W powieści „Mars Room” Rachel Kushner burzy mit Stanów Zjednoczonych jako sprawiedliwego państwa o wielkich możliwościach dla każdego. To boleśnie szczera refleksja na temat społeczeństwa pozbawionego współczucia dla ludzi, którzy mając kiepski start w życiu nie zdołali odbić się od dna.


Mars RoomJej bohaterki zaczynały na dnie i ten marny początek zaprowadził je wprost do piekła zgotowanego przez system więziennictwa. Romy, postać wykreowaną przez Rachel Kushner, czytelnik poznaje w trakcie przewożenia skazanych z jednego zakładu karnego do innego i to jej historia jest główną osią opowieści, w trakcie której czytelnik pozna losy również innych więźniarek.

Główną winą Romy jest to, że się broniła. Przed nędzą, przed patologicznym środowiskiem, z którego wyrosła, a wreszcie także przed prześladowcą nękającym ją bez ustanku. Jej wina jest oczywista – zabiła mężczyznę. Nigdy już nie wyjdzie zza kratek, podwójne dożywocie i sześć lat – kara wymierzona jej przez sąd, wyklucza nadzieję na przedterminowe zwolnienie. Jednak Rachel Kushner zmusza czytelnika do refleksji, kto tak naprawdę jest tutaj winnym, a kto ofiarą. „Mars Room” jest bowiem powieścią skupiającą się na analizie systemu społecznego, wbrew szumnym obietnicom, wcale nie sprzyjającego ludziom pochodzącym z nizin społecznych. Nawet jako taka równość wszystkich obywateli jest poddawana w wątpliwość.

Rachel Kushner sportretowała w powieści całą galerię bohaterek. To kobiety urodzone w patologicznych rodzinach, w obskurnych dzielnicach wielkich miast, z rodzicami ćpającymi lub spędzającymi większość czasu w więzieniu, wychowane na ulicy, walczące o przetrwanie w brutalnym świecie podobnych sobie, gdzie walutą jest własne ciało a życie toczy się w w mrocznych, brudnych podziemiach klubów tanecznych.

Rachel Kushner sportretowała w powieści całą galerię bohaterek

Romy, widziana jeszcze zanim trafiła za kratki, chciałaby do czegoś w życiu dojść. Tyle, że dla dziewczyny z patologicznego środowiska właściwie wszystkie drzwi są zamknięte. Nie ma ani pieniędzy ani dobrego pochodzenia ani nawet wsparcia najbliższych. Jest zaledwie pionkiem, nic nie znaczącą postacią, zdaną na samą siebie, odpowiedzialną za los swój i swojego syna. Kobieta ma nadzieję, że praca tancerki pomoże jej wyrwać się z dna. Jednak jedynym miejscem, gdzie może tańczyć, gdzie ktokolwiek chce ją zatrudnić, są nocne kluby pełne szemranego towarzystwa. To właśnie w jednym z nich poznaje Kurta, swego późniejszego prześladowcę.

Dla czytelnika od samego początku jest jasne, że dla Romy nie ma przyszłości i to właśnie ta refleksja jest głównym przesłaniem książki Rachel Kushner. Pisarka, losami swoich postaci, stawia otwarte pytania o to, jak to możliwe, że w najbogatszym kraju świata, dysponującym nieograniczonymi możliwościami, możliwe są sytuacje, w których młoda osoba nie może nigdzie znaleźć wsparcia i nadziei na poprawienie swojej sytuacji życiowej. Ameryka przedstawiona przez pisarkę to miejsce, gdzie wszystko przeliczane jest na pieniądze. Pochodzisz znikąd, więc jesteś nikim i skończysz tam, gdzie wszystkie inne postaci nie przedstawiające materialnej wartości – komunikuje czytelnikowi.

