“Książka o Unie” to debiutancka powieść Faruka Šehicia, w której pojawiają się liryczne opisy mitycznej krainy dzieciństwa, ciążące ku prozie poetyckiej, dające poczucie harmonii i jedności świata.


Książka o UnieSielankowa wizja zostaje zaburzona wojennymi reminiscencjami, w ramach których pisarz z całą brutalnością i chłodnym dystansem rejestruje upadek świata – nie tylko w wymiarze materialnym i cielesnym, ale także ideowym.

Całość spaja narracja prowadzona z perspektywy ocalonego.

***

Proza Šehicia to proza zawieszona „pomiędzy”, szukająca niemożliwego pojednania, dążąca do wyobrażonej syntezy, która nigdy nie stanie się żadną harmonijną całością. Krótkie, formalnie zdyscyplinowane opisy zrujnowanego Sarajewa przeplatają się w Książce o Unie z sennymi, poetyckimi iluminacjami, a szczery, „naiwny” podziw dla natury z jednoczesnym poczuciem rozczarowania pozorną trwałością ludzkiego świata.
Krzysztof Sztafa

Portret pełnego energii chłopca i opisy przepojonej witalnością przyrody pogłębiają dysproporcję i wzmacniają efekt fantasmagorii, gdy zostają zderzone z nadrealistyczną opowieścią o opustoszałych, widmowych, wymarłych miastach-ruinach. Topografia przestrzeni została przedstawiona jak krajobraz zmierzchu cywilizacji, wszechobecny rozpad sprawił, że miasto stało się miniaturowe, a przemierzającemu je bohaterowi trudno odnaleźć się w labiryncie gruzów.
Aleksandra Grzemska

Powieść, prozatorski debiut Šehicia, za który w 2013 roku otrzymał Nagrodę Literacką Unii Europejskiej, a dwa lata wcześniej nagrodę Mešy Selimovicia (za najlepszą książkę prozatorską wydaną w Serbii, Bośni i Hercegowinie, Czarnogórze i Chorwacji), stanowi próbę nadania ciągłości temu, co swą ciągłość nagle utraciło; zasypanie przepaści, która wraz z wybuchem wojny podzieliła życie głównego bohatera (i samego autora) na dwie nieprzystające do siebie części. To także walka o prawo do pamięci. Do mówienia o tragicznych przeżyciach bez skrępowania i wbrew powszechnie panującej, zdaniem narratora, modzie na zapominanie. Jest to zatem z jednej strony książka głęboko prywatna, stanowiąca rodzaj terapii, z drugiej swoisty manifest.
Patrycja Chajęcka

Faruk Sehić napisał tę książkę z tęsknoty za dziecięcą radością, poczuciem szczęśliwości, jakie dawał mu pobyt u babci, w domu, obok którego przepływała Una, niemal mityczna rzeka dzieciństwa, piękna i potężna. Stanowiła oś świata małego chłopca, któremu potem przyszło ruszyć na wojenny front. Mimo niewielkiej objętości, nie jest to książka na jeden wieczór. Gęsta, nasączona melancholią, wciska czytelnikowi pod oczy sugestywne obrazy, maluje sceny zarówno piękne, jak i przerażająco smutne. Porusza ukryte struny, budzi wspomnienia. Książka o Unie to pełna melancholii, pięknie napisana opowieść o pamięci, o życiu i śmierci, o sielance i wojnie. Przypadnie do gustu miłośnikom prozy B. Schulza oraz J. L. Borgesa. Powieść urzeka swą lirycznością, onirycznością, językiem pełnym metafor, ale też chwyta mocnymi fragmentami, bliższymi formie reportażu. Jest właśnie jak tytułowa, mityczna niemal Una: niczym rzeka płynie raz wartko, raz spokojnie, rozlewa się szeroko, podąża licznymi odnogami, jest piękna i groźna zarazem. Łatwo dać się ponieść jej nurtowi.


Faruk Šehić (ur. 1970) – bośniacki poeta, powieściopisarz i autor opowiadań.

