“Diabeł Urubu” to doskonały debiut literacki autora “Krótkiej historii siedmiu zabójstw”, wyróżnionej Nagrodą Bookera. Obrazoburczy i poetycki zarazem. Pociągający i odpychający. Tylko Marlon James potrafi tak igrać z uczuciami czytelników.


Diabeł UrubuPierwsza powieść w literackiej karierze Jamajczyka to książka niezwykła, ukazująca z empatią i brutalną szczerością rodzimą wyspę pisarza i mentalność jej mieszkańców. To także wstrząsająca wiwisekcja religijnej sekty.

Jest rok 1957. Niewielka wioska Gibbeah to zapomniane przez cywilizację miejsce, pokryte kurzem, pamiętające jeszcze czasy plantacji, ale obecnie pogrążone w biedzie. Mentalnym przywódcą miejscowej społeczności jest pastor Hector Bligh, który bardziej niż wiernych kocha whiskey.

Pewnego dnia nad Gibbeah zaczynają krążyć złowieszcze czarne sępy. Wpadają do kościoła, rozbijając okna. W ślad za ptakami w wiosce pojawia się człowiek, który nazywa siebie Apostołem Yorkiem. Przejmuje kościół i pod sztandarem „ducha odnowy” wprowadza nowe zasady. Wokół Apostoła zaczynają gromadzić się ludzie, którzy chcą mu pomóc sprowadzić pozostałych mieszkańców na bogobojną ścieżkę.

Pastor Bligh nie ma wyjścia, musi odstawić rum i odzyskać zaufanie wiernych. Który z duchowych przywódców wygra tę biblijną potyczkę o rząd dusz?

***

Najlepszy i najważniejszy debiut, jaki miałam okazję przeczytać. Pisarstwo Jamesa przywodzi na myśl wczesne powieści Toni Morrison, a także książki Jessiki Hagedorn i Gabriela Garcii Márqueza.
Kaylie Jones, amerykańska pisarka

Perfekcyjnie skrojony debiut (…). James właśnie wydaje w Ameryce swoją nową rzecz, nazywa to „afrykańskim fantasy”, a w wywiadach mówi jak Garcia Màrquez i Rushdie otworzyli mu kiedyś oczy na nowe możliwości. Trzeba przyznać, że jest pojętnym uczniem
„Książki. Magazyn do czytania”

Ta opowieść, wpisana w egzotyczne realia, ma walor uniwersalny – światek Gibbeah to świat ludzki w ogóle, toczy się tu walka dobra ze złem, przy czym ani dobro, ani zło nie jawią się jako oczywiste; racje moralne, interesy i sięgające najwyższych rejestrów emocje są ze sobą niemal beznadziejnie splątane. To właśnie, obok formy i języka, powoduje, że ta książka jest tak fascynująca – można się z niej bardzo wiele dowiedzieć o powikłanej ludzkiej naturze.
„Polityka”

Siłą literatury Jamesa jest to, że autor świetnie zna opisywany świat – sam jest chłopakiem ze wsi, który potrafi dać w gębę, i homoseksualistą, który na wszystko patrzy z niecodzienną wrażliwością. Pomimo dowcipnych dialogów „Diabeł Urubu” to jedna z najmroczniejszych książek, jakie czytałem. I kolejna, która nie daje Kościołowi żadnej nadziei.
„Newsweek”

Marlon James
Diabeł Urubu
Przekład: Robert Sudół
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 13 lutego 2019
 
 

