Reporterska książka „Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym” składa się z dwudziestu siedmiu portretów ludzi mieszkających w Wielkiej Brytanii. Są pośród nich rdzenni Brytyjczycy i wielu imigrantów. Każdy z bohaterów przedstawił Milenie Rachid Chehab własne spojrzenie na kraj, pozwalając czytelnikom zobaczyć go przez pryzmat swojego życia.


Komu bije Big BenUderzająca różnorodność czeka na czytelników książki „Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym” Mileny Rachid Chehab. Polska reporterka, od lat opisująca Wielką Brytanię na łamach różnorodnych czasopism, zebrała w niej portrety mieszkańców Wysp. Łączą się one w opowieść o współczesności tego kraju, w którym kontrasty to chleb powszedni.

Dobór rozmówców Mileny Rachid Chehab odzwierciedla istotne bieżące kwestie, z którymi mierzy się Wielka Brytania. To kraj, w którym wielu widzi swoją ziemię obiecaną, przy czym dla każdego oznacza to coś innego. Jedni, tak jak Jihyun Park, która uciekła przed srogim reżimem Korei Północnej, znajdują tam schronienie i rozkoszują się możliwością prowadzenia zwykłego życia, inni, tak jak niewyobrażalnie bogaci klienci słynnego kamerdynera Gery’ego Williamsa – przestrzeń do realizacji swoich kaprysów. Pomiędzy tymi skrajnościami mieści się cała paleta odcieni, po których porusza się autorka książki, od czasu do czasu zaskakując czytelnika przyjemnymi ciekawostkami, takimi jak rozmowa z Emmą Clarke czyli lektorką, której głos słyszą codziennie użytkownicy londyńskiego metra czy Margaret Tyler, posiadaczką wielkiej kolekcji pamiątek związanych z rodziną królewską.

Tym jednak, co najgłośniej wybrzmiewa w książce „Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym”, są istotne problemy kraju, takie jak konieczność opieki nad starzejącymi się w samotności członkami społeczeństwa, współczesna wersja niewolnictwa organizowana w świetle prawa przez wielkie koncerny, opisana na przykładzie Sports Direct, sieci sklepowej, której wyzyskowi sprzeciwiła się w pojedynkę była pracownica Zhera Gabriel-Abraham czy wciąż rozrastająca się społeczność muzułmańska mogąca, jak ukazuje Milena Rachid Chehab, mieć bardzo różne oblicza – od fanatyków pragnących wprowadzenia w Wielkiej Brytanii prawa szariatu wraz z jednoczesnym usunięciem monarchii, rządu i parlamentu, po zwykłych ludzi, nieprzesadnie zaprzątających sobie głowę nakazami i zakazami Koranu, pragnących spokojnie żyć, na przykład robiąc też coś dobrego dla innych ludzi w potrzebie.

Dobór rozmówców Mileny Rachid Chehab odzwierciedla istotne bieżące kwestie, z którymi mierzy się Wielka Brytania.

W tle przemyka jeszcze chyląca się ku upadkowi brytyjska arystokracja, której członkowie, tak jak Lady Alice Douglas, muszą ciężko pracować nie zważając na rodową historię, a także brytyjskie media w stanie rozkładu, o których Gavin Sherriff, „ostatni dziennikarz z Fleet Street” mówi tak: „W Wielkiej Brytanii zawsze cieszyliśmy się społecznym szacunkiem, a gdy jechało się gdzieś robić materiał, ludzie chętne rozmawiali, pomagali znaleźć dalsze tropy. Ufali nam, czuli, że reprezentujemy coś ważnego i że jest w naszym wspólnym interesie, żeby historia mogła być jak najdokładniej opowiedziana przez media. Po tamtej aferze (Sherriff mówi o głośnej sprawie, gdy jedna z gazet posuwała się do utrudniania pracy policji poszukującej zaginionej dziewczyny chcąc pozyskać materiały dla siebie, jak również instalowała podsłuchy – przyp.red.) znacznie trudniej jest przeprowadzić wywiad, często wręcz strach się przyznać, że jest się dziennikarzem”.

