“Morze o poranku” potwierdza rzadki talent pisarki, która potrafi przetworzyć cierpienie w literaturę. Dowodzi, że można zwracać się z powodzeniem do szerokiego kręgu odbiorców, nie rezygnując z wyrafinowanych środków wyrazu.


Morze o porankuFarid zobaczył morze po raz pierwszy nocą, gdy uciekał ze swojego domu na skraju pustyni, zostawiwszy tam gazelę, która jadła mu z ręki.

Vito patrzy na to samo morze z Sycylii. Jej plaże stały się składowiskiem przedmiotów wyrzuconych na brzeg, cmentarzyskiem pozostałości łodzi i kutrów, które nigdy nie dopłynęły do celu. Vito zbiera je i przechowuje. To fragmenty pamięci.

Margaret Mazzantini wraca do tematyki wojny i jej ofiar – ludzi, którym wielki konflikt rujnuje życie. Opowiada o kontrowersyjnych związkach łączących Włochy i Libię od pierwszych dekad XX wieku, kiedy faszystowska propaganda zachęcała Włochów do osiedlania się w nowej zamorskiej kolonii, przez wypędzenie włoskich osadników za rządów Kaddafiego w 1970 roku, aż do współczesnych morskich przepraw uchodźców.

Obdarza głosem tych, którzy są zmuszani do poświęceń, strat i rezygnacji i nie dostają nic w zamian.

Margaret Mazzantini – urodziła się w Dublinie, obecnie wraz z mężem i czwórką dzieci mieszka w Rzymie. Zadebiutowała w roku 1994 powieścią “Il catino di zinco”, jednak prawdziwą sławę przyniosła jej książka “Zatrzymaj się”, nagrodzona Premio Strega, Premio Grinzane Cavour, Premio Città di Bari, European Zepter Prize, przełożona na 30 języków oraz zaadoptowana na produkcję filmową w reżyserii Sergio Castellitto, z Penélope Cruz w roli głównej. Powieścią “Powtórnie narodzony”, która również doczekała się kinowej ekranizacji, umocniła tylko swoją i tak silną pozycję wśród najbardziej utalentowanych współczesnych włoskich powieściopisarek. Autorka ma na swym koncie 5 powieści i 2 dramaty.

Margaret Mazzantin
Morze o poranku
Przekład: Alina Pawłowska-Zampino
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 16 stycznia 2019
 
 

