“Lojalność” Delphine De Vigan to opowieść o dramatycznych konsekwencjach destrukcyjnych sekretów, przemilczanych problemów i braku porozumienia.


LojalnośćTrzynastoletni Théo i jego przyjaciel Mathis niemal codziennie po kryjomu piją alkohol. Ich nauczycielka, Hélène, podejrzewa, że z Théo dzieje się coś niedobrego.

Kobieta, omamiona obsesją na punkcie uratowania chłopca, odrzuca na bok profesjonalizm i dochodzi do punktu, z którego nie ma odwrotu.

Matka Mathisa, Cécile, znajduje coś przerażającego na komputerze swojego męża. Odkrycie zmusza ją do zadania sobie pytania, czy kiedykolwiek naprawdę go znała.

Te cztery historie zaczynają coraz mocniej wiązać się ze sobą, wciągając czytelnika w mroczną opowieść o samotności, kłamstwie i lojalności.

Delphine de Vigan – popularna pisarka francuska. Jej pierwsza powieść, Jours sans faim (Dni bez głodu), została wydana w 2001 pod pseudonimem Lou Delvig. Jest to dzieło autobiograficzne opowiadające o walce z anoreksją w wieku 19 lat. Jej czwarta powieść No et moi (No i ja), wydana w 2007, opowiada o wybitnie uzdolnionej nastolatce, która niesie pomoc młodej bezdomnej osobie. Książka otrzymała nagrodę Rotary i Prix des libraires (Nagroda księgarzy). Została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków, i przygotowywana jest jej filmowa adaptacja. W listopadzie 2009 jej powieść Les Heures souterraines otrzymała polską wersję Nagrody Goncourtów.

Delphine De Vigan
Lojalność
Przekład: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 13 marca 2019
 
 

Lojalność


Lojalność.

To niewidzialne więzi, które łączą cię z innymi – zarówno z żywymi, jak i ze zmarłymi; to złożone szeptem obietnice, których echo ignorujesz; to cicha wierność; to umowy – najczęściej zawarte z samym sobą; rozkazy, które przyjąłeś, wcale ich nie słysząc, długi, których świadomość trwa w zakamarkach twej pamięci.
To prawa dzieciństwa drzemiące w twym ciele, wartości, w imię których trzymasz się prostej drogi, fundamenty dające ci siłę, nieczytelne zasady, które cię dręczą i krępują. To twoje skrzydła i twój gorset.
To żyzna gleba, na której rozwija się twoja siła, i okopy, w których grzebiesz swe marzenia.

