“Pacjenci doktora Garcii” to trzymająca w napięciu powieść szpiegowska o wartkiej akcji rozgrywającej się w kilku krajach. Mało znane fakty z okresu II wojny światowej splatają się tu z realiami frankistowskiego reżimu, a burzliwa historia Hiszpanii i Argentyny odciska piętno na losach zwykłych ludzi.


Pacjenci doktora GarciiPo zwycięstwie generała Franco doktor Guillermo García Medina przebywa w Madrycie pod fałszywym nazwiskiem. Dokumenty, które ocaliły go przed rozstrzelaniem, to prezent od najlepszego przyjaciela – Manuela Arroyo Beníteza, republikańskiego dyplomaty, któremu uratował życie w 1937 roku.

We wrześniu 1946 roku Manuel wraca z uchodźstwa z tajną i niebezpieczną misją. Planuje przeniknąć w szeregi zakonspirowanej grupy zajmującej się przerzutem za granicę zbrodniarzy wojennych i zbiegów z Trzeciej Rzeszy. Na czele organizacji stoi zamieszkała w dzielnicy Argüelles wyjątkowa kobieta – Niemka i Hiszpanka w jednej osobie, nazistka i falangistka – Clara Stauffer.

Gdy Manuelowi udaje się zwerbować doktora Garcíę, w planach dwójki przyjaciół pojawia się kolejna postać. To Adrián Gallardo Ortega, który nim zaciągnął się do Błękitnej Dywizji, został ochotnikiem w SS i wziął udział w bitwie o Berlin, przeżył swoje pięć minut chwały jako zawodowy bokser. Obecnie wegetuje w Niemczech, nieświadomy, że ktoś chce wykorzystać jego tożsamość, by uciec do peronistowskiej Argentyny.

***

Almudena Grandes jest jedną z najznakomitszych pisarek naszych czasów.
Mario Vargas Llosa

Almudena Grandes (ur. w 1960 roku w Madrycie) zadebiutowała w 1989 roku powieścią “Lulu”, za którą otrzymała nagrodę La Sonrisa Vertical. Od początku cieszy się dużą popularnością wśród czytelników i przychylnością krytyki. Jej powieści i opowiadania stały się jednymi z najbardziej znanych na świecie i najczęściej tłumaczonych dzieł współczesnej literatury hiszpańskiej. Wiele doczekało się filmowych adaptacji. Autorka została uhonorowana Nagrodą Fundacji Lary, Nagrodą Księgarzy (w Madrycie i Sewilli), Rapallo Carige i Prix Méditerranée.

Almudena Grandes
Pacjenci doktora Garcii
Przekład: Magdalena Olejnik, Zofia Siewak-Sojka
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 30 stycznia 2019
 
 