Faruk Šehić
Książka o Unie
Przekład: Agnieszka Schreier
Wydawnictwo Biuro Literackie
Premiera w tej edycji: 21 stycznia 2019
 
 

Książka o Unie


Niepamięć to jedna z odmian pamięci, jej mgliste podziemie, drugie, tajne oblicze monety.
Jorge Luis Borges

Mój umysł zapomina, ale moje ciało przechowuje blizny.
Ciało to krwionośna historia.

Geoffrey Hartman

1992, rok zerowy

W pewnej wiosce miałem znajomego staruszka, który uczestniczył w bitwie pod Kurskiem jako czołgista niemieckiej dywizji pancernej. Przekroczył już osiemdziesiątkę, był to człowiek niskiego wzrostu i żywego usposobienia, opowiadał tak barwnie, jakby II wojna światowa zakończyła się wczoraj. Unosił do góry koszulę, odsłaniając brzuch oraz tors, i oznajmiał:
– Popatrz, wszędzie jestem poharatany, nie mam ani jednego kawałka skóry bez blizny, nawet tak małego, by zgasić na nim papierosa. Kiedy w czołgu kończyła się amunicja, wyskakiwaliśmy na zewnątrz i biliśmy się na noże, zdarzało się też, że czołgi napierały na siebie nawzajem, żeby sprawdzić, który z nich podda się pierwszy.
Po czym zaciągał się głęboko papierosowym dymem i wpatrywał w zielone pole pszenicy, nad którym powiewał suchy majowy wiatr. W dolinach i ponad wzgórzami rozlegał się stłumiony łoskot wybuchów na dalekich frontach. Nieznany ktoś toczył w tej chwili walkę o życie, inny nieznany ktoś właśnie je tracił.
Dom Karelego przypominał skórę niemieckiego czołgisty, starca z położonej w Krajinie wsi Pištaline. Nie było łatwo odnaleźć w jego murach choćby jedną cegłę niedraśniętą szrapnelem formatu XXL. Jakiejś niewątpliwie utalentowanej osobie udało się ją w końcu odszukać po wewnętrznej stronie, w pomieszczeniu służącym nam do odpoczynku po warcie. Ten ktoś zapisał na ścianie spłaszczonym ołówkiem murarskim następujące, i jak się z perspektywy czasu okazało mądre, słowa:

Niepewność i zwątpienie zajęły nasze łodzie,
pierwsze dni wojny są jak młoda rosa,
my zaś jak pijane trzmiele.

