Przeznaczona dla młodzieży powieść “Prawda o kłamstwach”, skupiająca się wokół rozwiązania kilku zagadek przez główną bohaterkę, niepostrzeżenie wciąga czytelnika w rozważania na poważne tematy, takie jak etyka w badaniach naukowych. To inteligentnie napisana książka, ciekawa nie tylko z punktu widzenia nastolatków.


Prawda o kłamstwachTracy Darnton w powieści “Prawda o kłamstwach” przedstawiła historię Jess – dziewczyny dotkniętej hipermnezją, „super pamięcią autobiograficzną”, pozwalającą zapamiętać każdą rzecz, która jej się przydarzyła, odkąd skończyła jedenaście lat. Bohaterkę poznajemy w momencie, gdy po udanej ucieczce z tajemniczego ośrodka badań nad pamięcią zostaje zmuszona do zmiany tożsamości i ukrywania się przed poszukującą jej grupą pracowników ośrodka. Nowe otoczenie, nowa szkoła Dartmeet College w Devon, nowa grupa nastoletnich przyjaciół, a do tego tajemnicze wiadomości, zagadkowa śmierć przyjaciółki i kiełkująca pierwsza miłość – przed Jess codziennie stają nowe wyzwania. Czy dziewczyna podoła próbie odkrycia zagadek ze swojej przeszłości?

Tylko czy wszystko w zapamiętanych przez Jess wspomnieniach jest prawdą i czy wydarzenia związane ze śmiercią jej przyjaciółki Hanny mają związek z nią samą? Co tak naprawdę działo się w trakcie jej pobytu w ośrodku badawczym? – Jess pragnie odnaleźć odpowiedzi na te pytania w zakamarkach swojej pamięci. Bohaterka musi sama zmierzyć się z traumami z wczesnej młodości, ukrywając swoją prawdziwą tożsamość w nowym otoczeniu po ucieczce z laboratorium, a jedyną pomocną osobą być może okaże się Dan – chłopak, którego zaczyna darzyć uczuciem, choć ma obawy, czy nie jest on członkiem grupy mającej za cel sprowadzić ją z powrotem do Programu profesor Coleman.

Tracy Danton wykreowała wielowarstwową postać głównej bohaterki, znakomicie oddając rozterki Jess i malowniczo opisując korzystanie przez nią z “biblioteki pamięci”. Dziewczyna to niejednoznaczna postać, na początku budząca mieszane uczucia czytelnika – trochę arogancka, nieufna, z jednej strony świadoma swojej przewagi nad rówieśnikami w czasie zajęć szkolnych, z drugiej samotna i zagubiona pośród niejasnych wspomnień z własnej przeszłości. Autorka trafnie i realistycznie przedstawiła stres, niepokój i poczucie stopniowego osaczania przez pracowników ośrodka badawczego, a także determinację bohaterki w dążeniu do wyjaśnienia dręczących ją obaw i wątpliwości.

Tracy Danton za pomocą historii Jess pokazuje, że choć potencjalnie możliwe jest wymazanie z pamięci wydarzeń, to usunięcie uczuć związanych z nimi jest trudne albo wręcz niemożliwe, a traumy z przeszłości – śmierć bliskich czy choćby zwykłe przykrości doznane ze strony rówieśników powodują cierpienia po latach. W tym kontekście zapominanie wydaje się czynnością niezbędną dla higieny przeciążonego nieprzyjemnymi wspomnieniami mózgu i ulgą dla jego właściciela.

Autorka stawia ważne pytania: czy posiadanie wybitnej pamięci autobiograficznej to błogosławieństwo czy raczej przekleństwo i jakie są granice ingerencji w umysł w trakcie badań

Autorka stawia także ważne pytania: czy posiadanie wybitnej pamięci autobiograficznej to błogosławieństwo czy raczej przekleństwo i jakie są granice ingerencji w umysł w trakcie badań nad osobami dotkniętymi tą przypadłością, zwłaszcza prowadzonych w niezbyt uczciwych celach. I jak może skończyć się bycie szczurem laboratoryjnym w rękach naukowców, testujących czy możliwe jest wymazanie traumatycznych wspomnień z ludzkich umysłów, posuwających się w trakcie badań do działań nieetycznych, wręcz przestępczych. A także, co jest lepsze dla przeciętnego człowieka: zwykła, standardowa, trochę zawodna pamięć czy super możliwości okupione bólem i cierpieniem.

