“Cisza białego miasta” to pierwsza część Trylogii białego miasta, pełnej mrocznych rodzinnych tajemnic, baskijskiej kultury i tradycji.


Cisza białego miastaMieszkańcami hiszpańskiej Vitorii wstrząsa wiadomość o podwójnym morderstwie, łudząco podobnym do brutalnych seryjnych zbrodni sprzed dwudziestu lat. W tym samym czasie na swoją pierwszą przepustkę z więzienia ma wyjść skazany za tamte zabójstwa Tasio Ortiz de Zárate. Wracają stare obawy i strach, ludzi zaczyna ogarniać przerażenie.

Unai López de Ayala, „Kraken”, śledczy specjalizujący się w profilowaniu kryminalnym, stara się zapobiec kolejnym zabójstwom. Jego metody pracy nie podobają się Albie, podkomisarz, z którą utrzymuje dwuznaczne relacje…

Rozpoczyna się wyścig z czasem, niebezpieczeństwo czai się za każdym rogiem, a każdy dzień przynosi kolejny zwrot w śledztwie.

Seryjny morderca dbający o każdy szczegół makabrycznych zbrodni i profiler, który potrafi dotrzeć do najmroczniejszych zakamarków ludzkiego umysłu. Który z nich wyjdzie z tego pojedynku zwycięsko?

„Fascynowała mnie dziwna symetria wydarzeń. Podwójne ofiary, w wieku kończącym się na zero albo na pięć… Zabójca i policjant o identycznym wyglądzie… To, że morderstwa ustały, kiedy Tasio trafił do więzienia, i to, że zostały wznowione, kiedy miał z niego wyjść… Fascynowała mnie i – przyznam szczerze – spędzała mi sen z powiek”.

Eva García Sáenz de Urturi
Cisza białego miasta
Przekład: Joanna Ostrowska
Wydawnictwo Muza
Premiera: 27 lutego 2019
 
 

Cisza białego miasta


PROLOG

Vitoria, sierpień 2016

Kamery telewizyjne z uporem prześladowały moją paczkę. Dziennikarze potrzebowali sensacji i byli przekonani, że moi koledzy mogą im jej dostarczyć. Ścigali ich po całej Vitorii, nie dali im chwili wytchnienia, odkąd gruchnęła wiadomość, że zostałem postrzelony przez mordercę.
Czekali na nich o świcie przed drzwiami ich domów. I po południu, kiedy spotykali się na pintxos[2] w barze Saburdi przy ulicy Dato. Moi przyjaciele jedli w milczeniu – w tamtych dniach nikt nie miał ochoty na rozmowy, a nieustanna obecność dziennikarzy nie pomagała.
– Przykro nam z powodu tego, co spotkało inspektora Ayalę. Przyjdziecie dziś po południu na wiec? – zapytał jeden z dziennikarzy, wymachując im przed nosami gazetą; wiadomość o zgromadzeniu widniała na pierwszej stronie, moje zdjęcie zajmowało prawie tyle samo miejsca co nagłówek.
To ja byłem tym dużym facetem o ciemnych włosach sfotografowanym kilka dni przed strzelaniną, kiedy nieudolnie zasłaniałem się przed obiektywami.
Moje koleżanki spuściły głowy, koledzy odwrócili się plecami do kamery.
– Jesteśmy w szoku – zaczął wreszcie J., dopijając czerwone wino. – Życie jest niesprawiedliwe, niesprawiedliwe.
Może myślał, że to wystarczy, żeby dali im spokój, ale w tym momencie reporterzy dostrzegli Germana, mojego brata. Przy jego wzroście metr dwadzieścia nie sposób było go nie rozpoznać. Próbował przemknąć się do toalety. Dziennikarz wyłapał go okiem wprawionym w wychwytywaniu sensacji i natychmiast dał znak kamerzystom.
– To jego brat, idźcie za nim!
Germán odwrócił się, zanim zamknął im przed nosem drzwi do łazienki. Jeszcze tego samego wieczoru tę scenę odtworzyły wszystkie ogólnokrajowe stacje telewizyjne.
– Idźcie do diabła – powiedział tylko, nawet nie ze złością, nawet nie z urazą. Po prostu ze znużeniem.
Wiem, że wszyscy mieszkańcy Vitorii byli wstrząśnięci tym, że skończyłem z kulką w głowie. Gdybym w tamtym momencie był w stanie myśleć – rzecz fizjologicznie niemożliwa – odebrałoby mi głos ze wzruszenia.
Policjant nigdy się nie spodziewa, że zakończy śledztwo jako ostatnia ofiara seryjnego mordercy, który sterroryzował całe miasto, ale życie potrafi być bardzo kreatywne w płataniu figli.
I… owszem: nie wyszedłem na tym najlepiej. Jak już mówiłem, skończyłem z kulą w mózgu. Ale może powinienem przedstawić najpierw po kolei szczegóły wydarzeń, które początkowo określono mianem „podwójnej zbrodni z dolmenu”, a które okazały się zaprogramowaną serią zabójstw latami obmyślanych przez zbrodniczy umysł przewyższający ilorazem inteligencji każdego z tych, którzy próbowali go powstrzymać, póki jeszcze był na to czas.
Kiedy ktoś, kto zaczyna seryjnie zabijać, jest pieprzonym geniuszem, pozostaje ci jedynie się modlić, żeby po zwolnieniu blokady w kasecie maszyny losującej nie została wybrana twoja liczba.

