Jaka jest rola singielek we współczesnym świecie? Czego pragną te kobiety? Co jest dla nich najważniejsze? Therese Bohman ma odwagę stawiać te pytania i razem z czytelnikiem szukać na nie odpowiedzi.


O zmierzchuKarolina Andersson, badaczka modernizmu cieszącą się uznaniem w środowisku historyków sztuki, jest w średnim wieku, nie ma dzieci ani stałego partnera i nie czuje się w życiu spełniona. Pewnego dnia pod opiekę pani profesor trafia młody doktorant twierdzący, że odkrył nieznaną dotąd, niezwykle utalentowaną malarkę. Czy wreszcie nadszedł długo oczekiwany przełom w życiu Karoliny?

Therese Bohman stworzyła bohaterkę podobną do naszych znajomych i przyjaciółek. Jaka jest rola singielek w średnim wieku w naszym społeczeństwie? Czego pragną te kobiety, kogo szukają? Co jest w życiu najważniejsze? W powieści nominowanej do prestiżowej Nagrody Augusta autorka próbuje odpowiedzieć na te skomplikowane pytania.

***

Poruszająca i inna niż dotychczasowe powieść o samotności w wielkim mieście, o relacjach, które nie zaspokajają potrzeby bliskości, o ciele, pożądaniu i o intelekcie. Bohman w mistrzowski sposób oddaje atmosferę współczesnego Sztokholmu, porównywano ją nawet do najsłynniejszego portrecisty tego miasta, Hjalmara Söderberga.
Katarzyna Tubylewicz

O takiej kobiecie nikt w Polsce nie zrobiłby serialu: niewierna, zbyt niezależna, za dobrze wykształcona. Dlatego przeczytajcie tę powieść.
Paulina Małochleb, „Książki na ostro”

Ileż to razy słyszałyśmy, że w pewnym wieku różnych rzeczy się nie robi? Najpierw jesteś na coś za młoda, później nagle za stara. Przede wszystkim ciągle jesteś kobietą. (…) «O zmierzchu» warto przeczytać, nawet jeśli nie jesteś kobietą po czterdziestce. W przypadku mężczyzn – zwłaszcza wtedy.
Natalia Szostak, Justyna Suchecka, „Krótka Przerwa”

W świecie, w którym hołduje się młodości i jędrności, kobiecym wdziękom bez cellulitu i fałdek, pojawia się opowieść o kobietach, o których zapominamy – nadal pięknych, wykształconych, samodzielnych i podejmujących decyzje wbrew oczekiwaniom społecznym.
„Literacka Kavka”

Ta psychologicznie intensywna podróż to obraz inteligentnej, odnoszącej sukcesy kobiety, zżeranej przez potrzeby, których – jak się obawia – nie potrafi zaspokoić.
„Publishers Weekly”

Therese Bohman to znana i ceniona pisarka szwedzka. Jest autorką trzech powieści, z których każda wzbudziła uznanie krytyków literackich w kraju autorki i za granicą. W 2016 roku jej trzecia powieść, O zmierzchu, otrzymała nominację do Nagrody Augusta, najbardziej prestiżowej szwedzkiej nagrody literackiej.

Therese Bohman
O zmierzchu
Przekład: Justyna Czechowska
Wydawnictwo Pauza
Premiera: 30 stycznia 2019
 
 