Osoby takie jak Gordon Hauser, więzienny nauczyciel, traktujący więźniarki z godnością i szczerym zaangażowaniem w ich sytuację, należą do mniejszości. Gordon potrafi dostrzec w osadzonych ich człowieczeństwo i talenty, które mogłyby im pomóc wieść inne życie. Kupuje im książki, farby, nasiona kwiatów, odnosząc się do zainteresowań i zdolności jakie u nich dostrzega. Czytelnik może zapytać – dlaczego dzieje się to dopiero w chwili, gdy przed skazanymi kobietami nie ma już żadnych perspektyw? Gdzie byli nauczyciele, pracownicy socjalni, mogący spojrzeć na nie z nadzieją, zanim ich sytuacja stała się całkowicie beznadziejna.

pisarka nie stara się osadzonych usprawiedliwiać, ale ilustruje rzeczywistość, w jakiej te kobiety były wychowywane, co stawia ich straszliwe czyny w określonym kontekście

Jednocześnie pisarka nie stara się osadzonych usprawiedliwiać – mamy do czynienia ze skazanymi zbrodniarkami, wiele z nich to morderczynie, niektóre o krok od wymierzenia im kary śmierci – ale ilustruje rzeczywistość, w jakiej te kobiety były wychowywane, co stawia ich straszliwe czyny w określonym kontekście. Rodzi też pytanie, jaki powinien być cel systemu więziennego.

Kushner bardzo wyraźnie stwierdza, że postrzega system jako wadliwy: nie ma pomocy dla dzieci w trudnej sytuacji rodzinnej, co wiąże się z bardzo wysokim ryzykiem, a wręcz prawie pewnością, że w pewnym momencie trafią do więzienia. Tam zaś czekają na nich sadystyczni strażnicy i słabo wykwalifikowani pracownicy więzienni, pozostawieni bez sensownego odgórnego nadzoru, a zatem brak odpowiedniej resocjalizacji dla osób skazanych za drobne czyny poprowadzi ich wprost w objęcia poważniejszych zbrodni. W więzieniu Romy jest tylko numerem zobowiązanym do przestrzegania rozkazów strażników. Tu kończy się jej „American Dream”. Nikodem Maraszkiewicz

Rachel Kushner, Mars Room, Przekład: Magdalena Koziej, Wydawnictwo W.A.B., Premiera: 13 marca 2019
 
 

Mars Room

Rachel Kushner
Mars Room
Przekład: Magdalena Koziej
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 13 marca 2019