1

STARA KATEDRA

24 lipca, niedziela

Delektowałem się właśnie najlepszą tortillą na świecie, z nie do końca ściętych jajek oraz ugotowanych i podsmażonych ziemniaków, kiedy odebrałem telefon, który zmienił moje życie. Na gorsze, gwoli ścisłości.
Nazajutrz przypadała uroczystość świętego Jakuba, kiedy to Vitoria obchodziła Día del Blusa[3], święto bractw młodzieży będące rozgrzewką przed rozpoczynającymi się na początku sierpnia obchodami ku czci Virgen Blanca, Białej Panienki. W barze z grillem, gdzie próbowałem skończyć ten miniprzysmak, panowały taki ścisk i hałas, że kiedy poczułem wibrowanie komórki w kieszonce koszuli, tuż przy sercu, musiałem wyjść na ulicę El Prado.
– Co jest, Estíbaliz?
Koleżanka nie zwykła mnie nękać, kiedy miałem wolne, a Día del Blusa i poprzedzający go dzień były zbyt święte, żeby nawet rozważać pójście do pracy, tym bardziej że całe miasto stało na głowie.
Hałas instrumentów dętych i potoku ludzi podążających za orkiestrą, którzy śpiewali i podrygiwali w rytm muzyki, zagłuszył to, co próbowała mi powiedzieć.
– Unai, musisz przyjść do Starej Katedry – ponagliła mnie.
Ton jej głosu, jego brzmienie, w którym mieszały się niepokój i zniecierpliwienie, dziwiły u babki, która miała większe jaja niż ja – co sporo o niej mówi.
Natychmiast zrozumiałem, że wydarzyło się coś poważnego.
Próbując oddalić się od wszechobecnej wrzawy, która tego dnia wypełniała miasto, odruchowo skierowałem kroki w stronę parku Florida, by uciec od decybeli uniemożliwiających przeprowadzenie choćby minimalnie skutecznej rozmowy.
– Co się stało? – zapytałem, starając się otrzeźwieć po ostatnim kieliszku riojy, którego nie powinienem był wypijać.
– Nie uwierzysz, wszystko wygląda tak samo jak dwadzieścia lat temu.
– O czym ty mówisz, Esti? Jestem trochę przymulony.
– Archeolodzy z firmy restaurującej katedrę znaleźli w krypcie dwa nagie ciała. Chłopaka i dziewczynę trzymających się za policzki. Brzmi znajomo, prawda? Przyjdź tu natychmiast, Unai. To poważna sprawa, bardzo poważna. – Rozłączyła się.
Niemożliwe, pomyślałem.
Niemożliwe.
Nawet nie pożegnałem się z kumplami. Pewnie dalej siedzieli w tłumie wypełniającym restaurację Sagartoki, było mało prawdopodobne, że któryś z nich odbierze, jeśli zadzwonię z informacją, że dla mnie Día del Blusa właśnie się skończył.
Ruszyłem w stronę placu Virgen Blanca, w uszach wciąż dźwięczały mi ostatnie słowa Estíbaliz. Minąłem wejście do mojej kamienicy i dotarłem do Correría, jednej z najstarszych ulic średniowiecznej części miasta.
Okazało się, że to był zły wybór. Ulicę wypełniały tłumy, jak zresztą całe centrum. La Malquerida i inne bary zajmujące partery kamienic pękały w szwach. Dopiero ponad kwadrans później dotarłem do placu Burullería, dziedzińca na tyłach katedry, gdzie umówiłem się z Estíbaliz.