Brzmi znajomo w czasach, gdy sprawdzanie faktów, także w Polsce, z reguły stało się rzadkim zwyczajem, a nie brak redakcji, które swoje artykuły opierają wyłącznie na wiedzy pozyskanej z Twittera i Instagrama. Niepozbawiona podstaw nieufność czytelników wobec mediów, rzecz jasna jest tylko na rękę tym, których powinny one kontrolować, a ponadto nierzetelna praca dziennikarzy i całych redakcji w istotny sposób wpływa na kształtowanie nastrojów społecznych, co stało się szczególnie widoczne w kontekście Brexitu. I o tym pisze Milena Rachid Chehab, zastanawiając się, słowami swoich bohaterów, nad przyszłością kraju i jego mieszkańców. Agnieszka Kantaruk

Milena Rachid Chehab, Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym, Wydawnictwo Agora, Premiera: 27 lutego 2019
 
 

Komu bije Big Ben

Milena Rachid Chehab
Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym
Wydawnictwo Agora
Premiera: 27 lutego 2019
 

SPIS TREŚCI

Gary Williams. Pan wzywał, milordzie?
Lady Alice Douglas. Pani na kościele
Emma Clarke. Chrupiące jabłko w londyńskim metrze
Gavin Sherriff. Ostatni dziennikarz z Fleet Street
Peter Allen. Taksówkarz jak piłkarz (Arsenalu, oczywiście)
Rosamund Young i Dot. Przyjaciółki do rzeźniczej deski
John Cleese. Miałem uświetnić chrzciny kota
Nick Duffell. Władca much w każdej szkole
Mesfin Ali. Seks tak, dzieci nie. W każdym razie nie tak wcześnie
Anjem Choudary. Zjednoczony Kalifat Wielkiej Brytanii
Saleha Islam. W imię Boga Wszechmogącego, zadzwoń!
John Binns. Herbatka u Pana Boga
Elaine Bottomley. Nie ma zgody na dwie grube damy
Natalia Lipniewicz. Brytyjczyk umiera w samotności
Margaret Aspinall. Nigdy nie będziesz szedł sam
Tom Kelly. Morale i murale
Owain Williams. Prawie jak IRA, czyli jak walczyłem o niepodległość Walii
Ranald Watson/Hedley Wright. Utopia w szklance szkockiej
Zahera Gabriel-Abraham. Chodź do pracy. Na zero godzin
Armande Meyo. Szminki tylko dla białych
Enam Ali. Znikający kurczak tikka masala
David Naber. Zagraj to jeszcze raz, Dave
John i Maurice. Rządź, Brytanio jak Macarena
Margaret Tyler. Lady Gadżet
Agnieszka. Rodzinne wotum nieufności
Jihyun Park. Ulubione angielskie słowo? Welcome
Ian Crossland. Do 5% jest OK

GARY WILLIAMS. PAN WZYWAŁ, MILORDZIE?