Diabeł Urubu


CZĘŚĆ PIERWSZA

RUM KAZNODZIEJ

 
No to opowiedzmy o Rum Kaznodzieju. Nawet jak nie mieszkaliście w tamtych stronach, na pewno słyszeliście o nim. Po sześciu latach prawda i kłamstwo tak się ze sobą pościerały, że jedno i drugie błyszczy wypolerowane. Ludziom się zdaje, że wszystko diabli wzięli, gdy opętało Lillamae Perkins, ale jak ktoś znał pastora Hectora Bligha z kościoła Grobu Pańskiego i Czterech Ewangelii pod wezwaniem Świętego Tomasza Apostoła, to wiedział, że on dużo wcześniej wkroczył na drogę do piekła.
Przedtem, zanim pastor Hector Bligh nastał w Gibbeah, nikt z tamtejszych nie widział, żeby sługa Boży pił. Niektórzy mówią, że skoro w Ewangelii Jana, rozdział drugi, wers od pierwszego do jedenastego, czytamy, że Jezus przemienił wodę w wino, no to też pewnie popijał. Ci trzej, co cały dzień siedzą przed barem, odpowiadają, że w końcu z pastora mężczyzna, a mężczyzna ma prawo się upić, tak samo jak ma prawo podrapać się po jajcach, jak go zaswędzą, albo zlać swoją babę, jak mu się źle prowadzi.
Bligh pił, jakby picie miało być zakazane. W sobotę do późna, gdy powinien się przygotowywać do posługi kościelnej, siedział w barze i łoił wódę, i gadał o ludzkich sprawach. A jak przyszła pora nauczać o Bogu, nie wiedział, co mówić. Nigdy wcześniej nie widzieli u nas takiego duszpasterstwa. Jak pijany, to tylko słychać jego mamrotanie. A jak trzeźwy, to gada po wariacku jak ten kapitan z Moby Dicka, co go pokazują w kinie „Majestic”. W poprzednim kaznodziei był żar. W Hectorze Blighu tylko lód. Może to i nasza wina, bo ludzie ze wsi biorą rzeczy, jakie są, jakby biały miał nas wybatożyć, gdybyśmy coś zmienili.
Lillamae.
Lillamae Perkins. To już dwa lata, jak jej ojciec obudził się z rana, ale tylko na chwilę i tylko po to, żeby zobaczyć łóżko całe czerwone i krew tryskającą jak ze zdroju tam, gdzie przed chwilą dyndał mu członek. Nikt nie widział, co się stało, ale wszyscy widzieli przed furtką Lillamae, wyglądającą jak opętana przez obeah, w jednej zaciśniętej ręce nóż, w drugiej zakrwawiony kutas. Jadła asyminę, żeby zabić dzieciątko. Dwa lata później nastała niedziela i pastor Bligh jest pijanym sobą. Tak się rzucił do kazalnicy, że byłby upadł, gdyby chybił. Lillamae idzie do ołtarza, żeby wygnali z niej grzech i nieprawość, choć Kaznodziej nikogo jeszcze nigdy nie wezwał.