O zmierzchu


W  metrze było mnóstwo ludzi, między stacjami Slussen a Östermalmstorg musiała stać, ściśnięta pośród spoconych pasażerów. W całym wagonie śmierdziało. Pociągi wciąż jeździły według letniego rozkładu, co oznaczało o połowę mniej odjazdów niż zazwyczaj, mimo że większość urlopowiczów zdążyła już wrócić do miasta. Kończył się sierpień, a w Sztokholmie panował upał, ciężki i lepki. Lato było wyjątkowo gorące.
Kilka osób, które wysiadły na stacji Uniwersytet, utworzyło równy rządek na długich schodach ruchomych prowadzących do światła dziennego. Większość z nich to opalona młodzież, być może przyjechali, by się trochę zorientować w okolicy przed rozpoczęciem semestru, który miał nastąpić kilka dni później.
„Z każdym rokiem są coraz młodsi” – pomyślała jeszcze. Na pierwszy rzut oka oceniłaby ich wiek nawet na licealny. A mieli zacząć studia na Uniwersytecie Sztokholmskim, kilkoro z nich być może u niej. Spojrzała na chodnik prowadzący w stronę błękitnych wieżowców. Trudno to teraz stwierdzić, w letnich ubraniach wszyscy studenci wyglądali tak samo.
Jej wydział był odwrotnością metra, chłodny i cichy. Na końcu korytarza jakaś drukarka terkotała monotonnie, w powietrzu unosił się delikatny zapach papieru i niewietrzonych pomieszczeń. Dobrze się czuła na tym wydziale, chociaż był zupełnie pozbawiony splendoru, wykładziny PCV na korytarzach sprawiały, że wyglądał jak każda inna przestrzeń publiczna, siedziba gminy w mniejszym mieście, podstawówka czy przychodnia. Sam budynek był urokliwy, cegła pokryta bluszczem, jeden z niewielu dostojnych domów na terenie kampusu. Ubóstwiała tabliczkę przy drzwiach gabinetu, KAROLINA ANDERSSON, PROFESOR, HISTORIA SZTUKI, chociaż nie przepadała za swoim imieniem. Nudne, zwyczajne imię z lat siedemdziesiątych, pozbawione tajemniczości, łatwo je zapomnieć, ale uważała, że tytuł za nazwiskiem dodaje mu nieco splendoru. Kiedyś z pewnością przywyknie do „profesor, historia sztuki”, ale jeszcze nie teraz.
W gabinecie było duszno, na chybił trafił przekręciła gałkę klimatyzatora, a może grzejnika, nie potrafiła się połapać, czy ten sprzęt w ogóle działa. Otworzyła okno. Widziała przez nie Muzeum Historii Naturalnej, budynek, którego widok nigdy się jej nie znudził. Dawno tam nie była, dziesięć, może piętnaście lat. Może nawet dwadzieścia. Często przerażało ją, jak szybko minął ten czas. Lata, od kiedy zdała maturę i wyprowadziła się z domu, przemknęły w mgnieniu oka w porównaniu z długim dzieciństwem i okresem nastoletnim, które zdawały się trwać w nieskończoność.
Gdy pracowała w weekendy, przyglądała się, jak sznury rodzin z dziećmi podążają ścieżką od stacji metra do muzeum, wszyscy pełni entuzjazmu, że niebawem obejrzą film o kosmosie albo o Antarktydzie, szkielety wielorybów, modele dinozaurów, wypchane zwierzęta. Na pewno była tam ponad dwadzieścia lat temu, raczej dwadzieścia pięć. Naprawdę powinna znów wybrać się do muzeum. Może jutro. Z pewnością panuje tam przyjemny chłód.
Kilka godzin spędziła na przeglądaniu poczty i czytaniu e-maili. Najwięcej było informacji na temat najróżniejszych imprez, wykładów gościnnych, grantów, o które można się ubiegać. Jadłospis na najbliższe tygodnie w wydziałowej stołówce, w której nigdy nie jadała. Pierwsze zebranie rady wydziału. I jeszcze e-mail od jednego z jej doktorantów, napisany niechlujnie i wysłany późno poprzedniego wieczoru.
Przeciągnęła się, po czym wstała, żeby przynieść sobie kawę. W całym budynku panowała ospała atmosfera, beztroska późnego lata, która zaledwie za kilka dni miała się zmienić w codzienność i stres. Najbardziej lubiła przebywać na wydziale, kiedy było tam pusto. Właściwie całą Wielkanoc przesiedziała przy biurku, zanurzona w pracy. Miło to wspominała.
W pomieszczeniu socjalnym Peter Tallfalk czekał, aż jego kubek napełni się kawą. On również był profesorem. Tallfalk to nazwisko, które przyjął kilka lat temu, po ślubie. Karolinie podobało się to nazwisko, niby eleganckie, a jednak brzmiało jak imię postaci z książki dla dzieci. Pan Tallfalk, pan Sosnowy Sokół.
Peter był miły, to jeden z jej ulubionych kolegów z pracy. Miał koło sześćdziesiątki i zajmował się ikonologią w duchu Panofskiego, co wydawało się staromodne pośród wszystkich projektów badawczych poświęconych współczesności. Petera interesowały przede wszystkim grafiki, zwłaszcza renesansowe, darzył je niezwykłą estymą. Miał wygląd myszy, był raczej gryzoniem niż sokołem.
Ucieszył się na jej widok.
– Jak minęło lato? – spytał, gdy Karolina włączyła przycisk automatu do kawy.
– W porządku. – Ociągała się z odpowiedzią. – Zajmowałam się głównie przeprowadzką.
Przytaknął ze współczuciem.
– No tak. Ale już się urządziłaś?
– Nie wiem, czy można to tak nazwać. W każdym razie wszystko rozpakowałam. Nawet pomalowałam ściany. Wreszcie zapanował tam jakiś ogólny ład.
Wykrzywiła twarz w grymasie udającym uśmiech, ponieważ mina Petera nie przestała wyrażać szczerego współczucia.
Przeprowadzka odbyła się z dużego, trzypokojowego mieszkania w Vasastanie do niewielkiej dwójki na Södermalmie. Zmiana dotyczyła także stanu cywilnego, z jedenastoletniego związku do życia singielki, wiedziała, że minie sporo czasu, zanim się do tego przyzwyczai. Bardzo szybko przywykła jednak do współczujących spojrzeń, które mówiły: „Kobiety po czterdziestce nie zrywają z partnerami. Napytałaś sobie biedy”.
– Jesteśmy late bloomers, ty i ja – odezwał się Peter. – Jak najlepsi ludzie.
Uśmiechnęła się, wzruszona jego troską.
– Wpadnij któregoś wieczoru na drinka – zaproponował. – Posiedzimy na zewnątrz, mamy zamiar siedzieć tam całą jesień. Zainstalowaliśmy grzejnik. To znaczy, zamówiliśmy instalację, bo przecież mam dwie lewe ręce.