Plac wziął swoją nazwę od burulleros, sukienników, którzy handlowali na nim w XV wieku, czyniąc z miasta jeden z obowiązkowych przystanków na szlaku handlowym na północy półwyspu. Szedłem po bruku, odlany w brązie posąg zatroskanego Kena Folleta spojrzał na mnie, kiedy go mijałem, jakby pisarz domyślał się, że wokół nas zaczęła się już tkać mroczna sieć.
Estíbaliz Ruiz de Gauna – tak jak ja inspektor Wydziału Kryminalnego – czekała na mnie zdenerwowana, biegała po placu niczym jaszczurka i wydzwaniała w tysiące miejsc. Miała rude, sięgające do brody włosy i mierzyła zaledwie metr sześćdziesiąt. Mało brakowało, a z powodu wzrostu nie przyjęliby jej do policji; mało brakowało, a Vitoria straciłaby jednego ze swoich najlepszych i najwytrwalszych śledczych.
Oboje byliśmy cholernie dobrzy w prowadzeniu dochodzeń, ale już nie tak dobrzy w przestrzeganiu zasad. Mieliśmy na swoim koncie niejedno upomnienie za niesubordynację, dzięki czemu nauczyliśmy się nawzajem kryć. Jeśli zaś chodzi o przestrzeganie zasad… pracowaliśmy nad tym.
Pracowaliśmy nad tym.
Ja przymykałem oko na niektóre nałogi, które wciąż ciągnęły się za Esti. Ona odwracała wzrok, kiedy nie słuchałem poleceń przełożonych i prowadziłem śledztwo na własną rękę.
Wyspecjalizowałem się w profilowaniu kryminalnym, wzywano mnie więc do spraw z udziałem seryjnych morderców, gwałcicieli… Wszelakich zwyrodnialców, którzy dopuścili się recydywy. Jeśli ktoś dokonał trzech lub więcej zbrodni w oddzielnych epizodach, oddawano go mnie.
Estíbaliz była ekspertką w zakresie wiktymologii – wielkich zapomnianych. Dlaczego akurat ta, a nie inna ofiara? Wprawniej niż ktokolwiek inny posługiwała się bazami danych, takimi jak Sicar, w której znajdowały się wszelkie możliwe odciski butów i opon, czy SoleMate, kompendium wszystkich marek i modeli obuwia produkowanego na całym świecie.
Na mój widok oderwała od ucha komórkę i spojrzała na mnie z powagą.
– Co jest tam w środku? – chciałem wiedzieć.
– Lepiej będzie, jak sam zobaczysz – szepnęła, jakby mogło nas usłyszeć niebo, a może piekło, kto wie. – Dzwonił do mnie sam komisarz Medina. Chcą eksperta od profilowania, kogoś takiego jak ty, mnie poprosili, żebym skupiła się na ofiarach. Zaraz zrozumiesz dlaczego. Chciałabym, żebyś podzielił się ze mną pierwszymi wrażeniami. Na miejscu są już technicy z laboratorium kryminalistycznego, lekarz sądowy i sędzia. Wejdziemy od strony Cuchi.
Cuchillería była kolejną ze starych ulic, które wzięły nazwę od cechów: w średniowieczu skupiały się przy niej warsztaty nożowników. W Vitorii mamy nieprzebrane pamiątki po zawodach naszych praszczurów: ulice kowali, szewców, rymarzy, malarzy… Pierwotny zarys starówki – ze względu na kształt noszącej nazwę „średniowiecznego migdała” – pozostał nienaruszony pomimo upływu wieków.
Co ciekawe, do katedry można się było dostać wejściem, które na pierwszy rzut oka prowadziło do zwykłej kamienicy.
Masywnych drewnianych drzwi pod numerem 95 pilnowało dwóch policjantów. Przywitali się z nami i wpuścili nas do środka.
