“Brudna trylogia o Hawanie” to bolesny i zarazem przepełniony miłością hołd dla Hawany i buntowniczego życia, które rozkwita pośród powszechnego rozkładu.


Powieść “Brudna trylogia o Hawanie” to cyniczne i pozbawione złudzeń świadectwo człowieka, który w latach 90. jest mieszkańcem Hawany. Niegdyś dziennikarz i człowiek mający swe miejsce w społeczeństwie, obecnie stał się pariasem systemu.

Pedro Juan – zbieżność imion bohatera i autora znacząca – żyje nad brzegiem przepaści. Mimo że mieszka w samym centrum Hawany (w obskurnej ruderze na dachu wieżowca), jest całkowicie zepchnięty na margines. Z chirurgiczną precyzją przeprowadza sekcję otaczającej go rzeczywistości. A jest to rzeczywistość szokująca. Pedro

Juan bezlitośnie wydobywa na jaw wszystkie jej elementy: seks, wszechobecny głód, politykę, rozczarowanie, marzenia, beznadziejność, rum i humor.

Szybkie tempo, egzotyka butwiejącej dyktatury i przeraźliwy autentyzm opisywanych epizodów – wszystko to sprawia, że „Brudna trylogia o Hawanie” oscyluje między tropikalną bujnością i rozpasaniem a mrocznym klimatem powieści Bukowskiego.

Pedro Juan Gutiérrez (ur. 27 stycznia 1950 w Matanzas na Kubie) – jeden z najbardziej znanych współczesnych kubańskich pisarzy. Po opublikowaniu “Brudnej trylogii o Hawanie” Pedro Juan Gutiérrez stał się jednym z najbardziej buntowniczych i bezczelnych głosów współczesnej literatury kubańskiej. Ostrym i często wulgarnym językiem mówi o straszliwej pauperyzacji kubańskiego społeczeństwa, o złu i odczłowieczeniu, które są udziałem postaci zanurzonych w plugawym świecie rozpaczy i chaosu. Jest uważany za mistrza brudnego realizmu a jego twórczość często porównywana jest do dzieł Bukowskiego. W 2000 roku jego powieść “Tropikalne zwierzę” zdobyła Premio Alfonso García-Ramos, nagrodę przyznawaną przez radę miejską Teneryfy i wydawnictwo Anagrama.

Pedro Juan Gutiérrez
Brudna trylogia o Hawanie
Przekład: Piotr Fornelski
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera: 21 stycznia 2019
 
 