Hélène

Sądziłam, że dzieciak był maltretowany, ta myśl nasunęła mi się bardzo szybko, może nie w pierwszych dniach, ale niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego, bo było coś takiego w jego postawie, w unikaniu spojrzeń, coś, co znam, doskonale znam: ten sposób wtapiania się w pejzaż, swoista przezroczystość. Ale nie ze mną takie sztuczki. Obrywałam jako dziecko, a blizny starannie ukrywałam aż do końca, więc nikt mnie nie nabierze. Nazwałam go dzieciakiem, bo trzeba sobie uświadomić, jacy są chłopcy w tym wieku – trzeba patrzeć na ich jedwabiste jak u dziewcząt włosy, słuchać cienkich, rwących się głosów, dostrzec niepewność, która tak pasuje do niezgrabnych ruchów, i te wytrzeszczone ze zdumienia oczy, minę, kiedy się ich beszta, drżące usta i ręce splecione za plecami: istne aniołki. Jednak niewątpliwie właśnie w tym wieku zaczynają popełniać największe głupstwa.
Kilka tygodni po rozpoczęciu roku poprosiłam dyrektora o rozmowę na temat Théa Lubina. Musiałam wyjaśniać mu kilka razy, co mnie niepokoi. Nie, nie ma żadnych śladów, nie skarży się, to coś w zachowaniu ucznia, swego rodzaju zamknięcie w sobie, dokładanie starań, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Pan Nemours najpierw skwitował te słowa śmiechem:
przecież połowa klasy stara się nie zwracać na siebie uwagi! Oczywiście, doskonale wiedziałam, o czym mówi: dzieci kulą się na krzesłach, żeby ich nie pytać, pochylają się, niby to szukając czegoś w plecaku, albo z takim natężeniem wpatrują się w blat ławki, jakby od tego zależało życie całej okolicy. Zauważam to, nawet nie odrywając oczu od dziennika. Ale to było zupełnie co innego. Zapytałam, co wiemy o uczniu, o jego rodzinie. W dokumentacji na pewno coś uda się znaleźć, jakieś uwagi, wcześniejsze spostrzeżenia. Dyrektor w skupieniu czytał opinie w karcie ucznia: rzeczywiście kilku nauczycieli zauważyło w ubiegłym roku jego milczenie, lecz nic poza tym. Przeczytał mi na głos ich uwagi: „uczeń bardzo introwertyczny”, „potrzeba aktywnego udziału w lekcjach”, „dobre wyniki, ale uczeń zbyt spokojny” i tak dalej. Rodzice rozwiedzeni, chłopiec mieszka na przemian z matką i z ojcem – zwyczajna sytuacja. Dyrektor zapytał, czy Théo nawiązał kontakt z chłopcami z klasy, i nie mogłam powiedzieć, że nie, bo wciąż trzymali się razem, we dwóch, doskonale się dobrali, obaj mieli buzie aniołków, takie same włosy i jasną karnację – wyglądali jak bliźnięta. Obserwowałam ich przez okno, kiedy wychodzili na dziedziniec, tworzyli jedno ciało, trochę dzikie, trochę podobne do meduzy, która gwałtownie się kuli, gdy coś się zbliża, a rozpościera się, kiedy zagrożenie minie. Rzadko widywałam uśmiech na twarzy Théa – tylko wtedy, kiedy był z Mathisem Guillaume’em i kiedy żaden dorosły nie przekroczył bariery bezpieczeństwa, jaką się otaczali.
Jedynym, co zwróciło uwagę dyrektora, był raport sporządzony przed zakończeniem ubiegłego roku przez pielęgniarkę. Nie było go w dokumentacji administracyjnej, bo to Frédéric podpowiedział mi, żeby na wszelki wypadek zajrzeć do gabinetu pielęgniarki. Pod koniec maja Théo zapytał, czy może wyjść z klasy. Powiedział, że boli go głowa. Pielęgniarka zauważyła jego nieśmiałość i niejasne objawy. Zaniepokoiły ją też zaczerwienione oczy chłopca, Théo tłumaczył jej, że ma trudności z zasypianiem i że czasami nie śpi prawie przez całą noc. Na dole kartki napisała czerwonym długopisem „uczeń wrażliwy” i trzykrotnie podkreśliła tę uwagę. Potem najprawdopodobniej włożyła jego kartę do teczki i odstawiła na półkę w szafie. Nie mogłam z nią porozmawiać, ponieważ odeszła z naszej szkoły, a dokumenty udostępniła mi jej następczyni.
Gdyby nie ta karta, nie nakłoniłabym nowej pielęgniarki do wezwania Théa.
Opowiedziałam o tym Frédéricowi i chyba się zaniepokoił. Przekonywał mnie, że nie powinnam brać sobie tego tak mocno do serca. Powiedział, że od pewnego czasu wyglądam na przemęczoną i żyję w ciągłym napięciu. Jego zdaniem byłam u kresu wytrzymałości i miałam skłonności do stawiania pewnych spraw na ostrzu noża. Tak się wyraził, a ja przypomniałam sobie wtedy o scyzoryku, który ojciec trzymał w szufladzie w kuchni, w zasięgu ręki każdego, i o tym, jak się bawił, rozkładając go i składając niemal bezwiednie, odruchowo, żeby uspokoić skołatane nerwy.

