To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić.


Beksińscy. Portret podwójnyTo nie jest książka o znanym i modnym malarzu, który malował dziwne i straszne obrazy.

To nie jest książka o jego mrocznym synu, który fascynował się śmiercią i tak długo próbował popełnić samobójstwo, aż mu się udało.

Ani też książka o obsesjach, natręctwach, fobiach i artystycznych szałach. Ani też o karierze, pieniądzach, wystawach i krytykach. To nie jest książka o dziwnych uczuciowych związkach, fascynacji muzyką i filmem oraz nowymi technologiami.

To nawet nie jest książka o ludziach, którzy pisali dużo listów.

To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić.

O tym, że czasem bardzo chcemy, ale nie wychodzi. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie.

Magdalena Grzebałkowska
Beksińscy. Portret podwójny
Wydawnictwo Znak
wydanie trzecie 2016
Premiera w tej edycji: 18 lutego 2014
 
 

Beksińscy. Portret podwójny


„Droga Ewo. Mam do zakomunikowania smutną wiadomość. Tomek nie żyje. Popełnił samobójstwo w wigilię świąt i znalazłem go sztywnego w pierwszym dniu świąt o godzinie 15. Pisałem Ci o tym, że jest w tej sprawie od sierpnia, czy nawet dawniej, czerwony alert, no i tak się to wreszcie skończyło.
Ukryłem dowody rzeczowe przed prokuraturą, bo zostawił kartkę z informacją, że list do mnie jest na komputerze, a nagranie w dyktafonie. Obawiając się, że wszystko zagarnie policja i potem będą to słuchać rozmaici przypadkowi ludzie, i będzie ktoś w oparciu o to robić rozmaite prace habilitacyjne, skopiowałem na dyskietkę i skasowałem z komputera list do mnie oraz schowałem do kieszeni dyktafon i kartkę z informacją, zanim jeszcze przyjechało pogotowie. Myślę, że dobrze zrobiłem, choć zarówno policja, jak i pani prokurator nie mogli zrozumieć, dlaczego nie zostawił listu, i to budziło ich największe podejrzenia.
Wprawdzie list do mnie był raczej rzeczowy, co komu mam oddać i co załatwić, więc mogłem go im pokazać, lecz nie było już czasu, by się o tym przekonać, ale taśma była tak osobista, że tylko ja jej posłuchałem i może jeszcze raz posłucham, a potem zniszczę, tak jak mnie o to prosił. Prosił też, by po ewentualnym przesłuchaniu, zniszczyć jego dziennik, który prowadził na minikasetach i była tego cała sterta.
Po raz pierwszy od czasu śmierci Zosi poczułem rodzaj radości, że umarła, nie doczekawszy tego, co byłoby dla niej nie do zniesienia. Ja jestem bardziej odporny. Poza tym ktoś musi zostać na koniec.
Ja jeden wiedziałem, jak jemu było ciężko, mimo iż był egoistą i egocentrykiem, tym niemniej charakteru się nie wybiera. Myślę, że chyba dobrze się stało, jak się stało.
Ostatnie jego słowa nagrane na taśmie mówiły o tym, jak bardzo rozczarował go świat, w którym przyszło mu żyć, i że pragnął zawsze żyć w innym świecie, gdzie reguły są proste, przyjaźń jest przyjaźnią i tak dalej. W przybliżeniu kończyło się to tak: »Wiem, że to świat fikcji, ale może i ja przez te 41 lat byłem fikcją. Odchodzę do świata fikcji, bo tylko tam było mi dobrze. Błagam na wszystko, nie budź mnie«.
Ubrał koszulkę z napisem Jacob’s Ladder (drabina Jakubowa) i nie wiem, czy miało mieć to jakieś znaczenie symboliczne.
Obawiał się, że go znajdę, zanim środki nasenne go zabiją, i dlatego, jak wynikało z taśmy, nie jadł już od 23 grudnia, by środki szybciej zadziałały, i wyrzucił do zsypu ich opakowania, aby ewentualnie pogotowie nie wiedziało, czym się zatruł.
Miał to zrobić już 23 grudnia wieczorem, ale przypomniał sobie, że w piątek zakreśla zawsze w gazecie filmy, które mam nagrać z telewizji, i mogę się zaniepokoić, dlaczego nie przyszedł. Przyszedł więc 24, około godziny 14, zakreślił ewidentnie takie filmy, które tylko jego mogły zainteresować, bo wie, że ja nie oglądam westernów. Miało to na celu uspokojenie mnie, gdybym się czegoś zaczął domyślać, i tak zresztą zadziałało.
Jak wynika z nagrania, które zrobił po łyknięciu proszków, zażył je 24 grudnia o godzinie 15.05. Ja znalazłem go po 24 godzinach. Już przedtem się niepokoiłem, bo dzwoniła do mnie jego bliska przyjaciółka Anja Orthodox, która rozmawiała z nim po jego powrocie ode mnie do domu i wydawało jej się, że jest z nim niedobrze, więc proponowała, żebym zaprosił go do siebie lub poszedł do niego.
Ponieważ zapowiedział mi, że w związku z zaziębieniem wyłączy na dwa dni telefon, bo chce się wykurować, byłem początkowo przekonany, że tak jest. Po telefonie od niej zadzwoniłem, ale zgłosiła się tylko automatyczna sekretarka, zaś telefon komórkowy był wyłączony. Poszedłem więc i wielokrotnie dzwoniłem do drzwi. Była albo 16.50 albo 17.10, nie mogę w tej chwili sobie tego uzmysłowić. Ponieważ nie otwierał, a ja nie miałem klucza, bo jak się dopiero na drugi dzień okazało, schował go u mnie na dnie jakiejś porcelanowej donicy z Dynowa i przykrył innymi rzeczami, to myślałem, że wetknął korki do uszu i śpi, zażywszy środki nasenne. Trudno było podejmować decyzję o wyłamaniu drzwi. Na drugi dzień jednak znalazłem te klucze i gdy poszedłem, już od dawna nie żył. Tak to wyglądało. No nic. Jeśli chcesz jakieś dodatkowe informacje, to napisz. Pięknie wszystkich pozdrawiam.
Zdzisław. Warszawa: niedziela, 26 grudnia 1999 rok, godz. 16.07”1.