Naukowcy walczą o wspomnienia Jess z innych powodów niż ona sama, a czytelnik kibicując bohaterce w jej zmaganiach niepostrzeżenie jest wciągany w rozważania na poważne tematy, takie jak etyka w badaniach naukowych, mających w założeniu przynieść coś dobrego dla całego społeczeństwa, poświęcając jednak przy tym dobro badanych jednostek. Co jest ważniejsze? O tym musi zdecydować już sam czytelnik. Robert Wiśniewski

Tracy Danton, Prawda o kłamstwach, Przekład: Łukasz Małecki, Wydawnictwo YA!, Premiera: 13 marca 2019
 
 

Tracy Danton
Prawda o kłamstwach
Przekład: Łukasz Małecki
Wydawnictwo YA!
Premiera: 13 marca 2019
 

Kazali mi chodzić do psychologa. Minął już miesiąc, a ja wciąż marnuję popołudnia z doktorem Harrisonem z Mandela Lodge.
Ten gość to kretyn. Może nasze spotkania byłyby coś warte, gdyby znał się na swojej robocie i gdybym ja naprawdę przejmowała się śmiercią Hanny – ale on się nie zna, a ja się nie przejmuję. W efekcie oboje zabijamy czas, udając, że jest inaczej.
– Gdyby tylko Hanna powiedziała mi, jak źle się czuje – mówię. – Mogłabym pomóc.
Przecieram oczy chusteczką higieniczną z pudełka ustawionego starannie na podłokietniku fotela.
Stoi tam specjalnie dla płaks, które uwielbiają przesiadywać w gabinecie, dziewczyn takich jak Maya czy Keira. Dramatyczne przedstawienia to ich hobby.
– Wiedziałam, że przejęła się zerwaniem z Edem, ale nie przyszłoby mi do głowy… – Zamiast dokończyć, zawieszam teatralnie głos.
Doktor Harrison wyciąga rękę, żeby poklepać mnie ze współczuciem po dłoni.
– Nikomu z nas nie przyszło – pociesza mnie. – Nikt nie dostrzegał żadnych sygnałów.
Dziwne, w końcu to on ma na ścianie wszystkie te oprawione w ramki certyfikaty kursów psychologii i poradnictwa, więc może powinien był coś zauważyć?
Hanna często się z nim spotykała z powodu swoich „problemów z ciałem”. (Hanna, najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widzieliście). Ale mniejsza z tym, nie ma co drążyć tematu.
– Kto mógłby wiedzieć, co się dzieje w głowie drugiego człowieka? – dodaję, wydmuchując nos. Ironia przelatuje doktorkowi koło głowy, gdy potakuje i podajemi kolejną chusteczkę.
– Nie powinnaś się obwiniać, Jess. Byłaś dla niej dobrą przyjaciółką i współlokatorką.
Dlaczego miałabym się o cokolwiek obwiniać? Winię wyłącznie Hannę. Bo widzicie, to Hanna do tego wszystkiego doprowadziła. To ona zaczęła się umawiać z Edem. Nie dlatego, że dostrzegła w nim swoją drugą połówkę i nie mogła bez niego żyć; zaczęła to robić, bo Ed bardzo podobał się mnie, a ona doskonale wiedziała, że nic z tym nie zrobię. To była kolejna z jej gierek. A ponieważ każdy koleś gnał do niej z wywalonym jęzorem, ledwie pstryknęła palcami, Hanna wzięła sobie Eda. Tak po prostu.
Zobaczyłam ich razem w kolejce po lunch – rozmawiali szeptem, nachyleni do siebie, ona niby przypadkiem dotknęła jego ręki, on jej – i już wiedziałam, co się święci. To był zeszły trymestr, a dokładniej czternasty czerwca, godzina dwunasta pięćdziesiąt pięć. Na zewnątrz słoneczko, przyjemne dwadzieścia dwa stopnie.
Rano robiłyśmy matmę, od strony siedemdziesiątej drugiej do siedemdziesiątej ósmej podręcznika, w moim na siedemdziesiątej szóstej widniała plama po kawie. Hanna włożyła tego dnia różowe conversy, śliczną sukienkę w kwiaty i… No, mogłabym opisać każdy szczegół stołówki i każdą osobę, która się tam wtedy znajdowała, ale trwałoby to całe wieki. Zanudziłabym was na śmierć.
Jezu, sama padłabym z nudów.
Wróćmy do świętej pamięci Hanny Carlsen. Udawałam, że mi to zwisa – to, jak ostentacyjnie okazywała mi swoją wyższość. Zmusiłam się do uśmiechu i wyszeptałam jej do ucha, że idealnie do siebie pasują, że są dla siebie stworzeni, a ona odrzuciła zalotnie platynowe włosy, bezwiednie kręcąc bransoletkami przyjaźni na nadgarstku. Ale tak naprawdę wszystko w sobie tłamsiłam. Czasami trudno mi puścić coś w niepamięć i pozbyć się urazy.
Zmuszam się do skupienia uwagi na doktorze Harrisonie. Proponuje mi jakieś proszki, jeśli dokucza mi bezsenność. Ostatnio wyjątkowo interesuję się farmakologią i fizyką. Dla zabawy wymyślam różne zadania, żeby szybciej płynął mi czas, podczas gdy doktor Harrison pucuje swoje okulary i nawija o zespole stresu pourazowego.

