“Oko Dajana. Pingpongista” to zebrane w jednym tomie dwie powieści Józefa Hena, poruszające bolesny temat antysemityzmu.


Oko Dajana. PingpongistaCzerwiec 1967 – marzec 1968. Partia Gomułki i Moczara rozpętuje haniebną kampanię antysemicką. (Nazywając ją walką z „syjonistami”). Józef Hen reaguje jak na pisarza przystało: publikuje w paryskiej „Kulturze” pod pseudonimem „Korab” wysokiej klasy opowiadania z cyklu Oko Dajana (1969–1972).

„Korab” odnosi sukces, jest przekładany na francuski, włoski, niemiecki, angielski i często cytowany. Autor wpisany na czarną listę, z zakazem wyjazdów za granicę.

***

Czterdzieści jeden lat później, w 2008 roku, Józef Hen pisze wstrząsającą powieść “Pingpongista”.

Miasteczko, w którym podczas okupacji dokonała się zbrodnia, nazywa się tu Cheremiec, ale nie ma wątpliwości, że inspiracją literacką była tragedia Żydów spalonych w Jedwabnem. Narratorem jest przybyły na uroczystości rocznicowe sędzia z Brooklynu, Mike (znany mieszkańcom jako Michaś). Usiłował wtedy uratować życie swojemu rówieśnikowi, znakomitemu pingpongiście, któremu obiecał rewanż. Bezskutecznie.

Minęło sześćdziesiąt lat, Mike wdziera się w sumienia świadków zbrodni, także i kilku wciąż żyjących uczestników. Wśród nich znajduje się ksiądz, który wyznaje Mike’owi, że dręczą go podjęte wtedy decyzje. Żałuje, że nie wykonał wówczas księżowskiego zadania, nie przeciwstawił się zbrodni.

***

Obie książki połączono w jeden zbór, który porusza bolesny temat antysemityzmu.

Józef Hen
Oko Dajana. Pingpongista
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 13 lutego 2019
 
 

Oko Dajana. Pingpongista


Oko Dajana

WESTERN

Jeszcze nie wiem, czym to się wszystko skończy. Może wybiegnę nago na ulicę i będę wrzeszczeć aż do zachrypnięcia. A może na największym placu Europy obleję się benzyną i zamienię się w pochodnię. A może kogoś zaduszę. Coś zrobić trzeba. Wszystko musi spełnić się do końca. Najbardziej kusi, żeby po prostu dać komuś w mordę. Nawet wiedziałbym komu. Żałuję, że w młodości zaniedbałem ćwiczenia fizyczne, wyrosłem na cherlaka z chudymi i wiotkimi ramionami. Niestety, niestety, mowy nie ma, żebym potrafił rozkwasić komuś gębę. Co najwyżej we śnie. O Boże, co się ze mną dzieje! We śnie biję, kopię, opluwam, krzyczę. Budzę się z tym krzykiem, mokry od potu, a moja czujna żona, nie otwierając oczu, mamrocze: „Dominiku, boję się o twoje płuca”. Ostatnio kładę na nocnym stoliku Ewangelię otwartą na stronie, gdzie powiedziano: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze”, ale niewiele mi to, grzesznemu, pomaga, kiepski ze mnie chrześcijanin, coraz gorszy.

