“Zimowy żołnierz” to powieść ukazująca I Wojnę Światową przez pryzmat frontowej medycyny. Jej pomysłowa fabuła osadzona jest w realiach Monarchii Habsburgów, zatem polskich wątków w niej nie zabrakło.


Wojskowa medycyna okresu I Wojny Światowej stanowi istotny element powieści „Zimowy żołnierz”, której główny bohater, pochodzący z polskiej rodziny arystokratycznej, rozpoczyna studia w tej dziedzinie tuż przed wybuchem tego konfliktu. Czytelnik będzie miał okazję śledzić jego poczytania w szpitalach polowych i pociągach szpitalnych, gdzie skomplikowane urazy fizyczne i psychiczne stanowią potworną codzienność.

Daniel Mason postawił sobie za cel stworzenie powieści realistycznej, a jednocześnie trzymającej w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. I cel ten udało mu się osiągnąć – co więcej, wykreowane przez niego zakończenie zaskoczy nawet doświadczonych miłośników powieści historycznych. Ale po kolei, najpierw wyruszamy na front.

Lucjusza Krzelewskiego na wojnę pognała ambicja. Ten pochodzący z mieszkającej w Wiedniu rodziny młody mężczyzna, student medycyny z bogatego domu, postanowił zaciągnąć się do wojska w nadziei na to, że w doskonale wyposażonym frontowym lazarecie będzie mógł uczestniczyć w licznych zabiegach, co pozwoli mu błyskawicznie zyskać wiedzę i zostać doskonałym lekarzem. Jego wyobrażenia zostają szybko zweryfikowane przez prawdziwe życie. Krzelewski dostaje przydział do wioski w Karpatach, gdzie brakuje wszystkiego poza pacjentami, z samym szpitalem włącznie. Żołnierze zwożeni są z pola walki wprost do zaadaptowanego na lecznicę kościoła, gdzie leczenie poszkodowanych sprowadza się czasami do amputacji uszkodzonych kończyn i nastawiania złamań, a głównie do czekania na śmierć.

Nieliczny personel nie ma ani odpowiednich leków ani narzędzi, by pomagać pacjentom, a sam Lucjusz Krzelewski jest jedynym lekarzem, gdyż poprzedni medycy opuszczali Lemnowice w popłochu, pokonani przez beznadziejność sytuacji. Krzelewski nieprzygotowany ani fachowo ani mentalnie do tego, co zastał, także skłonny byłby wziąć nogi za pas, gdyby nie Margareta, tajemnicza postać w zakonnym habicie, radząca sobie z pomaganiem pacjentom znacznie lepiej niż on i tytułowy zimowy żołnierz, którego Krzelewski za wszelką cenę chce wyleczyć.

Za pomocą losów fikcyjnych bohaterów Daniel Mason opowiada czytelnikom o przełomowych czasach w historii medycyny, kiedy wojna otworzyła lekarzom drzwi do licznych odkryć i dała impuls do szybkiego rozwoju w tej dziedzinie. Doktor Krzelewski personifikuje wysiłki tej grupy lekarzy, którzy starali się znaleźć sposób na opatrzenie ran psychicznych żołnierzy odrzucając dotychczasowe prymitywne i niehumanitarne metody postępowania z pacjentami wykazującymi zaburzenia mentalne.

Doktor Krzelewski personifikuje wysiłki tej grupy lekarzy, którzy starali się znaleźć sposób na opatrzenie ran psychicznych żołnierzy

Przywieziony zimą pacjent, który leży zwinięty w kłębek nie reagując na żadne próby kontaktu, budzi w lekarzu współczucie i zarazem nadzieję na dokonanie odkrycia, które pomoże postawić na nogi wielu jemu podobnych. Mason pisząc o ich wspólnych wysiłkach na drodze do zdrowia opowiada czytelnikom w przystępnej formie o podwalinach kładzionych pod znane nam dziś metody leczenia nerwic frontowych i zespołu stresu pourazowego ukształtowane właśnie w polowych szpitalach I Wojny Światowej.