Pytanie 1 (5 punktów)
Wymień główne symptomy występujące po zmieszaniu alkoholu, kofeiny, środków zmniejszających łaknienie oraz niskiej samooceny.
Odpowiedź
Utrata wagi, nieostre widzenie, tachykardia, nudności, dezorientacja (unikać otwartych okien na trzecim piętrze).
Pytanie 2 (5 punktów)
Po jakim czasie nastoletnia dziewczyna ważąca czterdzieści pięć kilogramów uderzy w ziemię po wyskoczeniu z okna na trzecim piętrze?
Odpowiedź
Zajebiście krótkim – i nawet taki chudzielec jak Hanna narobi przy tym sporo syfu.

*

Nigdy nie przypuszczałam, że sprawa z Hanną może mieć taki finał. Zupełnie niepotrzebnie zafiksowała się na swoim wyglądzie – no i powinna dużo lepiej znosić krytykę. Ale tak to już jest: jedna rzecz prowadzi do drugiej, a kłamstwo powoduje całą lawinę kolejnych, które ostatecznie prowadzą do niezamierzonych konsekwencji. Życie jest ich pełne.
Doktor Harrison skubie palcami krzaczaste brwi i znów irytująco cmoka językiem. Robi to za każdym razem, gdy w gabinecie zapada cisza, choć tym razem to on pierwszy pęka.
– To prawdziwa tragedia, gdy gaśnie tak młode i rokujące życie – sypie sloganami rodem z ciasteczek z wróżbą. – Utrata bliskiej osoby rzuca na życie cień, z którego trudno się wydostać. – O proszę, kolejny. – Ale czas leczy rany. – Bum! Istny hat trick komunałów. Zamiast się tu marnować, powinien założyć firmę produkującą kartki z pozdrowieniami lub tandetne kalendarze.
Kto wie, może już ją prowadzi i właśnie stąd zna te wszystkie puste, nic nieznaczące hasełka… Czy naprawdę do niego nie dociera, że jako psycholog powinien przede wszystkim słuchać, zamiast wygłaszać opinie? Cóż, ja nie będę mu tego tłumaczyć.
Nie chciałabym wstrząsnąć jego porządkiem świata – wydaje się przywiązany do tego obskurnego gabinetu w szkole na końcu świata. I do życia z żoną o mysiej twarzy, która uśmiecha się do mnie nieśmiało ze zdjęcia na biurku. Wcześniej stało na środkowej półce, ale musiał je tu przenieść.
– Pamiętaj, że w każdej chwili możesz ze mną porozmawiać, Jess, nie tylko podczas tych sesji. – Wyciąga z szuflady karteczkę, a z kieszeni koszuli staromodne wieczne pióro. W niezręcznej ciszy rozlega się chrobot stalówki. – Spotkajmy się znów o siedemnastej w czwartek. Zapisałem ci, żebyś nie zapomniała.
– Oczywiście – odpowiadam z drżącą wargą i chowam karteczkę w dłoniach. – I dziękuję, że tak cierpliwie mnie pan wysłuchał.
Jestem po prostu urocza, bo doktorek uwielbia takie łzawe teksty. Mogłabym przysiąc, że szklą mu się oczy, kiedy zamykam za sobą drzwi.
Gdy tylko zostaję sama, drę tę głupią kartkę na kawałki i pozwalam, żeby skrawki papieru porwał wiatr. Kto jak kto, ale ja akurat nie potrzebuję pisemnych przypomnień.

(…..)

Hipermnezja – hiper (ze starożytnej greki: nadmierna) + mnezja (ze starożytnej greki: pamięć).