Pacjenci doktora Garcii


MADRYT, 30 MARCA 1947

W ostatnią niedzielę marca 1947 roku wyszedłem na spotkanie kobiety, która znała moją prawdziwą tożsamość.
– No to zobaczmy… – Dozorczyni wyjrzała ze stróżówki, by poddać mnie uważnej inspekcji. – Co nowego dziś pan włożył, don Rafael?
– Nic szczególnego, Benigna. To nie czasy na strojenie się.
– Nie musi mi pan tego tłumaczyć, ale… – Poszperała w kieszeni fartucha i wyjęła stamtąd maleńką rozetkę uplecioną z palmowych liści. – Tego chyba mi pan nie odmówi, prawda? Przynajmniej nie straci pan ręki.
Kto nic nowego nie włoży w Niedzielę Pańskiej Męki, ten więcej nie zobaczy prawej ni lewej ręki. Po dwóch latach suszy, długim szeregu dni rozświetlonych słońcem na niebie tak błękitnym, jakby zostało świeżo namalowane, poranek zapowiadał nie tyle deszcz, co przygnębienie. Było chłodno. Dzieci, wierne tradycji, szły skulone, trzęsąc się z zimna; jakby lekki strój: wiosenne cienkie skarpetki, zwiewne spódniczki lub krótkie spodenki, mógł skutecznie odciąć je od zimy, w której wciąż jeszcze tkwili dorośli; odziani w płaszcze i kapelusze zaciskali dłonie w rękawiczkach na gołych paluszkach dzieci. Te, dla zrównoważenia swojej niedoli, w drugiej ręce niosły palmy wielkanocne przystrojone kwiatami, kolorowymi wstążkami i kokardkami – jak ta, którą wpięła w kieszonkę mojej marynarki Benigna. Inne, mniej szczęśliwe maluchy, cieplej ubrane, bo nie miały nic nowego, czym mogłyby się pochwalić, patrzyły na tamte z zawiścią.
Kiedy znalazłem się na placu Salesas, wszedłem do baru, niemal pustego w czasie mszy, zamówiłem kawę i usiadłem tyłem do kelnera, by przez witrynę ozdobioną wymalowanymi na biało literami spoglądać na wejście do kościoła Santa Bárbara. Tam właśnie, pomiędzy słowami napisu obiecującego „najlepsze kanapki z kalmarami w Madrycie”, zobaczyłem wyłaniającą się z wnętrza świątyni procesję. Orszak ministrantów uzbrojonych w wielkie złote palmy i małe metalowe kadzidła otaczał pół tuzina księży wystrojonych w haftowane ornaty, których kolory wyznaczały pozycję w hierarchii, całkiem dla mnie nieczytelną. Ruszyli w dół schodów powolnym, uroczystym krokiem, który niebawem mieli podjąć wierni stłoczeni za ich plecami, a ja w tym czasie zapłaciłem za kawę i przeciąłem plac. Kiedy przystanąłem obok kraty ogrodzenia, Najświętszy Sakrament jeszcze nie zstąpił na ulicę.
Ujrzałem przed sobą morze ludzi, kolorowych palm, płaszczy, kapeluszy; tyle kobiet w najróżniejszym wieku z zakrytymi głowami, aż przestraszyłem się, że nie uda mi się dostrzec jej w tłumie. I właśnie wtedy ją zobaczyłem: z blond włosami, jakich nie miała od czasu, gdy była dwunastolatką, z kosmykami jeszcze bardziej złocistymi niż kiedyś, gdy roztaczała wokół siebie woń rumianku, która jako pierwsza tak mnie w niej zaintrygowała. Poza tym nie zmieniła się prawie wcale. W miarę jak się zbliżała, upewniałem się, że nadal jest ładna w ten sam sposób co dawniej: bardziej z daleka niż z bliska. Pomimo ciężkich czasów i choć nie towarzyszył jej żaden mężczyzna, po ubiorze poznałem, że chce się podobać. Wspaniałą figurę podkreślała dobrze skrojona garsonka, żakiet zbyt dopasowany jak na ostrożne kanony epoki Zwycięstwa. Żadna elegancja nie była w stanie zatuszować jej plebejskiej twarzy wieśniaczki, szerokiej i mięsistej. Wyglądała korzystnie w delikatnym czarnym festonie starej koronkowej mantylki zakrywającej głowę, mimo że dodatkowo uwypuklał mocny kontrast ciemnych brwi z zafarbowanymi na żółty blond włosami; ryzykowny pomysł, godny maskującej się artystki kabaretowej, na który nigdy w życiu nie pozwoliłaby sobie większość kobiet z jej klasy społecznej. Ale ona nie była byle kim: nazywała się Amparo Priego Martínez i śmiałość, która ją tłumaczyła, poruszyła mnie bardziej, niż się tego spodziewałem. Przeżyliśmy wspólnie zbyt wiele i zbyt dużo czasu spędziliśmy razem, bym mógł wyjść z tego spotkania bez szwanku. Dlatego nawet nie ośmieliłem się spojrzeć na chłopca, którego prowadziła za rękę.
