“Magia bioinżynierii” to książka prezentująca spektakularne osiągnięcia współczesnej biotechnologii i prac zmierzających do zniesienia ograniczeń ludzkiego ciała, a także nowe narzędzia dające szansę zwykłym ludziom na odzyskanie utraconych sprawności.


Magia bioinżynieriiAdam Piore, dziennikarz od lat prezentujący osiągnięcia współczesnej nauki, napisał fascynującą książkę o dążeniu do ulepszenia ludzkiego ciała. Jego praca to zbiór reporterskich opowieści o ludziach – pacjentach, naukowcach, lekarzach i inżynierach, którzy dokonują odkryć i przełomów na drodze do poprawy funkcjonowania naszego ciała – czy to dotkniętego chorobą, rozległym urazem czy dysfunkcją genetyczną.

Bioniczne protezy kończyn – ramion i nóg, sterowane impulsami nerwowymi, dekodowanie genomu i modyfikacje genów odpowiedzialnych za błędy metabolizmu, medycyna regeneracyjna i próby odtwarzania uszkodzonych tkanek, zrozumienie funkcjonowania i neuroplastyczności mózgu – intuicji, uczenia się, zastępowania utraconych zmysłów innymi, poprawa pamięci i kreatywności – to kilka z zagadnień opisanych przez autora, pokazującego, jak współczesna bioinżynieria próbuje pokonać naturalne ograniczenia naszego ciała.

Piore nie skupia się tylko i wyłącznie na suchym relacjonowaniu prac i sukcesów badaczy. To książka o pacjentach i naukowcach, w której punktem wyjścia opowieści są przypadki konkretnych osób – między innymi wspinacza, który po utracie kończyn skonstruował zaawansowane protezy nóg, umożliwiające nie tylko chodzenie, ale także wspinanie się po skałach, kobiety, która po utracie wzroku “widzi” słuchem czy neurofizjologa z poświęceniem prowadzącego badania na własnym mózgu.

Adam Piore stara się pokazać dwie strony prac biotechnologów, rozważając ścierające się – jak zwykle w przypadku przełomowych osiągnięć naukowców – typowe przeciwstawne siły – ludzkich oczekiwań i ograniczeń technicznych, nadziei i obaw o nadużycia, ekscytację technologią, która poprawia i zmienia ludzkie ciało, a jednocześnie rodzi obawy o utratę człowieczeństwa w tym procesie. Jak pisze autor – bycie człowiekiem to pokonywanie przeszkód poprzez wytrwałość, siłę woli i innowacyjność, a ważną kwestią pozostaje zawsze etyka i szeroko pojęty humanizm.

To książka przesycona optymizmem wynikającym z dotychczasowych osiągnięć nauki i nadzieją na nowe odkrycia

To książka przesycona optymizmem wynikającym z dotychczasowych osiągnięć nauki i nadzieją na nowe odkrycia, dająca wgląd w przyszłość – jak może wyglądać proces ulepszania ludzkiego ciała, ale zwracająca także uwagę na potencjalne moralne pułapki takich działań, czy też kwestie dostępności nowych, kosztownych technologii dla ogółu, nie tylko dla wybrańców. Piore jako podsumowanie każdego rozdziału stawia pytania dotyczące etycznych konsekwencji, jakie opisane technologie mogą mieć dla społeczeństwa, zwłaszcza jeśli zostaną niewłaściwie wykorzystane.

Książka Adama Piore’a jest oparta na dzisiejszym stanie wiedzy, technologii i badań naukowych. Wystarczająco szczegółowa, by dać czytelnikowi pogląd na zagadnienia bioinżynierii, a jednocześnie napisana wciągająco i przystępnie na tyle, by zainteresowanych najnowszymi badaniami medycznymi i relacjami między człowiekiem a technologią zachęcić do śledzenia doniesień z tego zakresu. Robert Wiśniewski

Adam Piore, Magia bioinżynierii, Ciało, geny i medycyna przyszłości, Przekład: Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 10 kwietnia 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

Magia bioinżynierii

Adam Piore
Magia bioinżynierii
Ciało, geny i medycyna przyszłości
Przekład: Grzegorz Ciecieląg
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 10 kwietnia 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

INTUICJA ORAZ BEZWARUNKOWE PRZYSWAJANIE WIEDZY

(…)

Jakie tajemnice skrywa intuicja? Skąd ogniomistrz w Cleveland i Micheal Riley wiedzieli, że coś im zagraża?