Każde pokolenie ma swoje „fotograficzne momenty” – wydarzenia tak doniosłe, że ich świadkowie drobiazgowo pamiętają, gdzie się wówczas znajdowali i co robili. Jak tamtego dnia, kiedy w World Trade Center uderzyły samoloty albo gdy w londyńskim metrze eksplodowały bomby zamachowców. Klik! – i obraz zostaje w głowie już na zawsze. Czy pamiętasz jednak, gdzie byłeś w zeszły poniedziałek? Miesiąc temu? Rok? Czy potrafisz przypomnieć sobie dowolne szczegóły zwykłego, szarego dnia?
Bo ja potrafię; dla mnie każda chwila świadomości jest takim fotograficznym wspomnieniem. Odkąd skończyłam jedenaście lat, pamiętam dosłownie wszystko, jak niekończący się film. To, co interesujące, i to, co zupełnie nijakie; to, co dobre i co złe. Choć przede wszystkim złe – zapada mi w pamięć każde okrutne słowo, każdy przejaw nieżyczliwości, każdy akt zdrady. To mój nieodłączny bagaż. A teraz spróbuj sobie wyobrazić, jak to się może odbić na psychice człowieka. Eksplodowałaby ci głowa, prawda? A może nie, może po prostu stałbyś się trochę taki jak ja.
Pomogła mi w tym profesor Coleman, specjalizująca się w neurokognitywistyce – dawno temu pokazała mi sposób, jak wszystko katalogować, a ja przyjęłam rolę jej cudownego królika doświadczalnego.
Otóż, aby sobie jakoś radzić, wyobrażam sobie wnętrze swojej głowy jako bibliotekę – rozległą i piękną, z galeriami, antresolami i przesuwnymi drabinami, zalaną blaskiem słońca i pełną automatów z darmowymi przekąskami. Czyli taką, jaka według mnie powinna być każda biblioteka. Bo czemu nie?
W końcu noszę ją ze sobą zawsze i wszędzie. Regały uginają się pod ciężarem książek i pism, które miałam okazję kiedykolwiek przeczytać, a wszystko to zawdzięczam fotograficznej pamięci.
W dowolnej chwili mogę zdjąć taką wirtualną książkę z półki, otworzyć ją i sprawdzić, co jest w środku – i to dosłownie w ułamku sekundy. Jak chodząca Wikipedia, która nie wymaga połączenia z Internetem.
Jednakże za sprawą mojej hipermnezji największą powierzchnię biblioteki zajmuje dział autobiografii. To on sprawia, że jestem jedyna w swoim rodzaju.
Znajdują się tam pomieszczenia oznaczone latami; wszystko jest skrupulatnie posortowane – każdy pojedynczy dzień ma własną książkę z datą zapisaną czytelnie na grzbiecie.
Załóżmy, że chcę sprawdzić, w co byłam ubrana osiemnastego stycznia 2015 roku (niedziela, paskudna pogoda). Przenoszę się więc do mentalnej biblioteki i kieruję kroki prosto do wyłożonego dębiną pomieszczenia, które stanowi katalog 2015 roku, żeby sięgnąć po książkę z datą osiemnastego stycznia – wszystko to w mojej głowie. I już widzę jak na dłoni wyczerpujący zapis dnia, który mogę przewijać w przyspieszeniu do tyłu i do przodu. Dżinsy plus niebieska sportowa bluza (czyli nic specjalnego).
Brzmi to trochę tak, jakbym kontrolowała ten proces.
To nie do końca prawda – trudno jest utrzymać porządek we wspomnieniach wypełniających z góry na dół niezliczone regały. Nieustannie walczą bowiem o uwagę, zalewając mnie szaleńczym strumieniem emocji. A kiedy jedno wyrwie się na wolność, zwykle siłą rozpędu pociąga za sobą inne. Minuty, godziny i dni mojego życia pchają się niecierpliwie naprzód, chcą być ponownie przeżywane.
W drodze powrotnej z Mandela Lodge zatrzymuję się na dziedzińcu przy prowizorycznym ołtarzyku, by wyprostować pluszowego misia. Przewrócił go jesienny wiatr, mógłby się zająć od płomieni świeczek do podgrzewaczy. Nie chcemy kolejnej tragedii. Zabawka śmierdzi, ale nikt nie ma odwagi wyrzucić żadnego z tych przedmiotów do kosza. A przecież Hanna miała siedemnaście lat, a nie siedem…
„W niebie zawitał nowy anioł”, czytam na jednej z nowych wiązanek, z logo miejscowej stacji benzynowej. To się dopiero klasa nazywa! Zbijają istne kokosy na świecach i tanich bukietach w celofanie. Ludzie, którzy nawet nie znali Hanny, rozpaczają na poświęconych jej pamięci stronach facebookowych i odprawiają pseudoreligijne rytuały. W szkole organizują sponsorowaną pieszą wycieczkę przez Dartmoor – mają się podzielić na drużyny „tak jak życzyłaby sobie Hanna”. Serio? Właśnie tego by sobie życzyła?
