Jeżeli życie jest drogą to egzystencja Paula Bowlesa stanowi doskonałą ilustrację tej koncepcji. Z książki „Bez ustanku. Autobiografia” wyłania się portret człowieka, który w bardzo młodym wieku wziął sprawy w swoje ręce i wyruszył w świat szukać spełnienia.


Bez ustanku. AutobiografiaMając dziewiętnaście lat, nie informując rodziców, wsiadł na statek do Europy i popłynął w poszukiwaniu autentycznego życia. Paul Bowles, prawdziwy oryginał. Rzecz działa się w 1929 roku, ale ów odważny chłopak już w dzieciństwie miał jasność, że zdecydowane kroki będą niezbędne do tego, by żyć tak, jak sobie wymarzył. „Bardzo wcześnie zrozumiałem, że zawsze będzie mi się uniemożliwiać robienie tego, co lubię, i zmuszać mnie do robienia tego, czego nie lubię robić” – pisze w książce „Bez ustanku. Autobiografia”. To opowieść o życiu bez kompromisów, za to pełnym treści.

Miał wiele twarzy. W Polsce najczęściej przypominana jest jego twórczość literacka: prozatorska i poetycka, ale świat pamięta go też jako kompozytora i tłumacza. W surowej rodzinie, kładącej nacisk na praktyczne wychowanie go do posłuszeństwa rodzicom, a w szczególności nerwowemu ojcu, wyobraźnia pomogła mu stworzyć siebie. Książki zapewne też: “Od moich drugich urodzin codziennie przez pół godziny czytała mi na dobranoc; trwało to dopóki skończyłem siedem lat, potem czytaliśmy sobie na zmianę” – tak w swojej autobiografii wspomina zwyczaj wprowadzony przez matkę Paul Bowles. Jasnym promieniem była też babcia ze strony matki. Jak pisze Bowles „Trudności nie uczyniły jej cyniczną ani zgorzkniałą, jak innych członków rodziny, którzy sprawiali wrażenie, jakby potajemnie pragnęli katastrofy i nieustannie wyglądali jej zwiastunów”.

Wszystko wskazuje na to, że to właśnie rzeczona atmosfera nieustannego napięcia pchnęła dziewiętnastolatka do podróży przez Atlantyk. Mając zaledwie kilka marnych groszy w kieszeni i listy polecające do francuskich przyjaciół jego amerykańskich znajomych wyruszył w nieznane. Ta szalona eskapada powiodła się. Ze zmiennym powodzeniem imał się różnych zajęć, zwiedził kawał Europy. Od tej chwili idea podróży miała być już w jego życiu stale obecna, chociaż serce oddał jednemu tylko miastu – był to marokański Tanger.

Głębokie przemyślenia wynikające z własnych doświadczeń Bowles umieścił w swoich powieściach. „Pod osłoną nieba”, „Dom pająka”, „No więc dobrze” pozwalają czytelnikom na zanurzenie się w świecie fikcji mającym jednak swoje źródło w rzeczywistości dobrze znanej autorowi i w poglądach na nią. Autobiografia zaś stanowi napisaną w dziennikarskim stylu kronikę życia autora, chronologiczną, dokładną, wręcz drobiazgową. Ta bezstronna opowieść, delikatnie zabarwiona autoironią, daje pogląd na to, jak wielu zabiegów i wysiłków, a przede wszystkim – jak wielkiej witalności – wymagała egzystencja człowieka, przez którego życiorys przetoczyła się cała plejada znakomitości jego czasów.

Artysta przyjaźniący się z inni artystami, człowiek potrafiący czerpać z życia przyjemność i aktywnie jej szukać, jednocześnie odznaczający się odpowiedzialnym, sumiennym podejściem do pracy nad własnymi talentami – to właśnie Bowles. Żeby dobrze pisać musiał ciekawie żyć, ale nie zatracił się w ciekawym życiu na tyle, by zapomnieć o tym, że jego celem jest pisanie. Celem, a może przeznaczeniem?

Autobiografia stanowi napisaną w dziennikarskim stylu kronikę życia autora, chronologiczną, dokładną, wręcz drobiazgową.