– Przesłuchałam już dwoje archeologów, którzy znaleźli ciała – poinformowała mnie koleżanka. – Przyszli dzisiaj do pracy, żeby nadrobić zaległości, podobno ci z Fundacji Katedry Najświętszej Marii Panny naciskają, żeby do końca roku wyrobili się z kryptami i fosą. Zostawili nam klucze. Jak widzisz, zamek jest nietknięty. Nikt przy nim nie majstrował.
– Chcesz powiedzieć, że przyszli do pracy po południu, w wigilię Día del Blusa? Czy to nie trochę… dziwne jak na vitorczyków?
– Nie zauważyłam w ich zachowaniu niczego dziwnego. – Pokręciła głową. – Byli oszołomieni, a raczej przerażeni. Takiej zgrozy nie sposób udawać.
Niech ci będzie, pomyślałem. Ufałem instynktowi Estíbaliz, jak tylne koło tandemu ufa przedniemu. W ten sposób pracowaliśmy, razem pedałując.
Znaleźliśmy się pod odnowionymi podcieniami, Esti zamknęła za nami drzwi. Odgłosy fiesty wreszcie ucichły.
Aż do tego momentu informacja o znalezieniu dwóch ciał zaledwie obijała mi się po głowie, nie przyjąłem jej do końca do wiadomości, za bardzo kontrastowała z panującą wokół radosną, beztroską wrzawą. Kiedy tylko zamknęły się drzwi, klasztorna cisza i słabe światło rzucane przez reflektory na drewniane schody prowadzące do krypty sprawiły, że wszystko wydało mi się bardziej rzeczywiste. Aczkolwiek niepożądane.
– No już, bierz kask. – Podała mi jeden z białych kasków z logo fundacji, które kazano zakładać turystom zwiedzającym katedrę. – Przy twoim wzroście na pewno walniesz się w głowę.
– Nie zakładam żadnego kasku. – Zająłem się lustrowaniem dziedzińca.
– To obowiązkowe. – Nie ustąpiła i ponownie wyciągnęła w moją stronę białe paskudztwo, muskając palcami grzbiet mojej dłoni.
To była taka nasza gra, w której obowiązywała tylko jedna zasada: „Ani kroku dalej”. Choć tak naprawdę istniała jeszcze druga, uzupełniająca: „Nie pytaj. Ani kroku dalej”. Dwa lata bez postępów wyznaczyły status quo, ustaliły charakter naszych relacji, skądinąd bardzo dobrych. Miało to także związek z tym, że Esti szykowała się do ślubu, a ja byłem wdowcem, odkąd… Zresztą nieważne.
– Mięczak – mruknąłem i wziąłem plastikowy kask.
Weszliśmy po krętych schodach, zostawiając za sobą makiety osady Gasteiz, na której miejscu wzniesiono potem Vitorię. Estíbaliz przystanęła, żeby odszukać klucz, który miał nam umożliwić wstęp do wnętrza Starej Katedry, jednego z symboli naszego miasta, odnawianej i łatanej więcej razy niż mój dziecięcy rowerek. Przywitał nas widniejący po prawej stronie napis: OTWARTE Z POWODU REMONTU.
Znałem wszystkie symbole swoich rodzinnych stron, miałem je wyryte w płacie skroniowym, odkąd dwadzieścia lat i cztery miesiące temu podwójna zbrodnia z dolmenu wstrząsnęła całym pokoleniem mieszkańców Vitorii.
Dolmen Chatka Czarownicy, celtycka osada La Hoya, rzymskie saliny w Añanie, średniowieczne mury… Taką scenerię wybrał seryjny morderca, za którego sprawą Vitoria i prowincja Álava trafiły do kronik kryminalnych dzienników telewizyjnych na całym świecie. Szczególna, makabryczna oprawa zbrodni wzbudziła niezdrowe zainteresowanie do tego stopnia, że organizowano nawet specjalne trasy turystyczne.