Dyrektorka musi sikać ze strachu po nogach, że kolejni rodzice zdecydują się przenieść dzieci do innych szkół. Odeszło już pięć osób, w tym Ed. Nic dziwnego – to średnia frajda być chłopakiem dziewczyny, która zginęła. Ludzie się gapili i szeptali. Ba, nawet ja gapiłam się i szeptałam. Ani przypadkowa śmierć, ani celowe samobójstwo – bez względu na to, z czym właściwie mieliśmy do czynienia – nie służą biznesowi szkół z internatem. W Dartmeet College uczy się młodzież z zagranicznych wymian i nieprzystosowani Brytyjczycy skazani na banicję przez swoich staruszków. Niektórzy wybrali tę szkołę z powodu jej „holistycznej, opiekuńczej, międzynarodowej misji”.
Podobno przyuczają tu do zawodu przyszłych liderów organizacji charytatywnych i szefów wielkich firm, jednocześnie promując światowy pokój, bla, bla, bla… Nie jestem do końca pewna, jak im to wychodzi, ale wiekowe budowle z pewnością przyciągają bogatych oligarchów, którzy pragną dla swych pociech doświadczenia rodem z Hogwartu. Chociaż, jak się okazuje, nikt szczególnie nie ceni prawdziwej śmierci i dramatu.
Ja wybrałam Dartmeet, bo leży na uboczu, z dala od mojego starego życia – a mamie dawno temu spodobała się połyskująca broszurka szkoły. Zapalając świece, które zgasił wiatr, dostrzegam nową kopertę zaadresowaną do Hanny. Zwraca moją uwagę czarnym pismem rodem z wiktoriańskiego zaproszenia na ostatnie pożegnanie. Hanna raczej nie przeczyta tego listu, więc równie dobrze mogę go sobie wziąć.
– Cześć. Jess, dobrze pamiętam? – Stoi za mną ten nowy, Dan; z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie dżinsów, wygląda na skrępowanego. Ma jakieś sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, choć kiedy przed nim kucam, wydaje się jeszcze większy. – Bardzo mi przykro z powodu śmierci twojej przyjaciółki – mówi. Odgarnia z oczu rude włosy, ale one już po chwili opadają w to samo miejsce.
Chowam pospiesznie list do torby, a Dan wyciąga rękę, żeby pomóc mi wstać. Jest silny, ale nie wygląda na typowego mięśniaka – nie przypomina jednego z tych półgłówków z drużyny rugby.
– Kiepski sobie wybrałeś moment, żeby przyjść do Dartmeet – mamroczę.
Wzrusza ramionami.
– Różnie w życiu bywa. To jest… miłe. – Wskazuje bez przekonania na ołtarzyk.
– Nie musisz udawać. Dobrze wiem, że wygląda obciachowo.
– Jeśli pomaga ludziom, to jest okej.
– Hannie by się podobało, ona lubiła takie rzeczy – stwierdzam. – Sprawiała wrażenie słodkiej blondyneczki, ale potrafiła być całkiem dramatyczna. Prawie… gotycka. – Uśmiecham się i on też to robi.
– Gotycka?
– Kochała Halloween i filmy o wampirach – tłumaczę, choć teraz już zmyślam.
Znowu wydaje się odrobinę stropiony, jakby zabrakło mu pomysłów, jak pociągnąć tę miłą pogawędkę o śmierci.
– Szedłem właśnie do świetlicy po porządną kawę. Może też się napijesz?
Jeszcze nie wie, że kiepskie ze mnie towarzystwo.
Nie znoszę bezsensownej paplaniny, która na wieki zaśmieca mi głowę. Aż trudno uwierzyć, jak błahe są tu tematy większości rozmów, a gdy ktoś powie coś irytującego, nieproszone słowa krążą mi po głowie w tę i we w tę, aż w końcu uda mi się wcisnąć je na półkę jednego z pokojów mentalnej biblioteki i na głucho zatrzasnąć drzwi.
Właśnie dlatego w pierwszej chwili mam zamiar być sobą i po prostu odmówić. Problem w tym, że ten chłopak ma w sobie coś, co wyjątkowo każe mi powiedzieć: czemu nie? Czy nie byłaby to najnormalniejsza rzecz pod słońcem? Ostatnio staram się sprawiać wrażenie normalnej, przynajmniej od czasu do czasu – szczególnie że po śmierci Hanny wyszły na jaw pewne braki w moim kręgu udawanych przyjaciół.
Pod skrzydła wzięły mnie Maya i Keira, żeby pokazać, jak bardzo przejmują się losem współlokatorki zmarłej uczennicy, ale nie jest to komfortowa sytuacja. W ich towarzystwie moje komórki mózgowe są skazane na powolną agonię. Dlatego po namyśle uśmiecham się i mówię:
– Jasne.
Jak typowa siedemnastolatka.

