“Zmorojewo” to wybuchowa mieszanka popkultury i motywów znanych z polskich legend w wykonaniu Jakuba Żulczyka. Pełna tajemnic powieść z fabułą osadzoną w prowincjonalnych realiach zaskakuje swoją oryginalnością.


ZmorojewoTytus Grójecki ma piętnaście lat i wszystko co istotne w jego życiu, rozgrywa się na ekranie komputera. Chłopak spędza w jego towarzystwie większość czasu, a przygody jakie przeżywa pochodzą z gier i książek. Tytus namiętnie zaczytuje się w horrorach i thrillerach, lubi je też oglądać w postaci filmowej. Jego wyobraźnię pobudzają również telewizyjne programy o tajemniczych zjawiskach. Zamknięty w świecie fikcji nastolatek marzy żeby coś się działo, ale rzeczywistość oferuje mu tylko prozę codzienności. Coś gorszego dopiero nadciąga: wakacje u dziadków na wsi czyli nuda do kwadratu.

Nietrudno zgadnąć, że tego bohatera czeka przemiana, ale to jedyne co w tej powieści jest oczywiste od samego początku, bo „Zmorojewo” to powieść na wskroś oryginalna, utkana z elementów charakterystycznych dla różnych gatunków literackich, doprawiona smaczkami z polskiej prowincji, podszyta inteligentnym humorem. Żulczyk udowodnił nią, że ratowanie świata od zagłady może odbyć się także w Polsce, a dodatkowo – odbyć się bez obciachu. Pomaga mu w tym groza zaczerpnięta z polskich legend i historii.

Nasz wątły, wychowany w cieplarnianych warunkach bohater, wyjeżdża do Głuszyc pełen obaw, ale ostatecznie wyposażony w pewną dozę ekscytacji wynikłej z faktu, że tuż przed opuszczeniem Warszawy znalazł w internecie informację o widmowym mieście znajdującym się nieopodal miejsca zamieszkania babci i dziadka. Ktoś zamieścił w sieci jego zdjęcia, okraszając je informacją, że ludzie, którzy wybrali się je zbadać zniknęli i nie dają znaku życia. Zainteresowanie Tytusa zagadką narasta wraz z lakonicznymi odpowiedziami na jego pytania udzielanymi mu niechętnie przez dorosłych: Tytus jest coraz bardziej przekonany, że w Kolonii Głuszyce czai się coś niezwykłego.

Zmorojewo

I rzeczywiście, intryga utkana przez Jakuba Żulczyka jest niezwykła. Sposób, w jaki pisarz połączył motywy zaczerpnięte z legend o kwiecie paproci i lustrze Twardowskiego z wątkami ze współczesnej popkultury, następnie umieściwszy je na tle pejzażu małomiasteczkowej polskiej społeczności, robi wrażenie. Jego wyjątkowy zmysł obserwacji, tak dobrze widoczny w powieści „Wzgórze psów”, objawił się już w napisanym znacznie wcześniej „Zmorojewie”, co, przydając powieści realizmu, przełożyło się na wiarygodność całej historii. A ma to wielkie znaczenie dla jej ostatecznego odbioru przez czytelnika, bo tym razem Żulczyk serwuje nam fabułę pełną fantastycznych elementów, sięga do piekieł i magii. Ożywia prastare zło, które chce zawładnąć światem i wychodzi z tego zwycięsko. Zdecydowanie, bo „Zmorojewo” nie ma w sobie nic infantylnego, bywa prawdziwie zabawne i prawdziwie przerażające.

„Zmorojewo” nie ma w sobie nic infantylnego, bywa prawdziwie zabawne i prawdziwie przerażające.

