“Wybrzeże śmierci” to wspaniała powieść o fatalizmie ludzkiego życia, o przeszłości, która nieubłaganie do nas wraca, i o niestrudzonej walce człowieka o to, by zacząć od początku i zawsze iść na przód.


Wybrzeże śmierciGerminal Ibarra jest pozbawionym złudzeń policjantem prześladowanym przez sławę i własne sumienie.

Przed trzema laty poprosił o przeniesie na komisariat w La Coruñi, gdzie schronił się ze swoją melancholią po tym, jak rozwiązanie głośnej sprawy zabójstwa małej Amandy zrobiło z niego bohatera, którym nigdy nie chciał zostać i którym nigdy się nie czuł.

To pozorne odcięcie od świata i anonimowość zakłóca pewnej nocy telefon ze szpitala: jakaś poturbowana kobieta, która trafiła na oddział ratunkowy, wzywa go, by przyjechał z nią porozmawiać.

Trzy miesiące wcześniej w odludnym zakątku galisyjskiego wybrzeża pojawia się tajemnicza kobieta o imieniu Paola, uciekająca przed własnymi demonami. Wynajmuje pokój u Dolores, Portugalki o wrażliwej i udręczonej duszy, która bez zbędnych pytań przyjmuje ją pod swój dach i wprowadza do kręgu przyjaciół pomagających ulżyć jej samotności.

Te dwie historie są niczym statki, które płyną wprost na siebie po morzu; grozi im nieuchronne zderzenie.

Víctor del Árbol – powieściopisarz, laureat licznych nagród literackich w Hiszpanii i poza jej granicami. Uznawany za jednego z najwybitniejszych reprezentantów współczesnej hiszpańskiej sceny literackiej. Urodził się w Barcelonie w 1968 roku jako najstarszy z szóstki rodzeństwa. Przez pięć lat kształcił się w seminarium duchownym, po czym podjął studia historyczne na Uniwersytecie w Barcelonie. W latach 1992-2012 pracował jako urzędnik państwowy. Doświadczenie to uważa za jedno z najważniejszych źródeł inspiracji dla swojej twórczości.
Victor del Árbol opublikował powieści “El peso de los muertos” (2006), nagrodzony Le Prix du polar Européen “Smutek samuraja” (2011) “Niezagojone rany” (2013) oraz “Milion kropli” (2014).

Víctor del Árbol
Wybrzeże śmierci
Przekład: Joanna Ostrowska
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 13 lutego 2019
 
 

Wybrzeże śmierci


Piekło to są inni.
JEAN-PAUL SARTRE, Przy drzwiach zamkniętych

Szaleniec jest człowiekiem, który postradał wszystko oprócz rozumu.
GILBERT K. CHESTERTON, Ortodoksja

Wstęp

Malaga, lato 2007 r.

