Wielu współczesnych trzydziestolatków nie ma ochoty zakładać rodziny i podporządkowywać się tradycyjnym społecznym zasadom, a jednocześnie oddaje się bez reszty najeżonej nakazami i zakazami pracy dla dużych koncernów. Tej sprzecznej postawie wobec idei podporządkowania poświęcona jest powieść „Dziewczyna z konbini”.


Dziewczyna z konbiniJednostka walcząca z ograniczeniami narzuconymi przez system to jeden z najczęstszych motywów literackich. Jednostka uszczęśliwiona faktem, że może żyć według długiej litanii nakazów i zakazów, to już motyw o wiele rzadszy. Sięgnęła po niego Sayaka Murata w powieści „Dziewczyna z konbini”. Dla Keiko, głównej bohaterki tej opowieści, praca w firmie o strukturze korporacyjnej, jest sposobem na odizolowanie się od zewnętrznego świata, a wymagane od niej podporządkowanie – ulgą. Trzydziestosześcioletnia kobieta nie ma bowiem ochoty dorosnąć, uczestniczyć w życiu rodzinnym i społecznym. Świadomie pielęgnuje swe nieprzystosowanie starając się odciąć od presji otoczenia widzącego ją w roli żony i matki – i to szybko, wszak zegar nieubłaganie tyka.

Chociaż Keiko jest Japonką, to na poziomie metaforycznym z postacią tą utożsamić się mogą jej rówieśnicy z dowolnego zakątka świata. Sayaka Murata pisząc o niej zmusza czytelnika do szeregu przemyśleń. Czy we współczesnej rzeczywistości, tak często gloryfikującej indywidualność w filmach, literaturze, muzyce, a nawet reklamach, naprawdę jest miejsce dla osób nieprzystających do powszechnych oczekiwań społeczeństwa? Keiko znalazła się w sytuacji, gdy wszyscy wokół – rodzina, znajomi, współpracownicy, mówią że coś jest z nią nie tak i powinna coś zrobić, by stać się pełnowartościowym członkiem społeczeństwa.

Tylko czy tradycyjna rodzina, wiążąc się nieodzownie z trudami i wysiłkiem, jest jeszcze w ogóle atrakcyjna dla ludzi mogących utrzymać się samodzielnie, dbać tylko o siebie i robić wszystko, na co tylko mają ochotę? I kto tak naprawdę ma ze sobą problem – dziewczyna czy jej otoczenie, u którego Keiko powoduje dyskomfort będąc anomalią, burzącą swoją obojętnością wobec tego, co uważane jest powszechnie za normalne, wartościowe i pożądane, usystematyzowany świat swoich bliskich. Oto godzi swoim postępowaniem w staromodny paradygmat społeczny, niezmienny podręcznik życia przekazywany z pokolenia na pokolenie: mieć coraz lepszą pracę, ożenić się, mieć dzieci, zarabiać więcej. Każdy, kto nie spełnia tych standardów, znajduje się na prostej drodze do wykluczenia.

Chociaż Keiko jest Japonką, to na poziomie metaforycznym z postacią tą utożsamić się mogą jej rówieśnicy z dowolnego zakątka świata.

Co jednak z kwestią tradycyjnego przeciwstawiania się systemowi, uosabianemu tutaj przez najeżony przeróżnymi rygorami świat sieci sklepowej – jego najnowszą i najpowszechniejszą twarz, ubraną w szaty gospodarki wolnorynkowej. Czy młode pokolenie ma jakikolwiek interes w występowaniu przeciwko ogólnokrajowym bądź wręcz globalnym firmom, zmieniającym wprawdzie świat według swojego uznania, ale jednocześnie zapewniającym tymże młodym komfort mechanicznego wykonywania określonych czynności, bez konieczności myślenia i samodzielnego decydowania o czymkolwiek? Dlaczego zasady narzucane przez sieć są dla Keiko akceptowalne i wręcz oczekiwane, a te narzucane przez społeczeństwo budzą w niej niechęć? Te ważne i skomplikowane pytania pojawiają się raz po raz podczas lektury „Dziewczyny z konbini”.

