Orthowi udało się oddać obraz Rosji z dala od polityki i Putina. W miarę jak w dzisiejszych czasach Zachód coraz bardziej oddala się od Rosji, tego typu książki stają się coraz bardziej istotne.


Couchsurfing w Rosji. W poszukiwaniu rosyjskiej duszyCzy 10 tygodni wystarczy, by przekonać się, że Rosja to nie kraj, a stan umysłu? Stephan Orth udowadnia, że Rosjanie to nie tylko miłośnicy wódki, broni palnej i polityki Putina.

Są wśród nich także serdeczni melomani, zadeklarowani hippisi i pedantyczni intelektualiści. Każdy ze spotkanych bohaterów stanowi małą,osobistą część obrazu tego ogromnego państwa, które odzyskuje status mocarstwa światowego, ale wciąż nie do końca wie, czego pragnie dla samego siebie.

“Couchsurfing w Rosji…” wyjaśnia, co naleśniki mają wspólnego z emocjonalnym życiem Rosjan, w jaki sposób na Krymie wylądowały „uprzejme zielone ludziki” i gdzie kryje się legendarna rosyjska dusza.

Od Moskwy po Władywostok, przez gościnne mieszkania i domy, duże miasta i wioski, poznajemy kraj, w którym za melancholijną maską kryje się wielkie serce.

***

Czytając książki Stephana Ortha, mamy wrażenie, że na własne oczy widzimy kraj i jego mieszkańców.
„Westdeutsche Allgemeine Zeitung”

O swoich przygodach autor napisał tak porywającą książkę, że aż chce się jechać do Rosji.
„Kleine Zeitung”

Dzięki pełnym humoru anegdotom autor kreśli zróżnicowany i osobisty portret Rosji.
„Pinneberger Tageblatt”

Ta relacja z podróży jest pod każdym względem nietypowa. I dlatego właśnie warto ją przeczytać.
„Neue Westfälische”

Świetna książka i doskonała lektura.
„Münchner Merkur”

Orthowi udało się oddać obraz Rosji z dala od polityki i Putina. W miarę jak w dzisiejszych czasach Zachód coraz bardziej oddala się od Rosji, tego typu książki stają się coraz bardziej istotne.
„Donau-Kurier”

Stephan Orth
Couchsurfing w Rosji. W poszukiwaniu rosyjskiej duszy
Przekład: Kamil Markiewicz
Seria : Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 15 stycznia 2019
 
 

Couchsurfing w Rosji. W poszukiwaniu rosyjskiej duszy


„NIE JESTEM WROGIEM ALKOHOLU”

Couchsurfing działa tak: zakładamy konto na portalu o tej właśnie nazwie i wpisujemy miejsce, do którego chcielibyśmy się wybrać. Wtedy pojawia się lista użytkowników, którzy oferują nam skrawek dywanu, kanapę w salonie, dmuchany materac albo – jeżeli naprawdę dopisze nam szczęście – własny pokój z olbrzymim łóżkiem, widokiem na morze i prywatną plażą (przeżyłem to w Australii). Gospodarze i goście mają swoje profile, gdzie się przedstawiają; im bardziej sympatyczna autoprezentacja, tym większa szansa, że zostaniemy zaproszeni. Jak głosi fama, mile widziane są też kobiety, w dodatku ładne. W przeciwieństwie do Airbnb z jednej strony couchsurfing jest bezpłatny, z drugiej zaś – użytkownicy starają się pokazać w jak najlepszym świetle siebie, a nie tylko swoje sypialnie i kuchnie.

Studiując przez całe popołudnie profile osób z Moskwy (w samej stolicy Rosji jest ich ponad sto tysięcy), mimowolnie pomyślałem o niemieckim telewizyjnym show matrymonialnym Herzblatt („Kochanie”). Na koniec rozlegał się niezmiennie głos moderatorki o nazwisku Susi Müller, której jedyne zadanie polegało na podsumowywaniu przymiotów i streszczaniu odpowiedzi uczestników. „Kogo wybierzesz?” – pytał głos o tak pięknym tembrze, że dziewięćdziesiąt osiem procent widzów płci męskiej bardziej podniecała niewidzialna Susi niż któraś z kandydatek.

Odchodzę jednak od tematu. Chciałem tylko powiedzieć, że w ten właśnie sposób można trafnie podsumować treść profilów na portalu couchsurfing.com.

Kogo wybierzesz?

Może Anastazję (24 lata), która płynnie mówi w języku lingala, „w rzadkich wypadkach i przy wyjątkowych okazjach” nie jest „wrogiem alkoholu”, nie może długo wytrzymać w ciszy, a mimo to lubi jogę, w Goa nauczyła się kilku mantr, a na jednym ze zdjęć pozuje w sięgającej do ziemi jaskrawoczerwonej sukni w towarzystwie rozciągniętego na stoliku do kawy drapieżnego kota?

