W powieści “Europa w zimie” Dave Hutchinson splata bogate wątki, snując skomplikowaną alegorię politycznych manipulacji, podstępów i umiejętnego zarządzania państwem.


Europa w zimieRudi, były szef kuchni, który został szpiegiem, powraca z misją odkrycia prawdy o podzielonej Europie.

Zawiązano unię ze Wspólnotą, która jest teraz największym państwem w Europie. Rozpoczął się okres bezprecedensowego pokoju i dobrobytu.

Jaki jest więc powód wściekłości terrorystów? Dlaczego przedstawiciele Wspólnoty i krajów europejskich spotykają się potajemnie, wymieniając zakładników? I kim są Les Coureurs des Bois?

W towarzystwie zbieraniny przybłędów, mafiosów i uśpionych agentów Rudi rusza na poszukiwanie odpowiedzi na te pytania, żeby się przekonać, że prawda leży dużo bliżej domu, a zarazem dużo dalej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać…

***

Hutchinson pisze świetnie, wyróżniają go nie tylko żywe, wnikliwie scharakteryzowane postacie, ale też nieco czarne poczucie humoru, przez co jego twórczość dostarcza trochę mrocznej rozrywki, a zarazem wydaje się niepokojąco trafna i na czasie.
– Locus

Z pozorną literacką łatwością Hutchinson splata bogate wątki, snując skomplikowaną alegorię politycznych manipulacji, podstępów i umiejętnego zarządzania państwem.
– „The Guardian”

Powieści o pękniętej Europie należą do moich ulubionych, Europa w zimie nie jest tu wyjątkiem. Przykuwające uwagę, błyskotliwe, głęboko ludzkie, ze szpiegowskim dreszczykiem – tworzą spójną alternatywną rzeczywistość. To świetnie napisana proza. Kocham te książki. Chcę więcej. Natychmiast.
– Patrick Ness, autor Siedmiu minut po północy i Na ostrzu noża

Jedna z najoryginalniejszych wizji Europy, jaką wykreowała dotychczas światowa fantastyka.
– Dzikabanda.pl

O “EUROPIE JESIENIĄ”

To powieść szpiegowska, jednak osadzona w solidnym i arcyciekawym sztafażu fantastycznym, który czyni sam cykl jedną z najbardziej interesujących serii SF ostatnich lat.(…). Europa jesienią to znakomity wstęp do opowieści, ale też opowieść sama w sobie. Owszem, pozostawia niedosyt w finale, gdyż tak zajmująca kreacja nie powinna się kończyć tak szybko. Jest też znakomitym punktem wyjścia do kolejnych części, stanowiąc jednocześnie jedną z najlepszych powieści SF ostatnich lat, przykuwającą uwagę swą oryginalnością. Cykl „Pęknięta Europa” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ukazały się na polskim rynku wydawniczym w tym roku.
– Dzikabanda.pl

Jedna z najbardziej wyjątkowych powieści SF tej dekady.
– „LA Review of Books”

Gdy Hutchinson rozpoczynał cykl pierwszym tomem Europa jesienią, nikt nie myślał jeszcze o Brexicie. Ale książka dokładnie oddaje mieszankę samolubności, chciwości paranoi i ignorancji, która przyczyniła się do pierwszego pęknięcia europejskiego projektu.
– Locus

Intrygująca powieść będąca połączeniem kryminału i powieści szpiegowskiej, która długo wodzi czytelnika za nos, by finalnie zdradzić stosunkowo niewiele – ot tyle, by zaostrzyć apetyt na kontynuację (…) osoby ceniące oryginalność wizji i mnogość wątków powinny być usatysfakcjonowane.
-Tymoteusz Wronka, naekranie.pl

O “EUROPIE O PÓŁNOCY”

Drugim tomem cyklu «Pęknięta Europa» Hutchinson umacnia mnie w przekonaniu, że jego kreacja jest jedną z najoryginalniejszych wizji Europy, jaką wykreowała dotychczas światowa fantastyka. (…) Polecam wszystkim, którzy szukają powieści sprawnie napisanych, nieszablonowych, balansujących pomiędzy lekką nutką ironii a powagą oraz dających punkt wyjścia do przemyśleń na temat kondycji współczesnego, otaczającego nas świata. Rzadko zdarza się, że powieść rozrywkowa, z dynamiczną akcją i nietuzinkowymi bohaterami jednocześnie potrafi przemycać między wierszami tyle ważkich tematów.
– Dzikabanda.pl