Słyszeliście zapewne o Karelim, człowieku, który – według ustnego przekazu – spożył na oczach towarzysza Tita rower w całości i, dodatkowo, kilka kilogramów dynamitu. Pytano go później, jak udało mu się tego dokonać i czy pojawiły się konsekwencje. Kareli odrzekł:
– Nic poza lekkim bólem żołądka, prawdopodobnie od dynamitu.
Istniało dwóch Karelich, serbski i nasz, epizod z J.B. Titem przypisuje się temu pierwszemu, ale ja, z literackich względów, kojarzę z nim Karelego z naszego miasta.
Jego dom, ogromne i niezasiedlone ludzkie gniazdo, w cudowny sposób niezniszczalne, podziurawiono jak tarkę, ale żaden pocisk ani rakieta nie mogły go ostatecznie obalić na ziemię.
W betonowej piwnicy byliśmy nietykalni.
Wycofaliśmy się na lewy brzeg Uny. Skupię się na ludzkich twarzach oraz przedmiotach, które zmartwychwstają w mojej pamięci. Miejsce akcji to opuszczone domy lewego wybrzeża; drugiego czy też trzeciego dnia wojny utraciły całe swe ciepło i pierwotne przeznaczenie. Domownicy zniknęli, odeszli na wygnanie. W moich wspomnieniach ich ujęcia en face są rozmyte, nieostre. Katapultowani z własnego miasta, w cudzych miejscach dopiero uczą się być uchodźcami.
I chociaż ludzie z bronią poruszali się szybko, nieustannie przebiegali pod kulami i granatami, teraz wszystko to wydawało mi się spowolniałe, zastygłe tak jak w muzeum figur woskowych.
Pośród tego ogólnego chaosu jedna twarz wyróżnia się szczególnie. Twarz z blizną i zezującymi oczami, należy do młodzieńca, który ma niewiele ponad dwadzieścia lat. Jego włosy są ciemne, a cera jasna, specyficznie rozstawione oczy nadają mu nieco azjatycki wygląd. To chłopak o pełnych energii ruchach i umięśnionym, harmonijnie zbudowanym ciele, o twarzy jednocześnie szorstkiej i delikatnej, w której rysach maluje się marzenie o groźnym obliczu zderzone z młodym wiekiem. Jedną nogę przerzucił przez okno, drugą zaś stoi na tapczanie, spogląda na zewnątrz, w kierunku przeciwległego brzegu, tam gdzie ukrywa się uzbrojony po same zęby nieprzyjaciel.
– To nasi miejscowi Serbowie i ich krewni z grmečańskich zboczy zeszli do miasta, aby wreszcie wyrównać rachunki z turkami – oznajmia mi, wpatrując się w drugi brzeg rzeki.
– Znalazłeś się w niewłaściwym miejscu, maminsynku. Uciekaj stąd, póki jeszcze możesz.
Odwrócił się do mnie, drwiąco omiatając spojrzeniem pokój, w którym zapanowała nagle klaustrofobiczna atmosfera, wywołana napięciem pomiędzy nami. Każdy z nas pragnął być dla siebie bohaterem, osamotnionym herosem w ciężkich czasach, w końcu to właśnie napędza wyobraźnię młodych mężczyzn żądnych wojennego pobudzenia. Wszelka konkurencja była więc zbyteczna – na początku wojny każdy żołnierz wyobrażał sobie w roli przyszłego bohatera, o którym będzie się pisać wiersze, samego siebie. W pomieszczeniu znajdowało się pełno przedmiotów napęczniałych od wilgoci. Nietknięty żyrandol prezentował się wyjątkowo irytująco. Parkiet podszywał się pod morskie fale wstrzymane ruchem jakiejś wszechobecnej ręki. Gdyby w powietrzu zakotwiczyła, machając ospale skrzydłami, wielka niczym jabłko Red Delicious biedronka siedmiokropka i gdyby wybuchła histerycznym śmiechem, zawaliłby się dach, a cały dom, łącznie z naszymi tragikomicznymi postaciami, osunąłby się do wnętrza Ziemi, tam gdzie snuli się już profesor Oliver Lindenbrook, Lars z kaczką Gertrudą, zły graf Saknussemm i oddany mu sługa Torg. Ale nie wydarza się nic szalonego, pomimo że parkiet pęka pod naszymi nogami.
Każdy element powierzchowności tego chłopaka promieniował jakąś drażliwą siłą, bałem się spojrzeć mu w oczy. Coś w jego twarzy odprężyło się jednak raz na zawsze, w jego sercu poluzowała się wielka śruba. Widziałem go wtedy pierwszy i ostatni raz.