Chociaż głównymi bohaterami powieści jest para nastolatków – wspomniany już wcześniej Tytus i poznana w Głuszycach koleżanka Ania, to stanowi ona dobry przykład literatury, która przez swą klasę nie zawęża się wyłącznie do jednej czytelniczej grupy. To, ujmując najbardziej ogólnie, powieść przygodowa, z doskonale przemyślanymi wątkami, z których każdy zamyka się logiczną klamrą, adekwatna dla odbiorcy w każdym wieku. Szczególnie dzięki temu, że mnóstwo w niej podtekstów, mistrzów drugiego planu i spostrzeżeń o polskiej rzeczywistości czytelnych być może bardziej dla dorosłych niż dla młodzieży. Agnieszka Kantaruk

Jakub Żulczyk, Zmorojewo, Wydawnictwo Agora, Premiera w tej edycji: 16 stycznia 2019
 

konkurs

 

Zmorojewo

Jakub Żulczyk
Zmorojewo
Wydawnictwo Agora
Premiera w tej edycji: 16 stycznia 2019
 

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA. GŁUSZYCE
PROLOG
1. Najgorszy początek wakacji wszech czasów
2. Głuszyce
3. Dziewczyna z gazem pieprzowym
4. Legenda starego Wirdał
5. Kolonia Głuszyce
CZĘŚĆ DRUGA. ZMOROJEWO
6. Ślady zębów
7. Pod podłogą
8. Jak dźwięk, jak wstrząs, jak czerń
9. Zmorojewo
10. Przed tajemną stroną
CZĘŚĆ TRZECIA. WOJNA
11. Resztkami sił
12. Uciekinier
13. Uciekinierzy
14. Kwiat, Portret, Lustro
15. Ogień
EPILOG