Gdy Keiko poznaje Shiraha – mężczyznę-chłopca, równie wyizolowanego z ról społecznych, co ona sama, budzi się w niej chęć zmian. Dopuszcza myśl, że być może we dwoje będzie im lepiej, a potencjalne małżeństwo wcale nie jest tak złym scenariuszem jak przypuszczała. Ale czy rzeczywiście? Po przewrotniej i błyskotliwej prozie Sayaki Muraty ostatnie czego można się spodziewać to szablonowe rozstrzygnięcia. Nikodem Maraszkiewicz

Sayaka Murata, Dziewczyna z konbini, Przekład: Dariusz Latoś, Seria z Żurawiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 15 marca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

Dziewczyna z konbini

Sayaka Murata
Dziewczyna z konbini
Przekład: Dariusz Latoś
Seria z Żurawiem
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 15 marca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Czasami liczyłam na kalkulatorze, ile czasu minęło od tamtego momentu. Smile Mart przy stacji Hiiromachi działał bez przerwy, światła w środku nigdy nie gasły – na horyzoncie pojawił się dziewiętnasty pierwszy maja w jego historii. Upłynęło sto pięćdziesiąt siedem tysięcy osiemset godzin. Skończyłam trzydzieści sześć lat, a sklep – i ja jako ekspedientka – osiemnaście. Nie było już żadnego ze współpracowników, którzy zaczynali ze mną szkolenie. Kierownicy zmienili się siedem razy. Nie sposób było znaleźć żadnej z marek, których produkty leżały na półkach, kiedy zostałam pracownicą konbini. Ja jednak nadal tam pracowałam.
Rodzina bardzo się cieszyła, kiedy zaczęłam dorabiać.
Wspierali mnie, gdy po skończeniu studiów powiedziałam, że chcę nadal pracować dorywczo – według nich to i tak był wielki postęp, bo ledwie parę lat wcześniej w zasadzie nie miałam kontaktu z prawdziwym życiem.
Na pierwszym roku pracowałam cztery razy w tygodniu, wliczając weekendy. Później byłam w konbini pięć razy w tygodniu. Jak tylko wracałam do swojego ciasnego, niespełna dwudziestometrowego mieszkania, od razu kładłam się na niepościelonym od rana futonie, by odpocząć. Gdy zaczęłam studia, wyprowadziłam się od rodziców i zamieszkałam w tanim lokum.
Po studiach, rodzina chyba zaczęła się martwić, że nie szukałam normalnej pracy, tylko uparcie – bo tak to można określić – pracowałam dorywczo w tym samym sklepie, ale było już za późno.
Nie wiedziałam, dlaczego akurat konbini, dlaczego nie nadawałam się do normalnej pracy. Byłam świetną ekspedientką, gdyż nauczyłam się z podręcznika, co, kiedy i jak robić, ale co ze światem, do którego nie ma instrukcji obsługi? Zupełnie nie miałam pojęcia, czy potrafiłabym zachowywać się tam jak człowiek.
Rodzice byli wyrozumiali i opiekowali się mną, mimo że wciąż pracowałam dorywczo. Było mi głupio, więc kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, spróbowałam poszukać innej pracy, na etat, ale mało kto odpowiadał na zgłoszenie kogoś z doświadczeniem jedynie w konbini. Poza tym jak już zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, nie umiałam wytłumaczyć, dlaczego tak długo pracuję w sklepie.
Często śniło mi się, że siedzę za kasą – pewnie dlatego, że tyle czasu spędzałam w konbini. Otwierałam oczy z myślą, że przy nowych czipsach nie ma ceny albo że trzeba dołożyć ciepłej herbaty w butelkach, bo dużo jej zeszło. Zdarzyło się nawet, że w środku nocy obudziło mnie moje własne „Dzień dobry, zapraszamy!”.
Kiedy nie mogłam zasnąć, myślałam o tym szklanym pudełku, w którym panował nieustanny ruch. Nawet w nocy sklep pracował automatycznie w sterylnie czystym akwarium. Gdy przypominałam sobie rozświetlone wnętrze, odgłos konbini rozlegał się w moich uszach i spokojnie zasypiałam.
Rano znów przemieniałam się w ekspedientkę. Znów mogłam stać się trybikiem w mechanizmie świata. Tylko to robiło ze mnie normalnego człowieka.