W 1993 roku na naszych oczach znika znajome do tej pory miasto. Kamufluje się teraz za pomocą roślin i ruin, na przekór całodziennym wybuchom zyskuje hipnotyczną aurę, przyglądamy się mu bez drgnienia powiek, jakby to był ostatni obraz, który zabierzemy ze sobą na tamten świat. Miasto zmienia się w obcą i niepojętą stolicę naszej utopii pod tytułem: chcę wrócić do domu i żeby wszystko było tak jak przedtem. W tym postępującym z sekundy na sekundę rozkładzie tkwi coś zdumiewającego. Rozkład ogarnia całą materialną rzeczywistość, a najpierw przepada to, co stworzył człowiek, martwe przedmioty stają się jeszcze bardziej martwe, przeistaczają się znów w pierwiastki chemiczne. Najbardziej rozpowszechniony jest węgiel, w popiele przeważa tak samo, jak w diamencie. Zagłada domu Karelego sięga zenitu.
Nikt nie rozmyśla już o wodzie i rybach. Wędkarze stają się żołnierzami. W tej bezwzględnej transformacji jednego świata w drugi noga przedwojennego piłkarza nie dotyka już piłki, lecz zachowuje ostrożność, by nie nadepnąć na minę lądową. Pod koniec kwietnia wybudzanie się natury z zimowego snu przechodzi niepostrzeżenie. Opieszałym krokiem powracamy do prymitywnych form egzystencji, tam gdzie najważniejsze są sytość oraz ciepłe i bezpieczne miejsce. Uczymy się nienawiści, jedynej metody przetrwania, z jej pomocą można rozniecić gniew i moc, ona utrzyma cię przy życiu, obdarzy chęcią do dalszego istnienia. Nauczenie się jej nie powinno sprawiać trudności, należy się jedynie podporządkować własnemu ciału, które zajmie się odruchową produkcją wszystkiego, co potrzebne jest do przetrwania. Nie mogliśmy liczyć, tak jak nasi byli „sąsiedzi”, na obfitość broni i amunicji czy na matecznik za swoimi plecami, polegaliśmy więc na sobie, na tym, co najsilniejsze w człowieku – naszym najbardziej śmiercionośnym orężem była odwaga. Z niej bierze się syntagma: mięso armatnie.
Jakże zabawne jest to pragnienie, aby ciało pozostało nieuszkodzone. Człowiek wysila się do granic możliwości tylko po to, by zapewnić sobie stan nienaruszony. Wyznacza na swojej skórze wyraźne granice, aby ocalić tę górę mięsa i kości, serce i, jeśli mu się powiedzie, duszę. Miasto i człowiek nigdy potem nie będą już tacy sami, o ile człowiek doczeka w ogóle zakończenia wojny.
Miasta nie da się zniszczyć, ono jest nietykalne, a człowiek użyje wszystkich sił, by je odnowić i na jego ruinach odbudować swoją poćwiartowaną duszę. Ta próba jest jednak na samym początku skazana na niepowodzenie. Nic już nie będzie jak dawniej, choć nikt jeszcze o tym nie wie. Wszyscy wierzą we własną przyszłość i rozkwit miasta, co zresztą łatwo jest usprawiedliwić, gdyż ludzie mają identyczne przekonania po każdej wojnie. Przemija chwila rozdarcia i wątpliwości, i znów wierzę w miasto i rzekę, które muszą całą swą mocą podnieść ludzi z prawdziwego prochu. Podarować im wolę życia.
Ulice są pełne szkieletów spalonych domów i dopiero co powstałych śmieci. Każdy fragment ma swoją historię oraz tęskni za narratorem, który mógłby ją zrekonstruować. Pewna zmięta kulka to nic innego jak Borgesowski Alef. Spotyka się w niej wiele czasów, przestrzeni, ludzi, zwierząt, a także przedmiotów, jedynie ich żywe niegdyś kolory pociemniały jak roztopione srebrne sztućce.
Kiedy nasze domy przestaną przypominać tymczasowe muzea, w których nie wystawia się, chociaż byśmy sobie tego życzyli, naszej nietkniętej przeszłości, znów będą nadawać się do zasiedlenia. Za dziesięć lat zewnętrzne ślady wojny pozostaną widoczne jedynie na czarno-białych fotografiach. O tych wewnętrznych można by napisać wiele woluminów, bezużytecznych tomów, których nikt i tak nie przeczyta. Co za paradoks, że nasze biologiczne i każde inne kruszenie się skazane jest na zwycięstwo, pozostające w sprzeczności z częstymi wybuchami smutku z powodu martwych, z powodu żywych, z powodu wszystkiego.
A ten zezowaty młodzieniec z blizną, któremu w ustach umieszczono odcięte genitalia – on jest już martwy od długich dziewiętnastu lat.