ZAKOTWICZONY NA ZIEMI NICZYJEJ

NOWE RZECZY W MOIM ŻYCIU

Dziś rano od razu zobaczyłem w skrzynce różową kartkę pocztową od Marka Pawsona z Londynu. Wielkimi literami napisał: „5 June 1993 some bastard stole the front wheel of my bicycle”. Choć minął już rok, wciąż go wkurzał ten incydent. Przypomniałem sobie maleńki klub koło domu Marka. Każdego wieczoru Rodolfo rozbierał się w nim i odstawiał bardzo erotyczny taniec. Ja zapewniałem dziwaczny tropikalno-aleatoryczny podkład: bębenki bongo, grzechotki, gardłowe okrzyki i co mi tylko przyszło do głowy. Świetnie się bawiliśmy, było piwo gratis i dwadzieścia pięć funtów za wieczór. Szkoda, że tak krótko to trwało. Rodolfo był rozchwytywany, wszyscy szaleli za Murzynem. Pojechał do Liverpoolu uczyć tańca nowoczesnego, a ja zostałem w Londynie bez grosza. Mieszkałem u Marka, aż mi się w końcu znudziło i wyjechałem.
Teraz się wprawiam, by niczego nie brać na serio. Człowiek może popełniać mnóstwo małych błędów. To bez znaczenia. Jeśli jednak te błędy są wielkie i ciążą na jego życiu, musi nauczyć się nie brać siebie na serio. Tylko w ten sposób uniknie cierpienia. Zbyt długie cierpienie jest śmiertelnie groźne.
Przykleiłem pocztówkę na drzwiach od wewnątrz i puściłem kasetę ze Snake Rag Armstronga. Zrobiło mi się lekko na sercu i przestałem myśleć. Przy muzyce nigdy nie potrafię myśleć, a ten jazz na dodatek autentycznie mnie cieszy i każe mi nawet tańczyć solo. Na śniadanie wypiłem herbatę, poszedłem się wysrać, a potem czytałem homoseksualne wiersze Allena Ginsberga. Zdumiały mnie jego Sphincter i Personals ad. (I hope my good old asshole holds out). Nie mogłem się jednak zdumiewać zbyt długo, bo przyszło dwóch moich bardzo młodych przyjaciół, żeby zapytać, czy to dobry pomysł wypłynąć na tratwie z San Antonio w stronę przylądka Catoche, czy też lepiej byłoby pchać się od razu na północ, prosto do Miami. Było właśnie lato 1994, czas wielkiego exodusu. Dzień wcześniej zadzwoniła do mnie pewna moja przyjaciółka i powiedziała: „Uciekają wszyscy mężczyźni i cała młodzież. Och, to będzie dla nas problem!”. Nie do końca tak było. Mnóstwo ludzi zostało, bo nie każdy jednak potrafiłby żyć gdzieś daleko.
No więc dobrze, kiedyś pływałem trochę po Zatoce i wiem, że to może być prawdziwa pułapka. Z mapą w ręku przekonałem ich, by nawet nie próbowali przeprawiać się do Meksyku. Później zeszliśmy zobaczyć tę ich wielką sześcioosobową tratwę. Była to konstrukcja z desek przywiązanych linami do trzech opon z kół samolotu. Mieli latarkę, kompas i race. Życzyłem im szczęścia, a potem postanowiłem przejechać się trochę na rowerze. Po drodze kupiłem kilka plastrów arbuza. Dojechałem do domu mojej byłej żony. Jesteśmy teraz dobrymi przyjaciółmi. To dużo lepszy układ. Nie było jej akurat. Zjadłem trochę arbuza i zostawiłem łupiny na stole. Lubię zostawiać ślady. Resztę plastrów włożyłem do lodówki i od razu wyszedłem. W tym miejscu przez dwa lata byłem zbyt szczęśliwy. Niedobrze jest tu teraz być samemu.