Sugestywna proza autora, jego świetna znajomość Europy Wschodniej i jego fuzja Kafki z Lenem Deightonem tworzą czarującą powieść o intrydze i paranoi.
– „The Guardian”

Mapa Europy została przerysowana, a kartografowie wciąż pracują… dla tych, którzy chcieliby sobie wykroić własne królestwa, największym darem w wizji przyszłości Dave’a Hutchinsona jest możliwość przekraczania granic.
– StrangeHorizons

Intrygujący świat, charyzmatyczne postacie (…) Europa o północy, jak jej poprzedniczka Europa jesienią, jest pulsującą, energetyczną literaturą najwyższej próby.
-„LA Review of Books”

Pozycja mądra, niebanalna, wprowadzająca dużo świeżości do obecnej literatury.
– Ostatniatawerna.pl

Powieść Hutchinsona to kawał dobrze napisanej prozy, która fascynuje i wciąga. Fascynuje swoją wizją i wciąga do świata, w którym nic nie jest takie, jak powinno być. Autor kreśli mocną intrygę, ukazując obraz klasycznego działania służb, ale w świecie, którego nie da się podciągnąć pod żadne reguły.
– Kulturacja.pl

CYKL „PĘKNIĘTA EUROPA”
Europa jesienią
Europa o północy
Europa w zimie
Europa o świcie

Dave Hutchinson urodził się 1960 r. w Sheffield. Studiował amerykanistykę na University of Nottingham. Przez 25 lat pracował jako dziennikarz. Autor czterech powieści i licznych zbiorów opowiadań.

Dave Hutchinson
Europa w zimie
Przekład: Mirosław P. Jabłoński
Pęknięta Europa |3
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 5 lutego 2019
 
 