A może Nastię (25 lat), miłośniczkę literatury ezoterycznej i kreskówek, która mówi o sobie, że jest „miłością. Miłość jest naszym światem. Świat jest jednością”, a zamiast swojego własnego zdjęcia prezentuje maleńkiego jamnika stojącego obok filiżanki do herbaty w disnejowskie kaczki?

A może Aleksandra (27 lat); dobrze umięśniony, za to słabo owłosiony, określa siebie jako „naukowca, pisarza i alkoholika w jednym”, na zdjęciu, wykonanym w pomieszczeniu na kształt laboratorium, gra na trąbce, a wśród zainteresowań wymienia „literaturę, naukę, alkohol i seks”?

A może Olię (24 lata), fankę Manowar i Britney Spears, pracującą w czasopiśmie poświęconym modzie i posiadającą „uroczego kociaka o imieniu Adolf”, która proponuje wspólnie spędzić czas „na oglądaniu baletu i piciu wódki” (na zdjęciu ma na twarzy białą maseczkę i rozchyla wargi do pocałunku)?

A może Wadima (29 lat), który lubi rozmawiać „z inteligentnymi ludźmi na wszystkie tematy”, zna się na sportach walki i może pokazać gościom, jak korzystać z rosyjskiej bani (zamieszczone zdjęcie ukazuje faceta o poważnej twarzy obok skonstruowanej z metalowych części figury ufoludka)?

A może Natalię (38 lat), siedzącą w czarnym bikini na quadzie, która akurat teraz nie pracuje, woli zapraszać mężczyzn niż kobiety, jest „wesoła, aktywna, pozytywnie nastawiona do życia i żądna przygód” oraz lubi gotować barszcz?

A może Alinę (28 lat), mającą w domu „małe zoo”, na które składają się kot, pies, szczur, żółw australijski i ptak – żyjące w jak najlepszej komitywie – i podającą jako swoje motto: „Po prostu rób, co chcesz, żałować będziesz później”? (Na zdjęciu Alina pozuje z dwoma wielbłądami. Mam nadzieję, że u niej nie mieszkają.)

A może Gienricha (31 lat), który zna sześć języków i szykanuje potencjalnych gości ponadstustronicowym zbiorem wskazówek z dziedziny savoir-vivre’u?

Notabene Gienrich odpowiada mi dokładnie po trzech minutach od wysłania przeze mnie maila. Pisze: „Masz subtelne poczucie humoru – tyle z całą pewnością można powiedzieć. Naprawdę bym się ucieszył i czułbym się zaszczycony, gdybym mógł ci zaoferować nocleg w podanym przez ciebie terminie”.

Oprócz tego jego wiadomość zawiera dwa ekrany precyzyjnych informacji, jak do niego dojechać, prośbę o dokładne podanie ETA (estimated time of arrival) oraz łącznie czternaście linków do planów miasta i rozkładów jazdy metra. „Chętnie odpowiem na wszelkie merytoryczne pytania – dodaje autor – jeżeli będziesz je nadal miał po sprawdzeniu wszelkich dostępnych źródeł”.

Okej, rozumiem: żadnych dodatkowych pytań.

Prawda nr 1: Za gburowatą maską czasem kryje się zaskakujący urok.