Klein, jeden z pionierów dziedziny nauki nazywanej „naturalistycznym modelem podejmowania decyzji” poświęcił kilka dekad, by znaleźć odpowiedzi na te pytania. I, jak się przekonał, nie mają one nic wspólnego z postrzeganiem pozazmysłowym. W trakcie rozmowy ogniomistrz przypomniał sobie, że podłoga, na której stał, była dziwnie rozgrzana, a ogień trawiący kuchnię zbyt cichy, by uznać go za źródło pożaru. I choć nie był tego świadom, i zabrakło czasu, by wszystko przemyśleć, wyczuł, że coś jest nie w porządku. Właśnie ta niezgodność – którą Klein określa mianem „różnicy wzorców” – sprawiła, że włosy stanęły mu dęba.

Klein zasugerował też, że Riley wychwycił na ekranie radaru ledwo niedostrzegalną cechę pocisku Silkworm wynikającą z nieznacznie niższego pułapu lotu. Nie był jej w pełni świadom. Rozziew między rakietą a samolotem zaistniał na niecałą sekundę; trwał zbyt krótko, by przebić się do świadomości. Ale specjalnie przeszkolone zmysły Riley’a rozpoznały, że coś jest nie tak. I stąd to uczucie.

Odkrycia Kleina stanowią przekonującą ilustrację starego jak świat zjawiska, którego prawdziwość potwierdzi każdy zaprawiony w bojach weteran: świadomość wychwytuje zaledwie ułamek tego, co dzieje się wokół nas – ale to nie znaczy, że pozostałe części mózgu nie przetwarzają w szaleńczym tempie zalewu bodźców, z których większość po prostu nie przebija się wyżej.

Przypadek Mike’a Merzenicha i Pat Fletcher dowodzi, że istnieje wiele sposobów, aby dostarczyć mózgowi informacje sensoryczne – i że możemy przebudować narzędzia służące do zbierania bodźców. Ale co się dzieje, gdy informacje dotrą do mózgu?

Zastanówmy się, co by było, gdyby udało nam się uzyskać dostęp do części mózgu odpowiedzialnej za przetwarzanie informacji nieświadomych i nauczylibyśmy się lepiej z nich korzystać? Moglibyśmy poprawić naszą sprawność umysłową i poziom inteligencji. A nawet uratować życie.

Ryk pociągów odjeżdżających ze stacji odbija się echem od betonowych ścian tunelu, gdy wchodzę na niemożliwie długie ruchome schody, które powoli wynoszą mnie z podziemi waszyngtońskiego metra prosto w rześki jesienny poranek. Gdy tylko oczy przyzwyczajają się do oślepiającego blasku słońca Północnej Wirginii, moją uwagę przyciąga potężny, mocno umięśniony osobnik w mundurze polowym stojący kilka metrów przede mną. Trzyma broń i uważnie mi się przygląda.

Jestem w Pentagonie, w samym centrum wojskowej potęgi Stanów Zjednoczonych. Ale nie przyjechałem tu, aby rozmawiać z generałami o kwadratowych szczękach, żywcem wyjętych z ekranu telewizora, ani strategami o rzeczowym podejściu do życia. Czeka mnie spotkanie z kimś, jak na żołnierza, wyjątkowym, członkiem niewielkiej, elitarnej grupy jajogłowych, z której istnienia większość z nas nie zdaje sobie nawet sprawy. Tworzą ją zatrudnieni w Pentagonie psychologowie i neurobiolodzy, którzy w ostatnich latach podjęli się zuchwałego, acz fascynującego wyzwania – starają się wyposażyć amerykańskich żołnierzy w „zmysł Spider-Mana”.

Zaskakująca, żywcem wyjęta z komiksów obietnica „szóstego zmysłu” jest jednym z powodów, dla których wybrałem się w tę podróż. Ale poza czysto intelektualną fascynacją kieruje mną coś jeszcze. Miałem okazję poznać niezwykłych ludzi starających się okiełznać naukę i wykorzystać ją, aby uwolnić się od ograniczeń, które są mi całkowicie obce. Ofiary wypadków przy pracy, odmrożeń, ostrzału artyleryjskiego czy wypadków samochodowych. Ich wysiłek inspiruje. Ale, przyznam to bez ogródek, budzi też mój niepokój. Raz za razem uświadamiam sobie, że jesteśmy istotami śmiertelnymi, a nasza egzystencja jest niezwykle krucha – przez co wizja uniknięcia nieszczęść staje się tym bardziej pociągająca.