Are you happy? – woła chórem sala, a ja jestem pewna, że się przesłyszałam. Pytanie skierowane jest do walizki.
Pakowanie to ostatni z 487 modułów czterotygodniowego kursu dla kamerdynerów odbywającego się w biurze British Butler Institute w centrum Londynu.
Prowadzący ubrany jest w surdut, a piętnaścioro kursantów i kursantek w czarne spodnie i białe koszule. Zjechali z całego świata, za kurs zapłacili po 5 tysięcy funtów. Ale certyfikat, który otrzymają, jest wart tych pieniędzy – dzięki niemu posada za 50 tysięcy funtów rocznie jest właściwie gwarantowana. Średnie zarobki w tym fachu to 70-100 tysięcy, najlepsi wyciągają ponad 2 miliony funtów.
Nauczyli się perfekcyjnie czyścić srebra, fachowo serwować popołudniową herbatę, składać serwetki, ścielić łóżko, organizować przyjęcie na jachcie i dbać o kwiaty. Znają szczegóły protokołu i etykietę w kilkunastu kulturach. Wiedzą, jak profesjonalnie powitać i pożegnać państwa. Jeszcze tylko ta walizka.
Przychodzę na zajęcia chwilę wcześniej i choć usiadłam w kącie za drzwiami, w ciągu czterech minut podchodzą do mnie trzy osoby, które proponują coś do picia i upewniają się, czy czegoś nie potrzebuję. Wszyscy są koło trzydziestki i choć od prowadzącego dzieli ich prawie pokolenie, mają dokładnie ten sam sposób bycia co Gary – delikatny, ciepły uśmiech, płynność i pewność ruchów oraz troskliwy, kojący głos. Nie wiem, czy to wrodzona umiejętność, czy ją nabyli, bo emisji głosu w programie kursu nie było (na innych kursach bywa). „Dobry kamerdyner to taki, na którym można polegać, który wyprzedza oczekiwania i skupia się na detalach” – Gary streści mi potem filozofię, którą stara się wpoić studentom.
Ale na razie przed nami walizka. Najpierw spodnie – wkładamy je tak, aby nogawki były w połowie przewieszone przez jej boczną ściankę. Gdy skończymy wszystko pakować, wylądują na wierzchniej warstwie ubrań, dzięki czemu unikną zagięcia nad kolanem. Dwie pary spodni przykrywamy warstwą pergaminu, na to kładziemy złożone w kostkę koszule i znowu pergamin, a potem skarpetki i majtki. Nie wolno ich, broń Boże, rolować ani składać! Każdy element układamy obok siebie luzem na pergaminie i gdy powierzchnia się zapełni, znowu bierzemy arkusz i kładziemy na nim kolejną warstwę ubrań.
„O co za każdym razem pytamy ułożone rzeczy?” – pyta Gary, a sala znów odpowiada chórem:
„Are you happy?”.
Zanim marynarka osiągnie szczęście, musimy się trochę bardziej postarać. Po kilka arkuszy pergaminu zwijamy w tzw. tornado, czyli dość luźne rulony, którymi wykładamy najpierw ramiona marynarki, a potem rękawy – dzięki temu nic nie ma prawa się wymiąć. Gdy marynarce nadamy kształt i stanie się szczęśliwa, pora na buty na obcasach.
uty pakujemy tradycyjnie. Najpierw jeden arkusz pergaminu składamy w linijkę o takiej szerokości jak wysokość buta, potem starannie owijamy nią obcas, a na koniec zaklejamy taśmą lub naklejką z monogramem państwa. Gdy jedna z kursantek zrobi to niewystarczająco równo, całą operację musimy powtórzyć – obcasom należy się oddzielna porcja szczęścia, o które też trzeba je zapytać. Pergaminem hojnie owijamy każdy but z osobna – bardziej przypomina to origami niż zwykłe otulenie papierem. Gdy ktoś nieśmiało pyta, czy do buta można włożyć zwiniętą parę rajstop, Gary’emu po raz pierwszy lekko drży powieka, ale szybko tłumaczy: „Nigdy niczego niczym nie wypychamy”. Nawet kapelusze – chyba że jest na nie odpowiednie pudło – owijamy taką ilością pergaminu, żeby bezpiecznie przetrwały podróż. Choćby to miała być cała ryza.
Spakowanie kosmetyczki, książki do czytania przed snem (ma przylegać do dolnej ściany walizki) oraz teczki z planem wizyty i potrzebnymi dokumentami jest już właściwie igraszką. Ważne tylko, by niczemu nie żałować ani pergaminu, ani szczęścia.