Obok mieszka Margarita. Dawno się nie widzieliśmy. Kiedy przyszedłem, prała i była cała spocona. Ucieszyła się i chciała zaraz wziąć prysznic. Dwadzieścia lat temu była moją — jak by to powiedzieć — potajemną narzeczoną (nieważne, muszę jakoś to nazwać). Każde nasze spotkanie zaczynało się wtedy od ostrego seksu, a dopiero potem, już na luzie, rozmawialiśmy. Tak więc nie pozwoliłem jej się wykąpać. Ściągnąłem z niej ubranie i przejechałem językiem po wszystkich częściach jej ciała. Po tym całym rowerze na słońcu też byłem okropnie spocony. Ona przytyła i wyraźnie wróciła do formy. Już nie była wymizerowana. Znów miała krągłe, twarde i jędrne pośladki, i to mimo tych swoich czterdziestu sześciu lat. Murzyni już tacy są: mocno zbudowani, muskularni i bez niepotrzebnego tłuszczu. Do tego jeszcze gładka, czysta skóra. Och, nie mogłem oprzeć się pokusie. Najpierw pobawiliśmy się trochę — nawet dość długo, bo zdążyła mieć trzy orgazmy — i potem wepchnąłem jej swoją lagę w tyłek. Pomalutku, centymetr po centymetrze i dobrze nawilżoną tymi wszystkimi jej waginalnymi płynami. Nie śpieszyłem się. Powoli wchodziłem i wychodziłem, cały czas masując ręką jej łechtaczkę. Margarita wariowała z bólu, lecz równocześnie prosiła o więcej. Gryzła poduszkę, wyrzucała biodra do tyłu i krzyczała, bym wsadził jej głębiej, aż do końca. To nieprawdopodobna kobieta. Żadna nie potrafi dochodzić tak jak ona. Robiliśmy to przez dłuższą chwilę. Gdy wreszcie wyciągnąłem kutasa, był cały umazany gównem. Zbrzydziło ją to. Mnie nie. Mam w sobie dyżurnego cynika, który zawsze czuwa. To on mi mówi, że seks nie jest dla higienistów.
Seks jest wymianą płynów i fluidów; seks to ślina, zdyszany oddech, ostre zapachy, mocz, sperma, gówno, mikroby i bakterie. Albo nie ma seksu. Jeśli seks ogranicza się do czułości, eterycznych nastrojów i uduchowienia, jest tylko nudną i jałową parodią tego, czym mógłby być. Jest po prostu niczym. Wzięliśmy prysznic i dopiero wtedy mogliśmy spokojnie porozmawiać przy kawie. Margarita chciała, bym z nią pojechał jutro do El Rincón. Miała tam do wypełnienia jakiś ślub, który złożyła świętemu Łazarzowi, i bardzo nalegała, żebym jej towarzyszył. Prosiła mnie o to tak gorąco, że w końcu się zgodziłem. U kobiet kubańskich — myślę, że chyba u wielu innych też, na przykład w Ameryce albo w Azji — to jest właśnie cudowne: kiedy cię o coś proszą, robią to tak czule, że nie potrafisz odmówić. Europejki są inne. Europejki są tak oschłe, że dają ci wszystkie szanse, by powiedzieć NIE! I jeszcze mieć z tego satysfakcję.
Potem wróciłem do domu. Pod wieczór trochę się ochłodziło. Byłem głodny. Nic dziwnego, od rana w brzuchu miałem tylko herbatę, plaster arbuza i kawę. W domu zjadłem kawałek chleba i znów popiłem herbatą. Pomału się już przyzwyczajam do wielu nowych rzeczy w moim życiu. Przyzwyczajam się do nędzy. Do godzenia się ze wszystkim. Oduczyłem się mieć wymagania. Inaczej bym nie przeżył. Całe życie mi czegoś brakowało. Zadręczałem się, chciałem mieć wszystko od razu, zawsze walczyłem o coś więcej. Teraz uczę się, że nie wszystko muszę mieć na zawołanie. Że mogę żyć prawie bez niczego. W przeciwnym razie musiałbym pozostać przy mej tragicznej wizji życia. Dlatego teraz nędza nie przeszkadza mi zbytnio.
Właśnie wtedy zadzwoniła Luisa. Chce do mnie przyjechać w weekend. Luisa to cudowna kobieta. Może jest trochę za młoda dla mnie. Ale to nieważne. Nic nie jest ważne. Zaczęło padać i grzmieć. Okropna wilgoć i huraganowy wiatr. Tak to jest na Karaibach. Świeci słońce, a tu nagle zrywa się wicher, leje i człowiek jest pośrodku cyklonu. Cholernie potrzebowałem odrobiny rumu, ale nie było skąd go zdobyć. Miałem nawet jakieś pieniądze, tyle że nic się nie dało za nie kupić. Położyłem się spać. Spocony i w brudnej pościeli, ale lubię czuć zapach swego potu i brudu. Rajcuje mnie ten smród. I Luisa niebawem tu będzie. Chyba w końcu zasnąłem. Było mi wszystko jedno. Nawet gdyby wiatr miał zerwać nad moją głową te eternitowe płyty. Nieważne.