Talent pisarski przejawiał już w najmłodszych latach, nie zniechęcał się, gdy jego utwory, nazywane „pisaniną”, nie znajdowały szczególnego zainteresowania u członków rodziny, ale też, obdarzony umiejętnością uczciwej autorefleksji, szybko dostrzegł, że jego wczesne prace czytane rówieśnikom ze szkoły, potrafią wywrzeć na nich wrażenie. Bardzo chciał podążać w tym kierunku. Pomysł codziennego czynienia zapisków, notowania fragmentów prozy i pojedynczych zdań, jakie przychodziły mu do głowy, daje obraz tego, jak poważnie podchodził do pracy nad sobą, ciągłego ulepszania pisarskiego warsztatu.

Możliwość przyjrzenia się metodom pracy Paula Bowlesa z pewnością będzie cenna dla wszystkich tych czytelników, którzy marzą o tym, by zostać pisarzem. Zła wiadomość dla nich: dobre pisarstwo bierze się z wyjątkowych doświadczeń wspomaganych wyobraźnią. Trudno o nie w samych tylko czterech ścianach. Bowles zachwycał się światem, umiał go przeżywać i głęboko doświadczać. „Bez ustanku. Autobiografia” doskonale to ukazuje.

Dla wszystkich innych czytelników będzie ona wciągającą kroniką głównego nurtu kultury w Ameryce i Europie w pierwszej połowie XX wieku, widzianą z perspektywy jej aktywnego twórcy i uczestnika, człowieka, w którego życiu ciągle coś się działo, także zanim stał się sławny. Nikodem Maraszkiewicz

Paul Bowles, Bez ustanku. Autobiografia, Tłumaczenie: Jerzy Korpanty, Wydawnictwo Świat Książki, Premiera: 22 października 2014
 
 

Bez ustanku. Autobiografia

Paul Bowles
Bez ustanku. Autobiografia
Tłumaczenie: Jerzy Korpanty
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 22 października 2014
 

Gdybym wierzył, że moje nieustannie zmieniające się życie, które uważałem za najprzyjemniejsze z możliwych (z wyjątkiem może takiego samego, ale z nieco większym budżetem), będzie trwało w nieskończoność, nie przeżywałbym go z tak fanatycznym zapałem. Miałem jednak świadomość, iż to nie może trwać wiecznie. Każdy dzień po tej stronie Atlantyku był kolejnym dniem poza więzieniem. Zdawałem sobie sprawę z paranoiczności mojego podejścia i z tego, że każdy kolejny miesiąc poza Stanami ją pogłębia, ale gdybym miał wystarczające fundusze, na pewno już nigdy nie wróciłbym do Ameryki. Choć Gertrude Stein powiedziała, że jestem dla siebie zbyt pobłażliwy, to mimo częstych zmian miejsca pobytu udało mi się skończyć Sonatę fl etową, Scènes d’Anabase, Sonatinę na fortepian i kantatę, nad którą zacząłem pracować w Al-Aghwat. Tę ostatnią zatytułowałem Par le Détroit*, co było hermetycznym odniesieniem do nawiedzającej mnie w snach Cieśniny Gibraltarskiej, choć może stosowniejszy byłby tytuł Dream Cantata, tym bardziej że kilka jej fragmentów skomponowałem we śnie i zapisałem zaraz po przebudzeniu.
Nie mam pojęcia, dlaczego zdarzyło mi się to w przypadku tej jednej kompozycji i nigdy więcej. Od wczesnego dzieciństwa fantazjowałem, by śnić coś tak szczegółowo, żeby dało się to potem nietknięte przenieść przez granicę – albo, jeszcze lepiej, zatrzymać te sterty banknotów, które zawsze znikają, gdy otworzy się oczy. Kiedy to, co tak często sobie wyobrażałem, naprawdę się urzeczywistniło, byłem tak uszczęśliwiony, że wziąłem je dokładnie takim, jakie było, bez żadnego krytycznego osądu. Poza tym byłem pod wrażeniem, że nie potrzebuję nstrumentu, by zapisać kompozycję, ponieważ ze snu zapamiętałem zapis nutowy.

