Listy Ireneusza Morawskiego do Haliny Poświatowskiej stanowią zbiór małych form literackich. Zebrane przez Mariolę Pryzwan w zbiorze zatytułowanym “Tylko mnie pogłaszcz…” są ciekawym przykładem sztuki epistolarnej z Polską drugiej połowy XX wieku w tle.


Tylko mnie pogłaszcz...Gdy mowa o publikowaniu prywatnej korespondencji w formie książkowej, mam zawsze mieszane uczucia. Z tego względu nie dziwi mnie wieloletni opór Ireneusza Morawskiego, który nie chciał się zgodzić na wydanie jego listów do Haliny Poświatowskiej, choć jej samej na tym bardzo zależało. Determinacja poetki w tej sprawie staje się zrozumiała, już po lekturze kilku pierwszych listów ostatecznie opracowanych do druku przez Mariolę Pryzwan, umieszczonych w książce zatytułowanej „Tylko mnie pogłaszcz…” wydanej w pięćdziesiątą rocznicę śmierci artystki.

Każdy z listów Ireneusza Morawskiego, to mała forma literacka, wiele pośród nich błyskotliwych perełek sztuki epistolarnej. Czytając je, odbiorca nie doświadcza nieprzyjemnego poczucia ingerencji w nieswoje sprawy – po prostu obcuje z literaturą w małych dawkach, wyjściowo przeznaczoną dla jednego, wymagającego czytelnika.

Ireneusz Morawski poznał Halinę Poświatowską podczas jej pierwszego wieczoru autorskiego w Częstochowie. Znajomość zawarta przez poetkę i prozaika w 1956 roku toczyła się przez lata w formie listownej – on wyjechał na studia do Wrocławia, ona na operację serca i późniejszą rehabilitację do Stanów Zjednoczonych. Korespondencja stała się dla tych dwojga wrażliwych ludzi sposobem na wzajemne opowiadanie sobie o otaczających im świecie, twórczości literackiej, bieżących wrażeniach.

Morawski także był człowiekiem pióra. Zadebiutował opowiadaniem „Spotkanie z Marią” w 1957 roku, lecz daleko mu było do sławy, jaka otaczała Poświatowską do tego stopnia, że o jej operacji w Stanach wspomniano w Radiu Wolna Europa, a to wiele, jak na czasy bardzo dalekie od epoki celebrytów i ciągłego donoszenia o sprawach ich prywatnego życia. Poetka, nalegając na wydanie listów otrzymywanych od Morawskiego, musiała być świadoma ich wartości literackiej i talentu, jaki ich autor posiadał, a który właśnie w krótkich formach wyrażał się najdobitniej. Możliwe też, że staranie o to, by jak najpiękniej napisać do drogiej przyjaciółki, dodawało mu skrzydeł.

Tylko mnie pogłaszcz...

Esej o znajomości z Haliną Poświatowską, umieszczony w książce, a napisany już wiele lat po jej śmierci a w trakcie znajomości z Mariolą Pryzwan, nie przedstawia już tej klasy literackiej, co pisane do poetki listy. Szkoda więc, że pisarz tak długo opierał się idei ich opublikowania. Gdyby ujrzały światło dzienne wcześniej, to być może świat polskiej literatury upomniałby się o Ireneusza Morawskiego, co słusznie mu się należało. Nikodem Maraszkiewicz

Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan, Tylko mnie pogłaszcz… Listy do Haliny Poświatowskiej, Wydawnictwo Prószyński Media, Premiera: 10 października 2017
 
 

Tylko mnie pogłaszcz…

Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan
Tylko mnie pogłaszcz… Listy do Haliny Poświatowskiej
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 10 października 2017
 