Théo

Fala gorąca, której nie potrafi opisać, paląca, wszechogarniająca, ból, a zarazem ulga, jedna z tych rzadkich, niezwykłych chwil, zapewne określana jakimś słowem, którego on nie zna, terminem chemicznym, fizjologicznym, wyrażającym moc i natężenie, nazwą, która kojarzy się ze spalaniem albo wybuchem, z potężnym płomieniem. Ma dwanaście i pół roku i gdyby szczerze odpowiedział na pytania zadawane mu przez dorosłych: „Jaki zawód chciałbyś wybrać?”, „Czym się interesujesz?”, „Co chciałbyś robić w przyszłości?”, gdyby nie obawiał się, że nagle straci ostatnie punkty oparcia, jakie chyba jeszcze mu zostały, powiedziałby bez wahania: lubię czuć w sobie alkohol. Najpierw w ustach, przez tę chwilę, kiedy spływa do gardła, a potem przez ułamek sekundy, gdy fala ciepła dociera do żołądka. Mógłby nakreślić palcem ten szlak. Lubi, gdy wilgotna fala pieści jego kark i rozlewa się po kończynach jak znieczulenie.
Pije z butelki, raz po raz kaszląc. Siedzący na wprost niego Mathis przypatruje mu się, chichocząc. Théo myśli o smoku z książki z obrazkami, którą matka czytała mu, kiedy był mały, o tym olbrzymim cielsku, o wąskich szparkach ślepi i rozwartej paszczy najeżonej kłami ostrzejszymi niż u najgroźniejszego psa. Chciałby być taką wielką bestią, mieć potężne szpony, móc wszystko spalić. Głęboko oddycha i znowu unosi butelkę do ust. Kiedy czeka, aż alkohol go oszołomi, kiedy stara się wyobrazić sobie jego drogę, przywołuje w myślach jeden ze schematów, które rozdawała im podczas lekcji pani Destrée, a których każdy element musieli nazwać: Przedstaw drogę jabłka i wskaż narządy uczestniczące w procesie trawienia. Uśmiecha się do tej wizji, bawi się, modyfikując polecenie. Przedstaw drogę wódki, pokoloruj jej szlak, oblicz czas, jakiego trzeba, żeby trzy pierwsze łyki przeniknęły do krwi… Śmieje się sam do siebie, a Mathis śmieje się, widząc go rozbawionego.
Po kilku minutach coś eksploduje w jego mózgu, jakby ktoś otworzył kopniakiem drzwi, jakby do środka wtargnął wiatr i pył, i przed oczyma staje mu saloon z Dzikiego Zachodu z wahadłowymi drzwiami, które otwierają się, głośno skrzypiąc. Przez moment jest kowbojem w skórzanych butach i w półmroku idzie w stronę baru, a jego ostrogi zgrzytają o podłogę. Kiedy opiera się łokciami o bar, żeby zamówić whisky, czuje się, jakby wszystko zniknęło: i strach, i wspomnienia. Szpony drapieżnego ptaka, który od dawna przygniata jego pierś, już nie wbijają mu się w żebra.
Przymyka oczy – zmył z siebie wszystko, tak więc może zacząć od nowa.
Mathis wyjmuje mu z rąk butelkę i sam unosi ją do ust. Przyszła jego kolej. Wódka leje się szerokim strumieniem, przezroczysta struga spływa mu po brodzie. Théo się obrusza: to się nie liczy, bo ją wypluwa. Mathis wypija jeszcze łyk, kaszle, kładzie rękę na ustach i Théo obawia się przez chwilę, że zwymiotuje, ale Mathis nie jest już w stanie powstrzymać jeszcze głośniejszego śmiechu. Théo błyskawicznie zatyka mu usta ręką, żeby go uciszyć. Mathis milknie.
Obaj wstrzymują oddech i zamierają w bezruchu, nasłuchując. W dali rozlega się głos nauczyciela, którego nie potrafią rozpoznać. Ani jedno słowo nie wybija się z tego bezbarwnego monologu.