Kiedy przybyłem do Tangeru, zacząłem szukać domu, do którego mógłbym wstawić pianino. Pisałem utwór solowy na fortepian i chciałem móc grać tak długo i tak głośno, jak mi się spodoba, co oznaczało, że nie mogę mieć nikogo w zasięgu słuchu. Wynająłem bardzo prosty marokański dom na górze, w Marszan, naprzeciwko starego pałacu ka’ida* Macleana. W domu nie było bieżącej wody, ale to nie miało znaczenia, ponieważ nocowałem w hotelu w medynie. Sprawiłem sobie stare pianino i zabrałem się do pracy. Rano kupowałem coś na lunch i zabierałem ze sobą na górę. Czasami jadałem na klifach po drugiej stronie, leżąc między skałami i wpatrując się w morze, a czasami po prostu wychodziłem przed drzwi kuchni i jadłem pod figowcem. Pracowałem do wieczora, a potem wkładałem papiery do aktówki i schodziłem do miasta. Moja skłonność do przedłużania podróży była równie kompulsywna, jak fanatyczne zmuszanie się do regularnej codziennej pracy. Prawda była taka, że przestroga, której Aaron udzielił mi dwa lata wcześniej, „Jeśli nie będziesz pracował jako dwudziestolatek, nikt nie będzie cię kochał, gdy skończysz trzydzieści”, choć raczej niepomyślana serio, utkwiła mi w pamięci (…)

Później spotkałem przypadkowo w Paryżu Forda z Czeliczewem, tym malarzem. Teraz nagle pojawił się w Tangerze, gdzie czekał na przyjazd Djuny Barnes z Devonshire, gdzie bawiła z wizytą u Peggy Guggenheim. Mieszkał u pewnej młodej hiszpańskiej pary, Pita i Carmity. Po przyjeździe Djuna oznajmiła, iż chce wynająć dom. Ktoś zasugerował, że skoro wykorzystuję swój dom w Marszan tylko do pracy, to ona może w nim nocować. Charles Henri Ford wprowadził się razem z nią; umówiliśmy się, iż po wpół do drugiej będę miał dom do swojej dyspozycji. Zanim się rozpakowała, Djuna wymogła, by zdjąć ze ścian wszystkie siedemnaście skórek szakali, które tam zawiesiłem; zwinęła także i schowała skórę pytona.

Wkrótce Djuna i Charles Henri znaleźli sobie wygodniejszy dom, w sadzie kilkaset metrów dalej. Mieszkali po marokańsku, na podłodze. Djuna pisała Bow Down, później zmieniła tytuł na Nightwood. Siadywaliśmy w Café Central w Zoco Chico; Djuna miała niebiesko-purpurowo-zielony makijaż, a ponieważ nikt wtedy nie używał takich kolorów, wszyscy się nią interesowali. Zupełnie jej nie przeszkadzało, że się na nią gapią; kiedy pewnego razu dała krótki występ, naśladując sir Francisa Rose’a*, zelektryzowała zarówno gości kawiarni, jak i przypadkowych przechodniów.

Zakładam, że prawie skończyły mi się pieniądze, w przeciwnym razie nie przeprawiłbym się do Kadyksu i nie kupił biletu trzeciej klasy na Juan Sebastian Elcano do San Juan w Portoryko. Podróż okazała się bardzo nieprzyjemna, w dodatku jedzenie było ohydne. Wszystko, także woda do picia, cuchnęło rybą. Zatrzymaliśmy się na Teneryfie, gdzie wzięliśmy na pokład dziewięćdziesięciu pięciu robotników płynących do Wenezueli i mnóstwo klatek z kogutami przeznaczonymi do walk w Ameryce Łacińskiej.

Drobiu doglądało kilku mężczyzn, którzy przycinali ptakom ostrogi, nacierali je maściami i pozorowali konfrontacje, przytrzymując rozdrażnione koguty naprzeciwko siebie.
Po trzech tygodniach na morzu dobrze było przybić w San Juan i zjeść coś świeżego. Zatelegrafowałem do rodziców, że znów jestem na półkuli zachodniej, zostawiłem kufry i walizki w hotelu, po czym starym rozklekotanym autobusem pojechałem na wzgórza, do wioski Barranquitas w centrum wyspy. Mieszkałem tam przez tydzień, żywiąc się smażonymi bananami, habichuelas, jajkami i ryżem. Następnie niechętnie zaokrętowałem się na statek Ward Line i popłynąłem do Nowego Jorku (…)

W czerwcu znów wyruszyłem na wschód, tym razem pierwszą klasą na Conte di Savoia. Na pokładzie poznałem dziewczynę imieniem Gloria, a potem jej ojca, doktora Gilberta Grosvenora, redaktora „National Geographic”. Wydał mi się niezwykle interesujący, zwiedził prawie każdy zakątek świata. Wymienialiśmy się wrażeniami z pobytu w Bani Jazkan, „świętym” mieście Mizab, w którym kiedy pojawi się ktoś obcy, wszyscy uciekają do domu i słychać tylko trzaskanie drzwi i szczęk zasuw.