CZĘŚĆ PIERWSZA. GŁUSZYCE

PROLOG

Nieopodal Zmorojewa rozpoczęła się wojna.
Nie była głośna; nie rozbrzmiewały wystrzały, krzyki żołnierzy, huk spadających bomb. Nikt nie zakłócał spokoju lasu, gdzie ćwierkały ptaki, szumiały drzewa, słyszało się przebiegające w oddali zwierzęta. Zapadał zmrok. Nad lasem rozlała się krwista czerwień zachodu słońca. Purpura oblewała korony drzew, spływała po pniach, ściekała na krzaki, paprocie i poszycie. Wojny nie było widać ani słychać, co nie zmieniało faktu, że zaczęła się właśnie w tym momencie.
– Ci ludzie. Coś mają z tymi trójkami, prawda? – powiedział Strzępowaty i podrzucił mały, owalny przedmiot. – Trzej Królowie, Trójca Święta, Trzy Korony…
– Trzy grosze – zaskrzeczała Gangrena, trzymając się za brzuch.
– Jakie trzy grosze? – Strzępowaty złapał medalion i zacisnął na nim dłoń. Pomiędzy jego zrogowaciałymi, powykręcanymi palcami coś zalśniło.
– Tak mówią ludzie. – Gangrena usiadła. – „Wtrącić swoje trzy grosze”.
– Nie wiem, co to oznacza, ale jest dobrym przykładem tej dziwacznej obsesji trójek. – Strzępowaty otworzył dłoń i patrzył na przedmiot, po czym pieszczotliwie musnął go opuszkami palców… O ile Strzępowaty mógł dotknąć czegokolwiek z czułością. Jego ręce dużo lepiej wiedziały, jak zaciskać, rozszarpywać i wyrywać, a nie głaskać.
Zamilkli na moment, jakby dla uczczenia chwili. Gangrena siedziała na ziemi, przyciskając dłonie do brzucha. Odkąd pamiętała, bolał ją tak mocno, jakby w jego wnętrzu bez przerwy kipiał wrzątek. Choć wzrostem przypominała ludzkie dziecko, miała brzuch, który zajmował sporą przestrzeń. Był jej największym ciężarem, ale czasami myślała, że bez niego nie mogłaby istnieć.
Strzępowaty wsunął pięść zaciśniętą na przedmiocie do kieszeni za dużej, wypłowiałej marynarki i stał przez chwilę, wbijając spojrzenie zaropiałych oczu w nieokreślony punkt. Drugą ręką drapał się po głowie, wielkiej w stosunku do tyczkowatego i chudego ciała, jakby czegoś szukał pośród resztek przetłuszczonych siwych włosów. Gdy to w końcu znalazł, zgniótł w palcach i pstryknął.
Gdyby zobaczył ich jakiś człowiek, opowiadałby potem rodzinie i znajomym, że widział w lesie parę najbrzydszych ludzi na ziemi. Ale żaden człowiek nie mógł ich zobaczyć, tak jak żaden człowiek nie mógł tak po prostu wejść do lasu otaczającego Zmorojewo.
– Pokaż mi. – Gangrena wyciągnęła do Strzępowatego drobną, tłustą łapę. – Proszę, pokaż. Nie zniszczę, obiecuję, że nie zniszczę.
Strzępowaty wyjął owalny przedmiot z kieszeni. Zaczął przekładać go między palcami jak monetę. Przedmiot znowu zabłyszczał. Źrenice Gangreny się rozszerzyły. Nie mogła oderwać od niego oczu.
– Ano ludzie coś mają z tymi trójkami – Strzępowaty z premedytacją podsycał jej fascynację. Bawił się medalionem, a jednocześnie bawił się Gangreną, która sięgała ku błyskotce ręką. Gdy jej palce znalazły się za blisko, Strzępowaty uderzył ją dłonią, jakby karcił dziecko. – Trzy Klucze. Na razie mamy jeden.
Gangrena uspokoiła się, ale tylko na chwilę. Strzępowaty odwrócił medalion awersem do niej. Miał jakieś kilkadziesiąt lat. Gangrena popatrzyła na uwiecznioną na nim twarz, rozwarła oczy jeszcze szerzej i zaczęła gwałtownie poruszać szczęką jak ktoś mocno zdenerwowany. Albo przerażony.
– Pierwszy Klucz – powiedział Strzępowaty. – Portret Kobiety Cmentarnej.
– Tej, która przychodzi po samobójców i ma metalowe szpony zamiast rąk – wyszeptała ze zgrozą Gangrena.
Strzępowaty westchnął.
– Te szpony to przesada. – Przypatrzył się uważnie twarzy na Portrecie. Zwykła starsza kobieta, mniej więcej siedemdziesięcioletnia. Z siwymi włosami ułożonymi w staromodną falę i gęstą siatką zmarszczek na twarzy. Zwykła kobieta… Tyle że jej gałki oczne były całe czarne.
– Ale fakt, lubiła noże. Ostre przedmioty. Lubiła kroić. Bardzo. – Uśmiechnął się. – Lubiła też koty – dodał i schował medalion do kieszeni marynarki.
– Skąd to masz? Skąd? – zaskrzeczała Gangrena.
Czuła, że nie jest już samotną, małą Gangreną, którą jeśli już ktoś zauważa, to tylko ją popycha, wygania albo przewraca. Teraz stała się własnością Portretu.
– Ci ludzie… – Strzępowaty poklepał kieszeń, jakby Portret był żywą istotą, którą trzeba uspokoić. – Nie było trudno go znaleźć. Wejść do niego do domu. Zabrać mu to. Wcale a wcale.
Strzępowaty westchnął i wciągnął nosem leśne powietrze. Zmrużył oczy jak kiper wąchający wino o wyjątkowo bogatym bukiecie. Nie było tego słychać, nie było tego czuć, ale w lesie coś się zmieniało. Powietrze chłodniało, nie z braku słońca, ale raczej jakby nieznacznie zmodyfikował się jego skład chemiczny. Wiatr zmienił kierunek. Gdzieś daleko pod ciężarem jakiegoś wielkiego zwierzęcia chrupnął stos chrustu. Każdy moment, każdy odgłos zwiastował nadejście nowego.
Pomiędzy drzewami coś zamigotało. Gangrena pokazała to palcem.
– Widzę – powiedział Strzępowaty. Ruszyli przez las. Gangrena, drepcząc drobnymi, niezdarnymi i szybkimi krokami, przypominała buldoga francuskiego, który próbuje iść na dwóch łapach. Strzępowaty człapał powoli i anemicznie, zapatrzony w nieokreślony punkt w ciemności. Nie patrzył na ziemię, ale jego patykowate, długie nogi zwinnie pokonywały każdą przeszkodę. Człowiek przewróciłby się kilkanaście razy. Ale Strzępowaty nie był człowiekiem.
Purpura gasła, a las powoli zaczęła spowijać czerń.
Chociaż jeszcze nikt tego nie usłyszał i nikt tego nie widział, nieopodal Zmorojewa rozpoczęła się wojna.