Bohaterami „Zimowego żołnierza” kierują złożone motywacje prowadzące do skomplikowanych rezultatów. Krzelewski jest tak zaabsorbowany pragnieniem sukcesu w terapii, że traci z oczu realny ogląd sytuacji i podejmuje decyzję, której wynik będzie go prześladował już do końca życia. Margareta, skrywająca przedwojenny sekret, jest pragmatyczna i twarda, znosi frontową rzeczywistość z większą odwagą niż mężczyźni. Tytułowy żołnierz, człowiek zagadka, popycha relacje tych dwojga na nowe tory, ostatecznie sprawiając, że cała trójka będzie już na zawsze złączona osobliwą zależnością. A czytelnik nie odłoży książki, dopóki nie pozna finału tej historii, jestem tego pewien. Robert Wiśniewski

Daniel Mason, Zimowy żołnierz, Przekład: Katarzyna Karłowska, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 4 kwietnia 2019
 
 

Daniel Mason
Zimowy żołnierz
Przekład: Katarzyna Karłowska
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 4 kwietnia 2019
 

3

Zakonnica miała na imię Margareta. Nazwiska nie podała. Siostry od Świętej Katarzyny nie mają w zwyczaju tego robić, wyjaśniła z czasem. Nawet to imię przybrała razem ze ślubami, porzucając tym samym doczesne związki w życiem, które wiodła wcześniej. Jej twarz unosiła się w mroku kruchty i dopiero gdy Lucjusz obrócił się i zobaczył, że huzar uderza piętami swego konia i rusza do galopu („Uciekł”, stwierdził później), otworzyła drzwi szerzej, wymachem karabinu dając znać, że ma wejść do środka. A zaraz potem przycisnęła drzwi ramieniem.
Lucjusz stał teraz w absolutnych ciemnościach, gdy tymczasem ona zabezpieczała wejście, najpierw przekręcając żelazny zamek, a potem wsuwając ciężki rygiel w ucho. Kiedy obrócił się, idąc za odgłosem jej kroków, znowu usłyszał chrobotanie klucza i dźwięczne szczękanie mechanizmu zamka. A potem nareszcie, z karabinem rozkołysanym w ręku, wprowadziła go do mętnie oświetlonej nawy.
Lucjusz miał taki zwyczaj, że zaraz po wejściu do dowolnego domu Bożego spoglądał najpierw na majestat sklepienia, dlatego przestąpiwszy progi kościoła w Lemnowicach, odniósł wrażenie, że mocno mu on przypomina te dziesiątki drewnianych świątyniek, które zwiedzał w Tatrach, na zachód stąd, tyle że ta budowla, z ciężka kopułą i maleńkimi oknami bardziej nawiązywała do prawosławia. Sklepienie podtrzymywało sześć drewnianych kolumn, dyndały zeń dwa łańcuchy, na których dawniej musiały zapewne wisieć żyrandole. W transepcie w przeciwległym krańcu paliła się lampa karbidowa.
Pozostała część wnętrza tonęła w mroku.
Odgłosy i smród unoszący się w powietrzu skłoniły go do opuszczenia głowy. Gdzieś w ciemnościach ktoś jęczał głucho. Ktoś kasłał, ktoś rzęził. Śmierdziało czymś kwaskowatym, trochę zwierzęco, trochę jak od zgniłego mięsa. Wytężył wzrok. Tam, gdzie powinny stać kościelne ławy, zobaczył kopczyki z koców, ale dopiero gdy jeden się poruszył, dotarło do niego, że to ludzie.
Trzy rzędy liczące po piętnaście albo i dwadzieścia takich kopczyków.
Siostra Margareta zamknęła już drugie drzwi i stanęła u jego boku.