Przez jakieś trzy tygodnie podróżowałem po Andaluzji, a potem przeprawiłem się do Tangeru. Pewnego wieczoru ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju hotelowego; był to John Widdicombe, który przyjechał do Maroka na lato. Miał spotkać się z przyjacielem nazwiskiem Fletcher i wyruszyć z nim na Saharę, by poczuć sierpniowy upał na pustyni. Pojechaliśmy do Casablanki, gdzie kupiłem gramofon i płyty z tym, na co Francuzi mówili chleuh. (Tak zwana muzyka chleuh to popularna odmiana muzyki ludowej z As-Sus, śpiewana w taszelhit*). John okazał się znakomitym towarzyszem podróży: był wykształcony, znakomicie radził sobie w nieoczekiwanych sytuacjach i miał wielkie poczucie humoru. Zupełnie inaczej Fletcher, którego Maroko przerażało.

Pojechaliśmy do Marrakeszu. Na Dżama al-Fina widzieliśmy przemianę zdeformowanego człowieka w kozę. Udało mu się dokonać takiej transformacji, że poruszał się jak koza, wydawał dźwięki jak koza, a nawet, w nieopisany i trochę straszny sposób, miał kozie oczy i wargi. Właściwą przemianę poprzedzał długi, budujący napięcie utwór grany na flecie nosowym i klasyczny występ ulicznego komika. Kiedy człowiek-koza zaczął tarzać się po ziemi, ruszyliśmy dalej. (W powieści Mohammeda Mrabeta The Lemon, którą trzydzieści pięć lat później przełożyłem na angielski z dialektu marokańskiego, chłopiec o imieniu Abd as-Salam opowiada, że widział człowieka zamieniającego się w wielbłąda i bardzo go to przeraziło). Postanowiliśmy udać się do Tarudantu przez przełęcz Tizi n-Tast. W garażu, gdzie stało kilka miejscowych autobusów, zapytaliśmy, czy któryś z nich tam jedzie. Szef, Marokańczyk, powiedział, że owszem i że autobus odjeżdża o szóstej trzydzieści rano właśnie z tego miejsca. Wstaliśmy wpół do piątej i jakieś piętnaście po szóstej stawiliśmy się z bagażami przed garażem. Zaspany stróż nic nie wiedział o autobusie. Czekaliśmy. Za piętnaście ósma zjawił się ten pierwszy Marokańczyk.
– Co się stało z autobusem?
– Jakim autobusem?
– Z tym do Tarudantu.
– Tu nie ma autobusu do Tarudantu.
– Ale wczoraj sam pan powiedział, że odjeżdża o szóstej trzydzieści.
– Och, po prostu chciałem być miły – uśmiechnął się. – Nie ma autobusu.
Zamiast wrócić do hotelu, wzięliśmy taksówkę. Była to dwudniowa podróż gruntowymi drogami przez Atlas Wysoki. Spaliśmy na wysokości około tysiąca ośmiuset metrów, przez większość nocy w gałęziach drzew krzyczały pawie. Następnego dnia rano przyszli do nas wszyscy mali chłopcy z wioski; przynieśli ametysty, które wciskali nam, mówiąc: Bour toi**. John postanowił się zabawić: kazał im stanąć w rzędzie, unieść pięści i zaśpiewać: C’est la lutte finale*, czyli Międzynarodówkę; wyobrażał sobie, że da to do myślenia francuskim żołnierzom, gdy się tam następnym razem pojawią. Przez jakąś godzinę starał się z grubsza nauczyć chłopców ostatniej części pieśni; o wiele łatwiej przyswajali melodię niż słowa.

Po kilku dniach w Tarudancie udaliśmy się do Agadiru.Ponieważ nie chciałem przekraczać swojego budżetu, zamieszkałem w baraku na plaży jak dwa lata wcześniej. John i Fletcher testowali nowy hotel Marhaba. Poznali tam siostrzeńca Paula Valéry’ego, który miał samochód wyścigowy z potężnym silnikiem; pewnego razu zaprosił ich, by towarzyszyli mu w wyprawie na pustynię. Wrócili zupełnie wyczerpani, ale spragnieni dalszych wrażeń. Ponieważ zbliżał się tydzień, w którym miałem spotkać się z pułkownikiem Williamsem, pożegnałem się z nimi i wróciłem do Tangeru.

