeczy powoduje wzrost niezadowolenia, nie tylko wśród ubogich warstw ludności i popycha je do wymienionych na wstępie wykroczeń”[35].
Do zdobywania informacji w zajętej przez armię ukraińską części miasta, ochrony tajnych danych i zwalczania szpiegów w polskich szeregach powołano wywiad i kontrwywiad wojskowy. Organizację pierwszej z tych służb powierzono kpt. Julianowi Stasiniewiczowi „Kmicie”, nad kontrwywiadem zaś czuwał dr Kwiatkowski.
Decyzja o przezbrojeniu oddziałów na zdobytą w Skniłowie broń produkcji rosyjskiej spotkała się z niechęcią żołnierzy. Co bardziej przedsiębiorczy (i mniej skłonni do podawania w raportach prawdziwej ilości zachowanej amunicji) „po cichu” pozostawiali sobie zgrabne Mannlichery, nie dowierzając rosyjskim Mosinom mimo ich odporności na brud i zacięcia.
Staraniem KBiODP wydano kolejną odezwę do polskiej ludności płci męskiej z wezwaniem do wzięcia udziału w walce. Zawarto w niej również informację o zdobyciu Przemyśla przez wojska polskie. Czytamy: „Nie żądajmy od walczących bohaterów rzeczy nadludzkich. Mamy święty obowiązek natychmiast samorzutnie zasilić ich szeregi i dać im możność bodaj krótkiego wytchnienia. […] Do broni, bracia, do broni! W górę serca – precz z małodusznością! Chciejmy zwyciężyć i wytrwać do chwili bliskiego już wybawienia”[36].
Rozbudowa wszystkich rodzajów Obrony Lwowa objęła także Grupę Lotniczą. Lwowskie lotnictwo wzbogaciło się w dość nieoczekiwany sposób o kolejny sprawny samolot wojskowy, którym przylecieli z Kijowa austriaccy lotnicy i – nie wiedząc o wydarzeniach we Lwowie – w drodze do Wiednia urządzili sobie niefortunne dla siebie międzylądowanie na Lewandówce. Tak wydarzenie to wspominał oficer oddziału samochodowego Obrony inż. Zygmunt Kisielnicki:„Przyjechałem na Błonia Janowskie samochodem i odbierałem raport od komendanta obsady lotniska. […] Obok stała grupa obsady [załogi – D.M.] umundurowana jak najdziwaczniej, a więc stroje cywilne obok mundurów gimnazjalnych, oberwane spodnie obok ubrań żakietowych, ale każdy posiadał pas z ładownicami i karabin na ramieniu, na głowach maciejówki obok czapek sportowych, wysokie baranie papachy obok meloników. Nagle usłyszeliśmy w powietrzu warkot motoru. Zdziwienie ogólne, skąd by się tu wziął obecnie samolot? Chyba ukraiński z wrogimi wobec nas zamiarami. Wobec tego rozsypaliśmy się i padliśmy na ziemię. Tymczasem aparat zatoczył swobodnie kilka kręgów nad lotniskiem i zaczął podchodzić bez strzału do lądowania. Widząc, że załoga nie posiada wrogich zamiarów, otoczyliśmy wkrótce zwartym kręgiem maszynę. Okazało się, że była to maszyna austriacka, z której wysiadł kapitan i sierżant-pilot. Na twarzach ich w chwili opuszczania aparatu malowało się na nasz widok bezmierne zdumienie, a za chwilę trzęsących się z przerażenia warg kapitana padły słowa: Ja, was is dem eigentlich loss? Długo tłumaczyłem mu, co się stało […] pod argumentem bagnetu i najeżonych bagnetów skapitulował, prosił jedynie o pozwolenie zabrania swego bagażu oraz aparatu kliszowego. W czasie przenoszenia na nasz samochód jego bagażu okazało się, że wiózł on kilka kilogramów tytoniu, prawdopodobnie na dobry handel do Wiednia. Przejeżdżając przez wiadukt kolejowy Niemiec rzucił okiem na zrujnowany Dworzec i zupełną martwotę ostygłych maszyn i wówczas zdaje się dopiero uwierzył, wyrażając głośno swe myśli: Ja, s ist hier wirklich alles tod”[37]. Tego dnia polskie samoloty ostrzelały oddziały ukraińskie pod Sokolnikami i zrzuciły kilka bomb na stanowiska artylerii na Wysokim Zamku, ponadto jedna z polskich maszyn zbombardowała dworzec kolejowy w Chodorowie[38].
Aby wyeliminować możliwość ukraińskiego desantu kanałami na polskich tyłach, zabezpieczono drucianą siatką właz do kanałów przy ul. Greckiej. W razie jakichkolwiek ruchów w kanale ustawiony tam na stałe wartownik miał natychmiast poinformować o tym telefonicznie por. Bernarda Monda. W kanałach biegnących pod ul. Pełczyńską przeciągnięto kabel, w razie naruszenia uruchamiający elektryczny dzwonek[39]. Pod wieczór siły Obrony Lwowa liczyły według stanu żywieniowego 3354 ludzi, w tym 713 oficerów, a na linii walk – 1898 żołnierzy i oficerów[40]. Militaryzacja „polskiej” części miasta postępowała. Mączyński i jego współpracownicy wiedzieli jednak, że jest to warunek konieczny, by obrona trwała, aż nadejdzie odsiecz. Teren Lwowa opanowany przez siły powstańcze stał się wielkim obozem wojskowym, który od pierwszych dni walki oczekiwał jednak na odsiecz.