– Czy wolno mi coś powiedzieć? – spytała cicho.
Lucjusz przytaknął, ze spojrzeniem przykutym wciąż do leżących ciał.
– Pański poprzednik, doktor Szőkefalvi, Węgier – podjęła – zniknął dwa miesiące temu w okolicznościach, które pan doktor Leutnant zapewne zrozumie, bo powinien przecież.
Lucjusz odwrócił się ku niej, zdumiony sposobem, w jaki go nazwała – łącząc polski zwrot grzecznościowy z niemieckim stopniem wojskowym. Przez chwilę przyglądał jej się uważnie. Była co najmniej o głowę od niego niższa, a twarz miała okoloną fałdami nieskazitelnie wykrochmalonego welonu; schowany pod nim, opinający głowę czepek wciskał się w wydatne kości policzkowe. Jej oczy nieokreślonej barwy były dziwnie szkliste, a usta rozchylały się ze zniecierpliwieniem, jakby miała wielką potrzebę mówienia. Zgadywał, że jest od niego o rok albo dwa lata starsza. Z łańcucha na jej szyi zwisał ciężki klucz niczym krzyżyk i wyraźnie nie zamierzała rozstawać się z karabinem. Wyraźnie też czekała na jakieś jego błogosławieństwo.
– Tak, proszę mówić dalej – zachęcił ją.
Odciągnęła go na bok, by nie słyszeli jej żołnierze leżący na posadzce, i ciągnęła:
– Na początku było nas siedmioro, panie doktorze poruczniku: siostry Maria, Libusza, Elżbieta, Klara i ja oraz dwóch lekarzy, to znaczy jeden, który nie zasłużył, by wspominać go z nazwiska, oraz Szőkefalvi, biedny Szőkefalvi, któremu wybaczyłam. Byliśmy wtedy tylko zwyczajnym punktem pomocy doraźnej. Załatać i odprawić, jak powiadają. Dopiero we wrześniu w najwyższym dowództwie docenili nasze bezpieczne usytuowanie w dolinie i nadali nam rangę szpitala polowego, który miał przyjmować rannych z pól bitewnych i leczyć ich tak długo, aż będą gotowi do ewakuacji na tyły. Posiadaliśmy aparat rentgenowski, a także laboratorium bakteriologiczne i z pomocą codziennej modlitwy, ostrych noży i karbolu do odkażania ran wspaniale żeśmy służyli tym dzielnym młodym ludziom, którzy spełniają rozkazy tego małego, ziemskiego króla. Doglądaliśmy ich przez trzy miesiące: ofiary gniewu pocisków, szabel, haubic, ekrazytu i zatrutej ziemi. Wskrzeszaliśmy ludzi przestrzelonych na wylot najgorszymi kulami z diabelskiego cekhauzu, ludzi powalonych najstraszniejszymi materiałami wybuchowymi i kozackimi szablami, ludzi, którym podczas snu zima odebrała stopy i dłonie. Mieliśmy się czym poszczycić, panie doktorze, łzy napływają do oczu na samo wspomnienie. Nawet gdy wywieźli aparat rentgenowski do Tarnowa i nasza ostatnia kropla eozyny wyświetliła tajemnice ostatnich bakterii na szkiełku, nawet wtedy wychodziliśmy z tych prób zwycięsko. Wychodziliśmy z nich zwycięsko jeszcze przez dwa miesiące. Ale przy tylu modlitwach wznoszonych do nieba, doktorze, nie tylko tutaj, w Galicji, ale i znad Prypeci, z Bukowiny i Besarabii, a ponoć też, z tego, co ostatnio słyszałam, z jeszcze dalszych miejsc, z miast Flandrii, Friuli, Serbii i Macedonii, a i z samej wielkiej Warszawy, o tak, gdy tyle ust przemawia do nieodmiennie uważnych uszu naszego Pana, a Jego aniołowie harują bez chwili wytchnienia, zmieniając tory pocisków swym anielskim oddechem i użyczając ciepła zamarzniętym ciałom przysypanym śniegiem… o tak, gdy tyle ust przemawia do niebios, nie można oczekiwać, że Jego opieka będzie wieczna. Dlatego właśnie wybaczyliśmy Mu i nie odwróciliśmy się od Niego, gdy posłał swoje anioły do Przemyśla i jego oblężonej twierdzy, porzucając nas na łasce i niełasce wszy. – Urwała.