Od razu się zorientowałem, że pułkownik Williams jest zatwardziałym malkontentem. Był przekonany o istnieniu stałego i wszechobecnego spisku, którego celem było zapewnienie mu najgorszych kwater, jedzenia i obsługi. Wszyscy Hiszpanie byli idiotami, wszyscy Marokańczycy kradli, a wszyscy Francuzi zachowywali się nieznośnie chamsko. Nosił laskę nie dlatego, że jej potrzebował, lecz by nią stukać, gdy wydawał rozkazy.

Spędziliśmy kilka dni w Tangerze, porządkując jego korespondencję, a potem nocnym pociągiem z kuszetkami pojechaliśmy do Fezu. Poznałem powód niechęci pułkownika do Charlesa Browna; brała się ona wyłącznie stąd, że Brown spotykał się z Marokańczykami również towarzysko i zapraszał ich do domu. Pokazywanie miejscowym, oświadczył pułkownik, że uważamy ich za równych sobie, ma zgubne skutki; wynikają z tego tylko nieporozumienia i konflikty, bo nie są do tego przyzwyczajeni. Wszyscy wiedzieli, że Brown przyjmuje u siebie muzułmanów i nawet sadza ich przy jednym stole z Europejczykami. W żadnym razie nie można pozwolić, by dalej pracował w American Fondouk. „Pozbędziemy się go”, powiedział z satysfakcją i niesympatycznie mrugnął.

We wrześniu w Fezie było gorąco i parno. Moja obecność miała umożliwić pułkownikowi Williamsowi poświęcenie całego czasu czemuś, co nazywał „audytem”; była to ta operacja, która miała na celu pozbycie się Browna. Pułkownik na różne sposoby próbował nakłonić go, by na kilka dni opuścił miasto. Kiedy po jakimś czasie Brown z własnej woli wyjechał do Rabatu, pułkownik zaatakował. Jakiś drobiazg nie został odpowiednio rozliczony w sprawozdaniach finansowych z poprzednich lat; było to rażące zaniedbanie. Musiałem napisać do pana Colemana w Nowym Jorku list z oskarżeniem. W końcu między Brownem a pułkownikiem Williamsem doszło do strasznej sceny, na szczęście nie byłem jej świadkiem. Browna zastąpił emerytowany kapitan brytyjskiej armii, którego pułkownik zapoznał z obowiązkami.

John i Fletcher przyjechali do Fezu i zatrzymali się w Grand Hôtel, gdzie mieszkaliśmy. John musiał wpaść na ten pomysł wkrótce po tym, jak poznał starszego pana, którego tyrady niezmiernie go bawiły. Kilka dni wcześniej kupił dżellabę, włożył ją, po czym przeszedł koło mnie na ulicy, by sprawdzić, czy go rozpoznam. Zupełnie nie zwróciłem na niego uwagi. Wtedy postanowił zrealizować swój plan. Nie wtajemniczając w nic Fletchera ani mnie, zgromadził marokańskie i pseudomarokańskie przedmioty, w tym rzeczy, które kiedyś kupił dla siebie, a także okropną hotelową narzutę na łóżko i dywaniki ze swojego pokoju. Następnie, ubrany w dżellabę i żółte pantofle z koziej skóry, z mniejszymi przedmiotami w koszyku i wyprodukowanymi w Manchesterze dywanikami i kapą przerzuconymi przez ramię, zapukał do drzwi pułkownika Williamsa. Pułkownik, wyrwany z popołudniowej drzemki, otworzył, zobaczył marokańskiego sprzedawcę i chciał zamknąć z powrotem. John zablokował drzwi stopą, mimo protestów pułkownika przecisnął się do środka, a potem, trajkocząc bez przerwy jak uliczny handlarz, zaczął rozkładać towary na łóżku. Legarde comme c’est jolie, mossieu! Wciskał hotelową popielniczkę pułkownikowi, który klął po angielsku i próbował go obejść, by dostać się do telefonu. John jednak zablokował mu drogę dywanikiem, powtarzając przymilnie Bour toi, mossieu. Cadeau! i wpychając pułkownikowi popielniczkę do kieszeni szlafroka. Twarz pułkownika stała się ciemnoczerwona, więc John się zaniepokoił. Popchnął go na łóżko i powtarzając: Uuuuu! C’est joli!, szybko pozbierał towar, uciekł i zgięty wpół ze śmiechu wpadł prosto do mojego pokoju.