Germinal głęboko westchnął. Nigdy by nie przywykł do panujących na południu upałów. Były nie do zniesienia. Musiały być nie do zniesienia również dla ludzi przyzwyczajonych do wędrowania po tym pustkowiu. Po twarzy spływały mu krople potu, dokuczliwe jak mrówki, ale nie próbował już nawet ocierać ich wierzchem dłoni. Pozwalał, by zalewały mu bladoniebieskie oczy, kiedy omiatał wzrokiem równinę. W polu jego widzenia na tle horyzontu odcinała się jedynie kępa topoli, która na tej pustyni wydawała się fatamorganą. Kilka metrów dalej przebiegał rów irygacyjny, nad strumyczkiem brunatnej wody unosiła się chmara owadów. Lekki wietrzyk, którego szum zlewał się z bzyczeniem trzmieli, na próżno próbował tchnąć w to wszystko nieco życia.
Splunął na ziemię, odwrócił się do samochodu i otworzył drzwi od strony pasażera.
– Wysiadaj – nakazał Człowieczkowi; nie sposób było inaczej myśleć o tym bezbarwnym osobniku, który siedział skulony na fotelu i obserwował go ze strachem, przykładając zakute w kajdanki dłonie do opuchniętego policzka. Miał złamany nos i rozciętą wargę.
– Popełniłem błąd – wybełkotał.
Germinal powoli pokręcił głową, zdegustowany. To nie był żaden błąd, a czas na usprawiedliwienia już się skończył.
– Powiedziałem, żebyś wysiadł z samochodu!
Człowieczek poczuł w uszach siłę tego rozkazu, mimo to nie ruszył się z miejsca. Germinal musiał złapać go za poły i wyciągnąć z auta. Lekkie popchnięcie wystarczyło, żeby się zachwiał i upadł na twarz, wzbijając chmurę żółtawego pyłu. Nie pomógł mu się podnieść. Zaczekał, aż sam wstanie. Człowieczek drżał jak liść na chwilę przed oderwaniem się od gałęzi, nie budził w nim jednak ani krzty współczucia.
– Gdzie?
Człowieczek zamrugał i zmrużył oczy. Kajdanki wrzynały mu się mocno w nadgarstki, krew przestała dopływać do palców. Oślepiało go słońce, przekrzywił głowę, jakby chciał przed nim uciec. Niemrawo wskazał w kierunku topoli.
– W opuszczonym szałasie pasterskim.
– Prowadź.
Ruszyli równiną. Za drzewami i rozpadającą się chatą ciągnęło się to samo wyschnięte pustkowie i to samo bezchmurne niebo. Pozostałości szałasu pasterskiego wyrastały pośrodku niczego jak prehistoryczne ruiny albo opuszczony punkt kontroli granicznej. Ostała się tylko jedna z czterech ścian i niewielka studnia bez wody z zardzewiałym walcem.
Dwie przepiórki poderwały się do lotu, wystraszone pojawieniem się obcych.
Germinal powiódł dookoła nieufnym spojrzeniem, jakby obawiał się zasadzki. Kwestia przyzwyczajenia. Chwycił Człowieczka za łokieć i powoli podeszli do szałasu. Przyjrzał się ruinom. Zaschnięte odchody, przegniłe belki dachu, ślady po ognisku. Kawałki potłuczonej butelki mieniły się niczym fałszywe szmaragdy.
Pośrodku tego wszystkiego leżały zwłoki. Porzucone jak jeszcze jeden śmieć. Twarzą do ziemi, niedbale przysypane trawą i kamieniami, spod których wystawały palce jednej dłoni i stopa obuta w sandał z urwanym paskiem. Jeszcze nie cuchnęły.