To ostatnie słowo wypowiedziała z odrazą, która na chwilę odmieniła jej twarz. – Pan doktor dobrze wie, czym jest wesz. Ja poznałam ją aż za dobrze w dzieciństwie, zresztą przystała do nas tutaj już w pierwszych dniach. A jednak nigdy nie miałam z nią do czynienia w takiej obfitości jak w tymże domu modlitwy. Im dłużej trwała ta wojna, tym większe spadały na nas plagi. Nigdy, przenigdy, doktorze, nie widziałam tak niezwyczajnej płodności u żadnego zwierzęcia; w rzeczy samej w chwilach, gdy najbardziej ubywało mi wiary, zastanawiałam się, czy wesz nie jest aby tym dziecięciem, które Bóg ukochał najbardziej. Przecież zdawało się czasami, że gdyby ktoś usunął całą materię z naszej ziemskiej dziedziny, pozostawiając tylko wesz, to i tak kontury Ziemi nie byłyby widoczne. Och, panie doktorze, jako dziecko wyobrażałam sobie, że zwierzęta Noego to posłuszne, czyste stworzenia, o delikatnej, słodko pachnącej sierści i miękkich pyszczkach. Błąd! Teraz już wiem, że wszystkie musiały być dotknięte plagą, że nie tylko szczur, ale także lew i łasica, a nawet paskudna żyrafa same w sobie były istnymi arkami dla robaków, kleszczy i wszy. Nawet pan sobie nie wyobraża, doktorze, jak wielkiej inwazji ulegli nasi ludzie. Wszędzie! Na każdej warstwie odzienia, w każdym ściegu i szwie. Kłębiły się w skupiskach, roiły, miesiły, podobne do żaru w palenisku. Oblepiały grudami nasze grzebienie, były jak mokry metal. Och, czcigodny panie doktorze, diabeł nie doskonalił się tak nigdy wcześniej, nawet w czasach nieszczęsnego Hioba! Bo przecież gdyby ta bestia naprawdę chciała poddać sprawdzianowi wiarę tego człowieka, to dałaby mu polowy opatrunek z Galicji. Nie, nic tak nie pobudza wszy jak wilgotny, ciepły opatrunek założony na ranę, nictak nie pobudza jej do kazirodztwa. Opatrunek nałożony tydzień wcześniej we Lwowie roi się od tylu tych stworzeń ogarniętych rują, że słychać cichy łomot skrzepów spadających na podłogę. – Tu zaczerpnęła oddechu. – Wesz, rzecz jasna, zadaje tortury, ale samopas nie zabija; już ja to dobrze wiem. Pierwszy przypadek tyfusu pojawił się w grudniu, doktorze. Wciąż pamiętam tego chłopca, ciepło jego skóry, wysypkę, która rozlewała się po piersi i członkach, te osobliwe myśli, które zakradały się do jego umysłu i sprawiały, że co raz pokrzykiwał. Robiliśmy, co w naszej mocy, a jednak nie dało się go uratować i nie minęło wiele czasu, gdy drugi żołnierz, o tam – wskazała oddalony zakamarek – i trzeci… o tam… i czwarty… tam… skonali na tę chorobę. Pracowaliśmy dniem i nocą, by ich ratować, a jednak żadne ilości wapna ani też krezolu nie mogły ich oczyścić. Żadna kwarantanna nie dała rady zatrzymać tego natarcia. I nieważne, jak mocno ściągaliśmy na sobie ubrania – i tu omiotła spojrzeniem brzegi swojego welonu – wszystko na nic. Zawsze, gdy wieczorami badałyśmy sobie skórę, ja u Libuszy, Libusza u Elżbiety, Elżbieta u Klary, a Klara u mnie, znajdowałyśmy te stworzenia na naszych ciałach. Och! Tak właśnie wyglądały sprawy, panie doktorze, gdy strach przed nią po raz pierwszy zakradł się do serca poczciwego węgierskiego doktora Szőkefalviego. Nawet teraz czuję tyle miłości do