1. Najgorszy początek wakacji wszech czasów

Gdyby ktoś zapytał Tytusa Grójeckiego o Trzy Najbardziej Znienawidzone Rzeczy Na Świecie, potrafiłby wskazać je bez wahania. Jak każdego nastolatka Tytusa wiele spraw potrafiło doprowadzić do rozstroju nerwowego. Obecnie nie znosił: idiotek ze swojej klasy oglądających bez przerwy Hannah Montanę i rozmawiających o chłopcach z boysbandów, awarii prądu podczas pokonywania ostatniego levelu Call of Duty, lektur szkolnych i dresiarzy. Ale miał również specjalne podium dla Trzech Rzeczy, które wywoływały w nim poczucie wyjątkowo silnej i niezmąconej nienawiści.
Pierwsza z nich właściwie była nie tyle rzeczą, ile człowiekiem. Mimo to Tytus nie czuł oporów przed takim klasyfikowaniem tej osoby. Polonistka Agata Florek. Nie, nie należała do typu pomarszczonej i zasuszonej starszej pani, patrzącej groźnie znad grubych jak ściany sejfu szkieł okularów, każącej bezlitośnie ryć na pamięć wiersze o drugiej wojnie światowej i zaczynającej wrzeszczeć, gdy tylko jakaś dziewczyna pomalowała sobie do szkoły paznokcie. Agata Florek była jeszcze gorsza. Nie była jakaś strasznie stara, miała raptem dwadzieścia osiem lat. Nie aż tak wstrętna, to znaczy nie wyglądała jak główny bohater Piły V. Może nawet była ładna, ale Tytus miał problemy z określaniem tego, czy osoby tyle starsze od niego i do tego stojące ponad nim w życiowej hierarchii są ładne lub brzydkie.
Najgorsza wydawała się skłonność Agaty Florek do histerii. Bez przerwy na lekcji wywrzaskiwała wniebogłosy, jak to ma ich wszystkich, w sensie Tytusa i reszty klasy, dość i że kompletnie nie może sobie z nimi poradzić. Do tego za każde najmniejsze przewinienie wysyłała do dyrektorki.
Lista tych przewinień sugerowała chorobę psychiczną nauczycielki, a przynajmniej na jej wyjątkowo specyficzne poczucie humoru. Były to: sygnały przychodzących SMS-ów, gryzienie końcówki od długopisu, bębnienie palcami o stół czy żucie gumy.
Ponadto Agata Florek, wytypowawszy kandydata do odpowiedzi, nerwowo wertowała dziennik, poszukując właściwej rubryki, a w końcu bombardowała nieszczęśnika tak bezładnym gradem pytań, że nie miał szans sobie poradzić. Mickiewicz mieszał się jej z Krasińskim, Urszulka z Trenów nagle pojawiała się na Weselu Wyspiańskiego, a Zbyszko z Bogdańca dzielnie najeżdżał wioskę, w której grał Janko Muzykant.
Gdy podchodziła do tablicy, potrafiła się zdenerwować do tego stopnia, że wskaźniki, gąbka i małe kawałki kredy leciały jej z rąk, jakby miała jakiś atak. Pewnego razu, podczas omawiania wierszy Miłosza, Agacie Florek zadzwoniła komórka. Przerażona wrzasnęła, podbiegła do torebki i – wyrzucając na lewo i prawo jej zawartość – zaczęła szukać telefonu. Dla Tytusa Grójeckiego w życiu nade wszystko liczyły się zdrowy rozsądek i sprawiedliwość, więc zwrócił nauczycielce uwagę, że jeśli każe wyłączać przed lekcją komórki, to sama również powinna się zastosować do ustalonych zasad. Agata Florek wrzasnęła na Tytusa i odesłała go do dyrektorki. Tak, zdecydowanie była jedną z trzech najbardziej znienawidzonych przez niego rzeczy na świecie.