*

– O tym, że to będzie moja przyszłość, zdecydowałem, gdy w połowie lat 90. obejrzałem Okruchy dnia z Anthonym Hopkinsem w pamiętnej roli starzejącego się kamerdynera, który całe życie poświęcił służbie. Mieszkałem wtedy z rodziną w Republice Południowej Afryki, ale żeby się uczyć w dobrej szkole dla kamerdynerów, wróciłem do Wielkiej Brytanii.
Zawód zaczynał się odradzać, choć daleko mu jeszcze było do tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj, gdy każda majętna rodzina, zwłaszcza niebrytyjska, chce mieć w domu małe Downton Abbey. Do lat 80. w Wielkiej Brytanii ostało się około stu kamerdynerów, choć tuż przed II wojną było ich 30 tysięcy. Dziś jest ponad 5 tysięcy, z czego część pracuje za granicą. W zawodzie jest coraz więcej kobiet, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie.
Najpopularniejszym kierunkiem jest jednak Daleki Wschód. W Pekinie otworzyłem biuro British Butler Institute, ponieważ na fali popularności Downton Abbey w tamtejszej klasie średniej i wyższej moda na brytyjskość jest ogromna. Powstają całe osiedla z replikami domów w stylu Tudorów i czerwonymi budkami telefonicznymi, a najbardziej prestiżowe brytyjskie szkoły z internatem otwierają w Chinach swoje filie. Niestety, wielu kamerdynerów się tam nie odnajduje, przede wszystkim z powodu różnic kulturowych – Chińczycy jeszcze nie rozumieją naszego zawodu. Też dosyć szybko wróciłem, choć mnie akurat bardziej dokuczał pekiński smog.
O pracodawcach wiele ci nie powiem, bo pierwszą zasadą tej pracy jest dyskrecja. Ale dziś już kamerdyner nie wiąże się z rodziną na całe życie. Ja pracowałem dla słynnego hotelu Ritz, rodziny królewskiej, lady Thatcher, kilku celebrytów i różnych, bardzo zamożnych ludzi.
Czym różni się rodzina królewska od gminu? Jedynie tym, że ma więcej nieruchomości, więc potrzebuje liczniejszego personelu. Większe różnice widać między „starymi” i „nowymi” pieniędzmi. Rodziny, które dorobiły się niedawno, nie do końca rozumieją, co lokaj czy kamerdyner powinien robić, nie zdają sobie sprawy, jak wszechstronne ma umiejętności. Nie wiedzą, jak bardzo byłby w stanie odciążyć swojego pracodawcę w jego obowiązkach względem rodziny i przyjaciół, ale też w biznesie – od kupna odpowiednich prezentów świątecznych, przez znalezienie szkoły z internatem, po zorganizowanie kolacji dla partnerów biznesowych czy sporządzenie książeczki z listą miejscowych restauracji, zawierającą menu każdej z nich, co może być przydatne, gdy pracodawca wybiera się w podróż. Więc jeśli kamerdyner czuje, że pracodawca nie korzysta w wystarczającym stopniu z jego możliwości, szuka sobie innej pracy. Bo my naprawdę lubimy być potrzebni, to wspaniałe uczucie jest sednem tego zawodu.
Lubimy też trudne wyzwania. Musiałem kiedyś zorganizować czterodniowe polowanie w ogromnej wiejskiej posiadłości. Był akurat sezon na ptaki, zjechało mnóstwo ludzi. Dom miał 14 pokoi! Najpierw wszystkich trzeba było rozpakować, a potem zapakować. Rano wystawne śniadania, potem rytuał popołudniowej herbaty i uroczyste przyjęcia każdego wieczora. A jeszcze panie chcą się wybrać na zakupy, więc trzeba o nie zadbać, w międzyczasie upewniając się, czy w każdym z 13 kominków buzuje ogień, w karafkach jest sherry, a szampan jest odpowiednio schłodzony. No i cała obsługa myśliwych: czyszczenie broni i butów, upewnianie się, czy odstrzelone ptaki są odpowiednio oporządzone… Urwanie głowy!
