“Zdrój” to powieściowy debiut Barbary Klickiej, laureatki Silesiusa i Gdyni za tomiki „Same-same” oraz „Nice”.


Zdrój„Zdrój” opowiada o młodej kobiecie, która znalazła się na turnusie uzdrowiskowym w Ciechocinku.

Sanatorium okazuje się miejscem pełnym pułapek, rytuałów i sekretów, a bohaterka mimo wielu wysiłków nie potrafi zrozumieć reguł rządzących zdrojowym światem.

Wszystko w tej opowieści rozgrywa się w tajemniczej przestrzeni pomiędzy zdrowiem a chorobą, codziennością szpitala a jego mrocznymi zakamarkami oraz tym, co mogłoby się wydarzyć, a tym, co się wydarza…

 
Barbara Klicka
Zdrój
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 30 stycznia 2019
 
 

Zdrój


Nie jest to środek lata, myślę, ale mimo to walizka jest za ciężka. Leży teraz w autobusowym bagażniku i niby nie należałoby się martwić jej wagą, ale jak się nie martwić, skoro nikt nie będzie czekał na przystanku, a w niej są kalosze, płaszczyk, piętnaście par skarpet, odpowiednia liczba swetrów, strój gimnastyczny, kostium, czepek, klapki, wszystko, co pensjonariuszce może być potrzebne przez trzydzieści dni pensjonariuszowania. Jesienią. Myślę: tak to właśnie będzie wyglądać, tak to właśnie jest, będą mnie okładać okładami, masować, wieszać i gnieść, a potem spakuję się, żeby wrócić, walizka będzie za ciężka, same kalosze ważą tyle, ile mi wolno unosić, ale jakoś trzeba przecież wrócić, więc się spakuję do tej walizki, a po drodze będą schody i całe trzydzieści dni, żadna perełkowa kąpiel, cała borowina świata nie wygra z moim jesiennym bagażem. Myślę: może nadam tę walizkę pocztą przed powrotem, wrócę do siebie, w skrzynce znajdę awizo, nie przestraszę się go, bo będę wiedziała, że to walizka na poczcie i nie ma się czego bać, zadzwonię do brata albo do wszystko jedno kogo, byleby miał samochód lub mięsień i trochę czasu, ktoś mi przywlecze ten bagaż na kwadrat, ja się uśmiechnę, trochę się z siebie ponabijam, że kaleka, postawię piwo albo kawę i będzie po sprawie. Autobus mnie kołysze, poprawiam dmuchaną poduszeczkę w kształcie nieco zbyt zakręconego banana, którą mam zainstalowaną na szyi, myślę: jeszcze tylko dwie godziny i będę na miejscu, świat nie jest taki duży. Przymykam oczy, robi się łagodniej. Myślę: zawsze to jednak przygoda, wielu ludzi bym nie poznała, gdyby nie to, turnus nie wieczność, a jesień w Warszawie to kałuże i beton, w tym całym Ciechocinku jest jednak ciut więcej zielonego, który się będzie mieszał z różnymi innymi kolorami, na moich oczach. No i generalnie, myślę, dasz radę, dasz radę. Trzeba być otwartą i uczyć się, uczyć, czytałaś o tym w tylu gazetach, a walizkę z powrotem wyśle się pocztą i po sprawie. Drżenie silnika wypełnia mi ciało. I nagle, z drżenia, zza przymkniętych oczu, zza poduszeczki, z autobusu, z chmur i z nieba, prosto w sam środek mojej głowy uderza myśl, że przecież po drodze na pocztę będą te same schody, co po drodze na przystanek.
Wysiadam. Nie wiem, w którą stronę iść. Obok mnie pani, która chyba też nie wie. Z tego samego autobusu, ale walizkę ma mniejszą. Myślę: może przyjechała na krócej. W ręku trzyma skierowanie, takie samo jak to, które ja trzymam w torbie. Zbliża się.
– Nie wie pani przypadkiem, jak dojść do sanatorium Związku Nauczycielstwa Polskiego?
Ma krótkie włosy, platynowe, jest starsza ode mnie najwyżej o kilka lat, ale wygląda, jakby była moją ciocią. To przez ten turkusowy żakiet, myślę. Przez turkusowy żakiet i takie ogólne serio, które od niej bije. Uśmiecham się. Nigdy nie wiadomo, kiedy będę potrzebować czyjejś pomocy. Za mną jak zły dog waruje wielka walizka.
– Niestety nie wiem. Ale też muszę tam, że tak powiem, dotrzeć.
Uśmiecham się jeszcze raz na wszelki wypadek.
– Dlaczego „że tak powiem”? – pyta ta pani.
Myślę: czy istnieje odpowiedź na to pytanie, bo chyba raczej nie, po prostu tak mówię, że tak powiem, bo chciałabym wydać się miła i dowcipna już w pierwszym zdaniu. Że tak powiem, nawyk taki, mięciutki, nic więcej.
– Nawyk taki. Językowy – mówię. – Nic więcej. Sprawdzałam w internecie przed wyjazdem. Z mapki wynikało, że generalnie w lewo, a potem bardzo blisko.
Uśmiecham się, bo skoro powiedziałam a, to czuję się teraz zobowiązana do powtarzania b aż do skutku.
– Aha, to chodźmy – mówi ona. – Razem raźniej – dodaje, ale mnie to chyba nie przekonuje.
Idziemy i tak. Za mną, jak smutny dinozaur, wlecze się waliza. Pani ma o tyle mniejszą, że myślę: czy to nie jest normalne, że jak się wyjeżdża jesienią z miasta, to się zabiera ze sobą kalosze na wypadek spaceru?
