Jiří Hájíček powraca z kolejną powieścią, która uzupełnia jego cykl „wiejskiej trylogii moralnego niepokoju”. Tym razem ważną rolę odgrywa ziemia, a dokładnie dziedziczne pola i spór wokół ich własności.


Zaklinacz deszczuZbyněk pracuje jako urzędnik zajmujący się nieruchomościami. Życie wydaje mu się pasmem nudy, do tego cierpi na bezsenność, a jego małżeństwo przechodzi poważny kryzys. Jedyną ucieczką od trosk jest wizja wyprawy na Spitsbergen. Pewnego dnia rutyna ulega zaburzeniu – jedno spotkanie z dawną miłością zmienia wszystko.

Zbyněk odżywa: angażuje się w rozwiązanie pozornie prostej sprawy dotyczącej prawa do dziedziczenia ziemi i wraca do rodzinnej wsi. Szybko okazuje się, że nie jest tam mile widziany. Zbyněk próbuje przerwać zmowę milczenia i zaczyna mu grozić poważne niebezpieczeństwo…

***

Choć na pierwszy plan zdaje się tu wysuwać kryminalny wątek utraconej ziemi i walki o jej odzyskanie, w historii opowiedzianej przez Hájíčka kryje się o wiele więcej. Dzięki temu ta niewielka i na pozór prosta książka niepokoi, zmusza do rozmyślań i nie daje szybko o sobie zapomnieć. Nad wszystkim zaś majaczą białe widmo Spitsbergenu oraz postać pewnego osiemnastowiecznego szaleńca, który marzył o maszynie latającej – symbole ucieczki, oczyszczenia i wyzwolenia od problemów monotonnego, zbiurokratyzowanego życia.
Anna Maślanka | Literackie skarby świata całego

***

Jiří Hájíček (ur. 1967) – debiutował w latach 80., współpracując z poetycką grupą skupioną wokół Mirka Kováříka. W 1998 opublikował pierwszy zbiór opowiadań “Snídaně na refýži”, zaś w 2001 r. ukazała się jego pierwsza powieść “Zloději zelených koní”. Kolejne powieści to: “Dobrodruzi hlavního proudu” (2002), “Selský baroko” (2005), “Rybí krev” (2012) – dwie ostatnie zostały uhonorowane nagrodą Magnesia Litera.

Dorota Dobrew – tłumaczka literatury czeskiej (poezja: Viola Fischerová, Josef Topol, Pavel Švanda, Petr Borkovec, Pavel Zajíček, Radek Fridrich, Roman Telerovský, Vratislav Effenberger, poeci czeskiego undergroundu i in.; proza: Karel Michal, Viola Fischerová, Květa Legátová, Jiří Kratochvil, Pavel Landovský, Egon Bondy, Zdeněk Svěrák, Martin Šmaus, Emil Hakl, Petra Hůlová, Jan Karafiát, Tomáš Přidal, Přemysl Rut, Markéta Baňková, Tomáš Zmeškal, Martin Šmaus i in.). Tłumaczy również z bułgarskiego (Damian Damianow, Elisaweta Bagriana, Dimitar Kenarov, Kristin Dimitrova).

Jiří Hájíček
Zaklinacz deszczu
Przekład: Dorota Dobrew
Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Premiera: 17 grudnia 2018
 
 

Zaklinacz deszczu


SPITSBERGEN

O wpół do piątej rano Tereza zastała go na sofie z laptopem na kolanach. Stanęła za nim. Palcami delikatnie przeczesywała jego włosy i patrzyła mu przez ramię. Na monitorze świeciły bielą śnieżne połacie. Jezioro, pusty kamienisty brzeg. Na powierzchni wody resztki lodowych tafli.
– Nie sądziłam, że tak cię to pociąga.
– To jest za kręgiem polarnym.
– Przerażasz mnie trochę, kochanie…
– Dlaczego?
Zawahała się. W pokoju z biblioteką zapadła cisza.
– Przecież to kompletne pustkowie. Tylko lód i skały. Tęsknisz do czegoś takiego?
– Terezo, tam musi coś być. Tak myślę. Jest na pewno. W mroźnym powietrzu ponad lodem…

Przez zaciągnięte żaluzje nie przenikało jeszcze światło. Do pokoju z fortepianem nie docierały dźwięki z ulicy. Stał pochylony, opierając się o biały, błyszczący instrument, i trzymał głowę w dłoniach. Klepki miękko zaskrzypiały, musiał ją słyszeć, chociaż ostrożnie stąpała na bosaka. Nie odwrócił się. Zatrzymała się w progu w nocnej koszuli na ramiączkach. Wróciła do kuchni i spojrzała na czerwone cyfry wyświetlacza kuchenki elektrycznej. Pokazywały godzinę 4:07. Posiedziała przez chwilę przy stole, w szarym mroku wznosił się nad nią wysoki sufit ze stiukami, w serwantce pod oknem stał zabytkowy serwis do kawy. Popatrzyła na niego z bliska; prababcia wysłużyła go sobie w Wiedniu i zapewne już wtedy był stary. Kwintesencja mieszczańskich cnót. Spokój i umiar. Nagle na ulicę wjechała ciężarówka. Hałas rozdarł ciszę pogrążonego w szarości przedświtu i wyrwał ją z półsnu. Biedermeier i diesel. Przez szparę w oknie powiało chłodem. Skrzyżowała ręce na piersiach, potarła dłońmi gołe ramiona i spojrzała w stronę drzwi od sypialni. Jakiś samochód przejechał przez skrzyżowanie, hałas się oddalał.