Morze o poranku


Farid i gazela

Farid nigdy nie widział morza, nigdy w morzu nie zanurzył stóp.
Często je sobie wyobrażał. Usiane gwiazdami jak płaszcz paszy. Niebieskie jak niebieski mur martwego miasta.
Znajdował muszle zagrzebane w piasku przed milionami lat, gdy morze zalewało pustynię. Polował na ryby pustynne, jaszczurki, które pływają w piasku. Widział jezioro słone i jezioro gorzkie, widział srebrzyste dromadery, kroczące po pustyni jak wysłużone pirackie statki.
Farid mieszka na Saharze, w jednej z ostatnich oaz.
Jego przodkowie byli wędrownymi beduinami. Zatrzymywali się w uedach, dolinach wyschłych rzek pokrytych roślinnością. Tam rozbijali namioty, wypasali kozy. Kobiety przyrządzały strawę na gorących kamieniach. Nigdy nie opuszczali pustyni. Nie ufali ludziom mieszkającym na wybrzeżu, kupcom ani korsarzom. Pustynia była ich domem – otwartym i niczym nieograniczonym. Była ich morzem, morzem piasku z wydmami rozsianymi na nim jak plamy na sierści lamparta. Nie posiadali niczego. Zostawiali po sobie tylko ślady stóp, które od razu zasypywał piasek. Słońce poruszało cienie. Potrafili przetrwać przy niedostatku wody, wyschnięci jak daktyle, nie umierali z pragnienia. Drogę otwierał im wielbłąd, jego długi, koślawy cień wskazywał kierunek. Wraz z nim znikali między wydmami.
Jesteśmy niewidzialni dla świata, ale nie dla Boga.
Z tą pewnością w sercu przenosili się z miejsca na miejsce.
Zimą chłód przywiewany przez północny wiatr poprzez ocean skał usztywniał wełniane burnusy na ciele. Skóra, która zdawała się pozbawiona krwi jak skóra kóz naciągnięta na bębny, przyklejała się do kości. Z nieba spadały na nich odwieczne plagi. Stwardniały piasek tworzył ostre krawędzie kaleczące stopy, pustynia raniła tych, którzy jej dotykali.
Beduini grzebali starych ludzi tam, gdzie ci umierali. Powierzali ich ciszy piasku i wyruszali w dalszą drogę, przemieszczające się plamy w kolorze białym oraz indygo.
Wiosną rodziły się nowe wydmy, bladoróżowe piaskowe dziewice.
Palący wiatr ghibli przybywał wraz z chrapliwym wyciem szakala. Wpierw drobne wiry niby psotne duszki szczypały piasek to tu, to tam. Potem ghibli zaczynał wiać przy samej ziemi, ostry jak bułaty armii zmartwychwstałych wojowników. W jednej chwili pustynia wznosiła się w powietrze i pochłaniała niebo. Znikała granica z zaświatem. Beduini chronili się za zwierzętami klęczącymi na piasku, ugięci pod naporem szarej burzy, pod całunem odwiecznej klątwy.
Aż wreszcie się zatrzymali. Wznieśli obwarowania z gliny, ogrodzili pastwiska. Na piasku pojawiły się ślady kół.
Co jakiś czas przechodziły tamtędy karawany. Był to szlak, którym kupcy skracali sobie drogę przez pustynię, podążając z Czarnej Afryki do morza. Wieźli kość słoniową, żywice, drogie kamienie i związanych ludzi, których sprzedawali potem na targach niewolników w Cyrenajce i Trypolitanii.
Kupcy w oazie jedli, pili i uzupełniali zapasy na dalszą podróż. W ten sposób powstało miasto. Z glinianymi murami o fakturze przypominającej splecione sznury, z dachami z gałęzi palmowych. Kobiety żyły oddzielone od mężczyzn, chodziły boso po tarasach nad ich głowami. Dźwigały na głowach dzbany z terakoty z wodą, którą przynosiły ze studni. Mieszały kuskus i gotowaną mąkę z baranimi podrobami. Modliły się przy grobach marabutów. O zachodzie słońca tańczyły na tarasach przy dźwiękach fletu nay, poruszając biodrami jak senne węże. Na dole mężczyźni wyrabiali cegły, handlowali, grali w perskie kości i palili nargile.
Teraz to miasto już nie istnieje. Zostały tylko kontury sanktuarium połkniętego przez burze piaskowe. Obok, z woli Pułkownika, wyrosło miasto nowe, wymyślone przez architektów ze wschodniej Europy. Betonowe bloki, anteny.
Wzdłuż drogi stoją wielkie podobizny Przywódcy Rewolucji – w stroju Beduina, w mundurze oficera, w tradycyjnym ubiorze muzułmańskim. Na niektórych jest poważny i władczy, na innych uśmiecha się dobrotliwie i szeroko rozkłada ramiona.