Przy kolacji pułkownik mówił tylko o tym. Wystosował oficjalne zażalenie do menedżera hotelu i postanowił przenieść się do Hôtel de la Paix, gdzie zostało jeszcze trochę cywilizacji. Słuchaliśmy we trzech jego pełnej oburzenia opowieści, co jakiś mrucząc: „Niewiarygodne!” lub „Mój Boże!”. Musieliśmy intensywnie się w niego wpatrywać, by nie stracić zimnej krwi i nie wybuchnąć śmiechem.
Z powodu tego kawału rzeczywiście przenieśliśmy się do Hôtel de la Paix i mieszkaliśmy tam do końca naszego pobytu w Fezie.
Uczyłem się hiszpańskiego, co w praktyce oznaczało wypisywanie koniugacji czasowników regularnych i nieregularnych. Mój wybór tekstu do czytania okazał się nie najszczęśliwszy. Zdecydowałem się na Altazora Vincentego Huidobro, gdzie większość słów została wymyślona przez samego poetę i nie dało się ich znaleźć w żadnym słowniku.

Fez w 1934 wciąż był pełen potworów. W kawiarniach w Fas al-Dżadid roiło się od żebraków zdeformowanych od urodzenia przez fokomelię, nieszczęsnych ofiar prawa koranicznego, którym obcięto obie dłonie, pozbawionych twarzy trędowatych i syfilityków, ludzi o ciałach poskręcanych przez choroby lub wypadki w fantastyczne formy, posuwających się na plecach jak na płozach. Było tam też dużo zwyczajnych szaleńców. John i ja nauczyliśmy się unikać niektórych kawiarni w okolicach Bab Dakakin i wejścia do dzielnicy Maulaj Abd Allah, by uniknąć nagabywania. Fletcher nigdy nie odwiedzał miejsc, w którychm przebywali miejscowi. Kiedy John pojechał do Meknesu, przywiózł mi stamtąd prezent: ilustrowaną książkę pod tytułem Variations sur le corps humain. Mogłaby mieć podtytuł: Guide anthropomorphique des ruelles de Fès.

John i Fletcher, najwyraźniej licząc na jeszcze większe niewygody niż te, których doświadczyli na krótkim wypadzie z siostrzeńcem Valéry’ego, planowali następną wyprawę na pustynię. I pojechali. Dwa tygodnie później wrócili do Fezu wycieńczeni i pokiereszowani. Lista ich przygód była imponująca: najpierw nieznośny upał, potem atak sfory psów należących do nomadów, zatrucie wodą zanieczyszczoną miedzią, zatrucie pokarmowe i udar słoneczny (obaj, ale niejednocześnie). John miał paskudną otwartą ranę z tyłu nogi, tuż pod kolanem, w miejscu, gdzie ugryzł go jeden z psów; wyglądało na to, że nie wdało się zakażenie, ale istniała uzasadniona obawa przed wścieklizną. John wyjechał z Maroka, nie pofatygowawszy się do lekarza, a później napisał mi z Portugalii, iż rana w końcu się zagoiła.

Pod koniec października, kiedy powietrze między Fezem a świeżo ośnieżonymi zboczami Bu Iblan stało się przejrzyste, zrobiłem sobie krótkie wakacje i pojechałem do Tafi lalt na południowym wschodzie kraju. Chciałem zaczerpnąć saharyjskiego powietrza, zanim opuszczę tę część świata, bo nie ulegało wątpliwości, że koniec marokańskiego interludium jest bliski. Pułkownik Williams chciał wracać do Monako, a mnie, jak zwykle bardzo ubogiego, zostawić samemu sobie. Pojechałem do Kasr as–Suk, a potem do Arfudu, gdzie znajdował się obóz Legii Cudzoziemskiej. Był tam „hotel” prowadzony przez jakiegoś ciągnącego za wojskiem Greka – prawdopodobnie tego samego, u którego Harry i ja zatrzymaliśmy się trzy lata wcześniej w Warzazat. O zachodzie słońca zamykano bramy miasta; jeśli miało się pecha i było wtedy poza murami, trzeba było czekać na zewnątrz do świtu. Poradzono mi, bym nie wychodził zbyt daleko nawet za dnia, ostrzeżenia nie powstrzymały mnie jednak przed zwiedzeniem oaz w okolicy. W tym regionie palmy były niskie i rosło ich niewiele. Wszystko wyglądało bardzo biednie; właściwie nie miało się tego przyjemnego wrażenia, że jest się otoczonym bujną roślinnością, które odnosi się w prawdziwych oazach.