I

1

Noc Łańcuchów jest raz w tygodniu, w każdy czwartek.
Co tydzień następuje decydujący moment dla sześćdziesięciu kobiet. Dla niektórych z tej sześćdziesiątki w kółko się powtarza. Dla nich to rutyna. Mnie przydarzyło się tylko raz. Obudzono mnie o drugiej nad ranem, skuto, odliczono, Romy Leslie Hall, więźniarka W314159, po czym ustawiono w szeregu, wraz z innymi, zanim wyruszyłyśmy w całonocną podróż przez dolinę.
Kiedy autobus wyjechał poza teren więzienia, przywarłam do osiatkowanego okna, by dojrzeć świat na zewnątrz. Niewiele tam było do oglądania. Przejścia podziemne i wjazdy na autostradę, ciemne, wyludnione bulwary. Na ulicy ani żywej duszy. Przejeżdżałyśmy o tak późnej porze, że sygnalizacja świetlna przestała się zmieniać z zielonej na czerwoną i tylko mrugała stale na żółto. Obok nas przejechał inny samochód. Bez świateł. Śmignął obok autobusu, ciemny obiekt przesycony demoniczną energią. Na moim oddziale w areszcie okręgowym była dziewczyna, która dostała dożywocie za samą jazdę samochodem. Nie strzelała do ludzi, jak zapewniała każdego, kto chciał jej słuchać. Wcale nie strzelała. Ona tylko prowadziła samochód. Nic więcej. Wykorzystali odczyty tablic rejestracyjnych zarejestrowane przez kamery monitoringu. Na nagraniu było widać samochód, w nocy, jadący ulicą, najpierw z włączonymi światłami, a potem z wyłączonymi. Jeśli kierowca wyłącza światła, działa z premedytacją. Jeśli kierowca wyłącza światła, popełnia morderstwo.
Przemieszczali nas o tej porze z pewnego powodu, z wielu powodów. Gdyby mogli wystrzelić nas do więzienia w kapsule, tak właśnie by zrobili. Byle ochronić zwykłych ludzi przed koniecznością patrzenia na zgraję skutych kajdankami i łańcuchami kobiet w autobusie biura szeryfa.
Niektóre z młodszych popłakiwały i pociągały nosem, kiedy wjechałyśmy na autostradę. Była wśród nas dziewczyna w klatce, na oko w ósmym miesiącu ciąży, brzuch miała tak wielki, że musieli użyć przedłużanego łańcucha na talię, służącego do przypięcia kajdanków po bokach. Czkała i drżała, twarz miała zapłakaną. Trzymano ją w klatce ze względu na wiek, dla ochrony przed resztą z nas. Miała piętnaście lat. Kobieta siedząca z przodu odwróciła się do płaczącej dziewczyny w klatce i zasyczała, jakby rozpylała truciznę na mrówki. Kiedy to nie pomogło, wrzasnęła:
– Morda w kubeł!
– Cholera – rzuciła osoba siedząca naprzeciwko mnie. Pochodzę z San Francisco i trans to dla mnie żadna nowość, ale ta osoba naprawdę wyglądała jak mężczyzna. Bary szerokie jak nawa, ślad po zaroście. Uznałam, że pewnie zabrali ją z lesbobudki w areszcie okręgowym, gdzie umieszczają takich babochłopów. To był Conan, którego później miałam lepiej poznać.
– Cholera, to jeszcze dziecko. Daj jej poryczeć.
Kobieta powiedziała Conanowi, żeby się zamknął, a potem zaczęli się kłócić, więc zainterweniowali strażnicy.
Pewne kobiety w areszcie i więzieniu ustalają zasady dla wszystkich pozostałych, a ta, która domagała się ciszy, była jedną z nich. Jeśli stosujesz się do ich zasad, wymyślają nowe. Musisz walczyć z ludźmi, bo skończysz z niczym.
Ja zdążyłam się już oduczyć płakania. Przed dwoma laty, kiedy zostałam aresztowana, ryczałam bez przerwy. Moje życie się skończyło i zdawałam sobie z tego sprawę. To była moja pierwsza noc w więzieniu i wciąż jeszcze miałam nadzieję, że ten podobny do snu stan mi przejdzie, że się z niego ocknę. Jednak wciąż się nie mogłam obudzić do czegoś innego niż cuchnący szczynami materac i trzaskanie drzwiami, wrzaski wariatek i alarmy.
Dziewczyna siedząca w celi wraz ze mną, która nie była wariatką, potrząsnęła mną mocno, by przyciągnąć moją uwagę. Podniosłam na nią wzrok. Odwróciła się i uniosła więzienną koszulę, by pokazać mi dziarę nad pośladkami, swoją dupowinietę. Miała tam napisane:

Zamknij się, do kurwy nędzy!

Podziałało. Przestałam płakać.
Towarzyszka z celi w areszcie okręgowym potraktowała mnie łagodnie. Chciała mi pomóc. Nie każdy potrafi sam z siebie zamknąć się do kurwy nędzy, i chociaż próbowałam, nie byłam taka jak moja współwięźniarka, którą później uznałam za niemal świętą. Nie za tatuaż, lecz stosowanie się do dyrektyw.