Europa w zimie


CZĘŚĆ PIERWSZA

WYDEPTANE ŚCIEŻKI

EKSPRES TRANSEUROPEJSKI

1

Niemal spóźnili się na pociąg. Od początku planowali przybycie krótko przed odjazdem, żeby Amanda spędziła na nogach jak najmniej czasu, ale na place de la Concorde odbywał się mityng i wszystkie prowadzące do niego ulice były zablokowane.
– Co to jest, do diabła? – mruknął William, który kierował autem.
– Manifestanci antyunijni – wyjaśnił Kenneth, czytając transparenty niesione przez tłumy przelewające się między samochodami.
– No cóż, najwyraźniej Bogu nie jest obca ironia – mruknęła Amanda z tylnego siedzenia, poruszając się z powodu odczuwanego dyskomfortu.
William obejrzał się na nią.
– Jak się czujesz?
– W porządku – odparła. – Nie przejmuj się mną. Możemy pojechać inną drogą?
Siedzieli w samochodzie, który Francuzi przezwali la rage, wściekłość; zasadniczo było to coś w rodzaju groźby, czarnej, średniowiecznej fortecy uzbrojonej w orurowania, reflektory i zabezpieczenia antykradzieżowe. Kenneth chciał czegoś mniej rzucającego się w oczy, ale William powiedział, że paryscy kierowcy respektują jedynie argument siły. Pojazd miał jedną oczywistą wadę; chociaż jego systemy obronne mogły przyprawić o atak padaczki i krwawienie z odbytu każdego głupca, który próbowałby go ukraść lub zaatakować, to był zbyt wielki, żeby mógł przejechać węższymi arteriami Paryża.
– Utknęliśmy – stwierdził William, obracając się na boki, żeby wyjrzeć przez okna; trzymał palec nad wyświetlaczem w desce rozdzielczej, gdzie widniała ikona, której dotknięcie mogło wysłać impuls elektryczny o napięciu dziesięciu tysięcy wolt do karoserii auta, na którą wpadali manifestanci, przepychając się między rzędami pojazdów.
– Nie skrzywdź nikogo – powiedział Kenneth. – Zdążymy. – Spojrzał na zegarek, a potem na Amandę. – Zdążymy – zapewnił ją.
– Głupie, pieprzone auto – powiedziała z bladym uśmiechem.
Wzruszył bezradnie ramionami i obrócił się z powrotem na siedzeniu, żeby spojrzeć przez przednią szybę. Z tego punktu obserwacyjnego widział dachy innych pojazdów, a przestrzenie między nimi były zablokowane przez protestujących, którzy dęli w gwizdki i machali animowanymi transparentami. Większość manifestantów miała na twarzach maski przeciwgazowe albo szaliki, tradycyjne wyposażenie politycznego tłumu; niektórzy byli zdecydowanie bardziej retro, zasłaniając oblicza kartonowymi podobiznami Guya Fawkesa.
– Cóż – mruknął do nikogo konkretnie.
Nie mogąc użyć bardziej aktywnego uzbrojenia – klakson miał tryb, w którym wydawał dźwięk zdolny rozbijać szyby wystawowe – William musiał zabawiać się naciskaniem co chwilę pedału gazu; niski, dudniący warkot silnika wystarczał, żeby spłoszyć na moment protestujących. Ale po chwili nawet to przestało działać. William naprawdę chciał razić prądem, użyć gazu paraliżującego, miotacza ognia lub przejechać po prostu po samochodach i ludziach dzielących ich od celu, a ponieważ żadna z tych opcji nie była mu dostępna, zadowolił się długą wiązanką francuskich i angielskich przekleństw.
W końcu zjawiła się gendarmerie. Kenneth, William i Amanda zostali uraczeni widokiem wielkich, szarych pojazdów, które przemierzały plac tam i z powrotem, polewając pianą używaną do tłumienia rozruchów protestujących, dziennikarzy i wyciągających szyje turystów, na skutek czego wielu ludzi się przewróciło i usnęło szybko, po czym zostali zgarnięci przez inne pojazdy i zwaleni, niezbyt delikatnie, na obrzeżach otwartej przestrzeni. Przypuszczalnie zaowocuje to połamanymi kośćmi, rozbitymi aparatami fotograficznymi, może nawet kilkoma zgonami, a później wieloma pozwami, roszczeniami ubezpieczeniowymi i skandalami nagłośnionymi przez agencje informacyjne, ale w tej chwili ruch drogowy został przywrócony. Co ucieszyło Williama.
– Jesteśmy spóźnieni – zauważył Kenneth.
– Zdążymy. – William dotknął ikony na desce rozdzielczej i samochód zrobił jego ulubioną sztuczkę – poza zabijaniem ludzi – przednią szybę pokrył wskaźnik refleksyjny, ukazujący mapę GPS sąsiednich ulic, tras prowadzących do ich celu oraz lokalizacji tego wszystkiego, co system ekspercki auta uznał za ewentualne zagrożenie. Zdawało się, że przed nimi rozwija się zielony chodnik, ciągnący się w dal, wyginający się obok obelisku na środku placu i znikający z pola widzenia. William nacisnął akcelerator samochodu, który ruszył gładko w stronę strumienia aut na przedzie, mijając pojazdy policyjne oraz rozchodzących się manifestantów.