Karolina była przekonana, że mieszkanie wciąż dziwnie pachnie. Jakby jej zapach jeszcze nie do końca się tam zakorzenił. W pokojach unosiła się nieprzyjemna woń – uznała, że to tanie środki czyszczące firmy, która tu sprzątała.
Poza tym było jej dobrze, zupełnie biernie: to naprawdę ładne mieszkanie, choć nieco sfatygowane, adres zaś nie należał do jej wymarzonych. Mieszkanie kupiła jednak w czerwcu, kiedy na rynku nie ma większego wyboru, a zależało jej na tym, by móc się szybko wyprowadzić. Kamienica znajdowała się na końcu Folkungagatan, dokładnie w miejscu, gdzie ulica spada w dół w stronę Stadsgårdsleden i przystani promowej do Finlandii, ślepa kiszka Södermalmu, podupadła dzielnica. Naprzeciwko jej kamienicy stała jedna z niewielu stacji benzynowych w mieście. W salonie ze starymi oknami wychodzącymi na ruchliwą ulicę było głośno, szyby drżały, gdy z promów zjeżdżały ciężarówki i wybierały drogę do miasta przez Folkungagatan.
W ogłoszeniu napisano o „dużym potencjale”, co – jak rozumiała – w języku pośredników w obrocie nieruchomościami mogło oznaczać konieczność renowacji. Kilka lat wcześniej kamienica przeszła w ręce wspólnoty mieszkaniowej. Poprzednia lokatorka, starsza pani, która zmarła jakiś czas temu, najwyraźniej nie kierowała się kompulsywną potrzebą regularnego odnawiania domu, co było typowe dla pokolenia Karoliny. Mieszkanie nosiło więc widoczne ślady minionych lat, z okien i framug drzwi schodziła farba, trzeszczący parkiet wymagał cyklinowania, a w łazience leżała brudna winylowa wykładzina, z pewnością jeszcze z lat osiemdziesiątych, którą natychmiast należało wymienić.
Karolina jednak polubiła to lokum. Szybko poczuła się w nim jak w oazie: własny pokój, być może przestrzeń na jakiś nowy początek, chociaż ten skrywał się jeszcze daleko za horyzontem. Było to odpowiednie miejsce na okres bezplanowej konsternacji.
Pewnego lipcowego tygodnia przemalowała ściany.
Wszystkie pomieszczenia udekorowano niegdyś nudną jasną tapetą o dyskretnym wzorze, co wprawdzie jej nie przeszkadzało, ale tapeta była w niektórych miejscach poplamiona, a to odbierało mieszkaniu świeżość i pewnie po części dlatego tak tanio je sprzedano. Nie przykładała się do roboty, bez przekonania wyrównywała i szpachlowała, ubrana jedynie w T-shirt i majtki, ponieważ na zewnątrz temperatura dochodziła prawie do trzydziestu stopni Celsjusza, a w mieszkaniu nijak nie dało się zrobić przeciągu. Przez kilka tygodni powietrze w mieście stało w miejscu, upalne dni i noce, które spędzała z lekkim bólem głowy z powodu śmierdzącej farby. Położyła dwie warstwy sztokholmskiej bieli na niechlujnie zagruntowanej ścianie, następnie uchylała okna na cały wieczór, siedziała na niewielkiej wysepce, którą utworzyła z mebli na środku salonu, i piła zimne białe wino, przyglądając się, jak ćmy atakują drogie świeczki zapachowe, kupione w nadziei, że usuną smród farby.
– Teraz możesz sobie sprawić kota – powiedziała jej koleżanka, kiedy Karolina już się wprowadziła, ale nie chciała mieć żadnego kota, choć tak naprawdę je lubiła. Nie chciała być singielką z kotem, to zbyt stereotypowe i przygnębiające.
– Prędzej kochanka – odpowiedziała, obie się roześmiały, chociaż mówiła serio.

„Cześć, Karolino, zacznę od przeprosin, że tak długo milczałem. Pewnie się zastanawiałaś dlaczego. Chodzi o to, że podczas pobytu w Berlinie dotarłem do naprawdę ciekawego materiału. Ebba Ellis, która jest przedmiotem mojej rozprawy, okazała się postacią bardziej interesującą, niż przypuszczałem. Ponieważ jestem obecnie w Sztokholmie, chciałbym przedyskutować z Tobą układ pracy. Cieszę się, że jesteś moją promotorką. Pozdr. Anton”.