Kilka drobnych szczegółów pozwalało nakreślić bieg wydarzeń, jakie się tu rozegrały. Nie rzucały się w oczy, wystarczyło odwrócić wzrok, żeby ich nie dostrzec. Ale były tu: ślady drapania na ziemi, zmięte chusteczki użyte do wytarcia spermy, plamki na kamieniach, które można by uznać za wyschnięte krople deszczu, gdyby nie to, że nie padało od potopu. Germinal zwrócił też uwagę na coś, co nie powinno było się tu znaleźć: zerwany złoty łańcuszek leżący obok małego kawałka materiału zabrudzonego kałem i moczem, dowód, że zakończyło się tu przedwcześnie czyjeś życie. Kolorowe baloniki na dziecięcych majteczkach. Wziął głęboki oddech, próbując zapanować nad skurczem żołądka, nad chęcią, by krzyczeć, aż zedrze sobie gardło.
Podniósł głowę. Smuga pary kreśliła na niebie wznoszący się łuk. Mikroskopijny samolot błyszczał w oddali, nieosiągalny. Gdyby któryś z pasażerów wyjrzał w tym momencie przez okno, pomyślałby, że na dole nie ma nic ani nikogo. Żadnej szosy, żadnych zabudowań. Nawet polujący na króliki myśliwy nie odkryłby zwłok, chyba że byłby z którymś ze swoich chartów. Słońce i owady dokonałyby reszty. Wiatr powoli żłobiłby kości, tak jak żłobi góry. Starłby je na proch. Jakby nie istniały.
Człowieczek pochlipywał. Zawsze tak robią, kiedy wiedzą, że zostali zdemaskowani. Kręcił głową, jego łzy wydawały się szczere. Przerażony, obracał się w kółko.
– To był wypadek, musi mi pan uwierzyć!
„Szaleńcy”, pomyślał Germinal; świat jest pełen zwyrodnialców, postrzegających ludzi, jakby stanowili jedynie część scenerii, w której przebiega ich życie. Nie widzą ich, nie są świadomi ich istnienia, mijają ich albo depczą, wykorzystują, tratują, a potem wyrzucają jak śmieci.
Błyskawicznie się wyprostował i wbił palce w obojczyk Człowieczka, który cicho zawył. Germinal dalej naciskał, aż Człowieczek ukląkł przed częściowo zasłoniętym ciałem.
– Przyjrzyj jej się!
Człowieczek rozglądał się dookoła, omijając zwłoki. Germinal złapał go za brodę i zmusił do patrzenia.
– Przyjrzyj jej się dobrze, skurwysynu, i powiedz… dlaczego?
– Pan tego nie rozumie – wyszeptał Człowieczek. – Nie może pan tego zrozumieć. Ja ją kochałem.
Bzyczenie much brzmiało jak makabryczna piosenka. Germinal nie chciał słyszeć nic więcej.
– Co pan chce zrobić? – zapytał Człowieczek, wytrzeszczając oczy. Jego głos przypominał pisk szczura.
Germinal zamierzał zrobić to, co ktoś powinien był zrobić dużo wcześniej.
Wyciągnął berettę i kolbą uderzył Człowieczka w głowę. Raz, dwa, trzy, pięć razy z rzędu… Ale jego gniew nie ustępował. Walił więc dalej z wściekłością, jakby dokonywał zemsty. Już nie myślał o zamordowanej dziewczynce. Myślał o innym dziecku, o innym miejscu i innym czasie. Odległym czasie, do którego jednak wracał myślami każdego dnia swojego życia.
Tamto dziecko błagało go, żeby przestał uderzać Człowieczka, ale Germinal nauczył się nie słuchać jego głosu.