Ludzie siedzą na pustych beczkach po benzynie, u dzieci pod skórą widać kości, starsi mężczyźni żują korzenie, którymi odświeżają usta. Kable elektryczne wiszą luźno między domami. Gorący wiatr ghibli wzbija w powietrze plastikowe worki i śmieci zostawione na pustyni przez turystów.
Nie ma pracy. Są tylko słodzone napoje i kozy. I jeszcze daktyle, które można zapakować do pudełek i sprzedać.
Wielu młodych ludzi stąd wyjeżdża. Przenoszą się na tereny roponośne, tam gdzie wiecznie płoną pustynne pochodnie.
To nie jest prawdziwe miasto. To teren zabudowany, wypełniony ludzkim życiem. Farid mieszka w starej dzielnicy, w jednym z tych domów, z których wszystkie drzwi wychodzą na jedno podwórko, zaniedbany ogród z zawsze otwartą furtką. Szkołę ma blisko. Lubi biegać. Nogi ma chude, skóra łuszczy się na nich jak kora wikliny. Jamila, matka Farida, codziennie pakuje mu do plecaka sezamowe pałeczki na drugie śniadanie.
Po powrocie ze szkoły chłopak bawi się z kolegami wózkiem skleconym z blachy, do którego przywiązali puszki po napojach, albo gra w piłkę. Tarza się jak żuk w czerwonym kurzu, kradnie z drzew malutkie banany i kiście czarnych daktyli, do których wspina się po linie, wysoko, aż do zacienionego serca palmy.
Farid nosi na szyi amulet. Wszystkie dzieci noszą amulety – maleńkie skórzane woreczki z zamkniętym w środku kamieniem czy kłaczkiem zwierzęcej sierści.
Złe spojrzenia zatrzymają się na amulecie, a ty będziesz bezpieczny – powiedziała mu matka.
Omar, ojciec Farida, jest technikiem telewizyjnym, instaluje anteny.
Czeka, aż na ekranie pokaże się obraz, uśmiecha się do kobiet, które przyjmują go w swoich domach jak dobroczyńcę. Przecież przyszedł, żeby ocalić ich marzenia, dzięki niemu nie stracą kolejnego odcinka egipskiej telenoweli. Jamila bywa zazdrosna o te głupie kobiety. Uczyła się kiedyś śpiewu, ale mąż nie chce, żeby występowała publicznie na weselach i innych uroczystościach, a już na pewno nie dla turystów. Tak więc Jamila śpiewa tylko dla Farida, on jest jej publicznością w pokoju wyścielonym dywanami, ozdobionym draperiami, pachnącymi artemisią i wonnymi ziołami, pod kopulastym dachem bielonym wapnem.
Farid jest zakochany w swojej matce, w jej ramionach, które podobnie jak liście palmy, budzą wiatr, w jej oddechu, gdy śpiewa jedną z pieśni malouf, pełną łez i słów miłości. Jego serce zdaje się wtedy wzbierać i Farid przyciska ręce do piersi, żeby nie spadło na ziemię, prosto do metalowej miski na deszczówkę, nadgryzionej przez rdzę i zawsze suchej.
Matka Farida jest młoda, wygląda, jakby była jego siostrą. Czasem bawią się w męża i żonę, on czesze jej włosy, poprawia chustę.
Czoło Jamili przywodzi na myśl krągły kamień, źrenice mają ciemną obwódkę jak u ptaków, usta przypominają dwa daktyle, dojrzałe i słodkie.
Bezwietrzny zachód słońca, niebo w kolorze brzoskwini.
Farid siedzi oparty plecami o mur ogrodu przy domu. Patrzy na swoje stopy, na brudne palce wystające z sandałów. W szczelinie muru wyrósł mech, Farid zbliża twarz do tego świeżego zapachu i w tej samej chwili słyszy, że tuż przy nim oddycha jakieś zwierzę. Jest tak blisko, że chłopak boi się poruszyć, serce bije mu mocno, pulsuje w oczach.
Boi się, że to uaddan – skrzyżowanie barana i osła, z ogromnymi rogami, o którym krąży wiele strasznych opowieści. Dziadek mówi zawsze, że pojawia się na horyzoncie między wydmami jak złowróżbny miraż. Od dawna nikt nie widział uaddana na własne oczy, ale dziadek Mussa ma pewność, że kryją się jeszcze w wyschłym uedzie, gdzie piasek zamienił się w czarną skorupę i niemożliwe jest żadne życie. Uaddan złości się na jeepy, które niszczą pustynię, przenoszą piasek na kołach.
Ale zwierzę, które oddycha przy Faridzie, nie ma długich białych kłaków ani rogów w kształcie półksiężyca i nie zgrzyta zębami. Gładka sierść kolorem przypomina piasek, a rogi są cienkie jak gałęzie. Patrzy na chłopca, może jest głodne.