Dom

Dom zwodził na manowce każdego, kto próbował go ogarnąć i zrozumieć. Nigdy nie pozwolił sfotografować się w całości, wystawiając do zdjęcia najwyżej ukruszone schodki wejściowe od podwórza, obrośniętą dzikim winem butwiejącą werandę od ogrodu, chwiejną drewnianą galeryjkę biegnącą wzdłuż jednej ze ścian czy zaniedbane podwórko ze studnią nakrytą spiczastym daszkiem. Nie dawał się zobaczyć z ulicy, schowany za apteką Eisenbachów, ani zza Potoku Płowieckiego, ukryty za drzewami. Pilnie strzegł tajemnicy, że na początku był warsztatem kotlarskim.
Henryk Waniek, przyjaciel Zdzisława Beksińskiego, jest pewien, że dom zbudowano na planie kwadratu, z dziwacznym małym podwórkiem wewnątrz, na które nie było wejścia. Pamięta amfiladowy obieg, w którym wszystko się kręciło.
Ale to niemożliwe: kryty blachą dom – drewniany, parterowy niby szlachecki dwór – z lotu ptaka przypominał wiejską grubaśną chałupę z budynkami gospodarczymi przyklejonymi z dwóch boków, na kształt litery U.
Dom mieszał ludziom w głowach. W ciemnych korytarzykach tracili poczucie czasu i przestrzeni. Wychodzili z pracowni do łazienki, a trafiali ma werandę. Chcieli iść do dziecinnego, lądowali u Zofii. Przez kuchnię wchodzili do spiżarni, przez pokój Tomasza do babci Stanisławy, czyniąc nieraz konfuzję. Szukali drzwi do pracowni, zamiast tego stawali przed szafą z gipsowymi czaszkami.
Nocna trasa do łazienki, którą Zdzisław swego czasu wytyczył małymi żaróweczkami, zamiast wspomagać pokonywanie zakrętów, utrudniała przejście. Beksiński zwierzył się kiedyś Wańkowi, że światełka z korytarza składają się na skomplikowaną materię jego snów.
Dom nic sobie nie robił z remontów, bielenia ścian wewnątrz, łączenia gwoździami połamanych poręczy werandy. Nie obchodziła go zamiana salonu w pracownię, podział sypialni na dwa pokoje, zapełnianie odległych pomieszczeń lokatorami. Rozpadał się niemal niezauważalnie, gubiąc łaty tynku, spod którego wyłaziły deski i trzcina.
W Sanoku mieszkało pięć pokoleń Beksińskich. Wszyscy w tym samym domu. Tylko ulica kilka razy zmieniła nazwę. Z Lwowskiej na Jagiellońską (Galicja i II RP), z Adolfa Hitlera (okupacja) na Świerczewskiego (PRL).
Domu Beksińskich już nie ma. Został wyburzony pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku.
Beksińskich też już nie ma. Zdzisław, ostatni z rodziny, został zamordowany w 2005 roku.

Sanok

(…) a poza tym nie przepadam za Sanokiem, do czego nie wypada się przyznawać, ale co jest faktem. Sanok kojarzy mi się z moim dzieciństwem, a wspomnienia mojego dzieciństwa nigdy nie napawały mnie nostalgią, a wręcz przeciwnie. Niby wszystko miałem jak po maśle: dobrych rodziców, nie najgorsze rodzinne warunki materialne, nie byłem też chyba głupi, ale sam siebie cholernie nie lubiłem. Nieustannie wydawało mi się, że jestem gorszy od innych: słabszy, mniej przystojny, tchórzliwy, nieśmiały, bez muskułów, jednym słowem dupa. Na dodatek panicznie bałem się dziewcząt. Potem, po ukończeniu studiów, przez kilka lub kilkanaście lat pracowałem w Sanoku na opinię zakały rodziny i miasta. (…) To wszystko wraca do mnie w formie wspomnień dziś, gdy już wszystko minęło, świat jest inny, inni ludzie, inne moje miejsce w świecie i w Sanoku, ale skaza pozostała i Sanoka nie cierpię jak zarazy1.

*

Wiele lat później matka powie mu, że zaszła w ciążę przypadkowo2. On będzie ją kochał i jednocześnie się jej brzydził. „Wzdrygam się, gdy mnie moja mama dotknie ręką, czego z całego serca chciałbym już ze względu na nią uniknąć, a co jest silniejsze ode mnie”3 – napisze do przyjaciela Andrzeja Urbanowicza.
Stanisława Beksińska, nauczycielka szkoły powszechnej, w mroźną niedzielę 24 lutego 1929 roku o godzinie dwudziestej trzeciej rodzi syna, swoje pierwsze i ostatnie dziecko.
Za oknem pada śnieg. Cała Europa jest skuta lodem. Jak donosi największa w województwie „Gazeta Lwowska”, statki na Morzu Bałtyckim zamarzły w portach, w Rumunii spadł czarny śnieg, wzbudzając panikę wśród ludności, ale pociągi z Krakowa do Warszawy, mimo śnieżycy, jeżdżą z minimalnym opóźnieniem.
Noworodek nie rusza się, milczy jak martwy. „Dopiero mnie tam w tyłek wstrząsnęła położna i ja nagle zacząłem ryczeć”4 – Zdzisław Beksiński zwierzy się ze śmiechem swojemu marszandowi Piotrowi Dmochowskiemu.
Chłopczyk waży 4,378 kilograma, mierzy 55 centymetrów. Matka ma 29 lat (155 cm wzrostu, 66 kg wagi), ojciec Stanisław Beksiński – 42 lata (171 cm, 67 kg).

*

I rrraz! Przysiad, rozciąganie sprężyn. Służąca, kucharka, ogrodnik i dostawcy ze wsi mówią do Zdzisława „paniczu”, a jak podrośnie: „młody panie”.

Dwa. Podciąganie na drążku, skłon. Inne dzieci noszą kurtki po ojcach, dla panicza szyje się ubranka na miarę. Marynarskie albo garniturki w kratę. Na zimę kombinezon narciarski.

Trzy. Skręt tułowia, przewrót do przodu. Zdzisio chodzi do przedszkola i szkoły, ale nie wolno go bić! „Inne dzieci były bite i przez księdza, i przez panią w szkole, a mnie nikt by się nie ośmielił”5 – napisze w liście do Urbanowicza. Zdzisia bije się w domu. „Ojciec uderzył mnie tylko raz w życiu, a mama lała mnie przy każdej okazji, a (…) lała na oślep, gdzie popadnie”6.

Cztery. Naprzemienne podnoszenie ciężarków. Mama nazywa Zdzisia po niemiecku Sonntagskind (niedzielne dziecko). Szuka w nim artysty. Chowa na pamiątkę rysunki syna. Zapisuje, że auta z krzywymi kółkami narysował 8 grudnia 1930 roku, a na rysunku dwóch splecionych głowonogów, z tego samego miesiąca, czyni zapisek „Tatusio i mamusia”. Czeka, aż chłopiec nieco podrośnie i będzie mógł sięgnąć do klawiatury rodzinnego fortepianu, wtedy zatrudnia dla niego nauczycielkę muzyki. Chce wychować wirtuoza. Chłopiec ćwiczy palcówki Bacha, na imieniny ojca gra utwory Schuberta. Po latach powie: „Fortepianu nienawidziłem i była to wina pani, która mnie uczyła. Powiedziałem kiedyś ojcu, że chciałbym, aby pierwsza bomba, która spadnie, rozwaliła ten cholerny grat”7. Marzenie się prawie spełni. Nie pierwsza, ale ostatnia bomba nie uszkodzi co prawda fortepianu, ale Zdzisławowi urwie czubki palców lewej dłoni.

Pięć. Pompki. Ojciec tłumaczy, że mężczyzna nie płacze i nie demonstruje uczuć. Babcia wpaja: „Gdzie cię chętnie widzą, tam rzadko bywaj”, matka uczy: „Bądź grzeczny, szanuj ludzi, nie wywyższaj się”. „Byłem wychowany na kogoś w rodzaju białego sahiba, co jednak w praktyce dało Anglika z Kołomyi i chyba nie jest mi z tym dobrze”8 – powie Zdzisław Beksiński pod koniec życia.

Sześć. Bieg slalomem wokół jabłonek. Zdzisio może bez ograniczeń korzystać z biblioteki rodziców. Ulubiona autorka mamy to Selma Lagerlöf, ulubieni autorzy ojca – Nietzsche i Schopenhauer. Zdzisio czyta Kamasutrę na przemian z Biblią Wujka. Powie: „Księgi Królewskie o Dawidzie, Saulu (…) w mojej optyce nie bardzo różniły się rozwojem akcji od Tarzana, który wtedy był jedną z moich podstawowych lektur”9. Największe wrażenie robi na nim fragment Psalmu 22(23): „Bo choćbym też chodził w pośrzód cienia śmierci, nie będę się bał złego; bowiemeś ty jest ze mną”10. Zapamięta go na całe życie.

Siedem. Przewroty do tyłu, przysiady. Mężczyźni w rodzinie Beksińskich od pokoleń pozostają obojętni na Boga, za to kobiety balansują na granicy dewocji. Stanisława Beksińska jest wychowanką szkoły przyklasztornej. (Wspomina, że ból zęba leczono tam sypaniem pieprzu do ucha. Od pieprzu tak zaczyna boleć ucho, że zapomina się o zębie. A „nieprzyzwoite” strony w Panu Tadeuszu zakonnice spinały szpilkami). Zdzisio modli się co wieczór, przystępuje do komunii. Po latach napisze: „Wiarę utraciłem powoli, na raty, w zasadzie pierwszym i zasadniczym powodem był fakt, że nie chciało mi się mówić pacierza wieczorem”11. Chodzi na kursy dla ministrantów. Prosi Boga w modlitwach, żeby coś zrobił, bo on nie chce coniedzielnych wystąpień w białej komży przed ołtarzem. We wrześniu 1939 roku Bóg zsyła Zdzisiowi wojnę.

Osiem. Siad płotkarski, skłony. W odpowiednim czasie Zdzisław zostaje uświadomiony, że onanizm prowadzi do wysychania rdzenia pacierzowego i drżenia głowy. Na wszelki wypadek matka lub ojciec podglądają syna przed zaśnięciem albo bez zapowiedzi wchodzą do pokoju. Po każdej masturbacji ogarniają go wyrzuty sumienia. I zawsze już będzie miał wrażenie, że jest obserwowany z ukrycia.

Dziewięć. Wymachy ramion. W zdrowym ciele zdrowy duch. Ojciec budzi Zdzisława codziennie rano. Ręcznik, mydło i bez względu na pogodę biegną myć się do oddalonego o kilometr Sanu. Jeśli nie ma nikogo w pobliżu, pływają nago w rzece. Syn będzie wspominał: „Stary miał fioła na punkcie nudyzmu i u nas po ogrodzie łaziło się bez majtek”12.
Ogród Beksińskich jest jak tor przeszkód. Stanisław Beksiński, szczupły i umięśniony działacz Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, żołnierz Armii Hallera, kazał poustawiać między drzewami drążek do podciągania się i akrobacji, skocznię do skakania o tyczce i na odległość. Nakłania syna do gimnastyki, biegów na sto metrów, ćwiczeń hantlami.
Zdzisio ma własną wiatrówkę, kieszonkowe wydaje na śrut, strzela do ptaków. Czasem trafia.
Nad Potokiem Płowieckim przerzucono kładkę, za nim aż po San rozciągają się grunty Beksińskich. Stanisław zleca tam budowę kortów tenisowych i zatrudnia dzieci do podawania piłek, ogrodnik dba o trawę. W wolne dni Beksińscy grają z przyjaciółmi w tenisa, Zdzisław ma własną rakietę.
Latem składają kajak, płyną w nieznane, nocują w namiotach. Wędrują w góry i po lasach. Żeglują po jeziorach. W 1933 roku wyjeżdżają ze Zdzisiem i znajomą parą na wakacje do Gdyni. W białych marynarskich ubraniach zwiedzają miasto i port, płyną statkiem, w strojach kąpielowych opalają się na plaży.
Zimą Zdzisio jeździ na łyżwach. Ma też swoje narty. Ferie spędza z rodzicami w górach, najczęściej w Poroninie, w pensjonacie siostry ojca Władysławy i jej męża Franciszka Orawca, oficera Wojska Polskiego. Dorosły Zdzisław Beksiński, choć będzie pływał bardzo dobrze, nigdy z własnej woli nie wejdzie do żadnej wody poza wanną. Nie zrobi skłonu ani przysiadu. Nie pojeździ na nartach. Nie wyjedzie na wakacje. Lasom, łąkom i górom będzie życzył, żeby je wyasfaltowano. Dziennikarce się zwierzy: „Gdy ojciec umarł, pozwoliłem sobie gruntownie zniewieścieć, po swojemu”13.

Dziesięć. Głęboki wdech i wydech. Koniec gimnastyki rodzinnej.

*

Po latach Zdzisław będzie zdumiony, w jaki sposób Federicowi Felliniemu udało się w filmie Amarcord pokazać przedwojenny Sanok. „Nawet postacie są te same. Skąd wzięła się taka identyczność? Nie tylko współbrzmienie wizji, ale identyczność postaci!”14.
Miejscowi księża bywają u Beksińskich na kolacji, zostają na brydża i są częstowani alkoholem. Młodociani żydowscy komuniści biorą udział we wspólnych wycieczkach kajakowych. Sanok czasem plotkuje o Beksińskich, nazywa uszczypliwie kotlarzami, wypomina, że nie są „starosanoccy”, tylko „nowi”, i szepcze, że rodzice Zdzisia to nieudane małżeństwo.
„Miasteczko było małe (…). Wszyscyśmy wszystko wiedzieli i ja, choć tego nie lubiłem, wiedziałem zawsze, kto z kim, gdzie i tak dalej”15 – wspomni po latach Marian Pankowski, pisarz urodzony w Sanoku, starszy od Zdzisława o dekadę.
Beksińscy to elita miasteczka z osiemnastoma tysiącami mieszkańców. Nie najbogatsi i najbardziej znaczący, ale są w mieście już od stu lat. Był wśród nich radny i założyciel warsztatu kotlarskiego (pradziadek Zdzisława Mateusz16), architekt, inżynier miejski i honorowy obywatel miasta (dziadek Władysław), inżynier geodeta, mierniczy przysięgły, jeden z ośmiuset trzydziestu trzech w całej Polsce, jeden z sześciu w Sanoku (ojciec Stanisław).

Zdzisław: „byliśmy rodziną w pełnym tego słowa [znaczeniu] burżuazyjną, a więc tenisy, brydże, podróże”17, „wujek był piłsudczykiem i legionistą, a dziadek endekiem, ciotka wojującą antysemitką. To była francuska prowincja z francuskich filmów o aptekarzu, księdzu i komuniście, wraz z jej nieuchronnym zidioceniem”18.
Dom trzyma Beksińskich przy sobie, choć odziera ich z prestiżu. Wciąż żyją ci, którzy pamiętają, że długo służył za warsztat kotlarski. Władysław Beksiński każe więc pod koniec XIX wieku wybudować kamienicę na ulicy Sobieskiego, naprzeciwko gimnazjum.