Siedzą w swojej kryjówce, swoim schowku. To ich teren. Pod prowadzącymi do stołówki schodami znaleźli tę odrobinę wolnego miejsca, metr kwadratowy, na którym mogą stać prawie wyprostowani. Zamontowano tam dużą szafę, żeby zagrodzić przejście, ale przy odrobinie zręczności udaje im się za nią prześliznąć. Muszą tylko wybrać odpowiedni moment. Ukrywają się w toalecie, czekając, aż wszyscy uczniowie wrócą do klas. Potem jeszcze kilka minut, by mieć pewność, że oddalił się już dyżurny nauczyciel, który po każdej przerwie sprawdza, czy uczniowie nie włóczą się po korytarzu.
Za każdym razem kiedy wciskają się za tę szafę, uświadamiają sobie na nowo, że to kwestia centymetrów – za kilka miesięcy ta sztuka już im się nie uda.
Mathis podaje mu butelkę.
Po ostatnim łyku Théo oblizuje językiem wargi – lubi ten smak soli i metalu, który długo utrzymuje się w ustach, czasem nawet przez kilka godzin.
Rozsuwając palec wskazujący i kciuk, mierzą, ile udało im się wypić.
Powtarzają ten gest kilka razy, bo ani jednemu, ani drugiemu nie udaje się utrzymać miarki nieruchomo – parskają śmiechem i wszystko psują.
Wypili znacznie więcej niż poprzednio.
A następnym razem wypiją jeszcze więcej.
To ich pakt, ich sekret.
Mathis bierze butelkę, zawija ją w papier i wsuwa do plecaka.
Obaj wkładają do ust po dwie tabletki gumy do żucia Airwaves o smaku mentolu i lukrecji. Przeżuwają ją z namaszczeniem, żeby uwolnić zapach, obracają w ustach. Tylko ta guma tłumi zapach alkoholu. Po dłuższej chwili oczekiwania wychodzą.
Potem, kiedy już stoją, ich odczucia bardzo się zmieniają. Głowa Théa kiwa się do przodu i do tyłu, lecz nie rzuca się to w oczy.
Idzie na palcach po rozpływającym się dywanie we wzory geometryczne, ma wrażenie, że pozostaje poza swoim ciałem, tuż obok, jakby je opuścił, ale wciąż trzymał za rękę.
Szkolny harmider ledwie do niego dociera, tłumiony przez wilgotną gęstą mgłę, która go otula.

Chciałby kiedyś stracić przytomność, tak zupełnie.
Zanurzyć się w miękkim obłoku upojenia, zapaść się, pozwolić, by go pochłonął na kilka godzin albo nawet na zawsze, i wie, że pewnego dnia to się stanie.

Hélène

Obserwuję go mimowolnie. Zdaję sobie sprawę, że wciąż się na nim skupiam. Zmuszam się, żeby patrzeć na innych, kolejno, kiedy do nich mówię, a oni słuchają, albo kiedy w poniedziałkowy ranek pochylają się nad testami. Właśnie w poniedziałek zobaczyłam go, gdy wchodził do klasy jeszcze bledszy niż zwykle. Wyglądał, jakby przez cały weekend nie zmrużył oka. Wykonywał takie same gesty jak inni – zdjął bluzę, wysunął krzesło, położył na ławce torbę Eastpak, rozsunął suwak, wyjął zeszyt – i nie mogę nawet powiedzieć, że poruszał się wolniej niż zwykle albo że był bardziej nerwowy, a jednak widziałam, że jest wykończony. Na początku lekcji wydawało mi się, że lada chwila zaśnie, bo zdarzyło mu się to już raz czy dwa od początku roku.
Potem, kiedy mówiłam o Théu w pokoju nauczycielskim, Frédéric przypomniał mi bez cienia ironii, że pod tym względem wcale nie jest wyjątkiem. Biorąc pod uwagę, ile czasu dzieciaki tracą przy komputerze, nie możemy martwić się o każdego niewyspanego ucznia, bo nie zdążylibyśmy zrobić nic poza wpisywaniem uwag o tym do dziennika. A podkrążone oczy niczego nie dowodzą.
Tak, wiem, że to irracjonalne.
Nie mam nic. Zupełnie nic – żadnych faktów, żadnych dowodów.
Frédéric stara się powściągnąć moje obawy. I niecierpliwość. Pielęgniarka powiedziała, że wezwie chłopaka. Zrobi to.
Któregoś wieczoru usiłowałam mu opisać to nękające mnie od kilku dni wrażenie, że trwa odliczanie, jakby ktoś ukradkiem przesuwał wskazówkę minut i jakby bezcenny czas upływał niepostrzeżenie dla nas, prowadząc nas w cichym kondukcie ku czemuś absurdalnemu, czego skutków nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
Frédéric powtórzył mi, że wyglądam na zmęczoną.
Powiedział: to ty powinnaś odpocząć.