Miał mokrą od potu koszulę, jego zakrwawione dłonie drżały. W samochodowym schowku trzymał buteleczkę ginu. Alkohol był ciepły, mimo to wypił go duszkiem. Zachłysnął się i splunął śliną wymieszaną z pyłem. Spojrzał na fotel pasażera. Na dywaniku leżał zeszyt, który zabrał z mieszkania Człowieczka. Kolejny raz przerzucił kartki. Znał ich treść niemal na pamięć. Właśnie te słowa zapisane odręcznie na grubym papierze zaprowadziły go na to pustkowie. Wina wyznana drobnymi literkami, trudnymi do odczytania nawet w miejscach, gdzie nie rozmazał się atrament. Chaotyczna mieszanina złożona z odwołań literackich, intymnych przemyśleń i wierszy. Niektóre fragmenty starannie wykreślono, tak mocno, że stalówka przebiła papier.
Ale te kartki zawierały coś więcej niż tylko przyznanie się do winy. Były skierowane do niego, do Germinala; Człowieczek zwracał się do niego osobiście:
Nadal czekam. Czy to dzisiaj mnie złapiesz? Zaczyna mnie to nużyć.
Czyż to wszystko nie jest częścią deprymującej scenografii? Światło, twarze, przebrani ludzie, których spotykamy codziennie i wśród których się ukrywamy, udając, że jesteśmy tacy jak oni. Normalni ludzie, mówią o sobie z dumą. Ale ja i ty, Germinalu (mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zwracam się do ciebie po imieniu), wiemy, że wszystko psuje szare światło padające na dalekie od doskonałości dekoracje z papier-mâché. Dla osób takich jak my, jak ja i jak ty, które zwracają uwagę na szczegóły, to miejsce, ten świat, jest zapowiedzią śmierci. Naszymi oprawcami będą odraza, wstręt, przygnębienie w obliczu takiego nagromadzenia brzydoty.
Zidiocenie ludzi nie zna granic. Nikt nie chce już oglądać Anny Sten czy Mae Clarke w filmie Nana, który w latach trzydziestych Legion Przyzwoitości uznał za niemoralny. Jak można twierdzić, że postacie grane przez Joela McCreę i Humphreya Bogarta w Śmiertelnym zaułku były reakcyjne? Teraz, proszę pana, ludzie chcą oglądać tylko goliznę i słuchać wulgaryzmów, jakby to one stanowiły paradygmat wolności. Nie dostrzegają subtelności dialogów ze starych filmów, prawdziwego erotyzmu obecnego w spojrzeniu Miriam Hopkins, w tym, jak dotyka swoich włosów, jak pali. To dopiero była autentyczna rewolucja, dużo bardziej wywrotowa niż wszystko to, co obecnie pragnie uchodzić za nowoczesne, a jest wyłącznie wulgarne.
Niełatwo jest znaleźć poezję, estetykę w tym obrzydliwym świecie. Jak udaje ci się przeżyć? Ja czasami odnajduję je w latarni z pękniętym kloszem stojącej na końcu ulicy, przy której mieszkam. Ulicy, którą ty od kilku tygodni obserwujesz ze swojego samochodu, przekonany, że cię nie widzę. W nocy wokół lampy krąży ćma, odbija się od klosza, chce się przedostać do źródła światła, które natychmiast by ją spaliło. Wreszcie znajduje szczelinę, wciska się do środka, jej szaleńczy, samobójczy taniec kończy się skwierczeniem. Ćma spada na ziemię, ale zaraz zastępuje ją inna. Martwe ćmy tworzą u stóp latarni stos bezsensownych ofiar. Gdyby ktoś poza nami umiał odczytywać poetyckie metafory, mógłby wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Ale normalni ludzie nie posiadają tego rodzaju umiejętności. Widzą jedynie głupie owady, które bez powodu składają swoje życie w ofierze.
W naturze nic nie jest za darmo. Wiem, że ty mnie rozumiesz. Może wywołuję w tobie obrzydzenie, ale w głębi duszy mnie rozumiesz. Jesteśmy sami, Germinalu. Sami w deprymującym, smutnym i niezbyt szczodrym świecie.
Wiem na pewno, że czasem ty również spoglądasz w lustro i masz wrażenie, że jesteś zbudowany z niczego, z oparów, z dymu, z powietrza. Obaj jesteśmy uwięzionymi w bursztynie pająkami.

