“Tropizmy”, debiutancki tom prozatorskich impresji francuskiej pisarki Nathalie Sarraute, został uznany za jedną ze stu najlepszych książek XX w. przez „Le Monde”.


Tropizmy“Tropizmy”, doskonały przykład nouveau roman, ukazuje się w Polsce niemal osiemdziesiąt lat od wydania oryginalnego.

Naukowe określenie, jakim Sarraute posłużyła się w tytule, odnosi się do reakcji roślin na bodźce zewnętrzne i sugeruje, że książka jest zapisem nie tyle samej świadomości jakiegoś określonego podmiotu czy narratora, ale procesów myślowych czy właśnie reakcji na to, jak działa na nas otaczający świat.

Nathalie Sarraute – urodzona w 1900 roku w rosyjskim Iwanowie-Wozniesieńsku w rodzinie zasymilowanych mieszczan żydowskich. Od roku 1910 aż do śmierci w 1999 mieszkała w Paryżu, a jej językiem ojczystym był francuski. Studiowała prawo i literaturę na Sorbonie, historię w Oksfordzie, a w Berlinie – socjologię. Pozbawiona możliwości wykonywania zawodu prawnika przez antyżydowskie ustawy rządu Vichy, w 1940 całkowicie poświęciła się pisaniu. Debiutowała w 1939 roku książką “Tropizmy”, następnie wydała powieść “Portret nieznajomego” (1948) z entuzjastyczną przedmową Jeana-Paula Sartre’a. Poza powieściami opublikowała autobiografię i eseje. Za książkę “Les Fruits d’Or” (1963) otrzymała Prix international de littérature. Jedna z głównych reprezentantek tzw. nowej powieści. W swych utworach usiłuje śladem Marcela Prousta i Jamesa Joyce uchwycić i przedstawić świat przeżyć psychicznych.

Nathalie Sarraute
Tropizmy
Przekład: Szymon Żuchowski
Wydawnictwo Biuro Literackie
Premiera: 31 października 2016
 
 

Tropizmy


I

Zdawało się, że wyłaniają się zewsząd, rozkwitłe w lekko spoconym chłodzie powietrza, że powoli wyciekają, jakby sączyły się z murów, z osiatkowanych drzew, z ławek, z brudnych chodników, ze skwerów.
Ich długie ciemne grona wysuwały się spomiędzy martwych fasad domów. Gdzieniegdzie przed wystawami sklepowymi ich skupisko stawało się bardziej zwarte i nieruchome, czasami tylko drgały, jakby od lekkiego obrzmienia.
Bił od nich dziwny spokój, coś w rodzaju rozpaczliwej satysfakcji. Uważnie patrzyły na stosiki pościeli ze Świata Bielizny, wprawnie naśladujące ośnieżone góry, albo na lalkę, której zęby i oczy w regularnych cyklach zapalały się, gasły, zapalały, gasły, zapalały, gasły, zawsze w regularnych cyklach, zapalały się na nowo i na nowo gasły.
Patrzyły długo w bezruchu, trwały przed witrynami, jak ofiarowane, do kolejnego cyklu odkładając chwilę odejścia. A spokojne małe dzieci, które trzymały je za rękę, rozkojarzone, znużone patrzeniem, cierpliwie czekały obok.