Początkowa część ich podróży była swego rodzaju kością niezgody. Kenneth utrzymywał, że byłoby wskazane kierować się od ich mieszkania w Ósmej Dzielnicy wprost na północ i pojechać obwodnicą. William wyśmiał ten pomysł, mówiąc, że to wydłuża trasę o całe kilometry i że najlepiej byłoby pojechać niemal dokładnie na południe, w stronę Savigny. Ostatecznie rozstrzygające w tej sprawie okazało się to, że William był jedynym z ich trójki, który umiał prowadzić, i siedząc za kółkiem la rage, mógł zrobić w zasadzie wszystko, co chciał.
Kiedy wyjechali z ruchliwego centrum miasta, William włączył automatycznego pilota i dźwięk silnika opadł do poziomu niemal podprogowej wibracji, z którą auto wcisnęło ich w tapicerkę foteli. Przed nimi rozwijał się zielony chodnik.
Kenneth spojrzał na zegarek, a Amanda odezwała się z tylnego siedzenia:
– Zawsze możemy pojechać innym pociągiem.
Pokręcił głową. Jazda Linią nie była podobna do żadnej innej podróży koleją. Normalnie nie musiało się na przykład uzyskiwać czasowego obywatelstwa kompanii, która obsługiwała Linię w Eurotunelu. Gdyby spóźnili się na ten pociąg, to być może nie mogliby pojechać przed Wiosną, a on nie mógł przeprowadzać jej ponownie przez to wszystko. Zerknął na Williama, który skinął nieznacznie głową ku dołowi przedniej szyby, gdzie drobne cyferki wskazywały, że jadą już z prędkością dopuszczalną na tej drodze. Francuzi mieli oddział drogówki złożony ze szczególnie upierdliwych policjantów, zwanych guêpes, osami, ze względu na ich czarno-żółte kamizelki kuloodporne, którzy jeździli na potężnych motocyklach z silnikami o pojemności trzech tysięcy centymetrów sześciennych i byli uzbrojeni w karabiny szturmowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie szukał z nimi zaczepki. Kenneth wzruszył ramionami.
Sama Linia nie przebiegała blisko Paryża; zakres wyburzeń niezbędnych do jej przeprowadzenia byłby dewastujący. Rozstaw szyn był odmienny od wszystkich innych w Europie, żeby zapobiec wykorzystywaniu trasy przez inne spółki kolejowe, co oznaczało jednocześnie, że gdziekolwiek chciano poprowadzić Linię, wymagało to kładzenia nowych torów; nie mogła dzielić infrastruktury z narodami, państwami, księstwami, sandżakami, hrabstwami i gminami, przez które przebiegała. W przypadku Paryża długi okres konsultacji towarzyszył negocjacjom związanym z powstaniem ambasady Linii. Odbywały się protesty, rozruchy i strajki okupacyjne wszędzie tam, gdzie rząd proponował przyznanie terenu, i w końcu Savigny-sur-Orge zostało wybrane po prostu dlatego, że natężenie protestów społecznych było tam nieznacznie mniejsze niż gdziekolwiek indziej. We Francji panowało powszechne przekonanie, że Savigny uszczęśliwiono ambasadą Linii, gdyż jego mieszkańcy nie sprzeciwiali się temu wystarczająco mocno.
Francja była wyzwaniem dla Linii. Wszędzie indziej, gdzie przebiegała, miasta i państwa-miasta domagały się głośno lokalnych odgałęzień kolejowych, konsulatów i ambasad; w posiadaniu połączenia z Linią krył się pewien – nieuzasadniony – prestiż. Jednak we Francji Linia była generalnie niemile widziana i Transeuropejska Spółka Kolejowa stanęła wobec konieczności radzenia sobie z wojującymi architektami, obrońcami przyrody, ekoterrorystami, terrorystami politycznymi różnych maści, politykami, ciężkozbrojnymi rolnikami, francuskim wojskiem, lotnictwem i setkami tysięcy wkurzonych właścicieli nieruchomości. Linia rozwiązała ten problem w taki sam sposób, w jaki dawała sobie radę ze wszystkimi kłopotami, które napotykała w trakcie dziesięcioleci swojego upartego pełznięcia przez kontynent. Parła po prostu przed siebie i przeciwnicy w końcu się poddawali. Linia sfastrygowała ze sobą przeciwległe granice Francji, a w swoim czasie lokalna odnoga skręciła w stronę tego, co w geście kapitulacji Francuzi zaczęli nazywać Paryż-Savigny.
Linia zalecała, żeby wszyscy pasażerowie przybywali co najmniej dwie godziny przed odjazdem pociągu, co pozwalało na przeprowadzenie kontroli bezpieczeństwa i dokumentów. W praktyce skutkowało to zawsze gnaniem na ostatnią chwilę przed otwarciem bramek na pokład i kiedy Kenneth, Amanda i William przybyli na teren ambasady, stała tam długa kolejka ludzi czekających na możliwość przejścia.
Musieli zaparkować poza terenem kompleksu, gdyż Linia nie zezwalała obcym pojazdom na wjazd na swój teren, i znaleźć konsjerża, który zjawiłby się ze zmotoryzowanym wózkiem dla Amandy, ale potem wszystko poszło zgodnie z planem.
William nie miał wizy, więc musieli rozstać się przy wejściu i nagle wydarzenia poranka zdały się rozpływać, a oni stali tam, skrępowani, niezdolni do wymyślenia czegoś, co mogliby sobie powiedzieć. Zdecydowali się na objęcia, a potem William się odwrócił i skierował na parking, nie oglądając się za siebie.