Nienawidzę listów, które nie są Twoimi

11 października 2017 roku minie pięćdziesiąta rocznica śmierci Haliny Poświatowskiej – jednej z najważniejszych postaci powojennej poezji polskiej. Poetki, która tak pięknie pisała o miłości. „Kobiety, która na zawsze i bardzo chciała być kochana, a w zamian za to dawała tak wiele – pozwalała się kochać”1, jak w liście do mnie określił ją Ireneusz Morawski.
Poznał Halinę w Częstochowie pod koniec 1956 roku na jej pierwszym wieczorze autorskim w redakcji „Gazety Częstochowskiej”. Ona – debiutująca poetka poważnie chora na serce, on – przyszły student polonistyki, początkujący niewidomy literat. Młodszy od Poświatowskiej… o tydzień. Połączyło ich niecodzienne, trudne do określenia uczucie.
Morawski mieszkał wówczas u ojca w Częstochowie, więc spotykali się wielokrotnie. W maju 1957 roku wyjechał na studia do Wrocławia. Rok później – Halina do Stanów Zjednoczonych na operację serca. Spędziła tam trzy lata. Wtedy łączyły ich listy.
„Nienawidzę wszystkich listów, które nie są Twoimi”2 – napisała do niego 28 sierpnia 1958 roku.
Kiedy w lipcu 1961 roku Poświatowska wróciła z Ameryki i zamieszkała w Krakowie, korespondencja osłabła. W końcu Ireneusz przestał pisać. Poetka nie mogła się z tym pogodzić. W formie listu do Morawskiego napisała Opowieść dla przyjaciela. Jej adresat przyjął książkę chłodno.
12 lutego 1966 roku wyznała: „Ireneusz, jest mi dobrze z tobą, głupstwo, jest mi z tobą wspaniale. Czuję cię wszystkimi nerwami, rozpoznaję poprzez wszystkie łgarstwa. No, a teraz powiedz, dlaczego to zrobiłeś. Albo nie mów dlaczego, powiedz, jak mogłeś. Jak mogłeś, będąc sobą i znając mnie tak, jak mnie znasz, bo jeśli nie ty, to kto, udawać, piszę udawać, że mnie nie ma, że nigdy nie było, że… To tak jak gdybyś mnie pogrzebał. […] A w końcu co ja na to poradzę, że jesteś mi tak potrzebny, jak jesteś, a jesteś. Możesz nie pisać, możesz sobie milczeć choćby wieczność, to i tak nic nie zmieni. Nie piszę, że cię kocham, bo to bzdura, ale pewnie cię kocham”3.
31 marca 1966 roku Halina Poświatowska napisała do Morawskiego po raz ostatni: „O listy się nie martw. Opiekuję się nimi troskliwie, kocham je, masz rację. One są wszystkie moje. I trudno Ci będzie kiedykolwiek udowodnić, że tam to nie jesteś najprawdziwiej Ty. Nie napiszesz już przecież takich listów do nikogo i już nikogo nie będziesz tak kochał jak mnie, prawda?”4.
W liście z 2 lutego 1966 roku napisała: „Nie doceniasz mnie, ja tych listów uzbierałam nie na jedną, ale na dwie książki; zbierałam je oczywiście świadomie, cały czas mając na oku (jak mówi sam wielki Ingarden) ów chlubny cel, jakim niewątpliwie będzie w przyszłości, po naszej podwójnej śmierci – opublikowanie owych”5. W tym samym liście prosiła Ireneusza: „Zgódź się, żebym je pokazała ludziom, żebym je pokazała wydawcom. Mnie nawet nie zależy tak bardzo, żeby były drukowane natychmiast, możesz czekać – możesz czekać i wydrukować je wtedy, kiedy mnie już nie będzie, ale chcę, koniecznie chcę wiedzieć, że one będą wydrukowane. One są piękne, lepsze, mój drogi, od mojej książki i, daruj, ale lepsze od Twoich opowiadań; im nie wolno umrzeć”.