Konwojenci posadzili mnie w autobusie obok innej białej kobiety. Moja sąsiadka miała długie, lśniące, brązowe włosy oraz szeroki, upiorny uśmiech, jakby reklamowała wybielacz do zębów. Mało kto w areszcie i więzieniu ma białe zęby, i ona też nie miała, ale wciąż niestosownie się szczerzyła. Nie podobało mi się to. Sprawiała wrażenie, jakby usunięto jej operacyjnie część mózgu. Przedstawiła mi się z imienia i nazwiska jako Laura Lipp i powiedziała, że przenoszą ją z Chino do Stanville, jakby żadna z nas nie miała nic do ukrycia. Od tej pory nikt mi się nie przedstawiał z imienia i nazwiska ani nie próbował w wiarygodny sposób prezentować już przy pierwszym spotkaniu, nikt tak by nie zrobił ani ja tak nie robię.
– Lipp przez dwa „p”, to nazwisko mojego ojczyma, które przyjęłam później – powiedziała, jakbym się o to dopytywała. Jakby taka rzecz mogła mieć dla mnie znaczenie, wtedy albo kiedykolwiek. – Mój ojciec ojciec nazywał się Culpepper. Z tych Culpepperów z Apple Valley, nie Victorville. Bo wiesz, w Victorville jest szewc Culpepper, ale nie jesteśmy spokrewnieni. – W autobusie nie wolno rozmawiać. Ten zakaz jej nie powstrzymywał.
– Moja rodzina już od trzech pokoleń mieszka w Apple Valley. Brzmi, jakby to było wspaniałe miejsce, prawda? Niemal czuć zapach kwitnących jabłoni i słychać bzyczenie pszczół, co przywodzi na myśl świeży cydr i ciepłą szarlotkę. Jesienne dekoracje pojawiają się w Craft Cubby już w lipcu, barwne liście i plastikowe dynie: najbardziej tradycyjnym zajęciem w Apple Valley jest produkcja metamfetaminy. Ale nie w mojej rodzinie. Nie chcę, byś odniosła mylne wrażenie. Culpepperowie są użytecznymi ludźmi. Mój ojciec miał własną firmę budowlaną. Nie to co rodzina, do której weszłam po ślubie, która… Och! Patrz! To Magic Mountain!
Mijaliśmy właśnie białe łuki kolejki górskiej, widoczne w oddali, przy wielkiej wielopasmowej autostradzie. Kiedy trzy lata wcześniej przeprowadzałam się do Los Angeles, ten park rozrywki był dla mnie jak brama do nowego życia. Jaskrawe, szkaradne, fascynujące zjawisko, od razu rzucało się w oczy kierowcom pędzącym autostradą na południe, ale teraz nie miało żadnego znaczenia.
– Na moim oddziale była taka jedna pańcia, co kradła dzieci w Magic Mountain – powiedziała Laura Lipp. – Razem ze swoim walniętym mężem. – Laura Lipp potrafiła odgarniać lśniącą grzywę bez używania rąk, jakby prąd elektryczny utrzymywał włosy przy niej. – Mówiła mi, jak to robili. Budzili z mężem zaufanie, ponieważ byli starzy. No wiesz, para miłych, łagodnych staruszków, a dzieciaki rozbiegały się jakiejś matce w trzech kierunkach i gdy goniła jedno, ta starsza pani – dzieliłam z nią piętrową pryczę w więzieniu stanowym w Chino, i tam opowiedziała mi całą tę historię – no więc siedziała sobie, robiąc na drutach i proponowała, że przypilnuje dziecka.
Kiedy tylko rodzic znikał z pola widzenia, dzieciak był odprowadzany do łazienki z nożem pod brodą. Starsza pani i jej mężulek mieli wypracowany system. Zakładali dziecku perukę, inne ubranie, a potem podstępna parka wyprowadzała na siłę biedactwo z parku rozrywki.
– To straszne – powiedziałam i próbowałam się odsunąć od niej na tyle, na ile pozwalał mi łańcuch.
Sama mam dziecko, Jacksona. Kocham syna, ale trudno mi o nim myśleć. Staram się tego nie robić.

Matka nadała mi imię po austriackiej aktorce, która w pewnym talk-show oświadczyła facetowi, który napadał na banki, że bardzo się jej podoba. Podobasz mi się, i to bardzo, powiedziała aktorka. Ten przestępca, tak samo jak austriacka aktorka, udzielał w programie wywiadu. Goście na ogół nie rozmawiali ze sobą, siedząc po lewej stronie prowadzącego. W trakcie trwania programu przesiadali się dalej od niego.