– Spróbuj jeszcze zasnąć – powiedziała Tereza. Ocknęła się, kiedy Zbyněk wrócił do łóżka i układał się obok niej.
Odwrócił się na lewy bok, czuł fizyczne zmęczenie, a w skroniach dobrze znany ból. Wyciągnął prawą rękę i przycisnął guzik na małym bakelitowym budziku. Tarcza zaświeciła na zielono. Wskazówki pokazywały 4:35. Jeżeli usnę w ciągu dziesięciu minut, mogę spać jeszcze półtorej godziny. Plus te trzy godziny w nocy, z tym już jakoś wytrzymam w pracy. W tym mieszkaniu, w kamienicy zbudowanej jeszcze za Austro-Węgier, najlepsze jest to, że okno sypialni wychodzi na podwórze. Mrok i wilgotna trawa, średniej wysokości świerk i krzewy. Cisza ogrodu w samym sercu miasta. I co mi z tego? Z każdą nieprzespaną minutą narastał niepokój. Myśl, że o szóstej będzie musiał wstać, z pękającą głową i oczami piekącymi z niewyspania. W trolejbusie będzie się tępo gapił na ludzi, którzy może i wyglądają na wkurzonych, ale za to są wyspani, wszyscy w tym pojeździe sunącym wolno przez miasto. Dojadę do uniwersytetu, minę studentów idących na seminarium czy pierwszy wykład. Zaszyję się w swoim biurze pełnym segregatorów. Zadzwoni telefon. A przede mną cały dzień do przetrwania.
Tym razem poranny niepokój nie przerodził się w złość. Zbyněk apatycznie wstał i cicho zamknął za sobą drzwi, żeby nie zbudzić Terezy. W kuchni włączył czajnik elektryczny. Odsunął firankę. Szyba z rozbryzgami deszczu, w dole lśniąca w ciemności ulica.

Drzwi się otworzyły, bez pukania, Zbyněk podniósł wzrok znad dokumentów rozłożonych na stole.
– Boże, ależ ty wyglądasz – odezwał się mężczyzna w szarej marynarce. Dłonią gładził rzadkie włosy okalające łysinę.
– Cześć – powiedział Zbyněk.
– Dzisiaj masz koszmarne sińce pod oczami.
– Mam dobrą wiadomość, Honzo. Znalazłem kogoś, kto zna norweski.
– Ja też mam dobrą wiadomość – odpowiedział z kwaśnym uśmiechem Jan Štefka. – Jutro na zebraniu muszę zreferować, jak stoimy z przyłączem gazowym, szef inwestycji się tym interesuje. Sekretarz będzie pytać, czy już sfinalizowaliśmy sprzedaż gruntów z Zarządem Infrastruktury Kolejowej. Będą też chcieli wiedzieć, kiedy przerobisz umowy najmu zgodnie z przepisami nowego kodeksu cywilnego!
– Wyobraź sobie, że żona mojego znajomego studiowała w Pradze filologię norweską i anglistykę.
– Słuchasz mnie w ogóle?
– Chcę doprowadzić do końca Spitsbergen.
– Spitsbergen! Odbiło ci? To wszystko, o czym mówiłem, jest pilne! Pali się! Pójdziesz za mnie na zebranie i wyjaśnisz, dlaczego ze wszystkim jesteśmy w lesie?
Zbyněk ciężko oparł się na krześle.
– Mam za dużo na głowie.
– Bierz się do roboty, bo to się źle skończy. I przejedź się do ewidencji gruntów w sprawie sprzedaży tej działki budowlanej, załatw to osobiście. Weź mój samochód.
Na stole wylądowały kluczyki.
Zbyněk błądził wzrokiem po grzbietach segregatorów ustawionych na półce. PODATEK GRUNTOWY. MAJĄTEK ZBĘDNY. UMOWY NAJMU. MAJĄTEK OPUSZCZONY. EWIDENCJA GRUNTÓW. Wysunął tom z etykietą: NKC. Nowy kodeks cywilny. Nie będę się zajmował niczym, co się pali. Mam to gdzieś. Przejrzał jeszcze raz wstęp do projektu kodeksu. Powrót do terminologii, która była w użyciu za czasów cesarza Franciszka Józefa. Ciekawe. Potem jednak położył na stole to, co pilne. A gdyby tak naprawdę to wszystko stanęło w ogniu? Nie palę papierosów, nie mam nawet zapalniczki. Szkoda. Hajcowałoby się, że hej. Cała ta kupa papierów w płomieniach. Głowa mu pękała. Sięgnął na najwyższą półkę szafy i wyciągnął pusty segregator. Usiadł i oparł nogi na stole. Wziął czarny flamaster i starannie wykaligrafował etykietkę: SPITSBERGEN.

