Lajos Grendel, jak na empatycznego ironistę przystało, z uśmiechem wali nas książką “Dzwony Einsteina” prosto w nos.


Dzwony EinsteinaOpary absurdu zstąpiły na ziemię, rzeczywistość przeszła bowiem najśmielsze oczekiwania i nie trzeba już szukać inspiracji gdzie indziej, wystarczy tu i teraz: w Czechosłowacji schyłkowego socjalizmu, w życiu Franciszka Rzeźnika, którego wolą bez reszty zawładnęła groteska.

“Dzwony Einsteina (opowieść z Absurdystanu)” – mimo że to najweselsza powieść autora – bez pardonu rozprawiają się z iluzją transformacji ustrojowej, której doświadczyliśmy (albo i nie) dwadzieścia pięć lat temu.

***

“Dzwony Einsteina” są powieścią parodystyczno-satyryczną na temat zmiany ustrojowej w Czechosłowacji. Stawiam w nich tezę, że przejście z socjalizmu do kapitalizmu było jednym wielkim szalbierstwem. Rewolucji dokonali bowiem beneficjenci poprzedniego systemu, komuniści.
Lajos Grendel

Moglibyśmy stworzyć małą antologię „złotych myśli” Cara Piotra, jako że Grendel nieraz obdarza swojego bohatera niezwykłą jasnością dylematu moralnego i aforystyczną celnością wypowiedzi („największym skarbem w życiu człowieka jest niewiedza, a ciągłe pragnienie czegoś więcej to igranie z ogniem piekieł”).
Joanna Roś

“Dzwony Einsteina (opowieść z Absurdystanu)” Lajosa Grendela to nie jest książka o nikim ani niczym szczególnym. Postaci zapisane są grubą kreską, trochę komiksową, trochę karykaturalną, ale sugerującą prowizoryczność takich konstrukcji jak osoba czy indywidualność. To raczej rozpisana na głosy alegoria, swoisty teatrzyk kukiełkowy, zabawny, schematyczny i straszny zarazem w niemożności wyjścia poza schemat. Mimowolnie “Dzwony Einsteina” czyta się jakby tekst był palimpsestem, nakładką na kilka innych tekstów, przejęzyczeniem w kopiowaniu, które tak często było powtarzane, przetwarzane, aż wyrodziło się w karykaturę. Przez tekst prześwituje przede wszystkim jednak pełen absurdu los narodów środkowej Europy.
Radosław Wiśniewski

Prezentowana tutaj książka Grendela to niezwyczajny, zabawny, choć niekiedy smutny i umyślnie odrealniony konterfekt socjalistycznej Czechosłowacji w przededniu upadku „żelaznej kurtyny”. […] To – w mojej opinii – lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy pragną przez pryzmat mistrzowskiego stylu języka literackiego Grendela zapoznać się lub zmierzyć jeszcze raz z widmem nie tak wcale odległych nam czasów.
Michał Siedlecki

Bohater “Dzwonów Einsteina” wyjątkowo często musi tłumaczyć się z gaf, dziwnych zbiegów okoliczności i niezręcznych sytuacji, w które bezustannie się pakuje. I tak od dziecka, kiedy to po raz pierwszy odezwało się jego niedoścignione Ja i zasugerowało, że powinien zostać Leninem. […] Dzwony Einsteina są zabawne, ale kiedy pojawia się refleksja, że życie bywa równie groteskowe co Absurdystan Grendela, dobry nastrój pryska. W świetle wydarzeń na świecie ta książka nabiera dość gorzkiej wymowy – pokazuje, że historia niczego nas nie uczy i powtarzamy wciąż te same błędy. Na to nie poradzi prawdopodobnie niczyje niedoścignione Ja, więc może lepiej wzorem autora obrócić wszystko w żart.
Anna Piwowarczyk

Powieść Lajosa Grendela, w której autor posługując się groteską oraz ironią, rozprawia się z iluzją transformacji ustrojowej w Czechosłowacji. Węgierski pisarz w powieści “Dzwony Einsteina” sportretował w groteskowy, ironiczny sposób rzeczywistość wschodniego bloku postkomunistycznego przełomu lat 80. i 90. Rozprawił się z iluzją transformacji ustrojowej w Czechosłowacji u schyłku socjalizmu. Nakreślił grubym flamastrem postaci i stworzył surrealistyczną, komiczną, momentami rodem z Monthy Pythona, fabułę. Powieść jest napisana w konwencji fantastyczno – groteskowej i zabawnej. Wyłazi spod tego opakowania gorzka prawda. O nas, naszym życiu, naszej historii, o zmianach ustrojowych, chaosie i braku logiki, o pozorach i złudnych ideach. Powieść Lajosa Grendela polecam tym, którym odpowiada humor w stylu Sławomira Mrożka, Witolda Gombrowicza, czy Witkacego. Czytelnikom, którzy są w stanie przyswoić poetykę absurdu i groteski, nie boją się podejmować literackich wyzwań. To specyficzna lektura – niepospolita, warta zauważenia, prezentująca nietypowe spojrzenie na transformacje ustrojowe końca ubiegłego stulecia.
Zatem nie pytaj, komu bije dzwon… Czytaj prozę Lajosa Grendela.
Agnieszka Grabowska

Bohater “Dzwonów Einsteina” to typowy dla socjalizmu człowiek bez właściwości. Gdy dochodzi do wyboru miedzy tym, co moralne, a tym, co dobre dla kariery, zawsze wybiera to drugie. Nie jest on nazbyt gorliwym, ani specjalnie niechętnym mieszkańcem komunistycznego kraju. Z okrucieństwem, niesprawiedliwością i syfem codziennym po prostu się godzi, bo nie śni mu się nawet, że mogło być inaczej, niż jest. Obywatel Rzeźnik odgrywa znaczącą rolę w przemianie ustrojowej, stając się symbolem opozycji. Nie ma to nic wspólnego z jego poglądami, bo prześladowania dotykają go z powodów osobistych. Finał streszcza zdanie: „Wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”. W tymże finale pojawiają się fałszywe tony. Trudno uwierzyć, że łajdaczek Franiciszek zaczyna tęsknić za wolnością. Ponadto celnie wskazując, że najbardziej gorliwi instalatorzy systemu, stali się również największymi jego likwidatorami, Grendel posuwa się dalej, negując sens dokonywania jakichkolwiek przemian, co stawia jego diagnozę gdzieś pomiędzy „na pochybel czarnym i czerwonym” z Psów Pasikowskiego.
Piotr Gociek

Pełen fałszu reżim tak samo naruszył ludzkie dusze i umysły, jak system instytucji działających w krajach wschodniej Europy. […] Ktoś podsłuchuje, ktoś donosi. Bohater zostaje porwany, uśpiony, odesłany ze swojego instytutu na rentę. Wpadamy w plątaninę wydarzeń tak absurdalnych, że trudno się w nich połapać. Wybucha bunt, ale nikt nie wie, a zwłaszcza bohater, kto i kiedy jest po czyjej stronie. […] Fałsz osiągnął takie rozmiary, że nawet kłamać trudno jest szczerze. I tylko wewnętrzne Ja bohatera, dzwony Einsteina, podpowiadają mu, co naprawdę myśli.
Elżbieta Sobolewska

Lajos Grendel
Dzwony Einsteina
(opowieść z Absurdystanu)
Przekład: Miłosz Waligórski
Wydawnictwo Biuro Literackie
Premiera w tej edycji: 21 stycznia 2019
 
 

Dzwony Einsteina


Tajemnice szwalni

Małżeństwo, jak powszechnie wiadomo, to prywatna sprawa dwojga ludzi, mężczyzny i kobiety. Nasz przypadek jednak nie mieścił się w tej normie, ponieważ – mimo że nie przekroczyliśmy granicy monogamii – żyliśmy w trójkącie. Partia śledziła każdy nasz krok, chodziła za nami jak cień, a nawet wlazła nam do łóżka. Kiedy już do szpiku kości znudziła mi się tak zwana pozycja na misjonarza i zaproponowałem żonie odrobinę fantazji, oburzona powiedziała „nie”. Jej argumentacja, oględnie mówiąc, wprawiła mnie w osłupienie.
– Partia na pewno by tego nie pochwaliła – zauważyła. – Partia wzywa do powściągania się od perwersji.
Zrozumiałem, że moje małżeństwo brnie w ślepą uliczkę. A tak szczęśliwie się zapowiadało, zupełnie typowo. Po tym, jak wstąpiłem do partii, zdałem egzamin magisterski i odbyłem rok zasadniczej służby wojskowej, teść rozpostarł nade mną swoje opiekuńcze skrzydła i wyprawiliśmy weselicho, na którym Zosia umyła sobie nogi w szampanie, mnie całego wysmarowała kawiorem, a potem, około północy, wzięła pod rękę, byśmy w rytmie rzęsistych braw gości uroczyście przedefilowali do sypialni. Wtedy jeszcze nie przeczuwałem, że to będzie ostatni popis jej ekscentryzmu. Szedłem do łóżka z panią Récamier, a rano obudziła się przy mnie Joanna d’Arc.
Radość ze ślubu, najintensywniejsze i najwznioślejsze chwile naszego szczęścia przerwał mój skłonny do pieniactwa ojciec. Znów był zwykłym szewcem, po sześćdziesiątym ósmym usunięto go z partii, a on z zemsty wrócił na łono Kościoła. Tego, że kolaboruję z władzą, nie pochwalał, słał mi nieprzyjemne listy z żądaniami ślubu kościelnego, o którym Zosia i teść oczywiście nawet nie chcieli słyszeć. Strasznie się pokłóciliśmy, co zaowocowało deklaracją ojca, że on nie zamierza uczestniczyć w pogańskim obrzędzie, a nasze małżeństwo uznaje za nieważne. Kiedy teść zobaczył, jak bardzo jestem zmartwiony, przystał na kompromis. Wspólnie postanowiliśmy, że tydzień po złożeniu przysięgi w urzędzie tajnie powtórzymy ją w moim mieście rodzinnym w obecności ojca i dwóch świadków. Taki układ odpowiadał też głównemu zainteresowanemu, który, jak tylko się o nim dowiedział, w try miga podreptał na rozmowy do miejscowego proboszcza. Po kryjomu stopniowo wszystko dopięliśmy na ostatni guzik. Zgodnie z umową Zosia miała dojechać na miejsce pociągiem, a ja dzień wcześniej autobusem, żeby przygotować teren, wyspowiadać się i przyjąć komunię. Ze współudziałem księdza nie było kłopotu, w razie czego sam Pan Bóg załatwiłby mu alibi. Bigosu narobiła Zosia. W ostatniej chwili zacięła się w sobie i oznajmiła, że nie jest hipokrytką, przysięgać może co najwyżej na Kapitał, ale na Biblię – za Chiny. Rozstaliśmy się w gniewie, choć po cichu wierzyłem, że mimo wszystkoopamięta się i przyjedzie.
Guzik. Nie przyjechała. W sobotę o pierwszej po południu z ojcem i dwoma świadkami stałem w kościele katolickim przed ołtarzem naprzeciwko plebana, który z groźbą w głosie zakomunikował nam, że na obu nogach ma żylaki, przed rokiem wyleczył zakrzepicę, a poza tym zaraz musi iść wyspowiadać pewną wdowę, schorowaną, choć trudno to sobie wyobrazić, bardziej niż on.
– Gdzie jest panna młoda? – zapytał surowo.
Z tyłu ojciec i dwóch świadków (również szewców) dźgali mnie w plecy trójzębem ostrych spojrzeń. Ksiądz z kolei przypatrywał mi się z takim wyrazem twarzy, jakby wczoraj posiadł prawo miecza.
– Rano, wysiadając z pociągu, złamała nogę – powiedziałem.
W wąskich ustach katabasa stworzyła się szczelina i spomiędzy zębów ruszyły olbrzymie głazy.
– Znajdujesz się w Domu Bożym, synu, nie na targu. Nie łżyj!
Poprosiłem o chwilę cierpliwości. Czekałem na cud, na jakieś objawienie albo szept mojego niedoścignionego Ja. Nic z tego. Gra na zwłokę szybko dobiegała końca. Z rozpaczy w głowie zaczęła mi próchnieć piąta klepka, traciłem rozum.
– A czy uroczystość nie mogłaby odbyć się bez udziału żony? – spróbowałem ostrożnie wybadać grunt. – Takie zawarcie małżeństwa na odległość. Jak, dajmy na to, w przypadku amerykańskich żołnierzy, którzy służyli w Wietnamie… Ojciec wielebny rozumie, prawda?
Z jego ust jednak wciąż tylko padały potężne, coraz bardziej przerażające kamienie.
– Mogłaby – zadudnił – ale nie u nas, synu. Zwróć się do Kościoła Mahometa – i odszedł.
Przygnieceni wstydem wydostaliśmy się na jaskrawe światło dnia. Ojciec złowieszczo westchnął, by zaraz przed struchlałymi świadkami w biblijnym afekcie chwycić mnie za kołnierz i ryknąć:
– Przeklinam cię!
Zostałem sam.

Wszystko wskazywało na to, że złapałem Pana Boga za nogi i rzeczywiście otwiera się przede mną cudowna przyszłość. Kiedy wróciliśmy z Zosią z podróży poślubnej – a byliśmy w Leningradzie – teść oświadczył, że załatwił dla mnie świetną pracę i jutro mi ją pokaże.
Wcześnie rano jego škodą wybraliśmy się w drogę. Usiadłem z przodu i zacząłem wypytywać o swoje nowe zatrudnienie. On za kierownicą tylko tajemniczo się uśmiechał, ale w końcu powiedział:
– Spodoba ci się, zobaczysz.
Poza tym nie udało mi się wyciągnąć z niego ani słowa.
Najpierw niby bez celu krążyliśmy po centrum, jakbyśmy chcieli zgubić kogoś, kto nas śledzi, a potem nagle teść przycisnął gaz i ruszyliśmy z kopyta na przedmieście między fabryki, składowiska złomu i sypiące się czynszówki. Zaparkował przy wygasłym kominie, uważnie się rozejrzał i jakby mimochodem rzucił:
– Stąd pójdziemy pieszo.
Przecięliśmy tory, a następnie ścieżką wśród garaży doszliśmy do nowiusieńkiego budynku, który wyglądał na dom mieszkalny. Kiedy teść wprowadził mnie do środka, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Na parterze była szwalnia.
– Ale co ja mam tu robić? – spytałem zbity z tropu.
– Będziesz zastępcą dyrektora – odpowiedział.
– W szwalni?
– A skąd!
– Ale przecież to jest szwalnia!
– A skąd! – powtórzył.
– To co to jest?
– Instytut badawczy – wyjaśnił ku memu zdziwieniu.
Zaniemówiłem, bo jeśli w tej szwalni, wbrew racjonalnym przesłankom, naprawdę mieścił się instytut badawczy, to wówczas również moje spotkanie z Einsteinem zdarzyło się na jawie, a nie w sferze złudzeń. W pomieszczeniu, do którego weszliśmy, za autentycznymi maszynami do szycia siedziały autentyczne szwaczki. Pozdrawiały nas wyjątkowo serdecznie, co świadczyło o tym, że teść zaglądał już do nich wcześniej i to często. Obudziło się we mnie podejrzenie, czy przypadkiem ten instytut ukryty pod postacią szwalni nie jest w istocie zakamuflowanym burdelem, z mieszanymi uczuciami odkłaniałem się więc dziewczętom przyszywającym kołnierze do ubrań roboczych. Najdziwniejsza wydała mi się staruszka, która w kącie cerowała skarpety. „Burdelmama” – pomyślałem. Chwilę później gmach moich przypuszczeń zawalił się niczym domek z kart. Jednej szwaczce upadły nożyczki, a kiedy się po nie schyliła, z kieszeni jej fartucha w białe kropki na podłogę zsunął się pistolet. Rozdziawiłem gębę. Twarz dziewczyny nabiegła krwią, a teść zawył na nią jak wściekły kapral:
– Żeby mi się to więcej nie powtórzyło!
Złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą, wywlókł na korytarz i wepchnął do windy. Wysiadając na trzecim piętrze, spotkaliśmy kolejną szwaczkę. Na pytanie teścia, czy kierownik jest u siebie, nieufnie przytaknęła, po czym szepnęła, że boli go głowa. Odwracając się do wyjścia, siedzeniem zahaczyła o drzwi – rozległ się dźwięk blaszanej puszki. Zacząłem obmyślać plan ucieczki.
Kierownik nazywał się Svätozár Człowiek, był starszy od Via Appia i pykał z fajki jak turecki handlarz.
– Mój zięć – przedstawił mnie teść.
– Witam – lekceważąco, przygryzając ustnik, odezwał się z fotela Svätozár Człowiek.
– Česť práci[1] – wybąkałem przerażony.
I tak się poznaliśmy. Szef raz jeszcze raczył zniżyć się do mojego poziomu:
– Jestem stary – skonstatował.
Było to pierwsze zdanie wypowiedziane w tym dziwnym budynku, które zrozumiałem. Niepokoiło mnie podekscytowanie teścia. Widziałem, że ze strachu płaszczy się przed tym starcem, niemalże trąc brzuchem o podłogę. Później, w drodze do działu kadr, półgłosem zdradził mi, że Svätozár Człowiek to stary wiarus, cierpi na niezwykłą chorobę: nie może ani stać, ani leżeć, tylko siedzi. Tak też, na siedząco, śpi. W tej pozycji co rano jest tu przywożony, a po południu odwożony osobistą furgonetką, którą, by zwiększyć bezpieczeństwo, przerobiono na piekarski samochód dostawczy.
W dziale kadr urzędował facet z kozią bródką, podobny trochę do Trockiego, a trochę do Bułganina. Z grzeczności prawie pocałował mnie w rękę. Szybko zaczął podtykać mi pod nos jakieś formularze, tyle że ledwie nadążałem z wypełnianiem, a równocześnie opowiadał dowcipy, z rozmachem relacjonował przygody, jakie zdarzyły mu się na polowaniach, aż w końcu przewrócił kałamarz, z którego wypłynął bardzo dziwny atrament: najpierw zmienił barwę z niebieskiej na żółtą, a po chwili z sykiemodparował, zostawiając po sobie wypalony w blacie stołu mały krater.
– To nic, furda – uprzejmie uspokajał koziobrody. – Zaraz każę przynieść z kantyny zastępnik.
Tymczasem ja nadal mordowałem się z formularzami. Kiedy doszedłem do rubryki „zawód”, musiałem zwrócić się do teścia z prośbą o wyjaśnienie.
– Wpisz „szwaczka” – powiedział od niechcenia.
– No nie – zabiadoliłem.
– Dobra, napisz więc „badacz”.
– Jaki znów badacz? – jojczyłem dalej.
– Jak to jaki? Badacz naukowy. Jaki inny może pracować w instytucie badawczym?
Zacząłem ponownie rozważać ucieczkę, lecz na darmo, czułem bowiem, że i tak zabrakłoby mi na nią odwagi. Kadrowy z kozią bródką wcisnął mi do ręki pistolet.
– Szwaczkom można wprawdzie ufać – powiedział – ale, sami rozumiecie, licho nigdy nie śpi… Chodźmy, pokażę wam wasze miejsce pracy.
Przy prezentacji mojego gabinetu teścia już ze mną nie było. Od koziobrodego dowiedziałem się, że instytut, w którym ni stąd,ni zowąd zostałem drugą najważniejszą osobą, nie działa tajnie,tylko incognito, jego pełna nazwa zaś to Anabatyczny InstytutBadawczy (w skrócie: AIB) Słowackiej Akademii Nauk i Komitetu Centralnego Słowackiej Partii Komunistycznej. Obdarzono mnie zaufaniem, więc zostałem mianowany pierwszym wicedyrektorem Wydziału Kierownictwa Anabatycznego Instytutu Badawczego. Moim bezpośrednim i jedynym przełożonym był dyrektor generalny, akademik Svätozár Człowiek. W instytucie panował zwyczaj zwracania się do szwaczek po imieniu, a do szefostwa i pracowników naukowych pseudonimami. Kadrowy na przykład funkcjonował jako Microfil. Poprosił, żebym był na tyle uprzejmy i od teraz mówił do niego wyłącznie w ten sposób. Miałem też wymyślić coś dla siebie. Ta zasada nie dotyczyła jedynie Svätozára Człowieka, ponieważ on był akademikiem i pod takim imieniem znano go również w Związku Radzieckim.
– W porządku – zgodziłem się. – Mnie odpowiada kryptonim Gułag.
– Bardzo śmieszne – cierpko skomentował Microfil. – Nie uważacie, że brzmi to zbyt prowokacyjnie? Wszakże odwiedzają nas także towarzysze z ZSRR.
– Dobrze – powiedziałem pojednawczo – w takim razie niech będzie Car Piotr.
Microfil podrapał się po brodzie.
– Tak już lepiej.
– A co będę robić? – zapytałem.
– Kontrolować, podpisywać i przekazywać towarzyszowi akademikowi.
– Co mam kontrolować?
– Wszystko.
– Nie rozumiem.
– Tak jak mówię: wszystko. Proszę się nie bać, ufamy wam, Carze Piotrze. Macie znakomite referencje.
Potem zostawił mnie samego. Mój pokój znajdował się naprzeciwko siedziby towarzysza Svätozára Człowieka i wyglądał raczej na halę niż na gabinet. Duże okna wychodziły na magazyny, między którymi o każdej porze dnia biegały szwaczki. Pracowały szybko i sprawnie jak roboty. Tuż pod parapetem, obok sznurka od firany, stał bardzo duży globus, ogromny niczym kopuła bazyliki. Miałem wrażenie, że zmieściłbym się w nim i jeszcze zostałoby dużo wolnego miejsca. Poza tym mój gabinet wyglądał po prostu jak gabinet. Były w nim szafy pełne papierów, lampa, fotele, krzesła, mały, średni i duży stół, portret Husáka[2] i inne rzeczy. A także dwie maszyny do pisania. Poza globusem moją uwagę przykuła zawartość jednej szafki. W przeciwieństwie do pozostałych nie znajdowały się w niej dokumenty, lecz słoiki z naklejkami przedstawiającymi trupie czaszki. Na moje pytanie, czemu służą, Microfil odpowiedział wymijająco, że jeśli zajdzie taka konieczność, mam je zlikwidować. A do tego czasu?
– Nie wolno wam z nich jeść – ostrzegł.
Nadal nie rozumiałem, dlaczego stoją akurat w moim pokoju.Microfil też tego nie wiedział. Albo kłamał. Zapewnił mnie, że kiedy przyszedł do instytutu, one już tu były, i że nikt ich nigdy nie ruszał.
– W takim razie zabierzcie je stąd – zaordynowałem.
– To niemożliwe – pokręcił głową – muszą tu zostać.
– Zawadzają. Będą przeszkadzać mi w pracy.
Microfil wyszczerzył zęby w chytrym uśmiechu i z udawaną uprzejmością oznajmił, że kłóciłoby się to z obowiązującymi przepisami, zgodnie z którymi miejsce słoików jest właśnie w tym gabinecie i nigdzie indziej.
Pierwszy dzień w AIB-ie spędziłem bezczynnie. Około południa przyszła do mnie tęga szwaczka, powiedziała, że nazywa się Elżunia, i zakomunikowała mi, że będzie moją sekretarką. Miała na sobie taki sam niebieski fartuch w białe kropki jak szwaczki pracujące na parterze.
– Dlaczego pani nosi to obrzydlistwo? – zapytałem z nieukrywaną wesołością. – Mogłaby pani ubierać się modniej. Pozwalam.
Elżunia grzecznie wytłumaczyła, że nie jesteśmy w salonie mody, lecz w filialnym Instytucie Akademii Nauk i Komitetu Centralnego Partii, i gdyby nie poświęcenie jej oraz innych dziewczyn AIB nie mógłby pełnić swojej misji, a może nawet zagrożone byłoby nasze bezpieczeństwo osobiste. Potem wręczyła mi rewolwer oraz mosiężny dzwonek, wyraźnie zaznaczając, że według jednego z najważniejszych punktów regulaminu zakładowego broń, zawsze naładowaną i odbezpieczoną, należy trzymać w prawej górnej szufladzie biurka. Dzwonek zaś jest po to, żebym mógł ją wzywać. Wystarczy, że nim zadzwonię, a ona przyjdzie z sąsiedniego pokoju i spełni moje życzenie. Spytałem, czy nie łatwiej po prostu krzyknąć „Ela”, na co ona zareagowała serdecznym uśmiechem, po czym dodała:
– Taki już u nas zwyczaj. Towarzysze w Czelabińsku też tak robią.
Po południu uczestniczyłem w dwóch godnych wzmianki zdarzeniach. Najpierw zawitał w moim gabinecie pewien pracownik naukowy o wyglądzie fauna i pseudonimie Vespasianus. Zwróciwszy się do mnie per Carze Piotrze, poprosił, żebym przeczytał i zatwierdził jego dwudziestodwustronicową rozprawę pod szumnym tytułem Zmiany w obrębie etyki pracy a walka z alkoholizmem w początkowej fazie budowy dojrzałego socjalizmu. Nie umiałbym odtworzyć wszystkich jej wątków, zapamiętałem jednak, że Vespasianus zalecał drastyczne podniesienie cen destylatów, wprowadzenie kary chłosty oraz tymczasowego matriarchatu w sytuacjach, kiedy stopień dziennego spożycia alkoholu w miejscu pracy przekracza krytyczny poziom trzech piw i pół litra wina. Wnioski i wynikające z nich propozycje środków zaradczych wydały mi się surowe, co Vespasianus, zastrzegając sobie poufność, skomentował w ten sposób, że on pierwotnie postulował ogłoszenie stanu wyjątkowego, ale akademik Svätozár Człowiek – osoba starsza, trochę już schorowana, więc i skłonniejsza do ustępstw – upierał się, że młode matki mają organizować się w specjalne oddziały knajpianego reagowania albo stosować metodę wpływu ideologicznego, polegającą na zwoływaniu nadzwyczajnych publicznych posiedzeń partii i wyrażaniu na nich sprzeciwu wobec okresowego pijaństwa.
Vespasianus zapytał, co o tym sądzę.
– Proszę to jeszcze przerobić – chlapnąłem, bo nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Dwa razy już przerabiałem, towarzyszu Carze Piotrze.
– Trudna rada, przerobicie trzeci raz.
– Jak uważacie. A sugestie towarzysza dyrektora – uwzględnić?
– Bezapelacyjnie!
– Towarzyszu wicedyrektorze, czy chcielibyście coś dodać?
– W pełni zgadzam się ze wskazówkami towarzysza dyrektora generalnego – zapewniłem go. – No, zakaszcie rękawy i do roboty! I proszę nie upadać na duchu, wierzę w was, towarzyszu Vespasianie – dodałem.