Zaczynasz od tych, które leżą d a l e j od talerza, powiedział mi kiedyś pewien kutas o sztućcach. Akurat tego nigdy się nie uczyłam ani mnie nie uczono. Płacił mi za randkę, w związku z czym uważał, że nie wyrzuci forsy w błoto, jeśli w trakcie wieczoru zdoła mnie na różne sposoby upokorzyć. Gdy wychodziłam w nocy z jego pokoju hotelowego, zabrałam torbę na zakupy, która stała obok drzwi. Nic nie zauważył, bo zamiast mnie poniżać, wolał teraz rozkoszować się hotelowym łóżkiem. Torba była z Saks Fifth Avenue i zawierała wiele innych opakowań, wszystkie z prezentami dla kobiety, przypuszczalnie żony. Nieciekawe, drogie ubrania, których za nic bym nie włożyła. Przeparadowałam z torbą przez hol hotelowy i cisnęłam ją do kosza na śmieci w drodze do samochodu, który zaparkowałam kilka przecznic dalej, w garażu na Mission, bo nie chciałam, żeby ten gość cokolwiek o mnie wiedział.

Na krześle stojącym najdalej od prowadzącego siedział przestępca napadający na banki, który miał w tym programie opowiedzieć o swojej przeszłości, a austriacka aktorka filmowa zajmowała krzesło obok, i odwróciła się do rabusia, by mu powiedzieć, że się jej podoba. Moja matka dała mi imię po tamtej aktorce, która rozmawiała z bankowym rabusiem zamiast z gospodarzem programu.

Chyba mu się spodobało, że ukradłam mu tę torbę z zakupami. Potem chciał widywać się ze mną regularnie. Pragnął mieć taką niby dziewczynę i wiele moich znajomych uważało, że to kapitalna sprawa: facet opłaci ci roczny czynsz, z góry; wystarczy zdobyć takiego i jesteś urządzona. Poszłam na tę randkę za namową dawnej przyjaciółki, Evy. Czasami to, czego pragną inni, wydaje się pożądane, krótko, zanim zblednie w obliczu naszych chętek. Tamtej nocy, gdy nudziarz z Doliny Krzemowej udawał, że przeżywamy coś wspólnie, jak kochankowie, co oznaczało, że traktował mnie jak śmiecia, mówił, że jestem ładna, choć „pospolita”, używał pieniędzy, by dominować nade mną towarzysko, bo rzekomo jesteśmy w związku, ale ponieważ za wszystko płaci, mamy współdziałać na jego zasadach, więc będzie mi mówił, co mam powiedzieć, jak chodzić, co zamawiać, którego widelca używać, czym jakoby się cieszyć – uświadomiłam sobie, że nie nadaję się na niby-dziewczynę. Wolałam nadal harować na życie jako tancerka erotyczna w Mars Room przy Market Street. Nie obchodziło mnie, czy to uczciwa praca, tylko czy mnie od niej nie odrzuca. Z lap dance wiedziałam, że ocieranie się o męskie kolana jest łatwiejsze niż rozmowa.
Każdy człowiek różni się pod względem osobistych standardów i tego, co ma do zaoferowania. Ja nie umiem udawać przyjaźni. Nie chciałam dać się nikomu poznać, chociaż kilku facetom rzuciłam parę okruchów. Jimmy’emu Brodaczowi, bramkarzowi, który wymagał tylko, bym udawała, że jego sadystyczne poczucie humoru jest normalne. I Dartowi, nocnemu managerowi, bo oboje lubiliśmy klasyczne samochody, a on zawsze mówił, że chce mnie zabrać na Hot August Nights w Reno. To był tylko taki żarcik, a on był tylko managerem z nocnej zmiany. Hot August Nights. To nie jest impreza samochodowa w moim guście. Ja jeździłam na tor wyścigowy w Sonomie z Jimmym Darlingiem, jadłam gorące hot dogi i popijałam je piwem z beczki, podczas gdy samochody wyścigowe rozpryskiwały błoto na siatce. Niektóre dziewczyny z Mars Room chciały mieć regularnych klientów i zawsze o nich zabiegały. Ja nie, ale w końcu z takim wylądowałam, z Kurtem Kennedym.
Z psycholem Kennedym.