Godziny pracy zależą od stylu życia domowników. W hotelu są ustalone zmiany, w domach prywatnych przeważnie pracuje się od dziesiątej do osiemnastej, w wiejskiej posiadłości albo sezonowo na jachcie może być tak, że wstaje się o wschodzie słońca i kładzie późną nocą.
Najtrudniej jest, gdy harujesz trzy tygodnie ciurkiem po 14 godzin i dochodzą ci osobiste problemy. Mimo to trzeba się zachowywać jak zwykle. Za to pracodawca hojnie korzysta z prawa do bycia naburmuszonym, bo ktoś go nie obudził na czas, temperatura w pokoju nie była taka, jak chciał, jedzenie było zimne, wi-fi nie działało. Musisz znosić to wszystko, choć wiesz, że twoje problemy z rodziną czy ze zdrowiem są dużo poważniejsze. Ale jesteś z nimi zupełnie sam.
Obowiązki rzeczywiście są podobne jak w Downton Abbey, dochodzą tylko nowoczesne sprzęty. Służby w domu jest dziś przeważnie mniej niż kiedyś: zwykle to czuwający nad wszystkim kamerdyner, który jest też osobistym służącym pryncypała, jeden lub dwóch lokajów, tyle samo pokojówek, przynajmniej jedna osoba w kuchni i kierowca. Kiedyś jedną rodzinę mogło obsługiwać nawet 20 osób. Mniej personelu oznacza, że każdy ma więcej zadań. Niczemu nie można dać się zaskoczyć.
Gdy zaczynałem tę pracę, najbardziej zaskakujące było dla mnie to, jak wiele posiadają bogaci ludzie. Ci, którzy bogactwo odziedziczyli albo dorobili się na nieruchomościach, nowych technologiach czy handlu surowcami, mają zwykle flotę samochodów, pięć–sześć superjachtów, samolot, dzieła sztuki. Do tej pory myślałeś, że takie niewyobrażalne bogactwa istnieją tylko w filmach o Bondzie, a nagle się okazuje, że należą do rodzin, których dom mijają każdego dnia tysiące ludzi niepodejrzewających nawet, co znajduje się za drzwiami. A najbardziej zaskakująca jest prawdziwość banału, że pieniądze szczęścia nie dają. W tej pracy często widzisz, że nie da się kupić zdrowia, miłości, dobrych relacji z dziećmi czy szczerej przyjaźni. Widzisz też, że za wysokim statusem idzie dodatkowa odpowiedzialność, na przykład za zatrudnianych ludzi, z którymi często jest niezły ból głowy.
Czasami bywa surrealistycznie. Pamiętam panią – jej mąż ma wielką firmę w branży IT – która w torebce Louisa Vuittona nosiła mopsa Pugsie [pug to po angielsku mops]. Byłem wtedy kamerdynerem w Ritzu. „Gary, pomóż, proszę. Pugsie tęskni za domem”. Zorganizowałem helikopter, na jego pokład wszedł lokaj, wręczyłem mu psa, którego miał głaskać podczas podróży, wszyscy pomachali im na do widzenia. Pugsie poleciał do domu, pobawił się chwilę, został tam dopieszczony, po czym wrócił tym samym helikopterem. Czy Pugsie tęsknił za domem? Nie. Zatem dlaczego jego pani zorganizowała mu ten cały teatr? Bo mogła. Więc dobrze przynajmniej, że ja byłem w stanie jej w tym pomóc. Przecież chodzi o to, żeby była happy.