Germinal położył zeszyt na tablicy rozdzielczej. Słońce zaczynało się obniżać, robiło to jednak tak wolno, że rozwiewało nadzieję na odrobinę chłodu. Przez długi czas siedział w samochodzie i bezmyślnie patrzył na bezlitosną kulę. Wyjął papierosa i wypalił go, choć nie miał na to ochoty.
Zamknął oczy. Ten przeklęty upał doprowadza ludzi do szaleństwa.

1

La Coruña, piątek, 20 sierpnia 2010 r.
Godzina 00.15

Przez żaluzje w oknie swojego gabinetu Ibarra obserwuje wyludnioną ulicę: zmieniające się światła odbijają się od pasów, po których nikt nie przechodzi. Jest coś fantasmagorycznego w tym zimnym księżycowym bezruchu, w tej pustce. Każda strefa czasowa ma swój własny charakter i swoich mieszkańców; godziny posuwają się w stronę niewidzialnego horyzontu, obojętne na wolę ludzi. Kiedyś Ibarra lubił noc, bo w nocy nie ma cieni. W ciemnościach wszystko było jasne. On i inni, reszta świata, rozdzieleni niewidzialną, nieprzepuszczalną błoną. Teraz już nie. Teraz przeraża go, że tak dużo myśli, że musi zagłuszać spowijającą go ciszę hałasami we własnej głowie.
To będzie noc spadających gwiazd, w radiu radzili, żeby poszukać miejsca z dala od sztucznych świateł i mieć pod ręką jakieś życzenie. Ludzie są przekonani, że w tym trwającym zaledwie ułamek sekundy blasku jest coś magicznego. Ale dla Ibarry spadające gwiazdy są jedynie martwymi obiektami, które gasną, nie pozostawiając po sobie śladu, kawałkami skał, które spalają się po wejściu w atmosferę; ogień, którym błyszczą, nie należy do nich, nie wydobywa się z ich wnętrza, ale powstaje wskutek zewnętrznego tarcia. Nie ma w tym niczego magicznego.
Carmela, jego żona, uważa, że stał się sceptykiem. Może powinien jej posłuchać i wybrać się z nią na jogę. Twierdzi, że pomogłaby mu „połączyć się” z własnym wnętrzem, oczyścić je z pajęczyn. Z fanatyzmem nowicjuszki zapewnia, że odkąd chodzi na zajęcia, jest innym człowiekiem; że wreszcie wie, co się z nią dzieje i dlaczego się dzieje. Ale kiedy Ibarra pyta ją, jakimż to problemom może teraz stawić czoło, Carmela spogląda na swoje dłonie i powoli je zamyka, unikając patrzenia mu w oczy.
– Wiesz, o co mi chodzi.
Tak, oczywiście, że wie; Ibarra nie potrzebuje brodatego jogina z galaretowatą przeponą, żeby wiedzieć, co kryje się za milczeniem jego żony. Carmela może ogolić się na łyso, przywdziać fioletową tunikę i wypełnić dom kadzidełkami, mirrą, dzwonkami i dywanikami z kokosa, ale to niczego nie zmieni. Ibarra nie może przestać być tym, kim jest.
Wyciąga rękę nad biurkiem, przysuwa ciężką popielniczkę, zapala papierosa i niemal od razu wymacuje w ciemności brzeg naczynka, żeby strząsnąć popiół. Za każdym razem, gdy wypuszcza powietrze z płuc, wydaje z siebie cichy pomruk, jak górnik chory na pylicę. Jego ojciec oddychał tak samo. Ciekawe, że właśnie to najlepiej pamięta z odwiedzin u starego: poplamione nikotyną palce, ciężki zapach, pożółkłe zęby i ten świszczący oddech. Tak jakby ojciec, ofiara swojej własnej wojny niezdolna uciec od przeszłości – życia w górach, więzienia – przemawiał do niego z głębi jego osmolonych płuc. Ale Ibarra nie chce go słuchać. W końcu nie zawsze uczymy się na cudzych błędach.
Opada na obrotowe krzesło przy biurku i rozgląda się po gabinecie. Co noc zadaje sobie to samo pytanie i wciąż nie może znaleźć na nie odpowiedzi: jaki sens ma jego praca? Tyle gromadzonych latami dokumentów, akt, kart. Osób, które przewinęły się przez jego ręce, zredukowanych do kilku dat, syntetycznych, piętrzących się na biurku beznamiętnych raportów, o których szybko zapomina; twarzy zamienionych w czarno-białe fotokopie. Twarzy osób, które czegoś od niego oczekują, czegoś, czego nie może im dać.
Na ścianie wiszą podziękowania za zasługi dla policji i zdjęcie uwieczniające jego moment chwały. Wycięty z gazety artykuł opisuje jego wyczyn. Legenda bohatera będzie mu towarzyszyła wszędzie, dokąd pojedzie; wielokrotnie powtarzana historia, stale ulepszana, zamieniła się z czasem w mechaniczną, gładką opowieść. Przykładny policjant w galowym mundurze, który trzy lata wcześniej zdołał rozwiązać sprawę Amandy, zaginionej dziewczynki z Malagi.
Jest jednak coś sztucznego w jego sztywnej minie na fotografii, zdradzającej zakłopotanie sławą, o którą wcale nie zabiegał. Stoi obok nadkomisarza i przedstawiciela rządu, mruży oczy oślepiony błyskającymi fleszami. Widać, że czuje się jak uzurpator, schwytany w chwili, która do niego nie należy. W wieku pięćdziesięciu trzech lat nie oczekiwał już niczego takiego. Awans, telewizja, gotowe formułki w odpowiedzi na pytania dziennikarzy, uściski rąk (setki dłoni dotykających przelotnie jego palców, dłoni wszelkiego rodzaju: delikatnych, zdecydowanych, nieśmiałych, wdzięcznych, nieufnych), samochody trąbiące na jego widok. Ludzie go kochali, podobno czuli się bezpieczniejsi, wiedząc, że ktoś taki jak on czuwa nad spokojnym snem ich samych, ich dzieci i bliskich.
Wszystko to należy już do przeszłości. Ludzie zapominają o strachu, gdy tylko poczują się uwolnieni od tego, co go budziło. Wtedy zaczynają się pytania, zeznania świadków – fałszywych i prawdziwych – donosy do prasy, podejrzenia, wątpliwości. Mówi się, że policja wznowi śledztwo w sprawie Amandy, że doszło do nieprawidłowości, że niektóre dowody powinny zostać ponownie przeanalizowane. Mówi się nawet, że może zostać oskarżony o stosowanie tortur i o morderstwo. Niektórzy od lat ostrzyli sobie na niego zęby, inni przyłączyli się do linczu. Wiedzą, gdzie uderzyć. Dla Ibarry to koszmar, który każe mu wracać myślami do tamtego upalnego lata 2007 roku.