Kiedy na zebraniu trzeba było podnieść rękę, ja przeglądałem „Express Wieczorny”. Większość obecnych robiła to samo i to mnie zmyliło, bo kiedy trzeba było mieć ręce opuszczone, ja podniosłem swoją. Było nas sześcioro, tych z podniesionymi w niewłaściwym momencie rękami. Pozostali wciąż byli zagłębieni w „Expressie Wieczornym”. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak w takiej maleńkiej gazetce znajdowali tyle tak ich pochłaniającej lektury. Raptem całego czytania jest na dziesięć minut, a nasze zebranie trwało ponad dwie godziny.
– Czyś pan zwariował? – wybuchnął nazajutrz dyrektor. – Po diabła pan w ogóle polazł na to zebranie? Nie zgadza się pan ze słuszną linią, no to nie, siedź pan w domu i nie dawaj wyrazu. A jeśli już pan tam jest, to reprezentuje pan nasze liceum, jego tradycje, dobre imię…
– Właśnie tak sobie pomyślałem – powiedziałem niepewnie.
– Dobre imię szkoły polega na tym, żeby go nie szargać! Rozumie pan? Żeby nikt nam tu nie wtykał nosa! A pan… – Dyrektor podszedł do drzwi, uchylił je i krzyknął: – Nie ma mnie dla nikogo! – Potem przez chwilę milczał. – Pan jest zagrożony – powiedział sapiąc. – I ja w niczym nie mogę panu pomóc.
– Dziękuję, panie dyrektorze, ale ja naprawdę nie wymagam…
– Wie pan, kto by mógł panu pomóc? „Dłubak”. Idź pan do niego, padnij mu do kolan, powiedz pan, że podniósł pan rękę przez gapiostwo – zrób pan coś! Działaj pan!
– Dziękuję, panie dyrektorze – powiedziałem – nie zrobię tego.
Spostrzegłem, że stary, skołowacony dyrektor patrzy na mnie jak na gościa z innej planety. Zresztą on nie tylko mnie nie rozumie, on w ogóle przestał rozumieć, co się wokół niego dzieje – dom wariatów, za którym nie można nadążyć – rozumie tylko, że należy być pozytywnym, że należy stosować się do uchwał, okólników i zarządzeń. Ukształtował się po pierwszej wojnie, był zamiłowanym społecznikiem, pracował niejako w innym języku, tego dzisiejszego w ogóle nie rozumie. Jest poczciwy, pełen dobrej woli, ugodowości, czuje się niepełnowartościowy i usiłuje to pokryć gadulstwem, niezręcznym i anachronicznym. Kopałem go kiedyś pod stołem, kiedy na radzie pedagogicznej uznał, że należy ustosunkować się do kraju, który ostatnio znalazł się w naszej prasie w charakterze worka treningowego. Mówił z pół godziny i przez ten czas, zanim wydusił z siebie potępienie agresorów, zdążył ich obsypać tyloma komplementami, że Dłubak nie był w stanie zapamiętać. Dłubak to przezwisko nauczyciela historii. Jest ono znane w całej Europie, bo podobno nawet na Łuku Triumfalnym w Paryżu mieście jakiś jego pamiętliwy uczeń napisał węglem: „Dłubak – ch…”. Wszyscy go tak nazywają. Nie pochwalam tego sposobu wyrażania dezaprobaty, ale przezwisko – i to na ogół ze wzmiankowanym dodatkiem – przyjęło się i posługują się nim nawet przełożeni mojego szanownego kolegi z drugiego ministerstwa, w którym okazjonalnie pracuje.
– Mam się spodziewać przeniesienia? – spytałem.
– Może da się jeszcze coś zrobić – odparł stary, nie patrząc mi w oczy. – Gdyby pan doktor napisał oświadczenie, że w rzeczywistości popiera… Warto, panie doktorze…
– Nie zrobię tego – powiedziałem stanowczo. Przestąpiłem z nogi na nogę, bo mój chory, znerwicowany pęcherz odezwał się.
– Dlaczego nie? Parę słów.
– Nie wiem sam. Ale nie zrobię.