WSPOMNIENIE CZUŁOŚCI

Szukałem jakiejś dobrej muzyki w radiu i wreszcie nastawiłem stację, która zawsze nadawała muzykę latynoamerykańską: salsę, son i tego typu rzeczy. Skończył się właśnie muzyczny kawałek i wtedy odezwał się ten facet, który chrapliwym głosem i na kompletnym luzie gada zwykle o wszystkim: o swoich dzieciach, o rowerze albo o tym, jak spędził zeszły wieczór. Głos ma rzeczywiście imponujący, a do tego jeszcze ten wulgarny i knajacki akcent, zupełnie jakby gość całe życie spędził na ulicach Hawany Centrum. Możesz sobie wyobrazić, że to jakiś czarnuch podchodzi do ciebie i mówi: „He, białas, nie uciekaj! Mam biznes do ciebie”.
Moja żona i ja często go słuchaliśmy. Podobał się nam. Dotąd nikt tak nie mówił w radiu. Facet znał się na latynoskiej muzyce. Coś tam zawsze powiedział, zażartował, a potem od razu puszczał płytę i już. Żadnych rozwlekłych wyjaśnień i pokazywania, jaki to on jest mądry. Wyglądał na inteligentnego Murzyna, a ja się zawsze bardzo cieszę, gdy trafiam na inteligentnych i pewnych siebie Murzynów, nie takich, którzy nigdy nie patrzą ci w oczy i mają tę swoją cholerną i pokurczoną mentalność niewolników.
No dobrze. A więc zawsze słuchaliśmy go w domu w tamtych czasach, gdy byliśmy szczęśliwi i nieźle się nam powodziło, mimo że musiałem zarabiać na życie chorym i tchórzliwym dziennikarstwem, pełnym nieustannych koncesji i bezlitośnie cenzurowanym. Dręczyło mnie to, nie powiem, bo czułem się coraz bardziej żałosnym najemnikiem, któremu co dzień równo płacą kopniakami w tyłek.
Później moja żona wróciła do Nowego Jorku. Chciała, by ją widziano i żeby o niej słyszano. To normalne. Wszyscy tego chcą. Nikt nie chce być skazany na ciemność i milczenie. Wszyscy chcą być widziani i słuchani w świetle reflektorów. A gdyby się dało, to jeszcze kupowani, wynajmowani i kuszeni. Napisałem „wszyscy chcą”? Powinienem poprawić: „Wszyscy chcemy być widziani i słuchani”.
Moja żona jest rzeźbiarką i malarką. W świecie sztuki o takich mówi się, że są „wysoko notowani”. Znaczy to, że są nieźli jako rzeźbiarze czy malarze. To bardzo budujące mieć wysokie notowania. No więc w końcu moja żona wyjechała. Mnie wywalili z dziennikarstwa, bo z każdym dniem stawałem się coraz bardziej wisceralny. Wylewałem z siebie wszystko na zewnątrz. Takich typów się nie lubi. No dobra. To była długa historia. W każdym razie powiedzieli mi mniej więcej coś takiego: „Potrzebujemy ludzi rozsądnych i rozważnych. Z wyczuciem. Żadnych weredyków, bo kraj jest akurat w trudnym momencie. To może być decydujący etap w naszej historii”.
Wtedy też dowiedziałem się, że ten facet o ochrypłym i zapitym głosie nie jest wcale Murzynem. Że to jakiś młody biały mężczyzna, i na dodatek po studiach. No cóż, tamten jego image świetnie do niego pasował.
Zostałem straszliwie samotny. Zawsze tak jest, gdy człowiek zakocha się na amen, zupełnie jakby był niedorostkiem. I oto twoja miłość wyjeżdża na długo do Nowego Jorku — ktoś by powiedział, że bierze dupę w troki — a ty zostajesz sam i jeszcze bardziej zagubiony niż rozbitek pośrodku prądu zatokowego. Tyle że ktoś młody szybko z tego wychodzi, natomiast taki czterdziestoczteroletni facet jak ja długo nie może się pozbierać i cały czas myśli: „Kurwa, znów mi się to zdarzyło. Dlaczego byłem taki głupi?”.