Uchodźcy

Džehva to fioletowy ptak o czystych i miękkich piórach. Kiedy spacerujemy po Žitarnicy, moja babcia, wyraźnie zmęczona, kołysze się na boki, z nogi na nogę. Muszę uważać, aby przypadkiem nie zawadzić o nią swoją stopą, dopada mnie strach przed psami i kotami z sąsiedztwa, które mogłyby znienacka obskoczyć fioletowego ptaka gadającego ludzkim głosem.
Pytam ją, czy obawia się psów i kotów.
– Za stara jestem, żebym się czegokolwiek bała – odpowiada Džehva i dalej się kołysze, a słońce przechodzi przez jej pióra jak grzebień przez włosy.
Znajdujemy się tuż przed domem babci. Wejście zasłaniają drzewiaste i zielne śródziemnomorskie rośliny. Ten mur do dzisiaj strzeże trzech albo czterech kamiennych schodków prowadzących prosto w powietrze otoczone poczerniałymi ścianami, na których swoje akrobacje wyprawiają chwasty. Jeszcze w czasie wojny zaobserwowaliśmy pewien nowy gatunek domu z dachem jak w kabriolecie. I chociaż wiem, że babcia jest martwa, zupełnie mi to nie przeszkadza, jestem zadowolony z naszej rozmowy podczas spaceru przez wodniste pokłady snu. Tak jak byśmy chcieli nadrobić wszystkie słowa niewypowiedziane za życia, gdy ja byłem dzieckiem i licealistą, a Džehva witalną sześćdziesięciolatką z białym filtrem papierosa Jugosławia w kąciku ust, pełniącym tam wieczną straż. Kiedy tylko papieros się zmęczył, babcia zastępowała go innym, świeżym i rześkim.
– A żeby cię szlag trafił!
– Żeby cię diabli wzięli!
Słyszę echo jej słów, często dochodzące zza żywopłotu przez okno letniej kuchni, gdzie w podłodze znajdował się otwór z drewnianą klapą. Po uniesieniu klapy z dołu wydobywały się chłód i ciemność. Schodziło się tam na oślep, stopami wyszukując poszczególne schodki. Pod spodem mieściła się piwnica ze starannie ułożonymi drwami. Czuć w niej było nieznacznie wilgoć i zapleśniałe drewno. Dokładnie tak mógłbym sobie wyobrazić zapach podziemnego świata mojego dziadka partyzanta i jego żony z Mostaru. Nie wiem, czy to brzmi odpowiednio, ale był to zapach precyzyjny i uspokajający. Jeśli się nim porządnie zaciągnę, natychmiast przeniosę się w leśną gęstwinę, która pachnie tak, jakby każde drzewo stanowiło esencję partyzanckiego świata. Najmocniejszą woń roztaczają sztywne kapelusze grzybów porastających pnie i rozgałęzienia drzew. W leśnej próchnicy i ściółce wyczuwa się obecność dżdżownic o wnętrznościach wypełnionych ziemią. Ten zapach potężnie pobudza.
Jedynie rośliny Džehvy okazały się silniejsze od wojny. Žitarnica skurczyła się, jak zresztą wszystko pozostałe, po wyzwoleniu miasta. Wzruszający jest sposób, w jaki nieznajome rośliny wyrastają pod kątem prostym ze ścian pokojów. Tu, gdzie życie obróciło się w popiół, istnieje płodna ziemia, w której pojawiają się nowe kiełki. Z tych pokojów pozbawionych podłóg i sufitów można by polecieć prosto do nieba. To właśnie uczyniły wszystkie domowe przedmioty. Czarne i ociężałe od dymu i ognia, pohukując, wzniosły się w górę. Ciemność i chłód panujące w pokojach, bośniackie kilimy, otomany, porcelana, kryształowe kieliszki, wazony, sztućce, blaszany piecyk na drewno, żyrandole i kamyk z Marsa, a właściwie z Księżyca. Są teraz uchodźcami, którzy zyskali nieśmiertelność.
Babcia i dziadek leżą obok siebie na miejskim cmentarzu Lipik. Ich dusze wstąpiły na mapę gwiezdnych szlaków. W roju leonidów, który spada pod wieczór, ukrywają się zręcznie uchodźcy, powracający do ziemskich domów. Życie ponawia się w swojej prostocie. Pełne banalnej rutyny oraz powszednich rytuałów.
– A żeby cię szlag trafił!
– Żeby cię diabli wzięli!
Dobiega spośród meteorów, które spalają się w atmosferze.