Szőkefalviego, który miał tak wiele książek i tak cierpliwie uczył nas, jak się pielęgnuje chorych, który tak niewinnie żartował, że wspomoże nas w dziele odwszawiania. Z początku nie poddawał się, mężna dusza! Sama dobrze znam ten potworny lęk, który chwytał go, gdy stawał przy stole operacyjnym i czuł ją na sobie. Widziałam jego zmagania, by wrócić myślami do pacjenta. Ale nie ma ucieczki, gdy już się ją poczuje; nie można powstrzymać swędzenia, o nie, panie doktorze poruczniku: najcieńszy włos, najlżejsze łaskotanie wełny wystarcza, by na skórę wpełzła cała armia. Nawet teraz, gdy opadam z sił, wyobrażam ją sobie, jak wpełza na moje kolano, jak wspina się dalej tymi kłującymi odnóżami i z dociekliwym językiem. Och, tylko nie to! Nie, panie doktorze poruczniku Krzelewski: żeby przetrwać, trzeba się uczyć dawać odpór takim fantazjom. Ale biedny Szőkefalvi się nie nauczył. Widziałam, jak podryguje w samym środku operacji, w rękawiczkach mokrych od krwi. Z początku nie były to gwałtowne ruchy, zapewniam pana, ot, zastygał ze skalpelem w ręku, ale wiedziałam, że on ją czuje, że już zaczęła pełzać gdzieś po zagłębieniach jego przyodziewku. Po nodze, po stopie, po brzuchu, a on mimo to od nowa zaczynał ciąć, ale ona dalej pełzła, więc przestawał, a potem znowu ciął i znowu przestawał, aż w końcu znienacka odkładał skalpel, zdzierał rękawiczki i trzęsącymi się dłońmi, dawniej takimi pewnymi, tarł z całej siły po ubraniu, walcząc z tym poniżającym swędzeniem. Z początku zresztą przestrzegał nakazów skromności i szedł prędko do zakrystii, by zdjąć odzienie, ale w miarę jak mijały tygodnie, dziczał, robił się taki znękany, że zapominał o mojej obecności i obnażał te partie ciała, których pokazywać nie należy. – Spojrzeniem przewiercała teraz Lucjusza na wskroś. – Czy pan doktor wyobraża sobie, co ja przeżywałam? Ja też czuję, gdy ona po mnie pełza, doktorze, ale należę do zakonu, którego powołaniem jest opieka nad chorymi, i jeśli mi pisane padać ofiarą jej ukąszeń, to niech i tak będzie. Nie wyzbędę się swojej godności. Święta Katarzyna zjadała strupy chorych, dlatego więc ja pozostanę silna w obecności mych podopiecznych. To mój obowiązek. Nie lękam się widoku rozbitej czaszki. Nie wzdragam się na widok gangreny. Nigdy! Ja nie widzę przed sobą śmierci, panie doktorze, ja widzę lśnienie mojej niebiańskiej korony. Nie słyszę straszliwych wrzasków, tylko ten chór, który mnie powita. A kiedy czuję na sobie wesz, to nie wpycham rąk pod habit niczym portugalski orangutan, tylko kieruję swe myśli ku memu Ojcu na Jego tronie. Ale Szőkefalvi, doktorze, pochwycony w szpony strachu, nie był taki silny. Nigdzie nie był bezpieczny. Nawet wśród pól, podczas spacerów, widziałam, jak rozdziera ubranie, jak szaleńczymi ruchami zrywa je z siebie mimo zimna. Słyszałam nieraz, jak szlochał po nocach, jak błagał naszego szkodnika, żeby zostawił go w spokoju. Mył się tak często krezolem, że zaczęła mu się łuszczyć skóra, co tylko pogorszyło sprawy, bo nie dawało się orzec, czy to wesz czy też jego własne umęczone ciało drażni mu mózg. A jednak żadne słowa nie mogły go nakłonić do zmiany postępowania.