Miałem wtedy dwadzieścia lat, ta sprawa tak mnie wciągnęła, że postanowiłem zostać policjantem. Na bieżąco śledziłem przebieg dochodzenia z zachłannością, jaką potrafiłby zrozumieć jedynie inny monotematyczny dwudziestolatek. Analizowałem nieliczne informacje publikowane w „El Diario Alavés” i myślałem: „Ja zrobiłbym to lepiej. Działają nieudolnie, nie biorą pod uwagę najważniejszego: motywu, przyczyny”. Otóż to: w wieku dwudziestu lat uważałem się za sprytniejszego niż policja. Teraz myślę, że byłem wtedy strasznie naiwny.
Prawda uderzyła we mnie mocniej niż cios boksera, ogłuszyła mnie, podobnie jak resztę kraju. Nikt nie przypuszczał, że mordercą okaże się Tasio Ortiz de Zárate. Nie przejąłbym się, gdyby zrobił to ktokolwiek inny: mój sąsiad, siostra klaryska, piekarz, a nawet sam burmistrz. Nie przejąłbym się.
Ale nie on, nasz miejscowy bohater, ktoś więcej niż idol: wzór do naśladowania. Medialny archeolog, gospodarz programu telewizyjnego o rekordowej oglądalności, autor książek historycznych i powieści kryminalnych, które wyprzedawały się w ciągu kilku tygodni. Tasio był najbardziej charyzmatycznym i czarującym człowiekiem, jakiego w ostatnich dekadach wydała na świat Vitoria. Błyskotliwy, przystojny – jak twierdziły zgodnie wszystkie kobiety – a do tego podwójny.
Owszem, podwójny.
Bo było ich dwóch do wyboru. Tasio miał jednojajowego bliźniaka, identycznego nawet pod względem manikiuru. Byli nie do odróżnienia. Optymiści, z dobrej rodziny, weseli, rozrywkowi, wykształceni, o nienagannych manierach… W wieku zaledwie dwudziestu czterech lat mieli u swoich stóp całą Vitorię, a przed sobą przyszłość, która zapowiadała się bardziej niż świetlanie: gwiaździście, stratosferycznie.
Bliźniak Ignacio poszedł ścieżką prawa: wstąpił do policji, kiedy ta przechodziła swój najcięższy okres, był najuczciwszym gliną, jaki kiedykolwiek u nas pracował. Nikt nie przypuszczał, że losy braci potoczą się, tak jak się potoczyły. Wszystko – podkreślam: wszystko – było zbyt obrzydliwe i okrutne.
To, że jeden brat znalazł niepodważalne dowody na to, że jego bliźniak jest najbardziej poszukiwanym seryjnym mordercą od czasu przywrócenia demokracji, to, że sam musiał wydać nakaz aresztowania, choć do tego czasu byli nierozłączni jak bracia syjamscy… Ignacio został człowiekiem roku, powszechnie poważanym bohaterem, który miał odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność i zrobić to, na co zdobyłoby się niewielu z nas: wsadzić za kratki członka własnej rodziny.
W związku z czym nasunęło mi się niepokojące pytanie. Lokalne gazety, „El Diario Alavés” i „El Correo Vitoriano”, dwaj śmiertelni wrogowie, w ostatnich dniach stale przypominały, że za kilka dni Tasio Ortiz de Zárate wyjdzie na swoją pierwszą przepustkę po dwudziestu latach spędzonych w więzieniu. I właśnie teraz, akurat właśnie teraz miasto o najmniejszym wskaźniku przestępczości w północnej Hiszpanii zdobywało dwa punkty w makabrycznej statystyce?