Z Jacqueline było jeszcze gorzej, bo do niej należy rekord, który bardzo podbudował moje męskie ego: pewnego razu miała ze mną dwanaście orgazmów. Z rzędu. Mogła mieć ich więcej, ale nie wytrzymałem i w końcu miałem też swój. Gdybym na nią poczekał, doszłaby co najmniej do dwudziestu. Zwykle miała od ośmiu do dziesięciu orgazmów i tamtego rekordu nigdy nie pobiła. Cieszyliśmy się seksem, bo byliśmy szczęśliwi. Nie chodziło przecież o bicie rekordów. To nie miały być zawody, tylko zabawa. Taki fajny sport, który pozwala zachować młodość i kondycję. Zawsze powtarzam: Don’t compete. Play.
Tak czy inaczej, Jacqueline jest zbyt delikatna, by mogła żyć w Hawanie w 1994 roku. Urodziła się na Manhattanie, a pochodzi z rodziny, w której w ciągu trzech pokoleń wymieszali się Anglicy, Włosi, Hiszpanie, Francuzi i Kubańczycy z Santiago de Cuba. Ci ostatni rozsiali się po całych Karaibach, od Nowego Orleanu po Wenezuelę i Kolumbię. Zupełnie, zwariowana rodzina. Ojciec Jacqueline był weteranem wojennym, przeżył Dzień D w Normandii. W każdym razie Jacqueline była tworem zbyt skomplikowanym i trudno przyswajalnym dla takiego tropikalnego i wisceralnego samca jak ja. Wciąż mi powtarzała: „Ach, w Hawanie nie ma już kulturalnych ludzi. Wszyscy są coraz bardziej wulgarni i chamscy, a do tego fatalnie się ubierają”. Coś mi tu nie grało: albo ta elegancja Jacqueline, albo hawańskie chamstwo, albo ja po prostu byłem głupi, bo w sumie nie widziałem dokoła nic strasznego i czułem się nieźle w tej mojej Hawanie, choć owszem, bieda zwiększała się w galopującym tempie.
Kiedy zostałem sam, miałem czas, żeby to sobie przemyśleć. Mieszkałem w najlepszym chyba miejscu na świecie: w malutkiej klitce na dachu starego ośmiopiętrowego budynku w Hawanie Centrum. Późnym popołudniem przygotowywałem sobie szklankę mocnego rumu z lodem i pisałem bardzo ostre wiersze (czasem pół na pół, ostre i melancholijne), które później zostawiałem gdziekolwiek, albo pisałem listy. O tej porze wszystko staje się złociste, więc właśnie wtedy przyglądałem się światu. Na północy błękitne i nieprzewidywalne morze stworzone ze złota i nieba. Na południu i na wschodzie było stare miasto zniszczone i sponiewierane przez czas, sól, wiatr i ludzką niedbałość. Na zachodzie nowoczesne dzielnice z wieżowcami. Wszędzie inni ludzie, ich własny gwar i muzyka. Lubiłem popijać rum w owe złociste popołudnia, gdy mogłem patrzeć przez okno lub długo tkwić na tarasie, obserwując port i jego wejście oflankowane dwiema starodawnymi twierdzami z nagiego, nieotynkowanego kamienia, które w łagodnym świetle przedwieczoru stają się jeszcze bardziej odwieczne i piękne. Wszystko to stymulowało mnie do w miarę jasnego myślenia. Zastanawiałem się, dlaczego moje życie jest akurat takie. Próbowałem zrozumieć jego sens. Czasami lubię tak wylatywać nad siebie i z wysoka przyglądać się temu Pedrowi Juanowi.