Urwała. Czekała teraz chyba na jakąś reakcję Lucjusza.
– A czy ten lekarz, Szőkefalvi, wyjechał? – spytał po prostu.
– W grudniu. – Zniżyła głos. – Jeśli pan wybaczy, doktorze, swojej służebnicy za śmiałość w wyrażeniu opinii, myślę, że postradał rozum. Któregoś ranka obudziłam się i już go nie było. Tylko co ja tam wiem? Pan doktor Leutnant studiował w Wiedniu, w wielkim mieście. Może słyszał pan tam o tego rodzaju szaleństwie?
Lucjusz tylko omiatał wzrokiem przepastne wnętrze.
– A inne pielęgniarki?
– Inne pielęgniarki, panie doktorze?
– One też uciekły?
– Ależ skąd. Siostra Maria zmarła na tyfus, Libusza zmarła na tyfus i Elżbieta też na tyfus. Wszystkie prócz siostry Klary odeszły do naszego Pana. Wesz zostanie osądzona. Och, minęło tyle tygodni, odkąd miałam jakieś towarzystwo. Muszę przeprosić za gadulstwo… cierpię na tę przypadłość od dziecka, a przez samotność jeszcze się pogorszyła. Są sanitariusze i kucharze. I oczywiście mam też pacjentów: wszyscy oni to bratnie dusze, ale trzeba zachowywać ostrożność, gdy jest się jedyną kobietą, trzeba dawać odpór afektom, by nie naśladować smutnego losu siostry Klary i nie zostać przyłapaną w zakrystii na akcie naśladowania małżeńskiego życia. – Na jej twarzy wykwitł przelotny rumieniec, widoczny nawet w tak skąpym świetle. – Że też ja muszę tyle mówić! Pan doktor pewnie życzy sobie odpocząć. Czy mogę pokazać panu jego kwaterę?
Spojrzała na niego. Było to proste pytanie, ale w tym momencie Lucjusz nie myślał o niczym innym jak o powrocie do domu, chociaż nie miał pojęcia, jak miałby wrócić – huzar zniknął, a od stacji kolejowej dzieliły go dwa dni i zima. Ale z pewnością istniały jakieś sposoby, żeby się wywikłać z tej sytuacji. Należało po prostu wszystko wyjaśnić: jeszcze nie jest prawdziwym lekarzem, w sztabie służby medycznej popełnili błąd – gdyby tak przysłali jeszcze innych lekarzy, to pewnie mógłby tu wrócić i pomagać. Ale sam? Nie… wykluczone.
Siostra Margareta z pewnością zrozumie. Na pewno doskonale wie, że w sztabie panuje indolencja i że ta wojna to coraz większe fiasko; na pewno słyszała, że cała Trzecia Armia została wysłana na nie ten front co trzeba, musiała widzieć te buty z kartonu i letnie mundury fasowane przez oddziały walczące w górach. I jeśli nie powie jej tego teraz, to tak czy owak jego niekompetencja prędko wyjdzie na jaw; tylko dotknie skalpela i siostra Margareta z miejsca się zorientuje, że…
– Siostro… – Zawiesił głos. Bo co mógł powiedzieć? „Z całego serca przepraszam? Doszło do pomyłki? W życiu nikogo nie operowałem, leczyłem tylko dwóch pacjentów, jeden miał ucho zatkane woskowiną, drugi zwężenie cewki moczowej od zakażenia tryprem”? Sterczał w mętnym świetle, czując na sobie nie tylko jej spojrzenie, ale także spojrzenia żołnierzy leżących na posadzce. Primum non nocere. Tylko co to oznaczało w tym miejscu? Że zaszkodzi bardziej, jeśli wyjedzie? Oni też się o to nie prosili, pomyślał. Nie prosili, by ich wysyłać w zimę bez szyneli. Też byli nieprzygotowani.