Wszyscy ją słyszą.
– Boże Jezu Chryste jedyny! Jezu Chryste. Ogień trawiący! Ogień! BOOOOŻEEEEEE!!!
Lillamae pada na posadzkę. Nogami robi nożyczki, rozwiera, zaciska, rozwiera i wszyscy widzą jej szprotę, co jej nigdy nie wkłada w majtki. A potem ona widzi Lucindę, wołającą umiłowanego Jezusa Chrystusa.
– Co miałby Jezus dla ciebie uczynić, kurwo znad rzeki? – pyta Lillamae. – Szatan cię podgląda od dnia, jak żeś zaczęła mieszać napary.
Ludzie wrzeszczą i biegają, potykają się i upadają, jeszcze mocniej krzyczą, bo jak Lillamae otwiera usta, to słychać męski głos. I wtedy dostrzega pastora, i dopiero się piekło rozpęta!
Piątka diakonów pędzi do ołtarza. Wierni i grzesznicy tak samo wołają na nich „Pięciu”.
– Jeden kretyn, dwa pijaki, jeden kogut świrnięty, jeden żonobij. Który to który? Który który? – tak mówi Lillamae.
Pięciu ją otaczają, szarpią, ale nikt by nie dał rady jej obezwładnić. Wymyka się jednemu jak mokre mydło, drugiemu orze twarz pazurami. Innego diakona kopie w worek, z piątki robi się czwórka. Lillamae bije ich wszystkich. Drugiemu przetrąca kark, trzeciemu łamie palce, czwartemu pięścią wtłacza astmę w płuca, piątego oślepia na lewe oko.
Nikt nie wie, skąd wzięła nóż. Jedni mówią, że Lillamae wysoko skacze, inni, że lata. Jak demon tobą zawładnie, możesz niejedno. Na oczach wszystkich z nożem skacze do pastora, a on wyciąga rękę, jakby chciał ją powstrzymać, ona dźga go w lewą dłoń, on przywiera do ściany jak sam ukrzyżowany Pan Jezus Chrystus.
– Głupcze. Trzeba było tak dwa lata temu, jak byliśmy jedno – mówi Lillamae. – Teraz my jedno i siedem.
Pastor beczy, wrzeszczy, ale nikt nie stanie na drodze dziewczyny, co ma w sobie osiem demonów. Ona wybiega z wrzaskiem z kościoła.
Dwa dni mijają i nikt nie widział Lillamae. Aż w środę jeden chłopiec dostrzega jej trupa płynącego Rzeką Dwóch Dziewic. Pastor Bligh był pijany, jak ją grzebał. Potem wielu tutejszych przestało chodzić do kościoła.