Pozwoliłem, by mnie minęła, jakby zaczepienie jej od tyłu było łatwiejsze, i przekonałem się, że nie przyszła na mszę sama. Wraz z nią w procesji uczestniczyły jeszcze dwie inne kobiety z dziećmi i choć nie mógłbym oczekiwać bardziej bezbronnego towarzystwa, to wystarczyło, bym stracił cały swój animusz. Przez chwilę zastanawiałem się, co właściwie tu robię. Chciałem nawet zrezygnować, obrócić się na pięcie i pójść prosto do domu. Ta chwila słabości trwała ledwie mgnienie oka. Zaraz potem przecisnąłem się pomiędzy płaszczami i mantylami, dogoniłem ją i chwyciłem za łokieć.
– Dzień dobry.
Nie powiedziałem nic więcej, nie musiałem. Te dwa słowa wywołały radykalną zmianę na jej czerstwej twarzy o rumianych, pyzatych policzkach, na którą niegdyś bezustannie narzekała. Gdyby w tym momencie mogła się przejrzeć w lustrze, zobaczyłaby inną wersję samej siebie, która zapewne bardziej przypadłaby jej do gustu: cera blada niczym woskowa maska, twarz spięta i nagle delikatna, krucha w subtelnym drżeniu warg i wilgotnym połysku szeroko otwartych oczu.
– Guillermo… – głosem tak cichym, że niemal niesłyszalnym, wyszeptała moje imię i rozejrzała się na boki, by sprawdzić, czy jej przyjaciółki zauważyły nasze spotkanie. One jednak nadal śpiewały piskliwym falsetem, który hiszpańskie dewotki uznają za dobitny przejaw religijnej gorliwości. – Co ty tu robisz?
– Jak to co? To samo co ty… – odparłem zwyczajnym tonem, a jej towarzyszki, nie przerywając śpiewu, obejrzały się i otaksowały mnie wzrokiem, po czym nieco przyspieszyły. – Świętuję Dzień Pański.
Ten komentarz mimo woli wywołał uśmiech na jej twarzy i uspokoił ją na tyle, że znów podjęła marsz. Ruszyłem obok, po jej lewej stronie, jak gdybym pragnął jedynie razem z nią uczcić Niedzielę Palmową, i przez chwilę w milczeniu wdychałem ten niepowtarzalny aromat, precyzyjną kombinację perfum i potu, która pobudzała nie tylko mój zmysł powonienia. Zamknąłem oczy i zdało mi się, że to tylko złudzenie, że jestem tak blisko Amparo. Posuwaliśmy się obok siebie, zachowując bezpieczny dystans, niczym dwójka nieznajomych. Nie trwało to długo, niemal natychmiast postarała się położyć kres wszelkim niedopowiedzeniom.
– Idź stąd. – Spojrzałem na nią, ale nie udało mi się uchwycić jej wzroku wbitego w szczyt złotej monstrancji otwierającej procesję. – Wynoś się, i to już.
– Zaraz – zapewniłem ją równie cichym głosem jak ten, którym zwróciła się do mnie. – Przyszedłem specjalnie po to, żeby się z tobą zobaczyć. Mamy do pogadania.
– Nie sądzę.
– Mylisz się. Zapewniam cię, że rozmowa ze mną leży w twoim interesie. – W końcu się obróciła i spojrzała na mnie. – Wiem, że nadal mieszkasz w dzielnicy Salamanca, pod numerem 45 przy ulicy Ayala. Pasuje ci jutro wieczorem? Będę tam koło szóstej.
Nie zaprzeczyła ani nie przytaknęła. Nim zdążyła otworzyć usta, poczułem, że ktoś szarpie mnie za rękaw płaszcza.
– Proszę pana! – Rączka należała do pięcioletniej dziewczynki o złocistych włosach, ubranej i uczesanej niczym laleczka, tak podobnej do Amparo w dzieciństwie, że pomyślałem, że to jej córka. – Proszę pana! – powtarzała zawzięcie, aż podskakiwały naraz wszystkie loczki na jej głowie. – Bo pan tu ma takie ładne! Da mi pan to?