Potrząsnąłem głową, jakby ten gest miał odegnać ode mnie demony. Przykazałem sobie zostawienie wniosków na później i skupienie się na tym, co zastanę w środku.
Weszliśmy do odnowionej krypty, sufit był tak niski, że faktycznie musiałem się schylić. W środku pachniało jeszcze świeżym drewnem. Ostrożnie stąpałem po płytach z szarego kamienia, gładkich, prostokątnych, tak perfekcyjnych, że mogły być jedynie wytworem jakiejś XXI-wiecznej maszyny. Wyglądały na nowe, szkoda było je brudzić. Przed nami wznosiły się dwie potężne kolumny uginające się pod ciężarem mijających stuleci, prawdziwe podpory starej, zapadającej się katedry.
Na widok dwóch leżących nieruchomo ciał poczułem mdłości. Omal nie zwymiotowałem.
Omal.
Technicy w białych kombinezonach i ochraniaczach na butach już od jakiegoś czasu oglądali miejsce zbrodni. Rozstawili kilka lamp, żeby oświetlić ciemną kryptę, wyglądało na to, że skończyli robić zdjęcia – na podłodze leżało jeszcze kilka przymiarów. Estíbaliz poprosiła o szkic miejsca zdarzenia i podała mi go po uważnym przestudiowaniu.
– Powiedz mi, że nie mają po dwadzieścia lat – poprosiłem błagalnym tonem.
Wszystko jedno ile, byle nie dwadzieścia.
Poprzedni morderca zatrzymał się na piętnastu latach: cztery pary dzieci obojga płci, nagie, delikatnie dotykające dłońmi policzka partnera. Niedorzeczny gest czułości, którego nikt dotąd nie zdołał wytłumaczyć, ustalono bowiem, że ofiary się nie znały. Wszystkie miały złożone, typowe dla Álavy nazwiska: López de Armentia, Fernández de Retana, Ruiz de Arcaute, García de Vicuña, Martínez de Guereñu…
W dolmenie Chatka Czarownicy w pobliżu miasteczka Elvillar znaleziono martwe ciała dwojga noworodków. Niedługo później w ruinach celtyberyjskiego grodu La Hoya w gminie Laguardia odkryto zwłoki pięciolatków. Pocieszających się nawzajem dotykiem dłoni, ze wzrokiem wpatrzonym w niebo.
W Słonej Dolinie w Añanie, gdzie od czasów Rzymian wydobywano sól, znaleziono ciała dziesięcioletnich chłopca i dziewczynki. Kiedy zbrodniarz dotarł do Vitorii i przy bramie średniowiecznych murów pojawiły się zwłoki piętnastolatków, panowała już taka psychoza, że ci, którzy mieli po dwadzieścia lat, siedzieli zamknięci w domach, grając z dziadkami w karty. Nikt nie miał odwagi przechadzać się po Vitorii, chyba że w grupie. Jakby wiek ofiar rósł wraz z historyczną chronologią naszego regionu. Wszystko bardzo archeologiczne, bardzo w stylu Tasia.
Potem go złapali. Inspektor Ignacio Ortiz de Zárate wydał nakaz aresztowania Tasia Ortiza de Zárate, najsłynniejszego i najbardziej uwielbianego archeologa w kraju. Tasio stanął przed sądem, został uznany za winnego popełnienia ośmiu zabójstw i trafił do więzienia.
Żniwa na vitoriańskich dzieciach zostały przerwane.
Głos Esti przywrócił mnie do teraźniejszości.