Najbliżej leżał młody mężczyzna z obandażowaną głową; jednym otwartym okiem łypał tak błagalnie, że Lucjusz odruchowo spojrzał w inną stronę. Nadzieja, wdzięczność, ale też coś więcej. Zrazu trudno było wyczytać, co takiego, ale w końcu zobaczył, że to żądanie. A właściwie to nie. To było oczekiwanie. A może groźba? Co by zrobili ci chorzy żołnierze, gdyby powiedział, że nie może im pomóc? Przecież jest ich tak wielu.
– Panie doktorze?
Odwrócił się znowu w jej stronę.
– Najważniejsze dla pacjentów to nie odstępować od planowych procedur. Co Szőkefalvi robił zwykle o tej porze? – Jego słowa padały jakby z cudzych ust.
– Obchód, panie doktorze. Jeśli nie było żadnych nagłych przypadków, to wieczorem robił obchód. – Powiedziała to cichym głosem, ze słyszalną ulgą; w oczach, w których chyba wezbrały łzy, jarzyła się mikra konstelacja odbitych świateł świec.
– No to nie traćmy już czasu.
– To zostanie pan? Zostanie pan, nawet jak ją pan poczuje?
Lucjusz już ją czuł. Od chwili, gdy Margareta zaczęła ją opisywać, czuł, że po jego skórze pełzają ciarki, i robił wszystko, co w jego mocy, by nie zacząć zdzierać z siebie ubrania.
– Każdemu z nas jest pisana jego godzina – wymamrotał, przekonany, że siostra Margareta powiedziałaby właśnie coś takiego. Coś, w co jeszcze chwilę wcześniej za nic by nie uwierzył.
Zarzucił plecak na ramię i siostra poprowadziła go jedną ze ścieżek między pacjentami. Po drodze wszystko mu objaśniała.
– Są prowizorycznie podzieleni na oddziały. W głównej nawie trzymamy lżejsze przypadki: złamania i amputacje. Operujemy na skrzyżowaniu naw, tam światło jest najlepsze. W południowym transepcie kładziemy umierających, bo tam są niewidoczni dla innych. W prezbiterium leżą ranni w głowę, tam można ich obserwować.
Lampy wisiały w równych odstępach. Lucjusz zauważył teraz, że na ścianach namalowane są sceny biblijne: Arka Przymierza, wąż, sceny ukrzyżowania w krajobrazach przypominających karpackie wioski, wszystko oplecione łacińskimi sentencjami. Pozłacani święci nad kolumnadami. Sąd Ostateczny na ścianie oddzielającej prezbiterium od zakrystii, płonące drzewo otoczone ornamentem z mnichów i skrępowanych grzeszników maszerujących po języku diabła.
Zatrzymali się na końcu nawy, pod sceną Zwiastowania. W posadzce północnego transeptu znajdował się lej po bombie, na oko metrowej głębokości. Jego wnętrze pokrywała cienka warstewka śniegu, podobnie zresztą jak schody ambony. Zorientował się teraz, że światło, które zauważył wcześniej, pada z poszarpanego otworu w wysokim sklepieniu, niezbyt skutecznie załatanego deskami i brezentem. Siostra Margareta nic nie powiedziała.
– Co się stało? – zapytał, wskazując ręką.