*

Wracając z baru do domu, pastor Bligh szedł drogą rozchybotany jak upity kolos. Ogień wypalał mu dziury we flakach, grożąc wystrzeleniem płomieni na udach, wołając: „Wypuść mnie!”. Odbił więc pastor na bok i bryznął strugą żółtego moczu, robiąc czarny kleks na chodniku. Słońce dźgnęło go w plecy i nagle poranek nabrał jasności. Dawno już nauczył się nie ufać poczuciu szczęścia. Ale teraz coś nim zawładnęło, przynosząc przyjemność i lekki strach. Lekkomyślność jakaś, która kazała mu zakochać się w prążkowanym na różowo niebie, opalizujących kroplach rosy i kurach kwoczących na pobudkę. Bligh był ciągle bardzo pijany. Spodnie opadły mu do kostek, a gdy się poruszył, stracił równowagę i runął na wznak, uderzając potylicą w chodnik i tracąc przytomność.
Pierwsza zobaczyła go jedna z parafianek. Wyszła podlać hibiskus i pomyślała, że szaleniec albo pijaczyna padł martwy na drodze. Zbliżyła się, zlękniona, że może tylko zasnął i ocknie się lada chwila, żeby ją chwycić w graby o zrogowaciałej skórze i brudnych paznokciach i zgwałcić. Gdy zobaczyła twarz pastora Bligha, skrzywiła się z odrazą, już wcale niezdziwiona.
– Hańba – powiedziała.
A jednak swoim postępowaniem pastor przynosił jej ulgę jak wielu innym we wsi – takie katusze cierpiał przez własną grzeszność, że nie mógł potępić innych za ich grzechy. Chciała go zmierzyć wzrokiem od stóp do głów, ale utknęła spojrzeniem w połowie drogi. Stamtąd spozierały na nią ciemny członek i jądra, rozłożone swobodnie jak ich właściciel, obramowane udami i rozwartymi połami koszuli. Zapomniała o jego rękach, prawej rozpostartej, lewej wygiętej pod plecami. Zapomniała o jego twarzy, ziemistej i wychudłej, otwartych ustach wypełnionych śliną. Zapomniała o jego butach, brudnych i brązowych, prawie w całości zasłoniętych nogawkami pętającymi łydki. Było tylko tamto, czekające bez życia między nogami, tak potworne jak wąż w Księdze Wyjścia. Pobladła na ciemnej twarzy, zaróżowiła się nawet, gdy gnała do domu. Pastor przez kilka minut leżał nieprzytomny. Minut, w ciągu których przeraziły się stare kobiety i zgorszyły dzieci przechodzące obok w drodze do szkoły. Lucinda, choć nie była świadkiem tego zdarzenia, opowiadała o nim potem w pierwszej osobie tonem zastrzeżonym dla wyjątkowych herezji.
Po incydencie z sikaniem zatroskani obywatele wsi, to znaczy Lucinda, mieli dosyć.
– Zobaczycie, w najbliższą niedzielę pomyli krzesło z wychodkiem – powiedział jeden ze świadków, ale jako że nie był członkiem Kościoła, nikt tego nie usłyszał, nie spodziewał się ani nie lękał. Oczywiste więc, że tym kimś nie była Lucinda, która rozpoczęła kampanię pisania listów w celu usunięcia pastora Bligha z posługi. Ze szkoły zapamiętała niewiele oprócz Biblii, więc w swoich słowach zawarła więcej ognia piekielnego i potępienia, niż zamierzała. Napisała do wszystkich kościołów, które znała, nawet do archidiecezji, chociaż pastor Bligh katolikiem przecież nie był. Bligh za swoje czyny odpowiadał wyłącznie przed Bogiem, a Jezus nie mówił niczego, co przydałoby się Lucindzie.
Od nikogo nie dostała odpowiedzi na swoje listy. Ani razu nie przeklęła Boga, przypomniała Mu jednak, że właśnie dlatego modli się do kogoś innego. A potem w kinie „Majestic” zaczęli wyświetlać poranne seanse o dziesiątej, co okroiło uszczuplony zbór do jednej czwartej. Pastor pił teraz dzień i noc. Zsuwał się po równi pochyłej i pewnie zabrałby wieś ze sobą, gdyby nie pojawił się ten drugi, który poprowadził ich ku światłu czarniejszemu niż najgęstsza ciemność.
Przybył jak złodziej nocą zabarwioną srebrzyście. Przybył na dwóch kołach, a spod tłumika buchały kłęby mgiełki, przez które dzieci zakasłały we śnie. Gdy skierował motocykl na Brillo Road, zostawił za sobą ślimacznicę kurzu. Jego przybycia nikt nie widział, tylko sowa, księżyc i sam Diabeł.