Kilka dni później ląduję na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo. Jego unikatową cechą jest automat z kwiatami, w którym można nabyć bukiety za tysiąc, tysiąc pięćset i dwa tysiące rubli. Im droższa wiązanka, tym więcej pluszowych myszek między kwiatami. Szybko porzucam pomysł, żeby przyjaźnie usposobić Gienricha takim prezentem. Zamiast tego mam w bagażu dla niego i dla następnych gospodarzy kilka dużych opakowań marcepanu z Lubeki.
Nerwowo czekam na bagaż, bo przecież chcę zmieścić się w ETA. Potem – jak zalecono w opisie dojazdu – wsiadam do nowoczesnego, jaskrawoczerwonego ekspresu lotniskowego, który wiezie mnie do miasta. Ćwiczę znajomość cyrylicy, czytając w drodze do Dworca Białoruskiego każdą tabliczkę. Biliety. Kassa. Aeroekspress. Minimarket. Produkty. Awtosierwis. Ekspress Sierwis. Gazprom. Rosnieft. Makdonalds. Elektronika. Gastronom. Tieatr. Mietro.
Moskiewskie metro oszałamia turystów śmiertelnie niebezpiecznymi drzwiami wahadłowymi przy wejściu na peron, no i przepychem swoich stacji. Architekci Stalina sprawili, że każdy mógł się czuć, jakby opływał w bogactwa. Jeśli w domu żyłeś jak pies, mogłeś, przemierzając w drodze do pracy podziemne sale pałacowe, przynajmniej dwa razy dziennie poczuć się jak król. Dziś metro jest najliczniej odwiedzanym muzeum komunizmu, do którego codziennie kupuje bilety ponad siedem milionów zwiedzających.
Dworzec Białoruski to bogato zdobione przestrzenie ze stiukowymi sufitami, wielkimi żyrandolami i ponadnaturalnych rozmiarów rzeźbą grupy partyzantów. Sufitowe malowidła, przywodzące na myśl sztukę sakralną, ukazują kobiety podczas żniw, mężczyzn z karabinami i dzieci wręczające nauczycielom bukiety kwiatów (bez pluszaków). Żywi Rosjanie w wagonie są dla odmiany w większości zatopieni w ekranach swoich telefonów – bezpłatne wi-fi działa nawet siedemdziesiąt metrów pod ziemią. Rozmowy prowadzone ściszonym głosem, puste spojrzenia. Pierwsze wrażenie: chyba nie trafiłem na terapię śmiechem.
Po przejechaniu zaledwie trzech przystanków zieloną linią metra wysiadam na stacji Sokoł, która podobnie jak Dworzec Białoruski przypomina wnętrze katedry. Nie ma tu, co prawda, tylu obrazów, ale są za to marmurowe ściany oraz polerowane posadzki z czerwonego i szarego granitu. Już od roku skarbów architektury podziemnego świata Moskwy nie szpeci żaden plakat. Przyczyną jest jednak nie dbałość o estetykę, a problemy z lokalną agencją reklamową, która niezbyt brała sobie do serca obowiązek płacenia miastu przewidzianych opłat.
Na górze sięgam po jeden z czternastu planów Gienricha, idę około trzysta metrów prospektem Leningradzkim, a widząc wielkość korków, cieszę się, że nie przyjechałem taksówką. W łukowatej bramie skręcam w prawo w ulicę Piesczanają, a obok niemieckiej restauracji o nazwie „Schwarzwald” znów w prawo. Po zawarciu znajomości z grzecznymi chłopcami grającymi w piłkę na podwórku staję przed pachnącymi świeżą farbą liliowymi metalowymi drzwiami. Dzwonienie po rosyjsku: nacisnąć na domofonie przycisk „K” jak kwartira, potem wpisać numer mieszkania (klawisze przypominają te w budkach telefonicznych z końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku), poczekać na dźwięk domofonu (pikanie przypomina gry wideo z końca lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia), pociągnąć drzwi (nie popchnąć), minąć jeszcze jedne metalowe drzwi, gotowe.
Gdy dojeżdżam skrzypiącą miniaturową windą na jedenaste piętro, mój zegarek pokazuje czas ETA plus dwie minuty. Przy zatrzymywaniu się dźwig gwałtownie podskakuje, jak gdyby nie zgadzał się z żądaniem pasażera. Aby wejść do przedpokoju gospodarza, muszę przejść jeszcze przed dwoje metalowych drzwi.
 – To jest Moskwa. Stosujemy specjalne środki bezpieczeństwa – mówi na powitanie Gienrich. Nosi T-shirt z napisem Ask me, I’m local, łańcuszek ze złotym krzyżykiem i okulary fotochromy. Ma pomarańczową brodę, w tym samym kolorze są tapoczki (kapcie), które mi wskazuje.
Rozmawiamy po angielsku, moja znajomość rosyjskiego nie wystarcza do prowadzenia długich konwersacji.
 – Jestem twoim pierwszym gospodarzem? W takim razie witaj w Rosji! – Gienrich prowadzi mnie przez korytarz, w którym ledwo się mieszczę z plecakiem, a potem wskazuje mi drewniane krzesło w kuchni. – Niestety jestem bardzo nietypowym okazem mieszkańca tego kraju. Nie piję alkoholu, nie mam w lodówce mięsa z niedźwiedzia i bałałajki w mieszkaniu. Taki wstyd, bardzo mi przykro. – Wyjmuje z szafki kilka papierowych torebek z ciastkami i rozkłada je na stole.
Mieszkanie, które dzieli ze współlokatorką, ma powierzchnię około czterdziestu metrów kwadratowych i jest doskonałym przykładem efektywnego wykorzystania przestrzeni: szafki wnękowe na każdej wolnej ścianie, pralka zamontowana w łazience pod umywalką i tapczan w pokoju Gienricha, który rozkłada się do spania. Za łóżko gościnne służy skrzypiący dmuchany materac. Wyciągając go, muszę przenieść plecak do kuchni, bo inaczej na podłodze nie byłoby miejsca. Najbardziej przypada mi jednak do gustu balkon ze wspaniałym widokiem na białe wieżowce, budowlę w ozdobnym stalinowskim stylu oraz cebulaste kopuły prawosławnej cerkwi.
 – A teraz najważniejsze pytanie – mówi Gienrich. Przesuwa dłonią po krzyżyku na szyi i trwa przez chwilę w wymownym milczeniu. – Kawa czy herbata?
 – Kawa – odpowiadam. Moja odpowiedź chyba przypada do gustu gospodarzowi, bo podaje mi rękę, oznajmiając oficjalnym tonem: – Witaj w klubie!