Kenneth spojrzał na żonę. Siedziała niewygodnie w fotelu na kółkach, obejmując ciężarny brzuch, twarz miała bladą.
– Niebawem wsiądziemy – pocieszył ją.
– Trzeba dziesięciu minut na odprawienie jednego pasażera – powiedziała, uśmiechając się słabo. – Przyjęcie bagażu, kontrola bezpieczeństwa, dokumentów, kolejna kontrola. Mogą odprawiać stu podróżnych naraz. Każdy pociąg mieści tysiąc pięciuset pasażerów.
Wyciągnął rękę i uścisnął ramię Amandy.
– Wiem – powiedział. – Wiem.
– Dwie i pół godziny na to, żeby wszyscy wsiedli do pociągu – kontynuowała spokojnie. – I to jeśli wszystko pójdzie gładko, co nigdy się nie zdarza, bo pasażerowie zapominają dokumentów, ich telefony aktywują skanery bezpieczeństwa, a perfumy detektory materiałów wybuchowych, albo po prostu ludzie wdają się w sprzeczki z urzędnikami z powodu każdej dupereli, jaka ich spotyka.
– Jesteśmy w kolejce dla uprzywilejowanych – przypomniał jej.
– Kolejny wydatek – stwierdziła. – To kosztuje fortunę.
– Jeszcze tylko kilka minut – zapewnił ją.
Sięgnęła w górę i ujęła jego dłoń.
– Kocham cię – powiedziała.
Ścisnął jej rękę i spojrzał na kolejki ludzi czekających na przejście przez kontrolę przy wsiadaniu. Zaświtało mu nagle, że to nie są ludzie przywykli do stania w kolejkach. Mało który z nich – w istocie nikt, uznał, przyglądając się tłumowi – był przedstawicielem klasy robotniczej czy choćby wyższej klasy średniej. Były tam futra i sakwojaże Louisa Vuittona, kaszmirowe płaszcze narzucone na ramiona jak peleryny, dzieci w okularach przeciwsłonecznych, które kosztowały więcej, niż wynosiło roczne wynagrodzenie przeciętnego robotnika w zakładach Renault. Małą grupkę – napakowanego ojca o ogolonej głowie i z drogą bransoletą na nadgarstku, szczupłą kobietę z dziecięcym wózkiem zaprojektowanym przez tych samych ludzi, którzy tworzyli bolidy Formuły 1, oraz trzy karki, które niemal na pewno były gorylami – oznaczył jako mafiye.
Wydało mu się, że w środku innej grupy pasażerów mignęła mu niemiecka aktorka o nie najlepszej sławie. Linia była nie tyle środkiem transportu, ile raczej wyborem stylu życia. On i Amanda wyglądali odpowiednio, ale ich ubrania były tanimi podróbkami, a bagaże bootlegami klasycznych wyrobów Swaine Adeney Brigg.
Linii nie obchodziło, co noszą jej pasażerowie. Jej francuska ambasada była zakazanym czteropiętrowym, szarym sześcianem stojącym w samym środku kompleksu, jej trzy górne poziomy znaczyły wysokie, wąskie okna, a dach przystrajały maszty radiostacji i talerze anten satelitarnych. Z boku stał budynek wyglądający na mały podmiejski hotel i to w nim znikały kolejki pasażerów kierowanych przez służbę bezpieczeństwa Linii, w liberiach i pod bronią.
Amanda rozmawiała przez telefon.
– Tak – powiedziała. – Czekamy, żeby wsiąść do pociągu. Bardzo, tak. Jakoś pojutrze. Wieczorem, jak sądzę.
Mieszkali w Paryżu od pięciu lat. Amanda miała własną firmę designerską, produkującą krótkie serie T-shirtów z sitodrukowymi wzorami z okazji premier filmowych i teatralnych. Przebywali w stolicy wystarczająco długo, pomyślał Kenneth, żeby złapać nastrój i rytm miasta. Uważał wcześniej, że pomijając oczywiste wyróżniki architektoniczne, klimat i język, wszystkie miasta europejskie są mniej więcej takie same, ale Paryż udowodnił mu, że się mylił. Był odmienny od wszelkich innych miejsc, w jakich kiedykolwiek przebywał.
– O czym myślisz? – zapytała Amanda. Skończyła rozmowę i schowała telefon do kieszeni.
Uśmiechnął się i pokręcił głową.
– O niczym szczególnym. Z kim rozmawiałaś?
– Z biurem. – Martwiła się, jak jej firma poradzi sobie bez niej, mimo że jej asystentka, Marie-France, mogła znakomicie kierować sprawami podczas jej nieobecności. – Chodzi o Ługańsk.
Na przekór nazwie Ługańsk był stadionową rockową kapelą oldboyów z Leicesteru w środkowej Anglii. Amanda próbowała rozszerzyć zakres działania firmy o koncertowe towary z wyższej półki.
– Myślałem, że wszystko zostało załatwione – powiedział Kenneth.
Wzruszyła ramionami.
– To nic takiego. Kilka ostatnich szczegółów. Naradzę się z Marie-France i ich menedżerem handlowym, kiedy wsiądziemy do pociągu.
– Nie powinnaś się przemęczać – stwierdził.
Zbyła to machnięciem dłoni.
– Kwadrans w przestrzeni konferencyjnej. Nie będę nawet musiała stać. Najwyżej pół godziny.
Kolejka przesunęła się kilka metrów do przodu i zamarła ponownie. Znajdowali się tuż przed otwartymi szklanymi drzwiami hali odjazdów.