Bioniczne protezy Hugh Herra, modyfikacje mięśni Lee Sweeney’a czy pejzaże dźwiękowe Pat Fletcher czerpią z ukrytego potencjału naszego ciała. Dlatego założenie, że moglibyśmy nie tylko się uzdrawiać, ale też chronić przed niebezpieczeństwami, wydaje się całkowicie logiczne. Jeśli mamy dostęp do takiej umiejętności – wiedzy, esencji wszystkich naszych doświadczeń – to zastanawiam się, czy jest jakiś sposób, by skorzystać z niej nie tylko w sytuacji zagrożenia, ale też zawsze, gdy czujemy się sparaliżowani niepewnością lub zagubieni.

Nie można uznać za zbieg okoliczności faktu, że w skład mało eksponowanego zespołu intelektualistów, którzy podjęli się rozwiązania zagadki intuicji, wchodzą głównie żołnierze. Walka niesie ze sobą śmiertelne zagrożenie. Jakby dla podkreślenia tej myśli mężczyzna przede mną zatrzymuje się przy bramce z czujnikiem metalu i odczepia protezę ręki.

Od czasów, gdy pierwsze plemiona zwarły się w walce na maczugi w epoce kamienia, szósty zmysł zaprawionego w bojach wojownika traktowano jak dar z niebios. W czasie wojny wietnamskiej opowieści o żołnierzach-Rambo z oddziałów specjalnych, którzy potrafili wyczuć niebezpieczeństwo i zatrzymać oddział kilka metrów przed zasadzką były tak powszechne, że w końcu wszystkim się przejadły.

Równie użytecznym poligonem testowym dla badań nad intuicją okazały się Irak z rozrzuconymi na widoku improwizowanymi ładunkami wybuchowymi i Afganistan, gdzie skaliste ukształtowanie terenu sprzyjało partyzanckim atakom. Gdy zaczynam szukać konkretnych informacji, okazuje się, że również podczas tych konfliktów żołnierze przyciszonym głosem dzielili się historiami o strzałach, które spudłowały, cudownych ocaleniach i „tym gościu, który zawsze wiedział, kiedy coś się miało spieprzyć”, używając do ich opisu takich słów i zwrotów jak „intuicja”, „instynkt Spider-Mana” czy „postrzeganie pozazmysłowe”. Nie trzeba było długo czekać, by sprawą zainteresowali się naukowcy z Pentagonu.

– Ciągle się o tym słyszy – zapewnia mnie Peter Squire, zatrudniony przez marynarkę wojenną psycholog eksperymentalny prowadzący badania nad zjawiskiem intuicji. – W każdym oddziale jest ta jedna osoba, która zawsze wie, gdzie leżą ładunki wybuchowe. Wszyscy ich kojarzą. Wystarczy, że ktoś taki wyjdzie w teren, rozejrzy się i już wie, że coś jest nie tak i trzeba się zatrzymać. A potem okazuje się, że mieli rację, a na oddział czekała mina.

W 2006 roku komandor porucznik Joseph Cohn, neurobiolog po uniwersytecie Brandeis, a zarazem poprzednik Squire’a, trafił do bazy lotniczej Marynarki Wojennej w Orlando na Florydzie. Któregoś popołudnia podpytał pewnego pułkownika o przypadki niezwykłej intuicji u jego podopiecznych. W ostatnich miesiącach media kilkukrotnie informowały o takich przypadkach – ot, chociażby o pewnym sierżancie, który podczas misji w Iraku, w trakcie rozmowy telefonicznej z żoną przewidział zamach bombowy na wojskową kafejkę internetową. Jego uwagę zwrócił kręcący się w jej pobliżu mężczyzna. Zaufał przeczuciu i zaczął uważnie mu się przyglądać – a gdy zobaczył, że ów osobnik zostawia przy kafejce jakiś pakunek i ucieka, natychmiast ostrzegł osoby będące w środku. Albo inna historia: o żołnierzach kanadyjskiego plutonu zaatakowanych na polu marihuany nieopodal budynku szkoły w Kandaharze (Afganistan). Niektórzy gotowi są przysiąc, że ich „zmysł Spider-Mana” rozdzwonił się tuż przed tym, jak ciszę poranka przerwały rakiety Talibów.

Tamtego dnia w Orlando indagowany przez Cohna pułkownik stwierdził, że wierzy w te relacje. Co więcej, podał przykład sierżanta ze swojej jednostki, z którym zawsze chciał chodzić na patrole – właśnie ze względu na jego wyjątkową intuicję.

– Z jakiegoś powodu wiedział, kiedy coś nam zagrażało i kiedy otworzyć ogień – i to zanim zrobiło się gorąco – wspominał. – Przy czyszczeniu budynków zawsze potrafił przeczuć, że coś jest nie tak. To on ostrzegał pozostałych.
I wtedy pułkownik powiedział coś, co dało Cohnowi do myślenia.
– Zdołałbyś to odtworzyć, doktorku? – zapytał. – Sprawić, żeby inni potrafili to samo?
Pomysł wydawał się wzięty z Księżyca. Ale zbiegiem okoliczności rozmówca pułkownika specjalizował się w takich wyzwaniach.

Cohn, potężnie zbudowany marynarz o krótko przystrzyżonych, ciemnych, acz przyprószonych już siwizną włosach i gładkiej, pozbawionej zmarszczek twarzy, opowiada mi tę historię w niewielkiej salce konferencyjnej gdzieś w labiryncie pomieszczeń Pentagonu. Ma na sobie mundur – dopiero co skończył obowiązkowe testy wydolnościowe. Żartuje, że gdyby zjadł śniadanie, wyłożyłby się już na ważeniu. W rzeczywistości jest w świetnej formie – jak większość żołnierzy i lotników, który mijałem po drodze na to spotkanie, klucząc po korytarzach wypełnionych fluorescencyjnym blaskiem.

Cohn w 1998 roku obronił tytuł doktora neurobiologii na Uniwersytecie Brandeis i od tego czasu korzysta ze zdobytej wiedzy, starając się zrozumieć i usprawnić mózgi amerykańskich wojskowych. W połowie pierwszej dekady XXI został zatrudniony przez Agencję Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności (Defense Advanced Research Projects Agency). Celem DARPA jest finansowanie projektów, które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie nierealnych – im są trudniejsze, tym lepiej.

Cohn pełnił tam funkcję menadżera projektu, a do jego zadań należało formułowanie intrygujących pytań, które w ostatecznym rozrachunku miały wspomóc rozwój nowych technologii – ale nie w perspektywie pięciu lat czy dekady, a znacząco wykraczających poza obecne potrzeby wojska. Wykraczających tak dalece, a do tego niosących ze sobą tak wielkie wyzwanie, że trudno byłoby znaleźć potencjalnego inwestora – również w sektorze prywatnym –, który zgodziłby się wyłożyć na nie pieniądze.

DARPA położyła podwaliny pod współczesny internet i system nawigacji satelitarnej GPS. Finansuje też badania nad regeneracją kończyn i najbardziej nowatorskie projekty z dziedziny protetyki, neuroplastyczności mózgu oraz urządzeń komunikujących się z mózgiem.

Czy dałoby się, zastanawiał się Cohn, zidentyfikować i „obliczyć” intuicję? Skoro w mózgu zachodzi taki proces, to na pewno można go prześledzić – i sprawdzić, kto ma do niego dostęp, a kto nie. Oraz przyjrzeć mu się w czasie rzeczywistym. Pomysł brzmiał niezwykle ekscytująco, ponieważ „jeśli udałoby się to zrobić”, mówi Cohn, „to można by też nauczyć mózg, by zaczął korzystać z intuicji”.
– Jak to się stało, że mężczyzna z Montany, który wyjechał na Bliski Wschód, ni z tego, ni z owego zaczął dostrzegać sygnały o zbliżającym się niebezpieczeństwie? – pyta Cohn. – Przecież on widzi to miejsce pierwszy raz w życiu, nie wpojono mu znaczenia takich sygnałów i nie uczył się, jak powinien je interpretować.

W trakcie swojej kariery zawodowej Cohn nadzorował finansowanie kilku zgłębiających zjawisko intuicji projektów naukowych, które przyniosły interesujące rezultaty. Wynikało z nich, że intuicja rzeczywiście jest namacalnym doświadczeniem. Po rozmowie z pułkownikiem Cohn zabrał się za studiowanie literatury przedmiotu i odświeżył swoją wiedzę. Przy okazji przypomniał sobie o kilku poznanych w przeszłości badaczach, a w szczególności o jednym, który dokonał przełomowych odkryć, pracując ze strażakami. Nazywał się Gary Klein.