Drugą było mrożone jedzenie – pierogi, pyzy, warzywa na patelnię i pizza. Ktoś inny mógłby uznać, że Tytus przesadza, a zresztą mrożona pizza, zwłaszcza jeśli na wierzch dać parę dodatkowych plastrów sera, wcale nie jest taka zła. Jednak dla Tytusa mrożonki stanowiły lwią część codziennego jadłospisu. Gdyby nie genialny wynalazek przechowywania jedzenia w temperaturze poniżej zera, prawdopodobnie umarłby z głodu.
Marta Grójecka, jego mama, po prostu nie miała czasu gotować. Była zabieganą właścicielką dwóch szkół językowych i gościła w domu od dwudziestej drugiej do ósmej rano. Resztę czasu spędzała na doglądaniu interesu oraz kompletnie ślamazarnych, jej zdaniem, lektorów i księgowej.
Księgowa wcale nie była ślamazarna. Nazywała się Danusia i Tytus nawet ją lubił, zwłaszcza gdy raz na dwa tygodnie taksowała go fachowym wzrokiem i stwierdzała, że jest mocno niedożywiony, po czym wręczała mu próżniowy pojemnik pełen schabowych własnej roboty.
Tytus był skazany na mrożonki również dlatego, że jego tata pisarz spędzał całe dnie w gabinecie, pisząc książki dla dzieci. Szczerze mówiąc, świat tych książek pochłaniał go bardziej niż rzeczywisty. Wychodził z domu jedynie rano do sklepu, gdzie kupował płatki śniadaniowe, mleko i coś mrożonego dla siebie i Tytusa na obiad.
Tytus raz spróbował zawalczyć o urozmaicenie rodzinnego jadłospisu.
Gdy siedzieli razem z ojcem przy stole, dłubiąc widelcem w mrożonej pizzy z dodatkowym serem, zapytał:
– Tato, czy możemy zjeść czasem coś innego niż mrożona pizza?
Robert Grójecki akurat czytał coś zajmującego w gazecie.
– Nie ma sprawy, jutro kupię pyzy – powiedział, poprawiając okulary na nosie. Po czym popatrzył na Tytusa i zapytał: – Mają być z mięsem czy z dżemem?
Należy tutaj dodać, że kulinarne umiejętności taty Tytusa kończyły się na dodaniu mleka i cukru do kawy rozpuszczalnej.
Tytus westchnął i rozstał się z marzeniem o normalnym obiedzie. Ratunkiem od mrożonkowej tortury nie były nawet niedziele, kiedy rodzina Grójeckich jadała zwykle obiad w restauracji. Państwo Grójeccy wybierali z reguły włoską knajpę na Powiślu, a we włoskich knajpach, jak wiadomo, serwuje się głównie pizzę.
Trzecią rzeczą, której Tytus Grójecki nienawidził najbardziej na świecie, był sam początek wakacji, który od paru lat wyglądał tak samo: po uroczystości zakończenia roku szkolnego Tytus siedział na szkolnym boisku do kosza ze swoimi dwoma najlepszymi kumplami, Grubsonem i Pitoniem, chociaż kosza nie lubił. Aktywność ruchowa w ogóle nie była jego konikiem. Gdy udawało się wyprosić u taty podpis na szybko spreparowanym zwolnieniu z wuefu, Tytus korzystał z tego bez żadnych skrupułów. Nie było to wcale zbyt trudne – tato w swoim oderwaniu od rzeczywistości nie zwracał uwagi, co tak naprawdę sygnuje.
Tytus przyglądał się, jak jego koledzy rzucają piłkę do kosza, i głęboko westchnął. Ostatni dzień szkoły dla każdego przeciętnego ucznia podstawówki i gimnazjum, a także – jak podejrzewał Tytus – liceum i uniwersytetu, był momentem czystej i niezmąconej euforii. On miał trochę inny pogląd na tę sprawę, jako że musiał z reguły słuchać opowieści kumpli, gdzie spędzą dwa najbardziej ekscytujące miesiące w roku.