(…………)

Na śniadanie jadłam zazwyczaj chleb z naszego sklepu, a na lunch onigiri albo fast food. Gdy byłam zmęczona, wieczorem też kupowałam gotowe danie i wracałam do siebie. W czasie pracy wypijałam połowę dwulitrowej wody mineralnej. Resztę pakowałam do płóciennej torby, przynosiłam do domu i zwykle wystarczało mi do nocy. Kiedy myślałam, że moje ciało składa się niemal wyłącznie z rzeczy kupionych w konbini, czułam się jak jego część; jak półka czy ekspres do kawy.
Po śniadaniu sprawdzałam prognozę pogody i rzucałam okiem na sklepowe aktualności. Prognoza pogody to dla konbini niezwykle ważne źródło informacji. Należało też zwracać uwagę na różnicę temperatury w porównaniu z poprzednim dniem. Tego dnia miało być maksymalnie dwadzieścia jeden stopni, minimalnie czternaście. W dzień zachmurzenie, wieczorem deszcz. Temperatura odczuwalna pewnie niższa.
W gorące dni sprzedawały się kanapki, w zimne – onigiri, gorące bułki na parze i pieczywo. W zależności od pogody schodziły inne rzeczy z gablotki przy kasie. Kiedy było chłodno, klienci najchętniej kupowali korokke1. Akurat mieliśmy na nie promocję, więc wbiłam sobie do głowy, żeby zrobić zapas.
Minęło trochę czasu, zanim powoli zeszli się inni pracownicy dorywczy, którzy zaczynali o dziewiątej.
Około ósmej trzydzieści rozległo się ochrypłe „Dzień dobry!”. To pani Izumi, darzona przez szefostwo zaufaniem koordynatorka pracowników dorywczych. Była o rok starsza ode mnie i trochę surowa, ale bardzo efektywna w pracy. Ubrała się nieco krzykliwie. Otworzyła swoją szafkę i szybko zmieniła szpilki na tenisówki.
– Wcześnie dzisiaj jesteś, co? O, widzę, że próbujesz tych nowych wypieków. I jak? – zapytała, patrząc na bułeczkę z nadzieniem o smaku czekolady z mango.
– Krem ma dość specyficzny smak i mocny zapach. Niezbyt smaczne.
– Naprawdę? No to mamy problem, bo kierownik zamówił ich aż sto! Trudno, musimy sprzedać tę partię, która dzisiaj przyszła.
– Oczywiście!
Pracownicy dorywczy to przede wszystkim studenci i osoby bez stałego zatrudnienia, dlatego praca z kobietą w moim wieku stanowiła rzadkość.
Pani Izumi spięła zafarbowane na brązowo włosy, założyła białą koszulę na granatowy top i zawiązała niebieski krawat. Od kiedy zmienił się właściciel, wszyscy musieli się tak ubierać.
Gdy pani Izumi włożyła uniform, na zaplecze wpadła Sugawara z głośnym „Dzień dobry!”. Była to pogodna, krótko ostrzyżona dwudziestoczterolatka o donośnym głosie. Twierdziła, że chciałaby przefarbować włosy na czerwono. Podobno grała w zespole, do tego była trochę przy kości, co dodawało jej uroku. Były kierownik ciągle ją upominał, bo często się spóźniała albo nie zdejmowała kolczyków w pracy. Dopiero pani Izumi udało się ją zdyscyplinować. Od tego czasu Sugawara pracowała sumiennie i z zapałem.