Tego dnia rano kontynuowałam lekcję o funkcjonowaniu układu pokarmowego. Théo nagle uniósł głowę i słuchał z większą uwagą niż zwykle. Narysowałam na tablicy schemat wchłaniania płynów, a on z niezwykłą starannością skopiował go w zeszycie.
Po zakończeniu lekcji, kiedy mijał mnie, wychodząc z klasy, coś kazało mi go zatrzymać. Nie wiem, co mnie napadło, ale położyłam mu rękę na ramieniu, żeby zwrócić jego uwagę, i powiedziałam: Théo, zostań na chwilę. W klasie od razu rozległ się szmer oburzenia: jakim prawem zatrzymuję jednego z uczniów bez konkretnego powodu, skoro podczas lekcji nie doszło do żadnego incydentu, który uzasadniałby moje postępowanie? Odczekałam, aż wszyscy opuszczą klasę. Théo stał ze zwieszoną głową. Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale nie mogłam się już wycofać, musiałam znaleźć jakiś pretekst, o coś zapytać, o cokolwiek. Co mi strzeliło do głowy? Wreszcie drzwi zamknęły się za ostatnim uczniem (oczywiście za Mathisem Guillaume’em), a ja nadal nie miałam żadnego pomysłu. Przez kilka sekund milczałam, a Théo wpatrywał się w swoje najki. A potem uniósł głowę i chyba po raz pierwszy naprawdę na mnie spojrzał, nie robiąc uników. Przyglądał mi się bez słowa, a ja nigdy dotąd nie spotkałam się z tak przenikliwym spojrzeniem u chłopaka w jego wieku. Nie wyglądał na zdziwionego ani zniecierpliwionego. Obserwował mnie, nie pytając wzrokiem, jakby uważał za zupełnie normalne, że to się zdarzyło, jakby to było przewidziane z góry, oczywiste. I jakby równie oczywisty był impas, w jakim się znaleźliśmy, ta niemożność zrobienia kolejnego kroku, podjęcia jakiejkolwiek próby działania. Patrzył na mnie, jakby odgadł, co mnie pchnęło do zatrzymania go, i jakby doskonale rozumiał, że nie mogę posunąć się dalej. Dobrze wiedział, co wtedy czułam.
Wiedział, że wiem i że nie mogę mu pomóc.
Tak wtedy pomyślałam. I dlatego nagle ścisnęło mnie w gardle.
Nie mam pojęcia, jak długo to trwało, słowa tłoczyły mi się w głowie – rodzice, dom, zmęczenie, smutek, czy wszystko jest w porządku? – ale żadne nie pozwoliło mi sformułować pytania, które miałabym prawo mu zadać.
W końcu zdołałam się chyba uśmiechnąć i nieswoim głosem, głosem niepewnym, głosem obcej mi osoby, zapytałam:
– Mieszkasz w tym tygodniu u ojca czy u matki?
Zawahał się, lecz odpowiedział:
– U ojca. Ale tylko do wieczora.
Podniósł plecak i zarzucił go na ramię, dając mi znak, że zamierza wyjść, na co już dawno powinnam mu pozwolić. Ruszył w stronę drzwi.
Tuż przed opuszczeniem klasy odwrócił się i powiedział:
– Ale jeżeli chce pani rozmawiać z rodzicami, przyjdzie mama.

Théo

Po lekcjach włóczył się przez dziesięć minut pod szkołą, a potem wpadł do ojca, żeby zabrać rzeczy. Zasłony były zasunięte, ale zapalił światło tylko w kuchni i poszedł do swojego pokoju. Idąc przez salon, usłyszał dziwny dźwięk, stłumione bzyczenie: gdzieś tu był uwięziony jakiś owad. Przystanął w ciemnościach i próbował ustalić, skąd dobiega ten dźwięk, aż w końcu zorientował się, że rano zostawili włączone radio, tak bardzo ściszone, że słowa były niezrozumiałe.
W każdy piątek powtarza się ten sam rytuał: pozbierać wszystko, ubrania, adidasy, nie zapomnieć o żadnej książce, segregatorze ani zeszycie, zabrać rakietkę do ping-ponga, linijkę, kalkę, flamastry, blok rysunkowy. Niczego nie zostawić. Co piątek objuczony jak osioł wędruje z mieszkania do mieszkania.
W wagonie ludzie zerkają na niego, pewnie się bojąc, że upadnie albo zemdleje – drobna sylwetka uginająca się pod mnóstwem toreb. Chwieje się, ale nie opada z sił. Nie chce siadać.
W windzie, zanim wyjdzie na drugi brzeg, odstawia bagaże i pozwala sobie wreszcie na chwilę wytchnienia.
To właśnie musi robić co piątek mniej więcej o tej samej porze:
przenosić się z jednego świata do drugiego, bez kładki i bez przewodnika. To dwie odrębne całości, bez strefy wspólnej.
Osiem stacji metra – inna kultura, inne obyczaje, inny język. A on ma zaledwie kilka minut na aklimatyzację.