– Asun! – Amparo szybko odwróciła się do małej i poczułem, że jej ciało się rozluźnia; napięcie, które trzymało je niczym sztywna zbroja, znalazło ujście w napomnieniu, przesadnym jak na tak niewielką przewinę. – Ile razy mamy ci powtarzać, że nie można tak dziadować? Powiem mamie.
Jeszcze wszystko pamiętałem, także to, że jej starsza siostra ma na imię Asunción. Dziewczynka, która musiała być jej córką, wzruszyła ramionami i dalej wyciągała w moim kierunku dłoń, tak bezczelnie, że aż mnie rozśmieszyła. W chwili gdy ostrożnie odczepiałem od kieszonki upominek Benigny, zza Amparo wychyliła się mała śniada główka chłopca, którego celowo przez cały czas omijałem wzrokiem.
– Chcesz? – Nadal próbowałem nie patrzeć na niego, a tymczasem uosobienie zachłanności kiwało głową. – W takim razie proszę, to dla ciebie, bo ty… – Serce podeszło mi do gardła, gdy obróciłem się do chłopca – …jesteś już za duży na takie rzeczy, co? Jako ośmiolatek…
– Skąd pan wie, że mam osiem lat?
Był wysoki jak na swój wiek, szczupły, o pociągłej twarzy i ciemnych, niesfornych włosach. Zapowiadało się, że jako mężczyzna będzie miał gęste brwi, prosty, raczej długi nos, zapewne wystarczający, by podtrzymać okulary, które skorygują przedwczesną krótkowzroczność. Zupełnie nie przypominał niewielkiej części jej rodziny, którą poznałem.
– Bo jestem bardzo bystry. – Spojrzał z niedowierzaniem i posłał mi w odpowiedzi uśmiech, w którym rozpoznałem jego matkę. – Wiem, że urodziny masz we wrześniu, że mieszkasz przy ulicy Ayala, jesteś synem Amparo, i wiem, że…
Znałem ją na tyle dobrze, że nie musiałem na nią patrzeć, by wyczuć jej przerażenie; byłem pewien, że gwałtownie zbladła. Znałem ją na tyle dobrze, że przewidziałem jej panikę i niezdarność, pośpiech, z jakim mi przerwała, gdy chciałem jedynie dodać, że wiem, że jej syn lubi grać w piłkę, bo miał strupki na obu kolanach. Nie mogłem jednak przewidzieć słów, które szepnęła mi do ucha, wbijając mi paznokcie w przedramię tak mocno, że zabolało.
– Już nie ma na imię Guillermo.
To zdanie także mnie zabolało. Wypełniłem swoją misję i nie musiałem tam zostawać ani chwili dłużej, ale miałem jeszcze coś do zrobienia. Nim odszedłem, podałem dziewczynce rozetkę, pomachałem chłopcu ręką i pochyliłem się do ucha jego matki.
– Ja też nie.
Odszedłem kilka kroków i obróciłem się, by zobaczyć, że Amparo nadal na mnie patrzy, stojąc nieruchomo niczym kolumna rozdzielająca na dwoje strumień wiernych z palmami w dłoniach. Wówczas wyszło słońce. Byłby to piękny obraz na pożegnanie, ale ja jeszcze nie mogłem sobie na to pozwolić.
W ostatnią niedzielę marca 1947 roku poszedłem się zobaczyć z kobietą, która znała moją prawdziwą tożsamość. Amparo wiedziała, że nie nazywam się Rafael Cuesta Sánchez, tylko Guillermo García Medina. I że jestem lekarzem, nawet jeśli nie mam oficjalnego tytułu i pracuję w agencji transportowej.
Nie wiedziała za to, że odnalazłem ją, by pomóc Manuelowi Arroyo Benítezowi, mojemu przyjacielowi, który przyjął tożsamość Adriána Gallardo Ortegi. Zrobił to, by wniknąć w szeregi nazistowskiej organizacji chroniącej zbrodniarzy wojennych i jako jeden z nich wyemigrować do Argentyny.
Tymczasem prawdziwy Adrián Gallardo żebrał na ulicach Berlina, a kiedy zatrzymywał go patrol policji, pokazywał dokumenty na nazwisko Alfonso Navarro López.
Moja historia jest historią trzech mistyfikatorów.