LADY ALICE DOUGLAS. PANI NA KOŚCIELE

Na portalu Airbnb Alice Douglas w rubryce „O sobie” nie pisze nic, zachwala tylko miejsce, do którego zaprasza: „W jakim innym miejscu możesz spać pod kamienną kazalnicą, kąpać się pod gwiazdami albo grać w tenisa stołowego pod sufitem z niesamowitą XIX-wieczną mozaiką? A to wszystko z cudownymi widokami na góry Snowdonii”.
Ten widok Alice każdego dnia widzi jako pierwsza, bo wstaje z kurami, by usmażyć gościom pensjonatu jajka, bekon, kiełbaski, pieczarki i pomidory, zaparzyć kawę i zrobić herbatę z mlekiem.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że sympatyczna 52-latka w dresowych spodniach i niedbale związanym blond kucykiem to nie jest jakaś zwykła pani Douglas.
To lady Alice, córka Davida Harringtona Angusa Douglasa, 12. markiza Queensberry, absolwenta Eton, kawalerzysty Królewskiej Gwardii Konnej.

Alice serwuje śniadanie na kościelnym chórze, nie bacząc na surowy wzrok Chrystusa Pantokratora z ogromnej złotej mozaiki nad dawnym ołtarzem. On już dawno nie jest panem tego domu. Budynek od lat był zdesakralizowany i czekał albo na kupno, albo na rozbiórkę. Utrzymywać go w pierwotnej funkcji nie było sensu – w liczącej trzystu mieszkańców wiosce oprócz St Curig’s jest jeszcze jeden kościół i trzy kaplice. Kiedyś, gdy wiódł tędy główny szlak z Londynu do Irlandii, a konie musiały odpoczywać przez pięć dni, Capel Curig rozkwitało.
Kościół Świętego Curiga uratowała od rozbiórki właśnie Alice, która postanowiła tu zamieszkać, a potem – gdy remont przerósł ją finansowo – urządzić pensjonat. To dlatego Wszechwładca błogosławi dziś nie pobożnych wiernych, ale umieszczony na dawnym ołtarzu fortepian i stół bilardowy, powieszoną po lewej stronie ołtarza tablicę do koszykówki, przepastne kanapy w miejscach dawnych ławek, rozmieszczone pod chórem dwuosobowe pokoiki z łazienkami (40 funtów od osoby za noc), salkę, do której prowadzą schodki dawnej kazalnicy (miejsce na piętrowym łóżku 25 funtów od osoby, do łazienki trzeba zejść do kruchty), i przede wszystkim kuchniojadalniosalon na chórze, w którym rano spotykają się goście, a przez resztę dnia służy domownikom. Są nimi Alice, jej partner Steve i dorosłe już dzieci Alice – 19-letnia Hero, która od niedawna rozwija w Londynie karierę harfistki i aktorki (ma wystąpić w serialu Netflixa), oraz 17-letni Tybalt (jeśli akurat nie podróżuje po świecie). Pani domu nazywa to pomieszczenie living roomem, co prawdopodobnie zniesmacza większość jej znajomych z klasy wyższej, dla których jedyne stosowne określenie tego pomieszczenia to sitting room.