KAZNODZIEJ I APOSTOŁ

 
Najpierw zleciało się stado kruków. Setki. Znikąd i nagle sczerniało słońce od tego błyskawicznego zaćmienia, które zstąpiło na Gibbeah. Ptaki frunęły nad drogą jak paradujący mrok, tnąc skrzydłami wiatr, przerażając nawet najmniejsze dzieci. Dopiero gdy kilka osiadło na ziemi, zdradziły ich czerwone szyje. Nie kruki to były, tylko sępniki. Przez miejscowych zwane urubu. Sfrunęło jeszcze trochę więcej, podskakiwały i dyrdały, grzebały w śmieciach, opanowując wioskę. Na widok ludzi przekrzywiały łby i patrzyły z ukosa, zaciekawione i rozgniewane. Między wsią a urubu rozpoczęła się straszliwa gra na wyczekiwanie.
A potem odleciały. Chóralny trzepot, głośniejszy niż przedtem, z dachu na dach, jakby chciały strząsnąć z siebie uczepione złe duchy. Potem już nic. Ranek zajął należne mu miejsce. Wróciło normalne życie.
Brillo Road przecinała wieś jak pionowe ramię krucyfiksu. Hanover Road biegła poprzecznie, dopełniając krzyża. Z lotu ptaka wioska wyglądała jak zgnieciona kajzerka. Oto Gibbeah.
Plantacja Aston leżała prawie trzydzieści mil dalej. Gdy w 1838 roku niewolnikom przyznano wolność, to przy okazji ich wypędzono. Biali misjonarze, którzy wcześniej walczyli o wyzwolenie negra, wzdragali się na myśl, żeby mieć takiego w pokoju stołowym, salonie czy sypialni. Na całej wyspie ustanowili więc wolne wioski, w tym Gibbeah. Wyemancypowani czarni mieli swoją ziemię, ale nie mieli pieniędzy ani jedzenia. Rok po zniesieniu niewolnictwa byli niewolnicy z własnej woli zjawili się na plantacji, żeby przyłożyć rękę do jej wskrzeszenia.
Mimo to plantacja skonała, osłabiona przez ucieczkę białych podszytych strachem do ojczyzny. Ci, którzy pozostali, albo wypierali się upadku, albo w nim pławili, tymczasem pola wysychały lub były przejmowane na mocy reformy rolnej. Sąsiedzi poznikali; macierz narzuciła kolonii koronnej nowe władze, a król cukier został zdetronizowany przez skromniejszych pretendentów w rodzaju buraka pastewnego. Na miejscu zbiegów pojawiła się nowa klasa białych, którzy czasem byli czarnymi. Kupcy, mechanicy, handlarze, tacy, co przywozili ze sobą Amerykanów. Tacy, co plantacje zmieniali w pensjonaty albo hotele, jeśli znajdowały się blisko morza. Obrotem kapitału zajął się nowy typ massa. Ludzie pokroju Aloysiusa Garveya.
Do roku 1928 pan Aloysius Garvey kupił, przejął i zabudował większość ziemi. Wieś przemianował na Garveyville, ale wszyscy i tak mówili dalej Gibbeah. Był chudym mężczyzną, szkieletem prawie, nawet w młodości, z murzyńskimi wargami i ciemną skórą w sporze z orlim nosem i prostymi włosami. Ten czarny bękart nieuznany przez białego ojca był stworzony do robienia pieniędzy. Wyprzedzał swoje czasy, bo nie miał żony ani równego sobie konkurenta. Jego duży czerwony dom, wzniesiony jak dwór na plantacji, stał u górnego krańca Brillo Road i zionął śmiercią. Parter z ciosanego kamienia i piętro z drewna wieńczył kopulasty dach ozdobiony astrologicznym ornamentem. Drzwi balkonowe miały ciemne zasłony, które skrywały nawet najmniejsze sekrety. Z powodu brudu i upływu czasu ludzie zapomnieli, że dom ma czerwony kolor, i zaczęli nazywać go czarnym. Krążyły pogłoski, że Aloysius Garvey jest sodomitą, pojawiła się też sprawa jego kilku jasnoskórych siostrzeńców, ale w Gibbeah słowo było jak wiatr.
Pan Aloysius Garvey był właścicielem wioski, decydował więc o jej wyglądzie. W 1928 roku nakazał, by wszystkie domy były zwrócone frontem do ulicy i pomalowane na rdzawą czerwień. W okresie Wielkiego Postu, w dniach suszy, brud lepił się do ścian i cała wieś wyglądała jak schwytana w oko burzy piaskowej. Wszystkie domy były podobne, ze skrzypiącymi werandami i dwuskrzydłowymi drzwiami, za którymi znajdował się duży pokój i sypialnie po obu stronach. Duży pokój, tak naprawdę przedpokój, prowadził do jadalni, przez niektórych używanej jako duży pokój. Po lewej stronie jadalni znajdowała się kuchnia. Bieżąca woda pojawiła się dwadzieścia trzy lata później, tak samo jak Bligh, w 1951 roku. W Gibbeah były tylko dwie drogi. Pan Garvey zamierzał pobudować domy dokoła krzyżówki, ale nie zdołał powstrzymać dzikich osiedleńców od stawiania chwiejnych chat gdzie popadło. Mimo to wyrastające nowe domy przybierały kolor starych. Gibbeah graniczyła z rzeką wijącą się dokoła jak fosa. Jedyna droga w tę i we w tę prowadziła przez most.