Co takiego było w tych listach, że poetka kochała je, wielokrotnie czytała, a niektóre znała na pamięć? Chciała je opublikować, ale Ireneusz nie wyraził zgody. Zresztą nie zmienił zdania do końca życia. Okazało się, że odmawiał wydania listów przez wzgląd na żonę. Nie chciał jej zranić. Kiedy po śmierci męża Helena Morawska poznała przyczynę odmowy, zdecydowała się na publikację, a mnie – jeszcze w 2013 roku – poprosiła o pomoc w ich wydaniu. Bowiem Ireneusz, choć nie zgadzał się na książkę, odzyskał kopie swoich listów.
13 stycznia 1985 roku napisał do Stanisławy Mygowej i Małgorzaty Porębskiej (matki i siostry Poświatowskiej): „A moje listy? Chciałbym mieć odwagę je przeczytać. Wierzę Halinie, że są piękne, ale wiem, że były piękne tylko dla niej, bo takimi chciała je widzieć i takie chciała dostawać – właśnie piękne. Nie sądzę jednak, żeby mogło w nich być coś, co można by obiektywnie zauważyć jako wartościowe. A dla mnie? Dla mnie są one i zostaną dokumentem późnego, acz słodkiego mojego dzieciństwa, kiedy sądziłem, że jestem czymś więcej, niż jestem naprawdę i czym zostałem w rzeczywistości. Wróć do mnie, moje późne, słodko-bolesne dzieciństwo. Pożyczcie mi, Panie, te listy. Kiedyś, kiedyś – wraz z Nią mieliśmy dokonać ich przeglądu i mieliśmy… Kiedyś minęło i może teraz, jeśli Panie pozwolą, dokonam tego sam. Niechaj zobaczę, czy będzie mi dobrze i miło spotkać się z moją minioną naiwnością i z tymi trzema cnotami kardynalnymi – z nadzieją na co? z wiarą w co? I oczywiście z miłością, miłością do kogo?”6.
Rodzina Poświatowskiej spełniła prośbę Morawskiego. 9 lutego 1985 roku Ireneusz pisał do Małgorzaty Porębskiej: „Leży teraz na moim stole roboczym ta góra papierów – to naprawdę ja wymyśliłem? Przeczytałem zaledwie kilka tych listów. Są właśnie takie, jak przypuszczałem – a nawet jeszcze gorsze. Muszę sobie zorganizować przeczytanie ich wszystkich i wtedy napiszę do Pani. Czy zachowały się jeszcze gdzieś oryginały tych listów? Nie pytam dlatego, żebym o nie jakoś szczególnie dbał, ale pamiętam, że napisałem przynajmniej ich jeszcze kilka w 1963 r., a potem w roku 1966. Te odpisy, które otrzymałem, kończą się na liście pisanym w noc sylwestrową z [19]62 na [19]63. Jeśli Halina zniszczyła dalszy ciąg, to oczywiście postąpiła słusznie!”7.
On dostał od Haliny sto osiemnaście listów. Ona od niego dziewięćdziesiąt kilka, chociaż najprawdopodobniej nie zachowały się te ostatnie, które napisał w 1963 i 1966 roku jako odpowiedzi na listy poetki dotyczące Opowieści dla przyjaciela i publikacji korespondencji. W każdym razie Halina nie chciała ich publikować. Nie udostępniła ich kopii Ireneuszowi pani Mygowa, gdy w latach osiemdziesiątych prosił o to, ani teraz mnie Małgorzata Porębska. W książce Tylko mnie pogłaszcz… znalazło się więc dziewięćdziesiąt jeden listów Morawskiego do Poświatowskiej, pisanych od 24 września 1957 roku do 1 stycznia 1963.
W połowie lat sześćdziesiątych pani Mygowa przepisała listy Ireneusza, a Halina złożyła z nich książkę. Uznała listy za literackie arcydzieło. I z pewnością są one świadectwem talentu literackiego Ireneusza Morawskiego. To również dokument kulturalno-obyczajowy i społeczno-polityczny tamtych lat.
Większość listów nie jest datowana, czasem trudno też zorientować się, gdzie kończy się jeden, a zaczyna następny. Prawdopodobnie Halina ułożyła je według stempli pocztowych na kopertach, jednak w niektórych przypadkach musiałam zmienić kolejność.
Dokładnie porównałam oryginały listów z maszynopisem przygotowanym przez Poświatowską. W wielu przypadkach były rozbieżności – zmienione słowa, pominięte fragmenty, a nawet poprawiane zdania. Wielokrotnie wykreślone daty i nazwiska. Przywróciłam pierwotne brzmienie listów, zaznaczyłam jednak widniejące na opracowaniu skreślenia. Poprawiłam pisownię, ale starałam się zachować wszystkie gry językowe, swoistą interpunkcję (Morawski – podobnie jak Poświatowska – często używał myślników zamiast przecinków), pozostawiłam pisownię wyrazów wielką i małą literą (która oddawała emocje autora), na czym tak zależało Poświatowskiej. Niestety, nie wszystkie skróty, tak często stosowane przez Morawskiego, oraz nie wszystkie nawiązania do lektur, rozmów, tematów, skojarzeń, wspomnień – mimo pomocy bliskich i przyjaciół autora – udało mi się odszyfrować.
Halina Poświatowska w liście do Ireneusza Morawskiego z 2 lutego 1966 roku pisała: „Zgódź się, proszę, ta drobna satysfakcja, która przecież będzie Twoją – należy mi się od Ciebie, od losu, od mojego życia. Co pomogą decyzje lub milczenie; ja i tak do końca będę z Tobą”8.
Jestem szczęśliwa, że pół wieku po śmierci poetki jedno z największych jej marzeń – opublikowanie listów Ireneusza Morawskiego – zostaje spełnione.
Mariola Pryzwan
Warszawa, 29 czerwca 2017

Przypisy:
1 List Ireneusza Morawskiego do Marioli Pryzwan z 31 sierpnia 1991 r.
2 Halina Poświatowska, Listy, [w:] Dzieła, t. 4, Kraków 1998, s. 80.
3 Małgorzata Szułczyńska, Nie popełniłam zdrady. Rzecz o Halinie Poświatowskiej, Kraków 1990, s. 344.
4 Tamże, s. 322–323.
5 Halina Poświatowska, dz. cyt., s. 343.
6 Kopia listu w archiwum domowym Heleny Morawskiej.
7 Kopia listu w archiwum domowym Heleny Morawskiej.
8 Halina Poświatowska, dz. cyt., s. 342