Román Sabaté, młody chłopak z argentyńskiej prowincji, przeprowadza się do Buenos Aires i rozpaczliwie poszukuje pracy…


KlątwyPrzypadek sprawia , że zostaje przyjęty na stanowisko osobistego sekretarza pewnego obiecującego polityka. Prawdziwe motywacje jego pracodawcy są jednak znacznie bardziej perfidne, niż mogłoby się wydawać.

Konflikt między Románem a Fernando Rovirą, jego przełożonym, staje się osią powieści, która bezlitośnie obnaża mechanizmy tak zwanej „nowej polityki”, opierającej się na pragmatyzmie podszytym kłamstwem i niepohamowaną ambicją.

Rovira twierdzi, że jest wrogiem starego układu, rzucającego kłody pod nogi wszystkim, którzy rzeczywiście pragną coś zmienić. Zamierza stworzyć nową, lepszą Argentynę, ale by stanąć na swoim, nie cofnie się przed niczym – nawet przed zbrodnią.

Claudia Piñeiro mieszka w Buenos Aires. Przez wiele lat była dziennikarką, dramatopisarką i scenarzystką telewizyjną. W 1992 roku zdobyła prestiżową nagrodę dziennikarską Pléyade. “Czwartkowe wdowy”, jej pierwsza powieść, zdobyła nagrodę Clarin w 2005 roku.

Claudia Piñeiro
Klątwy
Przekład: Katarzyna Okrasko
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 23 stycznia 2019
 
 

Klątwy


Od Autorki
Bohaterowie Klątw istnieją jedynie na kartach tej powieści. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych postaci są wyłącznie kwestią przypadku. Nawet najbardziej utalentowany pisarz nie przebije pomysłów niektórych doradców wizerunku i szefów kampanii.

*

Erdosain utkwił na sekundę wzrok w kanciastej twarzy rozmówcy, a potem uśmiechając się kpiąco, powiedział:
– Wie pan, że jest pan podobny do Lenina?
I zanim Astrolog zdołał odpowiedzieć, wyszedł.
Roberto Artl, Siedmiu szaleńców

Tak… Ale Lenin wiedział, o co mu chodzi.
Roberto Artl, Los lanzallamas

Nie ma więc powodów, by wątpić w skuteczność pewnych technik magicznych. Ale wraz z tym okazuje się, że skuteczność magii wymaga wiary w magię i że wiara ta występuje w trzech dopełniających się postaciach: jest to przede wszystkim wiara czarownika w skuteczność jego technik; jest to, dalej, wiara we władzę czarownika u chorego, którym on się opiekuje, lub u ofiary, którą on prześladuje; są to, wreszcie, zaufanie i wymagania opinii zbiorowej.
Claude Lévi-Strauss, Czarownik i jego magia
przeł. Krzysztof Pomian

1

Każdy mężczyzna i każda kobieta noszą brzemię własnej klątwy. Niektórzy poświęcają całe swoje życie na to, żeby ją odczynić albo przezwyciężyć; sądzą, że są na tyle silni, by móc ją przechytrzyć, i tak oto od pierwszego do ostatniego dnia toczą absurdalną, nierówną i bezużyteczną walkę. Inni natomiast nie walczą ze swoją klątwą, po prostu godzą się z nią, uczą się zabierać ją ze sobą jak walizkę, którą bierze się wszędzie, starając się, żeby ciążyła jak najmniej; obserwują ją kątem oka, sprawują nad nią kontrolę, nie odnosząc zwycięstwa, od początku do końca zdają sobie sprawę z jej obecności i chociaż uważają, żeby nie dotknęła ich szczególnie mocno, nie okazała się dla nich zbyt okrutna, próbują też jak najmniej zawracać sobie nią głowę. Ale istnieje również trzecia, najbardziej uprzywilejowana kategoria – tych, którzy nawet nie są swojej klątwy świadomi. Román Sabaté jest jednym z uprzywilejowanych. I chociaż nad nim, jak nad wszystkimi, także wisi jego klątwa, on nie wie o tym i to czyni go wolnym. Románowi nawet do głowy by nie przyszło, że jego życie może zależeć od jakiegokolwiek uroku; jest ignorantem i to właśnie czyni go mądrym.
Dziś jednak Román czuje mdłości i silny ból żołądka. Nie widzi związku między tym bólem a rzekomą klątwą. Poszukuje jego przyczyn w tym, co go otacza. Rozgląda się wokół. Skupia się na zapachach. Sądzi, że przyczyną tego dyskomfortu odczuwanego za mostkiem jest miejsce, w którym się znalazł w oczekiwaniu na odjazd autobusu. Nie obwinia o swój stan ani zmęczenia, ani nerwów, tym bardziej poczucia winy. Bar na dworcu autobusowym Retiro wydaje mu się okropnym miejscem. Szuka innego słowa, bo to przypomina mu o osobie, która używa go w co drugim zdaniu. Albo używała, poprawia się. Nie chce pamiętać tego słowa akurat w tym momencie. On nie używa go, nigdy go nie używał, ale w tej chwili nie przychodzi mu do głowy żaden synonim i uparcie narzuca mu się właśnie ten przymiotnik: okropny. Światło jarzeniówek razi go w oczy podrażnione brakiem snu, biały zimny blask wbija się niczym igła w lewy woreczek łzowy. Czarne krzesła z metalowymi oparciami nie poprawiają sytuacji, rozklekotane od ciągłego przesuwania ich w tę i we w tę po szarej mozaice, z pęknięciami w tapicerce ze sztucznej skóry, przez które wylewa się stare brudne piankowe wypełnienie. Zapach jedzenia miesza się z silną wonią jakiegoś środka dezynfekującego, która dociera z łazienki, a rezultat spotkania obu tych zapachów jest gorszy niż każdy z nich osobno. Telewizor najnowszej generacji, zainstalowany na szarym uchwycie pod kątem tak, że wisi prawie u sufitu, nadaje wiadomości. Román podejrzewa, że ten nowoczesny telewizor, który tak kontrastuje z resztą mebli, wisi tu od ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej. Przypomina sobie, gdzie oglądał wówczas większość meczów, na sześćdziesięciocalowym monitorze LED HD, sprawiającym wrażenie małego ekranu kinowego, w otoczeniu talerzyków sushi, którego nie jadł i nie je, i swojej ekipy. Ekipa, kolejne słowo, o którym wolałby zapomnieć.
Odkręca butelkę i nalewa wodę gazowaną do dwóch szklanek. Dawniej bywał w podobnych barach na dworcach autobusowych, ale upłynęło od tej pory dużo czasu. Jest młody, nie ma jeszcze trzydziestki, więc pięć czy sześć lat to dla niego sporo. Nagle w tym barze dociera do niego, że ostatnio podróżował wyłącznie samolotami, prywatnymi samochodami, kiedy nie było dobrych połączeń albo na krótkich dystansach, statkiem, jeśli wybierał się do Montevideo lub do Colonii, żeby przeprowadzić jakieś operacje bankowe, do których miał upoważnienie, zdarzało mu się latać helikopterem. Nigdy nie wybierał autokaru. Chociaż nie, zdarzyło mu się to raz, kiedy wracał z Cariló, i o tym również nie chce pamiętać. Ale to było nieprzewidziane – w tamtą stronę jechał autem i miał nim wrócić. A podczas podróży powrotnych nie przesiaduje się w barach, podróżny wracający do domu zjawia się na dworcu chwilę przed odjazdem. Wcześniej, owszem, często bywał w takich miejscach, w takich barach. Kiedy wyjeżdżał z przyjaciółmi na wakacje, kiedy pierwszy raz przyjechał do Buenos Aires, kiedy wracał jeszcze do Santa Fe, by odwiedzić rodziców. Kiedyś, gdy ruszył do Mendozy w poszukiwaniu Caroliny, narzeczonej, którą od czasu do czasu jeszcze widuje w snach albo wydaje mu się, że widzi ją na ulicy spacerującą z wielkim brzuchem, w dziewiątym miesiącu ciąży. Wielokrotnie bywał w podobnych miejscach, ale nigdy z trzylatkiem, którego o tej porze morzy senność.
Z dzieckiem, które pokonane zmęczeniem, położyło głowę na fornirowanym blacie i nie mając innej poduszki niż najmiększa część swojego ramienia, usnęło. Z chłopcem, który nie sprawia żadnego kłopotu i nie jest niczemu winien, jakże bowiem dziecko mogłoby być czemukolwiek winne?
Czy postąpił słusznie, nie mówiąc nawet Chince, dokąd wyjeżdża i dlaczego? Zastanawia się nad tym, odkąd usiedli w tym barze. Może jej powinien był powiedzieć. Ma jeszcze czas. Potrzebuje jej. Bierze telefon komórkowy, szuka nazwiska w kontaktach, spogląda na jej fotografię i znów się waha. Patrzy na nią i uznaje, że ten impuls, to pragnienie, by porozmawiać z nią właśnie w tej chwili, jest irracjonalny, że to wręcz szaleństwo. Natychmiast się rozmyśla, w dodatku otwiera aparat i wyjmuje z niego baterię i kartę SIM; nie wie, czy to wystarczy, ale przecież nauczono go, że jeśli kiedykolwiek się zdarzy, iż nie będzie chciał, aby go namierzono, tak właśnie powinien postąpić. To część „protokołu”. Nigdy jeszcze nie miał okazji spróbować, czy to działa.
Kelner przynosi rachunek. Román nie pamięta, czy prosił o niego czy nie, ale kelner stoi przy nim z wydrukiem z kasy, po chwili kładzie go pod butelką wody gazowanej, do połowy pełnej, spogląda w telewizor i mówi:
– Wszyscy kłamią.
Román unosi wzrok i widzi to, czego się spodziewał: twarz Fernanda Roviry na pierwszym planie. Podejrzewał, że go ujrzy, nie dlatego, że Fernando jest jedynym kłamcą albo nawet tym, do kogo ten epitet najbardziej pasuje, lecz dlatego, że ostatnimi czasy nie traci okazji, żeby pokazać się w każdym kanale informacyjnym cieszącym się jaką taką oglądalnością. I dlatego, że Fernando Rovira stał się jego przeznaczeniem, jego karmą. Nie musi go słuchać, żeby wiedzieć, o czym mówi, nie musi nawet czytać paska, by potwierdzić swoje przypuszczenia. „Rovira nalega, żeby podzielić prowincję Buenos Aires na dwie części przed następnymi wyborami”. Postawa, którą prezentuje przed kamerami, pozwala się domyślić kilku rzeczy. Po pierwsze, że wyjaśnienie sprawy zabójstwa Lucrecii Bonary, jego żony, jeszcze kilka miesięcy temu priorytetu, kiedy tylko podsuwano mu mikrofon, ustąpiło miejsca innym kwestiom. Po drugie, że podział prowincji i zostanie gubernatorem części, która bardziej mu się podoba, są w tej chwili jedynym, co spędza mu sen z powiek. I po trzecie, co dla Romána najważniejsze, Rovira nie ma jeszcze pojęcia o tym, że on go opuścił i w jakich okolicznościach. Wywiad dobiega końca i Román zastanawia się, czy dziennikarz wspomniał chociaż o śmierci Bonary, zapytał o postępy w śledztwie, o rozważane hipotezy i krąg podejrzanych. A może dla mediów to zabójstwo teraz, rok po jego popełnieniu, przestało być wydarzeniem, któremu warto poświęcić choćby chwilę czasu antenowego, bo zastąpiły je aktualniejsze sprawy. Jak podział prowincji Buenos Aires. Kelner nie ustępuje:
– Wszyscy kłamią.
I jakby na dowód swoich słów podnosi pilota, którego ma w kieszeni, celuje w telewizor i pogłaśnia dźwięk. Rovira się żegna, wywiad dobiega końca:
– Nie chodzi nam o zrównoważoną prowincję Buenos Aires. Chodzi nam o zastąpienie niemożliwego Buenos Aires dwoma zrównoważonymi Buenos Aires. Bardzo dziękuję.
– Ściema – mówi kelner.
– Tata? – pyta Joaquín, który siedzi tyłem do telewizora. Podnosi głowę i spogląda na Romána zdezorientowany, jakby nie obudził się do końca.
– Co do cholery ma znaczyć „zrównoważona”? Możesz mi wyjaśnić? – pyta kelner.
– Żebym to ja wiedział. – Román kładzie na stole pieniądze i wstaje. – Idziemy – mówi. – Nasz autokar za chwilę odjeżdża.
Chłopiec, nie wstając z krzesła, wyciąga ku niemu ręce, żeby go podniósł. Román zarzuca plecak, nie spakowali zbyt wielu ubrań, ale te, które zabrali, plus kilka książek, koperta ze zdjęciem i dokumenty – nie mógł się zdecydować, czy zniszczyć je od razu, czy zachować na później – ciążą mu na plecach. Najbardziej dokucza mu jednak czubek drabiny wozu strażackiego, jedyna zabawka Joaquína, którą wzięli. Wóz jest drewniany, Román pomógł mu złożyć go z części, a potem razem go pomalowali. Ucieszył się, że chłopiec wskazał właśnie ten wóz, kiedy powiedział mu, że może zabrać ze sobą na wycieczkę tylko jedną zabawkę. Román reguluje ramiączka, wreszcie czuje, że ciężar plecaka rozkłada się równomiernie na plecach. Wówczas, odzyskawszy równowagę, patrzy na Joaquína – który wciąż wyciąga ku niemu ramiona – uśmiecha się, bierze go na ręce i mówi:
– Idziemy, mistrzu.
Opuszczają bar. Ten okropny bar. Na ekranie za ich plecami znów pojawia się Fernando Rovira. Ani Román, ani Joaquín już go nie widzą. Idą razem na peron, który im wskazano, gdy kupowali bilety. Prawdopodobnie Joaquín znów zaśnie na jego ramieniu. Román z chłopcem w ramionach ustawia się w kolejce. Nie zdejmuje plecaka. Ma bilety i dokumenty obojga w kieszeni dżinsów. Ale dopiero teraz, gdy stoją w kolejce w ciemnościach rozświetlanych tylko światłami autokarów podjeżdżających na perony, zastanawia się, czy zabieranie dziecka w tak daleką podróż nie wymaga jakiegoś pozwolenia. Pytanie spada na niego niczym błyskawica, to igła, która wbija się w niego, jak światło dworcowego baru wbiło mu się w woreczek łzowy. Wcześniej o tym nie pomyślał. Nie zna odpowiedzi. Pozna ją już za chwilę, kiedy nadjedzie autokar, a on spróbuje wsiąść do niego z Joaquínem.
Ma nadzieję, że nie potrzeba żadnego pozwolenia. Jeśli jest inaczej, cały jego misterny plan spali na panewce. Jeden niedopracowany szczegół może wszystko popsuć.
Albo i nie. Trzeba mieć nadzieję.
Naprawdę trzeba mieć nadzieję.
A jeśli nie, trzeba będzie jeszcze raz przemyśleć wszystko od nowa.
Dla niego nie byłby to pierwszy raz.

2

Można znaleźć się w świecie polityki z wielu powodów. Jedne są bardziej usprawiedliwione, inne mniej. A także przez pomyłkę, opieszałość, nieumiejętność powiedzenia „nie”. Dlatego, że ktoś znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Albo w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Dlatego, że z czegoś przecież trzeba żyć, i dla mnie pięć lat temu był to najważniejszy powód: niewielkie oszczędności, które przywiozłem ze sobą do Buenos Aires, wystarczyłyby mi, gdybym gospodarował nimi bardzo oszczędnie, na przeżycie zaledwie dwóch miesięcy.
Szybko zrozumiałem, że zbyt wiele osób żyje z polityki, lepiej lub gorzej. „Teraz, kiedy już jesteś w środku, mógłbyś mi załatwić podatek zryczałtowany?” – to jedna z pierwszych próśb, jakie usłyszałem, kiedy dołączyłem do partii. I tego samego dnia zrozumiałem, że te prośby będę słyszał ciągle. Nie miałem pojęcia, co to znaczy „załatwić podatek zryczałtowany” ani: „Potem zobaczymy, jak ci się odwdzięczę”. Nowa rzeczywistość. I wszystko dlatego, że pewnego ranka, nie zastanowiwszy się nad tym zbyt gruntownie, poszedłem z Sebastiánem Petitem, przyjacielem, z którym dzieliłem wynajmowany pokój, na rozmowę o pracę. W ten sposób wkroczyłem do świata polityki. A raczej polityków. Bo z polityką, przyznaję szczerze, nigdy nie miałem zbyt wiele wspólnego.
Rozmowa o pracę odbyła się w siedzibie partii Pragma, założonej kilka lat wcześniej przez Fernanda Rovirę, dewelopera i właściciela terenów na północy Wielkiego Buenos Aires, który zbił błyskawicznie fortunę, nabywając działki budowlane i wznosząc na nich zamknięte osiedla. Do tego dochodziły jakieś bliżej niesprecyzowane transakcje giełdowe. Potem zwerbował do swojej partii sąsiadów „zmęczonych starą polityką, która wsadza kij w szprychy każdemu, kto chce pracować dla tego kraju”. Stanął do wyborów na prezydenta miasta i odniósł niebywały sukces. Jak jego adwersarzom brakowało charyzmy, tak on miał jej aż nadto. Wyprzedził aż o czterdzieści punktów procentowych kandydata, który zajął drugie miejsce. Jego sukces zainteresował biznesmenów, niezależnych polityków, media i każda z tych grup pomogła mu na swój sposób umocnić pozycję Pragmy. „Najważniejsze jest działanie, żeby zmieniać kraj na lepsze”. Sebastián naprawdę wierzył, że Fernando Rovira może zainicjować zmianę. Jego wizytówkę jako polityka stanowił niepodważalny sukces wszystkich projektów, których się podejmował zarówno prywatnie, jak i w sferze publicznej. Rara avis w świecie polityki, nie miał za sobą kariery działacza, nie trzymał się ideologicznych paradygmatów, nie należał do żadnej z potężnych grup interesów ani nie był potomkiem żadnej z najbardziej wpływowych rodzin w kraju. Po prostu przedsiębiorczy mężczyzna potrafiący otoczyć się najlepszymi i najzdolniejszymi współpracownikami.
Sebastián go podziwiał; ja widziałem go kilka razy w telewizji. Mój przyjaciel studiował nauki polityczne, kierunek, który dawał mu doskonałe przygotowanie teoretyczne, co Sebastián podkreślał przy każdej nadarzającej się sposobności. A jednak kiedy przygotowywał się do tej rozmowy, jego argumenty wydawały mi się bardziej emocjonalne niż racjonalne. Przez całą noc nawijał jak szalony o wielkiej okazji, jaką stanowi dla niego bycie częścią formacji politycznej, która stawia na „perfekcję”. Słowo „perfekcja”, powtarzające się raz po raz w jego entuzjastycznym monologu, irytowało mnie. Może dlatego, że wymawiał je ze szczególnym naciskiem, jakby miało być kluczem do wszystkiego. Kiedy je wypowiadał, przymykał oczy, modulował sylaby i podkreślał każdą gestem palca wskazującego niczym dyrygent orkiestry. Per-fek-cję. Słuchałem go, leżąc w łóżku, podczas gdy on krążył po naszym wspólnym pokoju. Mówił bez przerwy, gestykulował, chwilami sprawiał wrażenie opętanego. Poznaliśmy się niedługo przedtem na wakacjach w Mendozie, obaj byliśmy sami i spędziliśmy kilka nocy w górskim schronisku w Uspallacie. Ja pojechałem tam za Caroliną, tą narzeczoną, którą wciąż jeszcze wspominam, a wspominam nie dlatego, że tak bardzo byłem w niej zakochany, ale dlatego, że wiele zdarzeń z ostatnich lat mojego życia sprawiło, że wciąż stają mi w pamięci moje słowa, które zakończyły nasz związek. „Nie wiem, czy chcę być ojcem, ani teraz, ani kiedykolwiek”. Powiedziałem to, ona mnie zostawiła, ja pojechałem za nią. Sądziłem, że przesadza, że potraktowała zbyt poważnie rozmowę, która zaczęła się od wygłupu. Uważałem nawet, że specjalnie szarżuje, by doprowadzić do jednego z tych powieściowych pojednań, tak przez nią lubianych. Byłem pewien, że porozmawiamy spokojnie i wszystko będzie jak dawniej. Znalazłem ją w Mendozie, w domu jej dziadków, pocałowałem, objęliśmy się, ale po chwili powróciła do tematu, jeszcze bardziej natarczywie. Poczułem się przytłoczony, nie mogłem uwierzyć, że zaczniemy od nowa tę samą kłótnię, jakbyśmy przed chwilą nie całowali się tak namiętnie. Nie znalazłem sposobu, żeby wyjaśnić nieporozumienie – o ile to było nieporozumienie – i chociaż nie chciałem kończyć tego związku, nie potrafiłem powiedzieć nic innego niż wcześniej. Mogłem wprawdzie unikać tematu, śmiać się, próbować sprowadzić konwersację na inne tory, pocałować ją jeszcze raz, może nawet setki razy, potraktować to jako inscenizację i wygłosić kwestię, której ode mnie oczekiwała. Ale Carolina uparcie wracała do macierzyństwa, do ojcostwa, do dzieci i choćbym nawet bardzo chciał, nie potrafiłem jej okłamywać. Nie byłem pewien, czy chcę zostać ojcem, ani tamtego dnia, ani w mgliście nieokreślonej przyszłości. Nie chodziło o to, że podjąłem już decyzję, nie chodziło o kwestię nienaruszalnych przekonań, po prostu póki mnie o to nie zapytała, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Rozważania, czy chcę zostać ojcem czy nie, nie mieściły się wówczas w moim świecie. Miałem niewiele ponad dwadzieścia lat, żaden z moich kolegów nie myślał o dzieciach. Podobnie jak większość naszych rówieśników imprezowaliśmy, studiowaliśmy, upijaliśmy się, niektórzy zaczynali pracować, marzyliśmy o tym, że wkrótce wyprowadzimy się od rodziców i za swoją pensję będziemy podróżować albo poderwiemy najładniejszą ze znajomych dziewczyn. Ale czy zostaniemy rodzicami? Nie stawialiśmy sobie tego pytania. Tamtego popołudnia w Mendozie, po tym, jak całowaliśmy się, aż zabrakło nam tchu, Carolina powiedziała, że rozumie moje wahania, lecz ona ona jest przekonana z kolei, że nie chce pozostawać w związku z kimś, kto ją „skaże na to, że będzie matką”. Naprawdę ją na to skazywałem? Nie rozpoznawałem siebie w tym opisie. Skończyliśmy szkołę średnią i żadne z nas nie przykładało się zbytnio do studiów uniwersyteckich poza tym, że uczęszczaliśmy na jakieś zajęcia bez zbytniego zaangażowania. „Ojciec”. „Matka”. To do nas nie pasowało. Byliśmy parą smarkaczy, którzy się spotykają.
Błąd. To  j a  byłem smarkaczem, a Carolina nie. Więc mnie rzuciła.
Uparła się, że to już nieodwołalny koniec, a ja pomyślałem, że nie mogę następnego dnia ot tak wrócić do domu, gdyż moi rodzice i przyjaciele zażądaliby ode mnie szczegółowych wyjaśnień. Postanowiłem zostać jeszcze kilka dni i powłóczyć się po okolicy. Poszedłem na dworzec autobusowy, przyjrzałem się rozkładowi jazdy, wybrałem autobus, który za chwilę ruszał, wsiadłem do niego i pojechałem do Uspallaty. Sebastián dotarł tam jakieś dwa, trzy dni wcześniej. Również podróżował samotnie, jak mi wytłumaczył, po roku intensywnej nauki i wyczerpującej pracy musiał wyjechać daleko i pobyć sam. Długo po naszym pierwszym spotkaniu dowiedziałem się, że przed wyjazdem przeżywał okres bardzo gwałtowanego załamania i że te wakacje były rozpaczliwą próbą wyjścia ze stanu, którego on nigdy nie nazywał po imieniu. I że miał niewielu przyjaciół; trudno mu przychodziło utrzymywać znajomości, bo osoby z jego otoczenia męczyła jego niespożyta energia przeplatająca się z okresami najbardziej ponurych ciemności. W Uspallacie jeszcze niewiele o sobie wiedzieliśmy, tyle, ile można dowiedzieć się o kimś, kogo spotykasz przypadkiem i nocujesz z nim w chatce w górach. A jednak takie sytuacje często fałszują relację z drugą osobą, przyczyniają się do zaistnienia czegoś w rodzaju pozornego braterstwa z powodu intensywności doświadczenia, kiedy dzielisz z kimś czas i przestrzeń. I pewnie na tym by się skończyło, pożegnalibyśmy się którąś z oficjalnych formułek: „do zobaczenia”, „zdzwonimy się” albo „napiszę do ciebie” i zapewne nie zrobilibyśmy żadnej z tych rzeczy, gdyby nie to, że ostatniego dnia zdradziłem mu swój pomysł przeprowadzki do Buenos Aires. Była to mglista idea, wypowiedziane na głos marzenie, które nie miało daty realizacji: bliżej nieokreślona przyszłość, nie wiedziałem jeszcze, kiedy się na to zdobędę.