*

– Nasza rodzina żyła skromnie, od kiedy pamiętam. Dziadek ożenił się powtórnie, więc mój ojciec odziedziczył tylko futro z norek i starego roleksa – gdy kiedyś ojciec jechał na rowerze, ubrany w futro i z zegarkiem na ręku, został zaaresztowany przez policjantów, którzy byli pewni, że musiał te rzeczy ukraść.
Mieszkaliśmy w zwykłej londyńskiej szeregówce, a nie – jak większość arystokratów – w wielkim domu przypominającym minizamek. Ale zamków nie ma co zazdrościć. Ich właściciele przeważnie decydują się otworzyć je dla zwiedzających lub wynajmują je na wesela czy imprezy firmowe, żeby choć trochę podreperować budżet. Koszty utrzymania posiadłości są ogromne, nie mówiąc już o wszelkich remontach przeciekającego dachu czy kruszącej się fasady, dlatego w ostatnich dziesięcioleciach wyrosła nowa klasa: arystokracja pracująca, głównie na rynku nieruchomości.
Życie, jakie świat zna z książek czy filmów – mnóstwo służby i domownicy, którzy zastanawiają się głównie nad tym, jakie rozrywki sobie zapewnić – od starej angielskiej klasy wyższej przejęła nowa klasa. Tworzą ją niezwykle zamożne rodziny, które przeprowadziły się tu z Rosji czy Bliskiego Wschodu. Owszem, część dawnych tradycji wciąż jest praktykowana, na przykład trwające dwa tygodnie polowania (my akurat jesteśmy wegetarianami), ale codzienne życie zaczyna coraz bardziej przypominać to, jakie wiedzie reszta kraju.
Remont posiadłości to dziś koszt rzędu 30 milionów funtów. Nie wchodzi w grę urządzenie domu w Ikei, trzeba zachować stare meble, odrestaurować niewygodne łóżko po prapraprababce czy liczne perskie dywany, do których arystokracja ma wyraźną słabość. Efekt jest więc taki, że choć pałace wyglądają imponująco, to zwykle mieszkanie w nich jest dość koszmarne: domownicy przez większość życia marzną, bo ogrzać tego wszystkiego nie sposób.
I jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak brytyjskość, to bardziej niż w popołudniowej herbatce czy miłości do psów, które są często lepiej zadbane niż dzieci, widać ją właśnie w tych niedogrzanych starych domach. No i w specyficznym brytyjskim skąpstwie. Jeden z moich znajomych, człowiek majętny, mieszkający w wielkim domu, tak nie znosi marnotrawstwa, że potrafi powiedzieć gościowi, który idzie skorzystać u niego z toalety, żeby nie przesadzał ze zużyciem papieru toaletowego. Nie, nikt nie widzi w tym nic niezwykłego.
W gazetach zawsze jestem „lady”, ale na co dzień tego nie znoszę. Już gdy byłam dzieckiem, niespecjalnie mi się podobało, że mam tytuł szlachecki. W kółko słyszałam pytania o moją rodzinę, więc czułam, że jestem dziwna. Część znajomych dzieci to też była arystokracja, ale jednak, jak to na świecie, większość nie. No i zawsze byłam trochę buntowniczką – kiedy w szkole z internatem wybuchała afera, że ktoś się włamał do sklepiku ze słodyczami, albo wyszło na jaw, że dziewczęta wdychają klej podkradany z pracowni plastycznej, wiadomo było, że ma z tym coś wspólnego lady Alice. Gdy podrosłam, obracałam się wśród ludzi o lewicowych poglądach, więc nigdy dobrze nie weszłam w kręgi arystokratyczne. Ale nawet moi wieloletni przyjaciele mówią zwykle: „O, lady Alice przyszła”, mimo że za każdym razem ich poprawiam: „Alice!”.
Chciałabym powiedzieć, że dziś korzenie nie mają żadnego znaczenia, ale tak nie jest. Choć od prawie 20 lat mieszkam w Walii i nie uczestniczę już w życiu towarzyskim, wciąż dostaję zaproszenia, żebym przyjechała coś otworzyć: szkołę, świetlicę, organizację dobroczynną czy dom spokojnej starości. Kiedyś się godziłam, ale teraz już prawie tego nie robię. Nie dlatego, że się wywyższam, po prostu czuję się dziwacznie w takiej roli.
Tym bardziej że kiedy już czasem nie mam wyjścia i jadę, słyszę często, jak organizatorzy szepczą: „Nie, to nie może być lady Alice”, po czym mylą mnie z jakąś stojącą nieopodal kobietą, ubraną w elegancką garsonkę, szpilki i kapelusz. O mnie myślą chyba, że jestem kierowcą czy sprzątaczką, przynajmniej dopóki nie przyjdzie czas na przecięcie wstęgi i moje wygłaszane z charakterystyczną emfazą przemówienie: „Jestem zaszczycona i ogromnie się cieszę, że mogę tu być, dzisiejsze otwarcie jest wielką radością dla tutejszej społeczności…”.
To, co na pewno daje tytuł, to trudna do określenia pewność siebie, poczucie własnej wartości. Gdy mój były mąż negocjował warunki wspólnego wywiadu z „Hello”, nic nie udawało mu się załatwić, bo nie był postrzegany jako ktoś, kto w ogóle ma prawo o coś prosić. A gdy ja mówiłam: „OK, ale za 6 tysięcy funtów”, redakcja od razu się godziła. Tę świadomość bycia częścią wielowiekowej rodziny widzę też u córki. Ostatnio miała sesję dla magazynu „Tatler” i potem opowiadała o tych wszystkich słynnych modelkach, które kręciły się po redakcji, jakby to w ogóle jej nie onieśmielało, choć przecież żyjemy na wsi, całkiem po cygańsku. Jestem pewna, że koleżanki Hero, gdyby nagle znalazły się w redakcji „Tatlera”, zareagowałyby dużo bardziej żywiołowo.
Podobną różnicę widziałam zresztą u swojej matki, która – w przeciwieństwie do ojca – pochodziła ze zwykłej rodziny, nieprzywykłej do bycia na świeczniku, i jeszcze w latach 70., gdy media nie były takie wścibskie jak dzisiaj, dostawała histerii, gdy interesowali się nią dziennikarze – tak ją to onieśmielało. W końcu przecież nikt z nas nie wybierał sobie kariery celebryty. My podchodziliśmy do tego z większą wyrozumiałością: trudno nie interesować się rodzinką, której sport zawdzięcza wymyślenie współczesnego boksu, czyli zbioru zasad markiza Queensberry, i której pradziadek swego czasu wtrącił do więzienia Oscara Wilde’a za to, że pisarz uwiódł mu syna. I tak dobrze, że były to czasy, gdy nazwisko męża mojej przyrodniej siostry nikomu nic nie mówiło. Caroline wyszła za Salema, brata Osamy. Mój ojciec zawsze zapominał, jak mają na nazwisko, więc nazywaliśmy ich Bin-Liners [worki na śmieci]. Nie mieliśmy świadomości, że za parę lat właściwą wersję tego nazwiska będzie znał cały świat. Więc sama rozumiesz, że dla mojej matki to wszystko mogło być trochę przytłaczające.