Czekał na Terezę o piątej po południu przed gmachem konserwatorium. Ze zmęczenia przestępował z nogi na nogę, ale nie usiadł, ławka była jeszcze mokra po deszczu. Tereza zbiegła po kilku schodkach i szła w jego kierunku pomiędzy betonowymi donicami z kwiatami ustawionymi przed wejściem. Płaszcz w kolorze piasku pasował do jej włosów. Ten jej szczególny chód. Czekał na uśmiech. Doczekał się. Zła noc już została zapomniana.
– Nie będziemy dziś tego roztrząsać, prawda?
– Myślałam, że właśnie dlatego chciałeś, żebyśmy razem gdzieś poszli.
Zbliżali się do rynku. Pociągnęła go na lewo, pod arkady. Potem skręciła w stronę zielonego wejścia do Infocentrum, szedł za nią, za jej biodrami w dopasowanym płaszczu. Przystanęła przed ostatnim stopniem i odwróciła się. Miała promienny uśmiech, ale w kącikach ust kryło się zmęczenie. I wokół oczu.
– Dzisiaj tak samo jak ty szedł za mną zastępca dyrektora, przez dwa piętra.
– I co?
– Pochwalił moją garsonkę.
– No widzisz.
– Ale czułam, że przez cały czas gapi się na mój tyłek. Zresztą coraz większy.
Jej uśmiech zmienił się w lekki grymas.
– Mnie się podoba – powiedział Zbyněk, objął ją w pasie i lekko pchnął w górę, w stronę wyłożonego płytkami korytarza.
W kawiarni z boazerią na ścianach panował pomarańczowy półmrok, kolorowe zdjęcia Paryża w passe–partout, nad barem w ramkach czarny kot z kabaretu Le Chat Noir. Usiedli przy okrągłym stoliku.
– Myślałem, że znajdziemy jakieś zaciszne miejsce…
– Nie przeszkadzają mi francuskie piosenki – odpowiedziała.
Popijali chardonnay. Miał wrażenie, że głowę ściska mu żelazna obręcz, wrzynająca się w skronie, jakby ktoś coraz bardziej przykręcał śrubę.
– Jak ta nowa herbata? Działa?
– Nie.
– To nie jest normalne. Tak nie można żyć.
– Mówiłem, że nie chcę dziś o tym rozmawiać.
– Otwieram rano lodówkę i widzę, że znowu w nocy wychodziłeś do sklepu.
– A co mam robić? Patrzeć tępo w sufit? Albo siedzieć na kanapie?
– Nie podnoś na mnie głosu, dobrze? Tylko ci mówię, że normalni ludzie nie chodzą do sklepu o drugiej w nocy.
– Myślałem – podjął ściszonym głosem – że znowu spotkam tam tego faceta.
– Jakiego faceta?
– No tego, którego poznałem w laboratorium zaburzeń snu. Kupował specjalną poduszkę na bezsenność. Nawet nie wiem, jak się ten człowiek nazywa.
– Myślisz, że codziennie chodzi do nocnego sklepu w centrum, gdzie za wszystko płaci się jak za zboże?
– Czasami go tam spotykam, snuje się między regałami. Ostatnim razem zapomniałem go o coś zapytać – powiedział z westchnieniem. Patrzył na kieliszek z białym winem. Potem spojrzał ponad ramieniem Terezy na gablotę ze słodyczami. Widział kołnierz jej marynarki od kostiumu w kolorze lila i włosy w odcieniu, który nosił nazwę „średni złocisty brąz”. Od kilku lat farbowała się na ten kolor. Podobała się mu. Uśmiechnął się.
– Co?
– A ten uczeń? Ciągle przynosi ci kwiaty?
– Który?
– To jest ich więcej? Ten rudy, z płonącymi uszami.
– A, ten… Jesteś zazdrosny?
– Hmm, trochę.
– To dobrze. Wiesz, jakie mamy teraz dni?
Wyjęła z torebki kalendarzyk i otworzyła na wtorku, dwunastym października. Kolejne kratki do końca tygodnia były oznaczone czerwonymi serduszkami. Do tego czerwony lakier na paznokciach i karminowe serwetki na stoliku. Przez chwilę patrzył na tę harmonię barw, na martwą naturę z cukierniczką i nieśmiertelnikami we flakonie. Potem spojrzał przez okno. Budziejowicki rynek zalało już światło latarni, w oddali widniała fasada ratusza z budzącymi grozę gargulcami.
– Czy ten szczeniak uświadamia sobie, że mogłabyś być jego matką?
– Dzięki, że mi o tym przypomniałeś.
– Nie to miałem na myśli…
– Ale powiedziałeś.
Wstał i podszedł do oświetlonej gabloty z tortem Sachera i bananami w czekoladzie. Zaplanowane popołudnie w kawiarni. Miało być miło. Atmosfera wspólnych chwil, delikatna i słodka niczym konstrukcja z marcepanu, właśnie runęła.