Poza nią na dziennej zmianie pracował jeszcze Iwaki, wysoki i szczupły student, oraz Yukishita, który miał ostatnio mniej godzin, bo niedługo zaczynał pracę na etacie gdzie indziej. Iwaki też przychodził coraz rzadziej, ponieważ szukał pracy, dlatego kierownik musiał przychodzić na nocki i szukać kogoś nowego, inaczej sklep nie mógłby dobrze funkcjonować.
To ludzie z konbini ukształtowali mnie taką, jaka się stałam. Pani Izumi w trzydziestu procentach, Sugawara też w trzydziestu, kierownik w dwudziestu, a na resztę składały się cechy, które przejęłam od dawnych pracowników – na przykład od Sasaki, która zrezygnowała pół roku wcześniej, i Okazaki, byłej koordynatorki dorywczych sprzed roku. Inni ludzie wpływali szczególnie na mój sposób mówienia; używałam mieszanki tego, jak wyrażały się pani Izumi i Sugawara.
Myślałam, że większość ludzi tak ma. Któregoś razu do sklepu zajrzeli znajomi Sugawary z zespołu; dziewczyny mówiły i ubierały się dokładnie tak, jak ona. Kiedy dołączyła do nas pani Izumi, Sasaki zaczęła mówić „Dobra robota!” po skończonej zmianie identycznym tonem, co ona. Pewna gospodyni domowa, znajoma poprzedniego kierownika i pani Izumi, przyszła na zmianę, bo brakowało ludzi – prawie je pomyliłam, tak podobnie były ubrane. Mój sposób mówienia pewnie też udzielał się komuś innemu. Poprzez takie wpływanie na siebie nawzajem pozostajemy ludźmi.
Pani Izumi ubierała się trochę krzykliwie, ale wyglądała przy tym jak typowa kobieta po trzydziestce, dlatego sprawdzałam nazwy firm na jej butach i przeglądałam metki płaszczy wiszących w jej szafce. Raz zostawiła na zapleczu saszetkę, więc zajrzałam do środka i spisałam marki wszystkich kosmetyków. Szybko by się zorientowała, gdybym zaczęła kopiować jej wygląd, dlatego wyszukiwałam w sieci konkretne modele ubrań albo kosmetyków. Trafiłam w ten sposób na blogi osób, które nosiły ubrania tych samych marek, co pani Izumi, ale polecały też inne, i to właśnie z ich asortymentu wybierałam rzeczy do kupienia. Ubrania, dodatki i fryzura pani Izumi stały się dla mnie wzorem tego, jak powinna wyglądać kobieta w moim wieku.
Kiedyś zwróciła uwagę na moje baleriny.
– O, z tego butiku na Omotesandō, prawda? Też go lubię! Mam stamtąd botki – powiedziała, przeciągając niektóre samogłoski.
Właśnie dlatego je kupiłam – któregoś dnia spisałam nazwę firmy z jej butów, kiedy poszła do łazienki.
– Naprawdę? Pewnie te granatowe, prawda? Ostatnio w nich pani przyszła, pamiętam! Bardzo ładne!
Odpowiedziałam, naśladując Sugawarę, której wesoły głos przypominał staccato, wyraziłam się tylko trochę grzeczniej. Ona i pani Izumi mówiły zupełnie inaczej, ale co dziwne, połączenie ich sposobów wysławiania się dawało idealny efekt.
– Chyba mamy podobny gust. Ta torebka też jest śliczna! – Uśmiechnęła się.
Nic dziwnego, że tak stwierdziła, skoro się na niej wzorowałam.

[1] Korokke – kotlety ziemniaczane z mięsem, warzywami lub owocami morza w panierce, smażone na głębokim tłuszczu (przyp. tłum.).