– To może pana drogo kosztować, trzeba zapobiec…
– Trudno. Gotów jestem ponieść konsekwencje. – Wciągnąłem powietrze, pomogło, pęcherz jakby posłuchał perswazji.
– Nie boi się pan? – spytał dyrektor.
– Nie – oświadczyłem i poczułem, że jestem bliski szczęścia. Wydawało mi się, że moja biedna, wąska klatka piersiowa wzdyma się i rozrasta. – Nie boję się.
Dyrektor przez chwilę milczał. Potem otworzył szufladę i wyjął z niej pobrudzoną kartkę w jedną linię. Drukowanymi i koślawymi zarazem literami nagryzmolono na niej zdanie wyrażające na coś tam niezgodę.
– Co pan o tym sądzi? – spytał dyrektor.
– Znowu ktoś się męczył lewą ręką – stwierdziłem. – Nie myśli pan dyrektor, że to sprawka ucznia?
– Znaleziono to w ubikacji nauczycielskiej – odpowiedział, przyglądając się kartce.
– Wyhodowaliśmy żmiję na własnym łonie – podsunąłem.
– Ja tego nie powiedziałem – żachnął się stary. – Ktoś jest dziecinny i nieostrożny. – Po chwili dodał, nie patrząc na mnie: – Do matury zostaje sześć tygodni… Niech pan oszczędza nas i siebie…
Ach, więc on mnie podejrzewa… Pomilczałem chwilę, żeby nie od razu zaprzeczyć, znowu czułem, jak wzbiera fala szczęścia, a potem oświadczyłem:
– To nie ja, panie dyrektorze.
Dyrektor nie odpowiedział i możliwe, że wcale mi nie uwierzył. Spostrzegł, że przestępuję z nogi na nogę, bo mruknął:
– No to niech pan już idzie.
Podreptałem do ubikacji. Przesiedziałem tam kilka minut, a kiedy wychodziłem, spojrzałem na napis wyskrobany nad rolką papieru higienicznego, były to trzy litery i wykrzyknik. Spojrzałem i pomyślałem: a więc On działa!
Ten ktoś był nieustraszony, konsekwentny i nieuchwytny. Uprawiał swoją kłopotliwą działalność od pół roku, a więc zaczął, zanim tamci przystąpili w marcu do szturmu, śmiało można powiedzieć, że On zaczął pierwszy. Buntownicy zawsze zaczynają pierwsi!
Jego obecność ujawniła się po raz pierwszy na jakiejś konferencji, na której Dłubak referował sprawy międzynarodowe. Zanudzał ze trzy kwadranse, potem nastąpiła przerwa na papierosa, a kiedy wróciliśmy do sali, Dłubak znalazł na stole prezydialnym, naprzeciwko swojego krzesła, kartkę z napisem BZDURY. Tylko tyle. Widzieliśmy, jak odczytując to, poczerwieniał. Powiódł szybkim, wylęknionym spojrzeniem po sali i zmiął kartkę. Głos zabrała łacinistka. Mówiła z kwadrans o wysokim poczuciu moralnym Rzymian, o wierności państwu, o Skale Tarpejskiej i tu regere imperio Wergilego. Dłubak tymczasem rozmiął kartkę i starannie ją wygładził. Potem widziałem, że wyjął chusteczkę i otarł pot z czoła. A potem kawałkiem irchy długo przecierał zamglone okulary.
Odtąd napisy pojawiały się częściej. Na kartkach, na tablicy, w ubikacji. Zawsze krótkie, dosadne: NIE! – BZDURY – KŁAMSTWA – HAŃBA etc. Protestujący musiał być człowiekiem eleganckim, bo nigdy nie używał wyrażeń trywialnych, choć słówko merde w tych okolicznościach napraszało się. Dłubak usiłował zachować spokój. Zwiększył tylko jakby grubość szkieł, stał się niezwykle czujny, wydawało się, że nie chodzi, tylko podkrada się, mimo zażywnej postaci, jak kot.
A myśmy się bawili. Próbowaliśmy odgadnąć, kto jest tym siewcą anarchii i propagatorem obcej ideologii. „Jakaś kobieta – twierdziła pani Ina, siedemdziesięcioletnia nauczycielka, która w roku tysiąc dziewięćset piątym brała udział w strajku szkolnym. – Tylko kobieta może prowadzić taką kampanię, powstrzymując się od wulgarnych słów”. „To pani nie zna dzisiejszych kobiet – odpowiedział jej geograf, młody kędzierzawy brunet z latynoskim wąsikiem. – Wszystkie są perwersyjne, a będąc zakonspirowane, dałyby upust zamiłowaniom, które obracają się wokół jednej rzeczy”. Pani Ina oburzyła się: „Syneczku, pan nie zna kobiet! Pan ma tylko zepsutą wyobraźnię!”. Geograf, który nigdy o nic się nie obrażał, odparł z uśmiechem: „Niech pani sama powie, droga koleżanko, czy nasz świątobliwy doktor nie jest tu odpowiedniejszym kandydatem?”. I wskazując na mnie, zwrócił się do Dłubaka: „Na pana miejscu zająłbym się osobą kolegi Dominika. To jest ptaszek. Ścichapęk”. „Nie ma ptaszków ścichapęków” – oświadczyła zoologica, młoda dziewczyna, rok po studiach. Na ostatnim balu maturalnym zjawiła się z doklejonymi rzęsami, a łacinistka przestała ją odtąd zauważać. Roześmiałem się skwapliwie, podczas gdy Dłubak tłumaczył spłoszony: „Koleżanki! Koledzy! O co chodzi? Jakieś głupie żarty. To na pewno robi uczeń”. Ja na to: „Nie lekceważyłbym tego, panie profesorze. – Czułem, że muszę jakoś podeprzeć znaczenie tego, co się u nas dzieje. – To bardzo podstępna robota – ciągnąłem, podczas gdy pęcherz cisnął mnie w podbrzuszu. – Podkopuje monolit naszej jedności – zasuwałem bełkot. – To wprowadza ironiczny nawias, perskie oko. Uziemia wszelką wzniosłość. Jednym słowem: psuje”. Pani Ina do mnie: „Czy pan nie przesadza?”. Kiedy milczałem, powiedziała z niewinną minką, od której nagle odmłodniała o dwadzieścia lat: „Mnie, odkąd te kartki się u nas pojawiły, życie bardziej bawi. To ekscytujące”.
O tych napisach mówił na radzie pedagogicznej dyrektor. Najpierw mówił o tradycjach walki o wolność, potem stwierdził, że te napisy to dziecinada, którą należy potępić, ale to potępienie oplótł taką ilością zastrzeżeń i usprawiedliwień, że omal nie wyszedł z tego panegiryk na cześć nieuchwytnego sprawcy. Dyrektorowi trochę głos drżał ze zdenerwowania, mylił czasy i przypadki, za to Dłubak, do którego dyrektor właściwie się zwracał, nadal zachowywał spokój. Ale stracił go wreszcie! Po jakiejś mówce na radzie pedagogicznej, kiedy pochyliwszy głowę, przecierał zadowolony z siebie szkła, dostał nagle papierową kulką w czoło. Wszyscy zrozumieli, że sprawca jest blisko, że siedzi wśród nas, słucha i reaguje. Pani Ina dotknęła mojej ręki drżącą dłonią i szepnęła: „Boże, co to będzie”… A Dłubak pośpiesznie nałożył okulary, rozwinął papierową kulkę – i spąsowiał. „Bez… bezczelność!” – wybuchnął. Wołaliśmy, żeby przeczytał głośno, Dłubak wzdragał się, ale beztroski geograf podbiegł, wyrwał mu kartkę i wybuchnął śmiechem. „CZYŻBY – przekazał nam. – CZYŻBY ze znakiem zapytania!” Wszyscy zrozumieli, że cały wykład Dłubaka został raptem podważony. Ironiczne zapytanko, porozumiewawcze, przyjazne niemal odwołanie się do świata realnego, zdruzgotało tamtego za jednym zamachem. „Ja na to nie pozwolę! – charknął. – Ja sobie wypraszam! Ktoś tu pożałuje! Ja wyciągnę konsekwencje! Obniżenie autorytetu władz! – I dodał groźnie: – Niech sprawca nie myśli, że ja nie wiem. Ja wiem!” Wiedział czy nie wiedział, jedno było pewne: ten cios wreszcie odczuł.

Na mój widok w pokoju nauczycielskim wszyscy umilkli. Łacinistka wyjęła grzebień i zaczęła przeczesywać swoją szpakowatą rzednącą czuprynę. Geograf poczęstował zoologicę carmenem i przyjął od niej ogień. Pani Ina uśmiechnęła się do mnie i spytała:
– Po burzy?
– Wyładowania trwają – odpowiedziałem. Zbliżyłem się do Dłubaka i oznajmiłem: – Chciałbym najuprzejmiej donieść, że tajemniczy agent wznowił działalność. Widziałem w ubikacji duże NIE z wykrzyknikiem. Wyskrobane paznokciem.
– Kiedy pan widział? – spytał wyraźnie zaskoczony.
– Przed chwilą.
– Ja też tam byłem przed chwilą i nic nie widziałem. Dziwne, jakoś tak nagle zdążyło się wyskrobać.
– Nie ma w tym nic dziwnego – mówiłem. – Wróg jest szybki.
– No, teraz wróg się nie ukryje, sam się zdemaskował – mruknął Dłubak. – Nadchodzi moment i każdy się samookreśla. Nawiasem, uprzedzam pana, że niezależnie od tego, jak postąpi dyrektor, ja, po wczorajszym pańskim wyczynie, będę musiał zająć stanowisko.
Przypatrywałem mu się i myślałem, skąd ja znam ten mięsisty nos? Taki nos widziałem u kogoś sympatycznego i uczciwego – i to wydało mi się upokarzające. Ludzie powinni mieć na twarzy znamiona swojej podłości. Może wprowadzić odznaki? „Za podłość”, „Za donos”, „Za oszczerstwo”. Noszone w klapie po prawej stronie marynarki. W święta państwowe traktowane ulgowo, noszenie nieobowiązujące.
– Nie rozumiem, skąd to wzburzenie, panie profesorze – powiedziałem spokojnie. – Czy miła pańskiemu sercu rezolucja nie została uchwalona? Jeśli rezolucja miała zbawić Polskę, to wszystko jest w porządku, żadnego wstrząsu nie ma, ponieważ nie obowiązuje u nas liberum veto. Niech pan nie zapomina, przecież jest pan historykiem i tak dalej, że kult jednomyślności zgubił Polskę. – Mówiłem i słyszałem trwożliwy chichot kilkorga obecnych. – Nie ma pan pojęcia, co to za ulga, można powiedzieć „nie” ze świadomością, że od tego żaden sejm nie będzie zerwany. Zwycięży opinia większości, a ona jest, sądząc z głosowania, po stronie pana przyjaciół. Mój sprzeciw nie miał żadnego znaczenia. Ot, taki sobie gest. A pan, kolego, przecież nie jest żadnym szlachetką, tylko zdrowym kmieciem, skąd u pana te saskie naleciałości?
Zoologica roześmiała się i zaraz umilkła. Pani Ina zaszeleściła gazetą:
– Wie pan, doktorze, kiedy czytam te bzdury, sama mam ochotę coś na ścianie napisać.
– A może to pani? – zażartował geograf i pogroził jej palcem.
Zoologica zbliżyła się do Dłubaka i poprawiwszy mu krawat, powiedziała miękko:
– Dłubak, pan jako kolega powinien pomóc Dominikowi, wyciągnąć go z tej kabały, pan przecież dużo może.
Dłubak rozanielił się:
– Czy pani myśli, że ja nie zrobiłbym tego? Ja chętnie. Jeśli kolega powiada, że to był gest bez znaczenia… To jest podstawa, możemy się tego trzymać. Pan doktor sporządzi pisemko, że podniósł dłoń na skutek roztargnienia. Albo że nie dosłyszał. Że nie miał pan zamiaru się przeciwstawiać, ponieważ… i tak dalej… coś o lojalności.
– Tak, niech pan to zrobi – namawiała mnie łacinistka. – Oczywiście, że to roztargnienie! Wszyscy możemy poświadczyć, że pan doktor jest roztargniony.
Zawsze uważałem ją za Pierwszą Sprawiedliwą, za Niezdolną Do, w każdym razie za kogoś z dużej litery. Teraz jej gotowość poświadczenia, że jestem tuman, uderzyła mnie nieprzyjemnie. W ustach czułem przykry smak, jakbym rozgryzł cierpki kartofel.
– Nie jestem bynajmniej roztargniony – powiedziałem, prostując się.
Wziąłem dziennik i czując nierówne, lękliwe bicie serca, poszedłem do klasy maturalnej. Mówiliśmy o współczesnej literaturze. Mówiliśmy o niej tak, jak gdyby nie istniał Dłubak, wymysły w prasie i te wszystkie pijackie pogróżki, które biedni linotypiści zmuszeni są potem składać. Zakończyłem lekcję pięć minut przed dzwonkiem, bo zapiekło w okolicach pęcherza. Dwaj chłopcy wyszli za mną na korytarz, chyba chcieli mi coś powiedzieć, ale się nie odważyli. Za nimi sunęła cichutko Irka Łapińska, porcelanowa, jasnowłosa, najbardziej aryjska dziewczyna w klasie. Zatrzymałem się i pomachałem im ręką. Chłopcy ukłonili się pośpiesznie, a Irka dygnęła. Chwilę tak przyglądaliśmy się sobie w przyjaznym, porozumiewawczym milczeniu.
Na ulicy złapał mnie geograf. Wyszczerzył w uśmiechu rząd białych zębów.
– I po co panu to było? Co panu z tego przyjdzie? Uratował pan coś?
Spytałem:
– Pan też jest za jednomyślnością?
– Głową muru nie przebijesz. Odwołaj pan swoje „nie” i będzie spokój. Nie widzi pan, że wszyscy są przeciw panu?
– Właśnie dlatego nie mogę odwołać. Właśnie dlatego –
powtórzyłem.
Geograf nie zrozumiał. Wyszczerzył jeszcze raz zęby i stanął w stumetrowej kolejce do autobusu.
Zaraz potem miałem jeszcze jedną rozmowę, krótką. Stara nauczycielka, pani Ina, ściskając mi dłoń, szepnęła jedno słowo:
– Gratuluję.
Długo czułem dotyk jej drżących, pomarszczonych palców. Wkrótce ma przejść na emeryturę.