Czasem myślę, że San Francisco jest przeklęte. Na ogół uważam, że to okropne i smutne miejsce. Ludzie mówią, że jest piękne, ale urodę dostrzegają tylko przybysze, a jest niewidzialna dla tych, którzy musieli tam dorastać. Choćby te przebłyski błękitnej zatoki w prześwitach między domami przy ulicy, która okala Buena Vista Park. Później, w więzieniu, miałam przed oczami ten widok, jakbym była duchem wędrującym po mieście. Dom za domem przyglądałam się wszystkiemu, na czym zawiesiłam oko, przyciskałam twarz do ażurowych bram wiktoriańskich domów stojących wzdłuż wschodniego grzbietu Buena Vista Park, błękit wody był rozmyty przez leciuchną mgiełkę, pocałunek wilgoci, poświatę. Nie podziwiałam tych widoków, kiedy byłam wolna. Gdy dorastałam, ten park był dla nas miejscem, w którym chlaliśmy. Po którym krążyli starsi mężczyźni i wślizgiwali się na materace poukrywane w krzakach. Gdzie chłopcy, których znałam, bili tych facetów krążących po parku, a jednego z nich nawet zrzucili z klifu po tym, jak kupił im skrzynkę piwa.
Z Dziesiątej Alei w Moraga, gdzie mieszkałam z matką w dzieciństwie, widać było park Golden Gate, dalej park Presidio, matowe czerwone punkciki mostu Golden Gate, a za nim strome, zielone fałdy przylądka Marin. Wiedziałam, że wszyscy uważają Golden Gate za wyjątkowy, ale dla mnie i moich przyjaciół był niczym. My chcieliśmy po prostu się nawalić. Dla nas San Francisco to były lepkie paluchy mgły, które gmerały nam pod ubraniem, zawsze te lepkie paluchy, i wielkie urwiska mokrej mgły opadające w dół Judah Street, kiedy czekałam przy zapiaszczonych torach tramwajowych na N, które późno w nocy jeździło raz na godzinę, czekałam i czekałam, a brzegi nogawek dżinsów miałam uwalane błotem z kałuż na parkingu przy Ocean Beach.
Albo po wspinaniu się na Kwaśną Górę na kwasie, bo temu właśnie Kwaśna Góra służyła. Parszywe uczucie związane z dodatkowym ciężarem ciągnącym mnie w dół, przez to błoto na skraju nogawek. Parszywe uczucie po nawaleniu się kokainą z obcymi w motelu w Colma, przy cmentarzu. San Francisco oznaczało przemoczone stopy i wilgotne papierosy na deszczowej piwnej popijawie w Grove. Deszcz i piwo, i krwawe bójki w dzień Świętego Patryka. Rzyganie po bacardi 151 i rozcięcie podbródka o betonową barierkę w Miniparku. Ktoś przedawkował w sypialni czynszówki dla białasów przy Great Highway. Ktoś bez powodu przyłożył naładowany pistolet do mojej głowy w Big Rec, gdzie ludzie grają w parku w baseball. Była noc i ten psychol przyczepił się do nas, kiedy siedzieliśmy sobie, popijając piwko z wielkich litrowych butelek, sytuacja tak typowa – nawet jeśli się więcej nie powtórzyła – że nawet nie pamiętam, jak doszło do jej rozwiązania. Dla mnie San Francisco to byli McGoldrickowie i McKittrickowie, Boyle’owie i O’Boilowie, Hickowie i Hickeyowie, i te ich tatuaże, „Erin go bragh”, Niech żyje Irlandia, bójki, które wszczynali i wygrywali.