Tuż za Ar-Rajsani, jakieś trzydzieści kilometrów szlakiem na południe, toczyły się walki. Pewnej księżycowej nocy, mniej więcej o trzeciej, usłyszałem za oknem galopujące konie i stłumione krzyki. Legioniści wyruszali na akcję odwetową przeciwko „dysydentom”, którzy w ciągu dnia zasadzili się na autobus i zabili pasażerów. Był to groźny widok: mnóstwo postaci w białych kepi jadących w ciemności rozświetlanej jedynie przez księżyc. Ostatniej nocy mojego pobytu w Arfudzie trzydziestu albo czterdziestu legionistów przyjechało na przepustkę z Ar-Rajsani. Wszyscy byli Niemcami i kiedy mnie zobaczyli, uparli się rozmawiać ze mną w swoim języku. Odpowiadałem im nieporadnie, a oni ad nauseam stawiali mi piwo i pokazywali zdjęcia, które większość z nich nosiła chyba przy sobie. „Masz szczęście. Wracasz do świata. A my, kto wie? Nikt o nas nie pamięta”. Miałem wrażenie, że czytali niewłaściwe książki o Legii Cudzoziemskiej; tylko Niemcy potrafi ą tak szybko się rozkleić. „To zdjęcia z obozu w Dżabal Sagrhu. Weź je i pokaż ludziom, żeby świat zobaczył, jakie pieskie mamy życie w tym piekle”. Przez moment łzy, potem trzymając się nawzajem za ramiona, zaczęli ze skupieniem i zapałem śpiewać wojskowe piosenki. I coraz więcej piwa. Wróciłem do Fezu ze sporą kolekcją zdjęć.

Osiągnąwszy swój cel, to znaczy usunąwszy Browna z American Fondouk, pułkownik Williams chciał jak najszybciej wyjechać z Fezu. Ja nosiłem się z zamiarem powrotu do Algierii, by odwiedzić Hassana Ramaniego, ale nie dostałem odpowiedzi na żaden z moich listów. Potem postanowiłem napisać do Gustave’a Bompaina, fotografa w Konstantynie, dla którego Hassan kiedyś pracował. List wrócił do mnie ze stemplem: DÉCÉDÉ. RETOUR À L’EXPÉDITEUR. Niechętnie udałem się do Tangeru, a potem do Kadyksu. Warunki w Hiszpanii były wówczas takie, że z hotelu mogłem wychodzić tylko z członkiem guardia civil i policjantem. Chodzili ze mną do biura kompani żeglugowej, do banku, a na koniec zaprowadzili mnie do portu i na statek. Była to ta sama okropna łajba, którą płynąłem rok wcześniej, Juan Sebastian Elcano, teraz jednak kupiłem bilet aż do Puerto Colombia. Jedzenie było jeszcze gorsze niż poprzednio. Po dwóch dniach trafiłem do infirmerii, gdzie spędziłem następne trzy tygodnie, żywiąc się ryżem, jajkami i dżemem morelowym.

Bycie chorym na Juan Sebastian Elcano miało jedną zaletę: nie mogłem uciec przed oficerami i członkami załogi, którzy uważali za swój obowiązek codziennie zachodzić do mnie na pogawędkę. W ten sposób podczas podróży zrobiłem dużo większe postępy w nauce hiszpańskiego niż udałoby mi się w normalnych okolicznościach, zamkniętemu samotnie w kabinie. Ponieważ miałem ze sobą gramofon i dużo hiszpańskiej muzyki ludowej, dowiedziałem się również, na czym polega różnica między śpiewem cante jondo a flamenco, które mi się wcześniej myliły. Kiedy dotarliśmy do Indii Zachodnich, czułem się już na tyle dobrze, by schodzić na ląd w portach, do których zawijaliśmy. Kupowałem w nich wszystkie rodzaje owoców, jakie udało mi się znaleźć.