“Pocałunek kata” to druga część nowego, inspirowanego pięcioma zmysłami cyklu o Malin Fors autorstwa króla powieści kryminalnej Monsa Kallentofta.


Pocałunek kataBrutalne morderstwa, skomplikowane śledztwo i rozpaczliwa walka z czasem.

Po imprezie młoda dziewczyna staje się obiektem seksualnych szykan na portalach społecznościowych. Na lotnisku w Linköpingu porwany zostaje samolot. W zgniatarce do samochodów ktoś natrafia na zwłoki nastolatki.

A to dopiero początek najbardziej piekielnej wiosny w historii Linköpingu.

Inspektor policji kryminalnej Malin Fors zakończyła pracę oficera łącznikowego w Bangkoku i wróciła do Szwecji. Udaje jej się trwać w trzeźwości, ale nie może znaleźć sobie miejsca i potrzebuje jakiejś skomplikowanej sprawy, by odsunąć od siebie pragnienie picia.

Czy będzie jednak w stanie powstrzymać mordercę, zanim zginą kolejni młodzi ludzie? Śledztwo szybko przeradza się w rozpaczliwą walkę z czasem.

“Pocałunek kata” to druga część nowego, inspirowanego pięcioma zmysłami cyklu o Malin Fors autorstwa króla powieści kryminalnej Monsa Kallentofta. Pierwsza część, “Zapach diabła” (REBIS 2017), została entuzjastycznie przyjęta przez krytyków, podobnie jak jego wcześniejsze książki o Malin.

Mons Kallentoft urodził się w 1968 roku, dorastał w okolicach Linköpingu, a obecnie mieszka na Majorce. Zdobył uznanie czytelników i krytyków dzięki swoim powieściom o Malin Fors. Jego książki przetłumaczono na trzydzieści języków i sprzedano w ponad dwóch i pół miliona egzemplarzy.
Nakładem Domu Wydawniczego REBIS do tej pory ukazały się: Ofiara w środku zimy, Śmierć letnią porą, Jesienna sonata, Zło budzi się wiosną, Piąta pora roku, Wodne anioły, Duchy wiatru, Ziemna burza, Łowcy ognia, Zapach diabła oraz Na imię mi Zack i Leon (z Markusem Luttemanem).

Mons Kallentoft
Pocałunek kata
Przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Cykl o Malin Fors |11
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 26 lutego 2019
 
 

Pocałunek kata

Prolog

Podejmuję to tam, gdzie on skończył.
Tyle mi pozostało.
Słuchano mnie.
Widzę to.
Słuchały miliony.
Trzymam w ręce tabletkę. Twoje usta są zamknięte, wargi kurczowo się zaciskają.
Może tak jak ja zastanawiasz się, jakie to uczucie umierać? Jakie to uczucie, kiedy narząd po narządzie poddaje się jak linia frontu, która załamuje się w najgłębszym bólu, a każde okaleczane ciało należy do ciebie?
Jakie to uczucie być ściskanym, miażdżonym, łamanym, opuszczanym? Być samotnym, naprawdę samotnym. Kiedy miłość jest nienawiścią, kiedy nie ma dokąd uciec.
Wiem, jakie to uczucie. Nikt nie krzyczał głośniej ode mnie.
I czemu to służyło?
Niczemu.
Nikt nie słyszał moich protestów. Nikt nie słuchał moich skarg.
Dotykało mnie piękno tego świata i piękno słów:
„Kocham cię”.
Ale potem wszystko mi odebrano. I znów, wciąż od nowa, i można marzyć o sprawiedliwości, ale wszystko jest przypadkiem, rzutem kośćmi, loterią.
Teraz wybieram ciebie.
Umrzesz.
On wybrał cię jako pierwszy i było kilka powodów, by podjąć to po tym, jak jemu się nie udało.
Właściwie nikt nie ma prawa dokonywać takiego wyboru. Ani oni, ani ty, ani ja. A jednak to robimy. Teraz odzyskuję kontrolę.
A więc otwórz buzię, dziewczyno. Poczuj, jak moje palce szarpią kąciki twoich ust.
Jesteś zmęczona. Widzę to. Wszyscy to widzą. Ale nikt nie przybędzie ci na ratunek, nie wiedzą przecież, gdzie jesteśmy. Mojej transmisji i moich linków zasadniczo nie da się namierzyć.
Przyjmij śmierć.
Może ona dobrze ci życzy.
Policjant jęczy na podłodze, ale nie przeżyje. Jedno doprowadziło go tam, drugie – poprzez tysiące wyborów – tu, na tę kamienną podłogę.
Zastanawiasz się, dlaczego robię to, co robię. Istnieje powód, ale mimo wszystko… Czy ten świat da się tak łatwo wyjaśnić?
Wiem tylko jedno:
Kiedy człowiek ma umrzeć, pieszczota jest bolesna, ale mocny ucisk w jednym punkcie uspokaja.
Zupełnie jakbyśmy zbierali nasze życie, zanim nas opuści.

CZĘŚĆ I
PORANEK TAKI JAK WSZYSTKIE

1


PONIEDZIAŁEK, 10 KWIETNIA 2017

Wielorybi brzuch samolotu jest pomalowany na szaro. Granatowa linia oddziela go od górnej części, która pomalowana jest na pastelowo niebieski kolor i sprawia, że cała maszyna wygląda, jakby pragnęła dążyć w górę, jakby przy zaledwie odrobinie mocy silników mogła sprzeciwić się prawom fizyki i aerodynamiki i stać się jednością z niebem. Ale dzisiaj nie ma nieba, tylko gęsta szara mgła, jakby ktoś rozpłatał gigantyczną baranią czaszkę i wylał zawartość. Zimny kwiecień, wciąż czuć zimowy chłód, od którego drżą nawet kości w ciele.
Samolot porusza się powoli po asfaltowej drodze prowadzącej na pas startowy Linköping City Airport. Nad polami wokół unosi się gęsty opar i kadłub samolotu lśni w ledwie dostrzegalnej mżawce.
Wszystko wskazuje na to, że boeing 737-700, mogący pomieścić stu trzydziestu dwóch pasażerów, lot KLM KL982 do Amsterdamu, wystartuje planowo o 07.10; czterdzieści miejsc jest zajętych. Obite niebieską tkaniną siedzenia zajmują biznesmeni, którzy później polecą dalej do innych, ważniejszych niż Amsterdam metropolii finansowych, oraz turyści, którzy udadzą się dalej ku słońcu i morzu, blisko i daleko. Ktoś odwiedzi coffeeshops i dzielnice czerwonych latarni, jakaś dziewiętnastoletnia dziewczyna zamierza podjąć pracę au pair w Szanghaju, dwójka niemogących usiedzieć na miejscu dzieci nie ma pojęcia, dokąd lecą, jakieś niemowlę doszło do wniosku, że to jest piekło na ziemi, a jego matka udająca się do męża w Katarze się z nim zgadza.
W kokpicie kapitan Tim De Hoynt upija łyk kawy. Czuje ciepło na języku i to mu poprawia samopoczucie, ale kawa nie jest wystarczająco gorąca i smaczna, by to miłe uczucie trwało długo. Stewardesa – ma chyba na imię Beatrice – najwyraźniej nie wie, jaka kawa mu najbardziej smakuje.
Wczoraj zatrzymali się w hotelu nad Stångån, załoga wypiła w barze kilka kieliszków wina, a potem wcześnie położyli się spać.
Tima właściwie nie powinno tutaj być, zamienił się na lot do Nowego Jorku z młodszym kolegą, który potrzebuje godzin na nowym airbusie, żeby móc się przenieść na dobrze płatną posadę w Singapore Airlines. Ta zamiana daje Timowi prawie cały dodatkowy dzień, który będzie mógł spędzić z synkiem, a to dobrze, bo widują się o wiele za rzadko. Wydaje się, że chłopczyk ma o to żal, a Tim też jest przekonany, że on i Wim zbyt wiele czasu spędzają z dala od siebie. Obejmuje dłonią kubek z kawą i wyobraża sobie, że to ciepły kark synka w jeden z tych poranków, gdy słońce świeci przez drzwi balkonowe, a chłopczyk jeszcze się nie obudził.
Tim kiwa głową do drugiego pilota i słychać, jak z wieży kontroler mówi: Clear to go. Tim popycha drążek do przodu i samolot posłusznie reaguje. Z rosnącą prędkością mijają trzy zaparkowane myśliwce wielozadaniowe JAS – dumny szwedzki projekt. Tim zaczynał jako pilot bojowy w lotnictwie holenderskim i na widok tych samolotów tęskni za tym, by siła ciążenia aż wgniatała go w fotel i wyciskała powietrze z płuc.
Ale to było w innym czasie. W innym życiu.
Trochę dalej widzi szare hangary; nijaka falista konstrukcja dachów fabryki zbrojeniowej Saaba usiłuje przebić się przez opary mgły, ale staje się tylko kolejnym odcieniem szarości.

W kabinie część pasażerów już zasnęła, inni są podekscytowani, tęsknią za pierwszym piwem na urlopie, chcą jak najszybciej wznieść się w powietrze. Stewardesy, Beatrice Eriksson i Isabelle Sander, zajęły swoje miejsca, Beatrice z przodu, Isabelle z tyłu. Beatrice obciąga spódniczkę, żeby siedzący w pierwszych rzędach biznesmeni nie widzieli za dużo ud.
W rzędzie piętnastym jakiś mężczyzna mocno, powoli pociera palce. Potem nieruchomieje, drga mu tylko jedna noga, nie potrafi nad tym zapanować, bez względu na to, jak bardzo się stara.
Męczy się z pasami, musi je rozpiąć.
Trzeba to zrobić.
Najpierw ciągnie sprzączkę w niewłaściwą stronę, ale zaraz orientuje się, na czym polega błąd, robił to już setki razy, ciągnie ją w odwrotną stronę i pas się rozpina.
Wstaje.
Widzi go stewardesa przy kokpicie, dość młoda blondynka o długich włosach upiętych w surowy kok i ustach zaciśniętych w kreskę, tak wąskich, że prawie nie widać warg, i mężczyzna słyszy jej wołanie:
– Sit down, sit down!
Ale on nie zamierza siadać.
Sięga do schowka na bagaż, chwyta klamkę i ją naciska, czuje ciepły, sztucznie szorstki plastik pod palcami, a potem powoli schowek się otwiera i drzwiczki zatrzymują się na dobrze dopasowanej wysokości.
– Sit down!
Stewardesa mówi coś do interkomu, mężczyzna to widzi.
Torba. Jego duża, czarna nylonowa torba kupiona miesiąc temu w Ö&B. Ciągnie ją, musi ją opuścić na siedzenie.
Kobieta mówi coś teraz przez głośniki.
Czy samolot zwalnia?
Ktoś zbliża się do niego od tyłu, czuje pod podeszwami wibracje kroków na podłodze kabiny. To ta druga stewardesa? Odwraca się i widzi, że kobieta w granatowym uniformie zbliża się do niego, trzeba teraz działać szybko, a za oknem trawa jest mokra, świat jest szarą masywną nicością i nie będzie miał żadnych problemów z opuszczeniem go, jeśli przyjdzie co do czego.
Pasażerowie wokół.
Niemowlę wreszcie przestało wrzeszczeć.
Kilka osób odwróciło się w jego stronę, inni są sparaliżowani, jakiś mężczyzna w drugim rzędzie krzyczy niskim głosem:
– Siadaj, do diabła!
Ale nikt nawet nie próbuje wstać.
Jest już blisko. Stewardesa o rudych włosach.
Mężczyzna ściąga torbę na siedzenie, rozpina zamek błyskawiczny; ona jest już tylko kilka rzędów od niego, ale nie zdąży.
Wyjmuje pęk granatów. Jest ich siedem, zielonych, lśniących, złowrogich, splecionych drutem w jedną potężną bombę, zawleczki są połączone tak, że wystarczy jeden drobny ruch palca, żeby je wszystkie zdetonować.
Samolot się zatrzymuje, ruda stewardesa nieruchomieje na widok upiornych owoców w jego ręce. A on unosi je pod sufit i widzi, jak całe jej ciało zadaje sobie pytanie: czy to w tej sekundzie skończy się moje życie?
Trzyma nad głową granaty w jednej ręce, palec wskazujący jest wsunięty w pierścień jednej z zawleczek.
– Porwanie! – krzyczy. – To jest porwanie. This is a hijacking. Nobody fucking moves. A jeśli zobaczę kogoś z komórką albo innym gównem, od razu wylecicie w powietrze.

2

Granat dźwigający pozostałe sześć jest zimny w mojej dłoni, jak śliwka, która wciąż wisi na drzewie w chłodny jesienny poranek.
Kiedy kupiliśmy dom, śliwa była już dorosła, zasadzono ją kiedyś dawno temu w zachodnim kącie zarośniętego ogrodu. Jesienią podnosiłem cię, Josefine, do owoców, kiedy śliwki z kwaśnych i żółtych stawały się czerwone i słodkie, patrzyłem, jak wyciągasz w górę rączki, tak jak ja teraz, wysilasz się, próbujesz stać się większa, a ja unosiłem cię trochę wyżej, powoli, żebyś mogła ich dosięgnąć.
Myślę o tym, jak w tej chwili naśladuję twój ruch, jak nasze ruchy naśladują się nawzajem, i dziwi mnie to, jak przejrzyste wydają się moje myśli, jak adrenalina sprawia, że mózg wykorzystuje więcej swoich możliwości niż zwykle.
Śliwka, jabłko albo granat. Palec w pierścieniu zawleczki.
Gdybym teraz dostał mocnego ataku kaszlu, samolot rozerwałoby na części, bo jeśli pierścień z zawleczką się wysunie albo puszczę łyżkę, nie będzie już odwrotu, wtedy powietrze się zagęści, skondensuje, eksploduje.
Jasnoszare ściany kabiny wydają się wibrować przed moimi oczami i słyszę, jak ludzie płaczą, szepczą, ale nikt nie krzyczy, nikt nie wypowiada żadnych zrozumiałych słów, a stewardesy wycofały się na swoje miejsca.
Ta niemal bez warg, na samym przodzie.
Ruda znów jest za mną.
Zdaję sobie sprawę, że na mnie patrzą. Stewardesy, wielu z pasażerów.
Próbuję ignorować ich spojrzenia, ale nie potrafię. Wiem, że muszę trzymać się myśli o tym, że są mięsem. Widzę, jak się kulą na niebieskich siedzeniach, jakie mają napięte ramiona, a jakaś matka próbuje uspokoić dziecko, pięcioletnią dziewczynkę w bluzeczce w różowe paski, która nie chce spokojnie siedzieć, nie rozumie, co się dzieje, czuje, że mama jest bliska płaczu, i zastanawia się, co jest nie tak.
Dziewczynka w bluzeczce w różowe paski cichnie, wpatruje się w gazetę, ty też miałaś podobną bluzeczkę, kiedy byłaś mała, Josefine, i wiem, dlaczego to robię. Wiem, że muszę zostawić za sobą ten świat i wszystko, co zawiera.
Jesteśmy niczym, Josefine.
To właśnie ci pokazali, że byłaś niczym. I dlatego muszę to zrobić. Robię to ze względu na ciebie.
Przychodzisz do mnie w snach. Prosisz, żebym podniósł cię do śliwek, ale nigdy nie jestem w stanie podsadzić cię wystarczająco wysoko i odchodzisz z zawiedzioną miną, a ja zostaję sam, bardziej samotny, niż sądziłem, że człowiek może być.
Właściwie nie chcę zabijać niewinnych ludzi, jeśli nie będę naprawdę musiał, ale tylko taki sposób wymyśliłem.
Drzwi do kokpitu są zamknięte, nie sposób ich sforsować, ale nie muszę się przez nie przedostać, w każdym razie nie teraz. Jeśli wystartują i będą chcieli mnie oszukać, mogę spróbować. Po sprawie tamtego szalonego pilota z Germanwings zamki takich drzwi są potężniejsze niż w bramie, którą mordercy wchodzą do nieba.
Samolot stoi nieruchomo na pasie startowym. Mijają kolejne minuty i wkrótce zadzwonię na policję, powiem, czego chcę. Mam ich numer, jej numer. Ona tu przyjedzie, ciągnie ją do śmierci jak muchę do miodu.
Powiem, że wysadzę w powietrze siebie i wszystkich na pokładzie, jeśli nie zrobią tego, czego chcę. Być może nie jestem w stanie tego zrobić, ale będą musieli mnie wysłuchać, zrobić rachunek zysków i strat, bo przecież chyba potrafią liczyć. Czym jest życie czterdziestu osób w porównaniu z życiem trzech? Czterdziestu czterech, jeśli liczyć pilota, drugiego pilota i stewardesy, a trzech.
Czuję pod żebrami bijące serce.
Nie tłucze się tak jak z początku, działa jak stabilna maszyna, mięsień, który pracuje dalej, bo nie zna niczego innego. Powinienem panikować i oczywiście się boję, ale może wkrótce wszyscy zginą i zabiorą ze sobą pozostałych.
Ktoś musi posłuchać.
Wyrwali mi oddech z piersi i uszło im to na sucho. Zabili tą, którą najbardziej kochałem, i nie spotkała ich żadna kara. Za arogancję. Bezwzględność.
Nie miałaś siły żyć, Josefine. Jedynym, co żyje, jest tęsknota za tobą, bo wszystkie obrazy, którym próbuję nadać jakiś porządek, znaleźć w nich chronologię, chronologię miłości, stają się tęsknotą. Zrozumieniem, że uczuciom nie da się nadać hierarchii, połączyć ich w coś, co miałoby znaczenie.
Pierścień zawleczki.
Jeden ruch palcem wskazującym i w kilka sekund wszystko się skończy. Może wtedy będziemy mogli być razem.
Ale w to nie wierzę.
Myślę, że wszystko stanie się po prostu ciszą i czernią.
W kabinie panuje w tej chwili absolutna cisza i zastanawiam się, jak to wygląda w kokpicie, czy mają bezpośredni kontakt z wieżą kontroli lotów, o czym myśli pilot, co uważa za swój obowiązek w takiej sytuacji jak ta, kto będzie za nim tęsknił, jeśli dojdzie do najgorszego.
Nie myśl o nich jak o ludziach. Rób tak, jak oni zrobili z Josefine.
Mgła za oknami teraz się unosi i trawa jest pełna wiary w przyszłość.
Dla człowieka, który jest w żałobie, świat to drwina.
Jakie to będzie miało znaczenie, jeśli wszyscy ci przerażeni ludzie wokół mnie znikną, zostaną starci z powierzchni ziemi? Może tego tak naprawdę chcą, może taki jest cel ludzkości? Internet, Twitter, WhatsApp, streaming, Periscope, Snapchat, drony, prywatne loty w kosmos, nowi demagodzy. Może to pierwsze przedśmiertne drgawki ludzkości, coś takiego jak ta choroba, stwardnienie zanikowe boczne całego naszego dysfunkcyjnego gatunku. Powoli się degenerujemy i wiemy o tym, ale nic nie możemy na to poradzić.
Ale nie chcę, żeby sprawy posunęły się aż tak daleko.
Śliwka, granat.
Poruszam palcem, czuję pierścień zawleczki, jest jak niedopasowany, luźny pierścionek zaręczynowy.

3

Inspektor policji kryminalnej Malin Fors przewraca się z boku na bok, wyciąga rękę, chce poczuć ciało leżące obok niej, ale nikogo tam nie ma, tylko zimne i wilgotne sprane prześcieradło, samotność i rezygnacja, które przejawiają się tym, że nie cofa ręki pod pościel, choć dłoń szybko marznie.
Nie ma Aroona, jej tajskiego kochanka, który został ciśnięty w wieczną ciemność niecały rok temu.
Tutaj, tego ranka, dominuje samotność. Samotność zastąpiła moją duszę, myśli Malin, zostało tylko bycie twardą i tęsknota, tęsknota za jego dłońmi na mojej skórze, jego palce na moich plecach były jak ciepły deszcz.
– Aroon – szepcze. – Gdzie jesteś?
I w porannym mroku sypialni próbuje usłyszeć jego odpowiedź, ale nie dobiegają do niej żadne słowa, tylko cisza, która nic nie znaczy, a chłód na dłoni to jego martwa dłoń, i Malin cofa rękę z powrotem pod kołdrę.
Powinna wstać. Wziąć prysznic, doprowadzić się do porządku, zacząć kolejny dzień. Liczyć na to, że coś się stanie. Że ktoś zostanie zamordowany albo zgwałcony, bo wtedy ona i jej koledzy z wydziału zabójstw w Linköpingu będą mogli sensownie spożytkować umiejętności. Zima w mieście była dość spokojna, ale na wiosnę przemoc zwykle kiełkuje wraz z konwaliami i zawilcami.
Słyszy sąsiadów piętro wyżej. A może dźwięk dochodzi z jeszcze wyższych pięter, z mieszkania, które zajmowała z Danielem Högfeldtem, tego ze lśniącą lodówką z nierdzewnej stali i wyłożonym kamieniami tarasem, z mieszkania, którego wynajem kosztował siedemnaście tysięcy pięćset koron na miesiąc.
Odzyskała swoje dawne mieszkanie. Jedyną zmianą wprowadzoną przez poprzedniego najemcę było pomalowanie ścian w dużym pokoju na neonoworóżowy kolor. Z początku Malin chciała je przemalować, ale zostawiła je jako przypomnienie, że nie ma sensu ufać miłości.
Do diabła z Danielem.
Teraz mieszka w Hjulsbro, w willi na przedmieściu, ze swoją młodą partnerką i małą córeczką. Wciąż pracuje w „Corren” jako dziennikarz i przybyło mu parę szpecących kilogramów.
Widziała go raz z rodziną na mieście, Daniel mocno trzymał uchwyt wózka i chciało jej się rzygać, miała ochotę do nich podbiec i zwymiotować, prosto do wózka, utopić ich dziecko w kwaśnej, śmierdzącej mazi.
Zamiast tego poszła do domu.
Przebrała się w strój do ćwiczeń i popędziła na siłownię, podnosiła te żałosne ciężary, aż pękła jej mała żyłka na skroni i teraz ją tam widać – cienką fioletową kreskę, symbol wszystkich jej porażek.
Göran Möller, szef wydziału zabójstw, chciał, żeby po kilku miesiącach, jakie spędziła jako oficer łącznikowy przy ambasadzie w Bangkoku, poszła na terapię. Ale Malin czuła w sobie dziwny spokój, jakby Bangkok był kumulacją wszystkich powrotów do nałogu, i miała wrażenie, że teraz długo wytrzyma w trzeźwości.
Wie jednak, że Zeke, jej partner, ma ją na oku.
Jej córka Tove również.