*

Nadszedł poranek Środy Popielcowej, urubu przepadły. Był to jeden z pięciu dni, gdy pan Garvey występował publicznie, chyba że umarł ktoś ważny albo w tragicznych okolicznościach, to wtedy też. W Gibbeah pogrzeb oznaczał widowisko. Czarne ubrania były nietutejsze i drogie, przysyłane w beczkach przez krewnych z Ameryki, Anglii i Panamy. Odzienie na zimę: aksamit, sztruks, teksas i wełna, spiskujące ze słońcem, żeby elegant się usmażył, buchając potem. Ale żadne widowisko nie dorównywało paradzie Garveya. Do kościoła wchodzili powolnym krokiem, jak żałobnicy bez trumny. Pan Garvey z siostrzeńcami podążającymi za nim gęsiego zajmowali lewą ławę z przodu. Siadał przy oknie, nie fatygując się, by zdjąć kapelusz bordo z różowym przybraniem, a siostrzeńcy zajmowali miejsca według wzrostu. Niektórzy plotkowali, że siedzą uporządkowani według koloru skóry, najjaśniejszy u boku pana Garveya, a najciemniejszy przy nawie, żeby być najbliżej czarnych. Przed końcem nabożeństwa pan Garvey wstawał i przecierał dłonią swój prążkowany czarny garnitur, a siostrzeńcy robili to samo. Wychodzili gęsiego, najmłodszy pierwszy, pan Garvey ostatni, rzuciwszy trochę drobnych na ołtarz, a w drzwiach trzepotały poły jego płaszcza. Jednak w tę Środę Popielcową nabożeństwo już się rozpoczęło, a pan Garvey się nie pokazał. Wielu było zaintrygowanych, inni mieli takie nastawienie jak Lucinda, wzruszali ramionami. To naturalne, że człowiek bogaty na tyle, że z czarnego mógł zrobić białe, prędzej czy później przestanie przychodzić do kościoła czarnych. Zwłaszcza sodomita kroczący prostą drogą do piekła. Wieśniacy przyjęli tę nieobecność tak, jak przyjmowali wszystko inne.
Tego ranka Rum Kaznodziej był trzeźwy. Wielu zdążyło zapomnieć, że jest wysoki jak Gregory Peck pomiędzy Rzymskimi wakacjami a Moby Dickiem, które ciągle pokazywali na podwójnym seansie w „Majestic”. Pastor Bligh był żylastym mężczyzną, olbrzymem w tej wiosce. Ale hańba przygięła go do ziemi. Poczucie winy wykrzywiło mu plecy, przygarbiło postać. Miał kwadratową szczękę, krzaczaste brwi nad małymi oczami i krótkie szpakowate włosy, zupełnie białe na skroniach. Skóra ani ciemna, ani jasna. Jego karnacja była nieuchwytna, podobnie jak głos, za niski, by dowodzić słabości, zbyt świszczący jak na władczość. We wsi, gdzie wolało się postrzegać życie w czarno-białych barwach, jego szarość nie była mile widziana.
Bligh stronił od przyjaźni. Nawet gdy był trzeźwy, jego kazania wibrowały grozą i niepewnością człowieka niepanującego nad niczym. Gdy go nawiedzało, trawiło bez litości: pot i dygot. Poza kościołem unikali go, bo może duch dopadłby go w chwili spotkania, to wtedy ich też Bóg by pokarał. Grzech, wina, potępienie i odkupienie win: sprawy, o których Bligh może wspominał, ale o których najwyraźniej mówiło drżenie jego głosu.
Nabożeństwo rozpoczęło się kwadrans po ósmej. Słońce przyćmiewała gromada czerwonawo-szarych chmur. Wiatr zatrzasnął wrota kościoła. Szemrał drwiąco w szparach drzwi i niedomkniętych oknach. A potem wrota się otwarły, wiatr wdarł się do środka, strącając kapelusze i woalki, zadzierając spódnice i suknie. Na kilka sekund kościół rozpadł się na kawałki. Wiatr dopchał się aż do ołtarza i przewrócił szklankę z wodą dla pastora. Spadła na fioletowy dywan, ale nie pękła. Potem wiatr ustał.
Organista zaintonował pieśń i po chwili ci sami ludzie co zawsze doskoczyli do ołtarza, modląc się, wychwalając Pana Boga. Tego dnia pastor Bligh miał gotowe słowo. Słowo stało się ciałem, zanim on stał się ciałem. Żaden tytuł do chwały, tylko posługa. Było to brzemię przerastające jego wątłe siły, ale jakie miał prawo do udręki odczuwanej przez największych proroków? Był spokorniały, że Bóg znosi go tak długo. Ale to przecież Bóg prowadzi, a on musi iść wskazaną drogą. A więc powinność, nie przyjemność czy ambicja. Wstał, zachowując idealną równowagę, i zaśpiewał z wiernymi:
 