Tak naprawdę owe popołudnia z rumem, złocistym światłem, ostrymi lub melancholijnymi wierszami i z listami do odległych przyjaciół pozwalały mi odzyskać pewność i zaufanie do siebie. Jeśli masz jakieś własne idee — nawet jeśli jest ich niewiele — powinieneś zrozumieć, że wciąż będziesz spotykać różnych strasznych ludzi, którzy będą próbowali ci przeszkadzać, dołować cię i „uświadamiać”, że opowiadasz bzdury, że musisz unikać takiego czy innego gościa, bo to wariat, pedał, aspołeczny typ albo zwykły bęcwał, tamten znów to onanista, zboczeniec i podglądacz, jeszcze inny to zaboboniarz, spirytysta lub ćpun. Masz też uważać na te wszystkie kurwy, nimfomanki, lesby i inne wyzwolone bezwstydnice. Sprowadzając cały świat do kilku hybryd, do garstki nudnych, monotonnych, bezpłciowych i „doskonałych” osób, chcą z ciebie zrobić gówno: gościa, który odrzuca każdą inność. Masz się zaprzedać jednej jedynej sekcie, a całą resztę spuścić z wodą.
Będą ci mówić: „Takie jest życie, mój drogi. Selekcja i eliminacja. My posiedliśmy prawdę. Inni niech się w dupę ugryzą”. Jeśli będą ci to wbijać do głowy przez trzydzieści pięć lat, a potem nagle zostaniesz sam, uznasz się za najlepszego. Cholernie dużo stracisz. Stracisz coś najpiękniejszego w życiu: radość z różnorodności i z zaakceptowania faktu, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Że dzięki temu może ominąć nas nuda.
Dobra. Oto właśnie facet o ochrypłym i zapitym głosie znów pojawił się w moim radiu. Coś tam popierdolił, a potem puścił salsę z Portoryko. Przez chwilę tańczyłem ją solo. W końcu pomyślałem: „Kurwa, co ja robię, tańcząc tak sam ze sobą?”. Wyłączyłem radio i wyszedłem z domu. „Pojadę do Mantilli” — zadecydowałem. Pokręciłem się trochę po ulicy, aż nadjechał autobus, potem przesiadłem się do drugiego i w końcu dotarłem do Mantilli, która jest już na peryferiach Hawany i bardzo mi się podoba, bo człowiek może tam wreszcie zobaczyć czerwoną ziemię, zielone pola i pastwiska. Sporo lat przemieszkałem w Mantilli i mam tam kilku przyjaciół. Wstąpiłem do Joseita, który kiedyś był taksówkarzem, a potem, gdy nadszedł kryzys, stracił pracę i zaczął zarabiać na życie hazardem. Od dwóch lat już tak żył. W Mantilli było dużo miejsc, gdzie nielegalnie dało się pograć. Od czasu do czasu policja robiła nalot na parę wybranych szulerni, wygarniała stamtąd ludzi, wsadzała ich do więzienia i po kilku dniach wypuszczała. Dałem się namówić Joseitowi. Miałem wszystkiego jakieś trzysta peso, a on dziesięć tysięcy. Zapowiadało się ostro. Poszliśmy do meliny, gdzie Joseito podobno zawsze miał szczęście. I faktycznie. Ja swoje trzy stówy przegrałem w kwadrans. Szlag mnie trafiał, że dałem się wyciągnąć Joseitowi do tej cholernej szulerni. Mnie nigdy nie udaje się wygrać ani centa, za to Joseito od samego początku miał farta. Wyszedłem, kiedy był do przodu o jakieś pięć tysięcy peso. Ten to ma szczęście! Nieźle bym sobie pożył, gdybym też miał takie. Joseito zresztą wcale nie narzeka.
Siedzi sobie w tej swojej Mantilli i zawsze mi mówi: „Kurwa, Pedro Juan, gdybym wcześniej wpadł na to, dawno bym olał tę pierdoloną taksówkę”.