II

Odrywali się od szafy z lustrem, w której się właśnie przeglądali. Podnosili się na łóżkach: „Obiad na stole, obiad na stole!” – mówiła. Gromadziła przy stole rodzinę; wszyscy chowali się w swoich jamach, samotni, gniewni, wyczerpani. „Co z nimi nie tak, że wiecznie wyglądają na udręczonych?” – zastanawiała się, rozmawiając z kucharką.
A rozmawiała z kucharką godzinami, krzątając się przy stole, ciągle się krzątając, przygotowując dla nich napoje i dania, mówiła, krytykowała ludzi, którzy ich odwiedzali, przyjaciół: „A włosy tej i tamtej ściemnieją i będą jak u jej matki, całkiem proste; takim to dobrze, co nie potrzebują trwałej”. „Pani ma piękne włosy – odpowiadała kucharka – są gęste, są piękne, mimo że się nie kręcą”. „A ten i tamten, jestem pewna, że nie daruje ci ani grosza. Skąpcy, sami skąpcy, a mają pieniądze, mają, to wstrętne. A odmawiają sobie wszystkiego. Ja tego nie rozumiem”. „A przecież – mówiła kucharka – przecież tego ze sobą nie zabiorą. A ich córka, wciąż nie ma męża, nie jest taka ostatnia, ma piękne włosy, nosek i ładne stópki”. „Tak, piękne włosy, to prawda – mówiła – ale nikt jej nie lubi, wie pani, nie podoba się. Ha, to doprawdy zabawne”.
Czuł, że z kuchni dobiega ta myśl, mierna, brudna i drepcząca, drepcząca ciągle w miejscu, ciągle w miejscu, kręcąca się w kółko, w kółko, jakby mieć zawroty głowy, ale nie móc się zatrzymać, jakby mieć mdłości, ale nie móc się zatrzymać; jak obgryzamy paznokcie, jak odrywamy po kawałeczku skórę, kiedy się łuszczy, jak drapiemy się, kiedy mamy pokrzywkę, jak wiercimy się w łóżku podczas bezsenności, żeby sprawić sobie przyjemność i przykrość, wymęczyć się i stracić dech w piersiach…
„Ale może dla nich to było co innego”. Właśnie o tym myślał, leżąc na łóżku i nasłuchując, podczas gdy ich myśli jak lepka ślina przenikały do niego i przyklejały się, wyściełały go od środka.
Niczego nie dało się z tym zrobić. Niczego. Nie dało się tego uniknąć. Wszędzie, w niezliczonych, „zdradliwych” postaciach („Zdradliwe dzisiaj to słońce – mówiła dozorczyni – zdradliwe, można się rozchorować. Tak jak mój biedny mąż, choć tak o siebie dbał…”), wszędzie, pod pozorami czystego życia, chwytało cię to przed stróżówką, kiedy odbierałeś telefon, jadłeś śniadanie z rodziną, zapraszałeś znajomych, odzywałeś się do kogokolwiek.
Trzeba było odpowiadać i delikatnie zachęcać, i przede wszystkim, przede wszystkim nie dać im odczuć, ani przez chwilę nie dać im odczuć, że ma się wrażenie bycia innym. Poddawać się, poddawać, ulegać: „Tak, tak, tak, to prawda, oczywiście” – to należało im mówić i patrzeć na nich z sympatią, z czułością, bo jak nie, to rozdarcie, rozerwanie, coś nieoczekiwanego i gwałtownego, co nigdy dotąd się nie zdarzyło i będzie przerażające.
Wydawało mu się, że zaraz, w nagłym porywie sprawczości, mocy, z ogromną siłą zrzuci ich z siebie niczym stare gałgany, zemnie, rozerwie, zniszczy do cna.
Wiedział jednak, że to prawdopodobnie mylne wrażenie. Zanim zdołałby na nich natrzeć – kierowani jasnym instynktem, instynktem obronnym, naturalną żywotnością, która dawała im tę niepokojącą siłę – zwróciliby się przeciwko niemu i, za jednym zamachem, ani by się obejrzał, zatłukli.

III

Przybyli tu, żeby zamieszkać przy małych, spokojnych uliczkach za Panteonem od strony rue Gay-Lussac albo rue Saint-Jacques, w mieszkaniach wychodzących na ciemne dziedzińce, ale całkiem przyzwoitych i z wygodami.
Właśnie to mieli tutaj do dyspozycji, to i wolność robienia tego, co chcą, chodzenia tymi skromnymi uliczkami, jak chcą, w dowolnym ubraniu, z dowolną miną.
Nie wymagano od nich żadnego konkretnego stroju, żadnego kontaktu z innymi, żadnych uczuć, żadnych wspomnień. Proponowano im egzystencję tyleż surową, co bezpieczną, egzystencję podobną do poczekalni dworcowej na opustoszałym przedmieściu, w gołej, szarej, chłodnej poczekalni z czarnym piecem na środku i drewnianymi ławkami pod ścianą.
I byli zadowoleni, podobało im się tutaj, czuli się prawie jak u siebie, układało im się z panią dozorczynią, z mleczarką, ubrania zanosili do najdokładniejszej i najtańszej pralni w okolicy.
Nigdy nie próbowali wracać pamięcią do wsi, gdzie kiedyś mieszkali, nie próbowali nigdy odszukać barwy ani zapachu miasteczka, w którym dorastali, nigdy nie pojawiało się w ich myślach podczas spaceru ulicami nowej dzielnicy, kiedy oglądali witryny sklepowe, kiedy przechodzili przed stróżówką i grzecznie witali się z dozorczynią, nigdy nie budziło się w nich wspomnienie kawałka muru tętniącego życiem ani płyt dziedzińca, twardych i przyjemnych w dotyku, ani łagodnych stopni, na których siadywali jako dzieci.
Na schodach domu spotykali czasem „lokatora z dołu”, nauczyciela z liceum, który o czwartej wracał ze szkoły z dwojgiem dzieci. Wszyscy troje mieli długie głowy z wodnistymi oczyma, lśniące i gładkie jak wielkie jaja z kości słoniowej. Drzwi ich mieszkania uchylały się na chwilę, żeby ich wpuścić. Widać było, jak stawiają stopy na filcowych dywanikach przy wejściu – i oddalają się w ciszy, sunąc w głąb ciemnego korytarza.