– Na długo pani przyjechała? – pyta.
– Na cały turnus. Tak mam na skierowaniu. A pani?
– Na tyle samo.
Aha, czyli nie na krócej, czyli ja jestem jednak kaloszowa strojnisia, w dodatku bez wyobraźni dotyczącej schodów w drodze powrotnej. Myślę: zaskoczę ją.
– Mnie ZUS skierował. Musiałam. Rozumie pani. Była komisja i komisja orzekła, że muszę tu przyjechać na cały turnus.
– Zusowcy mają gorzej – mówi ona. Włącza jej się tryb „ekspert”. – Przede wszystkim nie mamy szans na jedynki. Nawet dwójki są raczej rzadkością. No i kłopot z przepustkami. – Patrzy na mnie, sprawdza, czy zrobiła wrażenie. Zrobiła. Mówi dalej: – Ja też tym razem będę zusówką, ale wolę przyjeżdżać prywatnie.
Orientuję się, że ona tu mieszka jedną, że tak powiem, nogą, że teraz prowadzi nas pewnym krokiem, że skręciłyśmy w lewo, ona, ja, nasze walizki różnych rozmiarów, i zmierzamy prosto do celu.
– Pani wie, gdzie idziemy, prawda? – pytam.
– No pewnie. Zapytałam o drogę, bo przecież trzeba jakoś rozpocząć znajomość. – Zatrzymuje się, wyciąga dłoń. – Beata jestem. Pomyślałam, że skoro wyglądasz na młodszą ode mnie, zostaniesz moją koleżanką. Zobaczysz, młodsze koleżanki to tutaj coś bardzo cennego.
Myślę: nie ucieknę, mam wielką walizkę. Myślę: nie wolno mi biegać. Myślę: co ja tam wiem, ona wie, a skoro wie, to wyciągnij tę rękę i ładnie się przedstaw.
– Kama – mówię. – Z Warszawy.
Znowu idziemy. To znaczy ja idę za nią, bo ona idzie. Za mną walizka.
– Z Warszawy – powtarza ona, z lekkim zawodem w głosie. – To nie najlepiej. Ty wiesz, że ludzi z Warszawy to nikt nie lubi?
– Wiem – mówię, bo rzeczywiście trudno tego nie wiedzieć, jeśli się człowiek czasem rusza ze stolicy. – Ale ja się przeprowadziłam na studia i po prostu zostałam.
– Aaaa, to trochę lepiej – mówi ona. Ale nie wierzy w to, co mówi, i to bardzo słychać. – Ja jestem z Włocławka. To dobre miasto. W każdym razie nie trzeba się go wstydzić.
Myślę: nigdy w życiu nie wstydziłam się miasta. Jak się można wstydzić miasta? Co to jest wstyd za miasto? Idziemy. Skręciłyśmy jeszcze dwa razy. Na horyzoncie majaczy już budynek naszej placówki. Wiem, oglądałam go na zdjęciach w internecie.
– Jestem nauczycielką wuefu – mówi Beata. – Kiedyś, dość dawno temu, zdobyłam wicemistrzostwo juniorów w gimnastyce artystycznej. Po latach okazało się, że mój kościec nie bardzo lubi tę dyscyplinę sportu. Dlatego tu teraz urzęduję. Chociaż nie tylko dlatego… – Uśmiecha się nagle. Jakoś tak przeciągle. – A ty jesteś przed operacją czy po?
– Po. Po dwóch. Ostatnia pół roku temu.
– Ho, ho! – mówi ona. – Ho, ho!
– ZUS mnie przysłał. Żebym mogła być dalej na tej pooperacyjnej pseudorencie, muszę przejść regulaminową rehabilitację. No i regulaminowy lekarz musi o tym zaświadczyć, w państwowej placówce. To taki dodatek do pseudorenty – mówię. – Gdybym tu nie przyjechała, odebraliby mi świadczenie.
– I bardzo słusznie – mówi Beata, tonem, z którego jasno wynika, że to bardzo słusznie. – Ale nauczycielką nie jesteś, prawda? Od jakiegoś czasu wpuszczają tu nie tylko nauczycieli.
– Nie, nie jestem.
Nie ma podjazdu. Tylko schody i dźwig dla wózków inwalidzkich. Żeby go uruchomić, trzeba iść do recepcji, po schodach, poprosić kogoś, żeby się pofatygował. No i nie będę przecież wwozić walizki na turnus dźwigiem dla wózków. Myślę: będę chodzić w tych kaloszach codziennie, nawet jeśli październik będzie wyjątkowo słoneczny. Wciągam walizkę po schodach. Boli. Beata czeka u szczytu. Trochę się niecierpliwi i wyraźnie tryumfuje. Nie wzięła kaloszy. Budynek jest raczej szary, raczej z betonu, raczej bardzo kanciasty. Drzwi oszklone, domofon, hol z kolumnami, recepcja, przed recepcją czerwony dywan. Dość puchaty.
– Skierowanie proszę – mówi do mnie recepcjonistka. Beata od razu wyciąga rękę i podaje jej swoje kwity. Myślę: no i dobrze, zanim ja wygrzebałabym papiery z torby, minęłyby lata. Recepcjonistka gapi się w ekran, coś tam stuka, komputer wydaje budzące niepokój dźwięki. – Ma pani szczęście, pani Beatko – mówi. – Ostatnie miejsce w pokoju dwuosobowym tutaj mam dla pani. – Beata promienieje. – Trzysta czternaście. Damskie piętro, trzecie. Tu ma pani kluczyk. Proszę bardzo. Do zobaczenia. – Puszczają do siebie oko, Beata mruczy pod nosem „to pa!”, odwraca się, jej nie za duża walizka również się odwraca i po chwili obie znikają w windzie.