– Ja jadę najpierw na żagle i chyba zrobię w końcu sternika – powiedział Grubson, usiłując rzucić za trzy punkty. Piłka zatańczyła po obręczy, ale nie wpadła do środka. Grubson zaklął, po czym kontynuował: – Potem wybieram się ze starymi do Włoch na dwa tygodnie, a potem będzie największy wypas, obóz młodzieżowy w Maladze. Oj, co tam się podzieje, ziomuś…
Rzucił jeszcze raz, celnie. Klasnął z radości, złapał piłkę i przymierzył się do następnego rzutu.
– To nieźle – uznał Pitoń, którego rodzice, tak samo jak rodzice Grubsona, wierzyli, że przyjemnie spędzone wakacje ich dziecka będą podstawą aktywnego i dobrze przepracowanego roku szkolnego. Ich wiara była ślepa, bo Pitoń przechodził z klasy do klasy wyłącznie dlatego, że piłkarska drużyna Gimnazjum numer 39 imienia Edmunda Niziurskiego bez niego poszybowałaby na samo dno rankingu wojewódzkiego. – A ja jadę na obóz piłkarski dla juniorów do Madrytu, a potem do Egiptu nurkować na rafach koralowych. Widziałem te rafy koralowe na kablówce i mówię wam, to gruba faza. Jak w grze komputerowej.
Pitoń podbiegł do Grubsona i wybił mu piłkę, co nie sprawiło mu większej trudności, bo był jakieś dwa razy chudszy i zwinniejszy od przeciwnika, po czym również rzucił za trzy punkty.
– A ty, Tytuńcio? – zapytał sarkastycznie. – Znowu do cioci nad morze?
Tytus westchnął znad przenośnej konsoli PlayStation. Westchnął, ponieważ to lato zapowiadało się jeszcze gorzej i naprawdę głupio mu było powiedzieć o tym kumplom, bo ich relację znaczył, jak to czasami bywa, duch rywalizacji. Pomimo że świadectwo Tytusa prezentowało się zdecydowanie najlepiej – nie był kujonem, miał po prostu świetną pamięć – w konkurencji wakacyjnych wyjazdów w ogóle nie brano go pod uwagę.
– Ojciec uparł się, że mam spędzić lato na wsi. U babci Maryli i dziadka Zbigniewa. W Głuszycach – mruknął, nie patrząc kumplom w oczy. Doskonale wiedział, że na ich twarzach zobaczyłby takie same grymasy jak te, którymi obdzielali go na wuefie podczas gry w siatkówkę, gdy przychodziła jego kolej, aby zaserwować. – Babcia prowadzi tam gospodarstwo agroturystyczne. Starzy są mądrzy. Sami jadą na wakacje do Meksyku, kota oddają sąsiadce, a mnie wysyłają na wieś.
Pitoń pokręcił głową i rzucił do kosza.
– Słabo – powiedział lakonicznie.
Grubson przytaknął. Tytus nie zaprzeczył. Jego wakacje zapowiadały się tak fatalnie, że kumple woleli o tym nie myśleć, aby nie psuć sobie nastrojów. Tytus wcale nie miał im tego za złe. Był przecież ostatni dzień roku szkolnego.
Tytus nie zazdrościł jednak Grubsonowi i Pitoniowi ich wyjazdów. Obóz piłkarski jawił mu się jako okropieństwo, w którym bez wątpienia wolałby nie uczestniczyć, porównywalne z koszarami z filmu o wojnie w Wietnamie. Nie był też zbytnio przekonany do nurkowania – zbyt wiele naoglądał się programów o różnych przykrych konsekwencjach różnic ciśnień i dekompresji, a także o atakach rekinów. Ale mimo to opowieści jego kumpli przekonywały go, że planeta Ziemia oferuje milion ciekawszych miejsc spędzania wakacji niż zabita dechami dziura, w której mieszkają jedynie krowy, starzy ludzie i chude, szczekające psy.
– Będzie tam chociaż internet? – zapytał Pitoń, siadając obok niego i wskazując na ekran PlayStation. – Tutaj musisz walić do tego potwora z dystansu, bo z bliska da ci jeden cios i kaplica.