Czepek pod welonem wpił się w jej skronie, kiedy się uśmiechnęła.
– Co się stało, panie doktorze? Ano to się stało, że w dachu jest dziura i w podłodze też. – I tu zaczęła się głośno śmiać, jakby nigdy w życiu nie słyszała zabawniejszego pytania.
Postawił plecak obok ambony, a ona mówiła dalej. W kościeleMatki Boskiej Lemnowickiej leżało z grubsza licząc sześćdziesięciu pacjentów. Większość służyła w Trzeciej Armii, ale byli też inni, bo za górami znajdowały się garnizony pułkowe. Ostatni transport ludzi przybył w ubiegłym tygodniu – szesnastu żołnierzy, w tym trzech już nie żyło, a pięciu miało rany nakazujące natychmiastową amputację. I od tamtego czasu już nic się nie działo. Wojna się oddaliła, powiedziała. Tak to już z nią jest. Bywało, że walki toczyły się gdzieś bardzo blisko, i wtedy słyszeli odgłosy wystrzałów z karabinów, ale kiedy indziej tylko wybuchy z daleka. Raz to nawet Rosjanie zajęli wieś. A innym razem zastanawiała się, czy aby świat nie zapomniał o ich istnieniu. Jakież by to było błogosławieństwo!
We wsi zostało jeszcze trochę ludzi – same kobiety, Rusinki, które dawniej przyznawały się do więzi z Rosją, póki Rosjanie nie wywieźli wszystkich mężczyzn, gdy się stąd wycofywali. Szpital miał dość żywności, żeby przetrzymać zimę; prócz racji dostarczonych po raz ostatni w połowie stycznia w kościele były zapasy ziarna i rzepy, słonecznika, ziemniaków i buraków. Jeśli zaopatrzenie będzie wciąż przybywało, to dadzą radę przetrwać przednówek, tę najcięższą z pór roku, a potem przyjdzie lato, będą jabłka i gruszki, mogliby uprawiać coś na polach, posiać pszenicę…
Lucjusz przestał słuchać.
– Doktor Szőkefalvi wyjechał w grudniu?
– W grudniu, doktorze.
– Dwa miesiące temu.
– Tak, dwa.
– Ale przed chwilą siostra powiedziała, że były amputacje…
– Od grudnia było czterdzieści amputacji wykonanych u dwudziestu trzech mężczyzn, panie doktorze. Osiem nóg nad kolanem, piętnaście poniżej. Dziesięć rąk nad łokciem i sześć poniżej. I jedna żuchwa, która tego nie przeżyła.
Lucjusz patrzył teraz wprost na nią, z sercem bijącym coraz mocniej.
– A kto, siostro Margareto, dokonywał tych amputacji?
– On, panie doktorze. – I tu świątobliwie wywróciła oczy w stronę otworu w północnym transepcie.
Lucjusz nie oderwał od niej spojrzenia.
– A czyją On rękę prowadził, siostro?
Uniosła drobne dłonie, prawie o połowę mniejsze od jego dłoni.
– I ci pacjenci są tutaj?
– Tak.
– Wszyscy?
– Wszyscy, którzy przeżyli, a nie zostali ewakuowani. Tak, są tutaj.
– To ilu przeżyło, droga siostro?
– Przeżyło czternastu, panie doktorze.
– Czternastu z… dwudziestu trzech. – Urwał, myśląc o krakowskich lazaretach, o tym, ile trupów wywożono z nich dzień w dzień. – Niezgorszy wynik w dziedzinie przeżywalności.
– Prawda, doktorze.
– I Bóg pracował tylko z pomocą tej pary rąk?
Chwila milczenia, lękliwy uśmiech, jakby teraz do niej dotarło, do czego mu się przyznała.
– Siostro?
– Bóg daje nam morfinę i eter, doktorze.
– O tak – odparł Lucjusz, szeroko otwierając oczy. – Tak, tak. Zaiste.