*

Zabieramy nasze kawy do stolika na tarasie. Zimą stoją tu lampy grzewcze, a na krzesłach leżą koce, ale chwilowo wciąż jest dość ciepło, żeby móc przyjemnie posiedzieć w słońcu. Z tarasu mamy dobry widok na zadbane ogrody i rozciągające się za nimi dzikie wrzosowiska, a w oddali można dostrzec zarys formacji skalnych, które w Devon uchodzą za wzgórza.
Dan opowiada o swoim pokoju, rozśmieszając mnie anegdotkami o zasadach przechowywania obuwia jego współlokatorów. Mówi, że złapał paskudnego wirusa, przez co długo nie chodził do szkoły i że teraz musi gonić z materiałem. Ponieważ czas w jego towarzystwie płynie bardzo miło, rozsiadam się wygodniej na krześle i odprężona sączę kawę.
– Wybierasz się na dzisiejsze czuwanie? – pyta.
– Chyba nie. Obawiam się, że za bardzo by mnie to przygnębiło. – Bawię się włosami, nawijając ich końcówki na palec. Dlaczego ludzie nie mogą po prostu żyć dalej? Minęły cztery tygodnie, a rodzice Hanny zabrali już jej ciało do Danii, by tam wyprawić pogrzeb. W rezultacie nasza szkolna brygada męczeńska poczuła się oszukana i stąd najpierw te niekończące się uroczystości żałobne, a teraz jeszcze „czuwanie” w kaplicy.
– Te rytuały mają pomagać żyjącym – stwierdza Dan. – Mój ojciec jest pastorem, więc trochę się ich w życiu naoglądałem. Ale jeśli miałabyś się poczuć gorzej, to nie idź.
W jego ustach brzmi to jak najprostsza rzecz na świecie.
– Jesteś lepszy od doktora Harrisona. Gościa totalnie przerosła sytuacja.
– Mogę ględzić godzinami, jeśli nikt mi nie przerywa, ale chyba pora się zamknąć. Nikt nie przepada za domorosłymi psychiatrami. – Uśmiecha się do mnie znad kubka z kawą, a ja dostrzegam maleńkie piegi na jego nosie. – Po szkole chciałbym pójść na studia psychologiczne.
– Miła odmiana po tych wszystkich miłośnikach światowego pokoju, którzy zamierzają studiować zrównoważony rozwój lub nauki geopolityczne – rzucam.
– Łatwo się na nich natknąć w jurcie na zajęciach z jogi. Chociaż ty w sumie też będziesz przynosić światu pokój, tyle że po jednej udręczonej duszy naraz.
– Owszem, taki jest długofalowy plan. – Szczerzy się. – Według moich obliczeń powinienem osiągnąć cel koło dwa tysiące czterysta pięćdziesiątego roku. – Zerka na swój kosztownie wyglądający zegarek. – Za chwilę muszę uciekać, obiecałem Felixowi, że z nim pobiegam.
Marszczę odruchowo brwi. Oby tylko nie okazał się jednym z tych kolesi, którzy z entuzjazmem dopasowują się do każdej nowej grupy. Profesor Coleman powiedziała mi kiedyś, żebym znalazła sobie hobby. Coś, dzięki czemu nie odtwarzałabym w kółko w głowie najdrobniejszych szczegółów dotychczasowego życia. Dała mi farby, kredki i jedną z tych koszmarnych kolorowanek relaksacyjnych – tak jakby mogły mnie uspokoić śliczne wzorki… Bardzo się wtedy pomyliła w mojej kwestii, w tej oraz w paru innych.
Pewnego dnia wszystko jej szczerze wygarnę, ale to się odbędzie na moich warunkach. W sumie nie ma pośpiechu. Przecież nie zapomnę.