Wkrótce się dokona
Wszelkie me niedole i próby
Gdy dotrę do domu
Po drugiej stronie
Uścisnę dłonie starszyźnie
Przywitam się ze wszystkimi
Usiądę u boku mego Jezusa
Usiądę i odpocznę trochę!
 
Cały kościół utonął w śpiewie i wykrzykiwanych „alleluja”. Kobiety i mężczyźni tańczyli przed Panem Bogiem, świadcząc o jego potędze. Z tyłu zapełnionej w połowie świątyni dobiegł odgłos przypominający trzask tamburynu. Z przodu rozbity witraż spadł jak deszcz. Jeden z urubu wleciał w okno, wbijając się jak pocisk, rozbryzgując wielobarwną chmurą i krwią. Organista niczego nie zauważył, ale chórzyści pierzchli. Lucinda wrzasnęła, gdy urubu spadł martwy na kazalnicę. Przejęci odrazą ludzie wrócili na swoje miejsca. Pastor Bligh polecił Pięciu usunąć sępnika. Zawahali się. Urubu były przecież posłańcami Diabła – każdy to wiedział. Pastor strącił więc nogą sępnika z mównicy na posadzkę. Jeden z Pięciu wyniósł ptaka na dwór, pozostawiając za sobą szlak rozchlapanej krwi.
– Nieprawość. Bóg wysłał Jonasza do Niniwy, by przestrzegł miasto przed nieprawością – powiedział Hector Bligh. – Eliasz ostrzegł Achaba. Jan ostrzegał Heroda. Ale nikt nie daje posłuchu posłańcowi Bożemu. Palą go. Przebijają mieczem, batożą, ucinają mu głowę. Przybijają do krzyża. Zabijają posłańca, a samo posłanie wypluwają jak gorzką pestkę pomarańczy. Wszyscy zabijają posłańca, nikt go nie słucha.
Wierni słyszeli to wcześniej. Kiedy Bligh był pijany, w swoich kazaniach przeskakiwał po wątkach Pisma Świętego, grzęznąc w biblijnych zawiłościach. Gdy był trzeźwy, zaczynał dźwięcznym mamrotaniem, które narastało do dudniącego, zawziętego echa. W końcu przestali go słuchać, a on przestał ich nauczać. Mówił bez namysłu, nie apostołując ani ludziom, ani Bogu, ani sobie. Przyjął to bez walki, tak samo jak przyjmował wszystkie klęski. Przebiegł teraz oczami po wnętrzu, zobaczył wiernych patrzących, ale niewidzących, prócz jednej osoby.
– Coś nadchodzi. Coś nadchodzi. Nadchodzi na mocarnych skrzydłach. Żal mi tych, co niegotowi. Nie coś takiego przybyłem głosić. Przybyłem głosić przebaczenie. Pan jednak miał inne… Oto co Jezus kazał mi wam powiedzieć: