“Szczelina” to świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.


SzczelinaTrybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć.

Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia.

Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.

Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość?

***

Szczelina zdobyła najważniejszą słowacką nagrodę literacką Anasoft Litera w kategorii Nagroda czytelników.

Jozef Karika – autor thrillerów, horrorów i powieści sensacyjnych, laureat wielu nagród literackich, najpopularniejszy pisarz słowacki.

Jozef Karika
Szczelina
Przekład: Joanna Betlej
Wydawnictwo Stara Szkoła
Premiera: 25 listopada 2018
 
 

Szczelina


PRZEDMOWA AUTORA

To nie jest nic dla ciebie. Do dziś pamiętam to zdanie. Igor spojrzał na mnie, uniósł brwi i powiedział: „To nie jest nic dla ciebie”.
Zaciekawił mnie ton jego głosu. Do tamtej chwili byłem pewien, że cała sprawa to tylko kawał, głupi żart – albo że mam do czynienia z wariatem lub desperatem, który za wszelką cenę chce zwrócić na siebie uwagę.
Kiedy jednak wypowiedział swoje: „To nie jest nic dla ciebie”, po raz pierwszy zacząłem mieć wątpliwości. Nie twierdzę, że zmieniłem zdanie.
Właściwie nawet teraz, ponad rok po naszym spotkaniu, nie jestem pewien, czy mówił prawdę. A jeśli zmyślał, to w jakich proporcjach jego fantazje mieszały się z rzeczywistością. Niektóre elementy jego historii są bez wątpienia prawdziwe – dokładnie to sprawdziłem, lecz pozostałe… Zresztą sami się przekonacie.
Na wstępie chcę podkreślić, iż nie twierdzę, że to, co przeczytacie, wydarzyło się naprawdę. Nie twierdzę jednak też, że chodzi o zamierzoną konfabulację czy spowiedź szaleńca. Tak naprawdę moja opinia nie jest tu istotna. Najlepiej będzie, jeśli na podstawie lektury stworzycie sobie własne zdanie, własną perspektywę, i sami zdecydujecie, czy macie do czynienia z fikcją, czy z rzeczywistymi zdarzeniami.
Ja jako autor dokonałem jedynie zapisu i beletryzacji. Właśnie o to poprosił mnie Igor. Nie chodziło mu, zresztą mnie też nie, o przekonywanie, ujawnianie jakichś tajemnic czy tworzenie legendy.
Chciał jedynie utrwalić przerażające, tragiczne wydarzenia, w których brał udział i, co podkreślał, przekazać te informacje ludziom. Jak powiedział: „Żeby to wszystko nie poszło na marne”.
Ale wróćmy do początku.
„To nie jest nic dla ciebie” – powiedział Igor, wyglądając na rozczarowanego.
Nie wiem, co sobie o mnie pomyślał, ale ewidentnie nie spełniałem jego oczekiwań. Może przejrzał mnie i wyczuł, że uważam go za wariata lub mitomana. Miałem jednak ku temu kilka dobrych powodów.
Jakieś pół roku po publikacji mojej powieści Strach dostałem dziwny e-mail. Nieznajomy facet, podpisujący się jako Igor M., twierdził w nim, że niektóre sceny z książki są wręcz rażąco podobne do tego, co rzekomo sam przeżył.
Wzbudziło to moją czujność, bo od czasu do czasu dostaję takie wiadomości, często kończą się one oskarżeniami o plagiat albo autor listu domaga się, żebym przyznał, że opisałem jego osobiste doświadczenia.
Tok rozumowania niektórych ludzi bywa naprawdę dziwaczny, dlatego nie dziwcie mi się, że byłem ostrożny. Oprócz oskarżeń o plagiat czy podkradanie cudzych żyć groziła mi jeszcze jedna nieprzyjemna możliwość – wspaniały pomysł na książkę. Takich ofert dostaję naprawdę sporo („dam panu świetny pomysł na książkę, a pan mi zapłaci”). Często męczy mnie wyjaśnianie, że pomimo iż dobry pomysł jest ważny, to sam w sobie stanowi najmniej wartościowy budulec w procesie powstawania powieści.
W zanadrzu mam kilkadziesiąt własnych świetnych pomysłów, ale biorąc pod uwagę realne możliwości czasowe i moje moce przerobowe, formy książkowej doczeka się w najlepszym razie jakieś piętnaście procent z nich.
Co więcej, te świetne pomysły niejednokrotnie proponują mi ludzie przekonani, że potrafią nawiązać telepatyczny kontakt z kosmitami, odkryli ogólnoświatowy spisek, którego korzenie sięgają aż do wsi Tepliczka nad Wagiem albo od ponad dwunastu lat toczą bohaterski bój z mafią z urzędu miasta w sprawie sprzątania psich odchodów.
Dlatego Igorowi uprzejmie odpisałem (zgodnie z prawdą), że powieść Strach to wytwór mojej wyobraźni i że aktualnie nie jestem zainteresowany żadnymi pomysłami na książki, gdyż nie nadążam ze spisywaniem własnych. Jednocześnie podkreśliłem, iż zjawiska paranormalne czy historie mrożące krew w żyłach interesują mnie wyłącznie pod względem artystycznym lub beletrystycznym i że w podobne rzeczy nie wierzę i zbytnio mnie one nie ciekawią. Wręcz przeciwnie, jestem nastawiony do nich sceptycznie i nieufnie.
Igor jednak nie dał się zniechęcić i obstawał przy swoim: sceny ze Strachu, w którym zdezorientowani bohaterowie błąkają się po lesie, doświadczając zaburzeń postrzegania czasu i przestrzeni, są uderzająco podobne do tego, co sam naprawdę przeżył. Dołączył nawet link do jakiegoś artykułu w Internecie i zrobionego przez siebie zdjęcia. Na razie nie zdradzę, o jaki artykuł chodziło ani co było na zdjęciu – wkrótce do tego dojdziemy. Teraz zdradzę jedynie, że gdy zobaczyłem tę fotografię i przeczytałem artykuł, wyczułem w nich naprawdę dobrą historię.
Będę szczery, straszność i absurdalność tego, co sugerował Igor, zainteresowały mnie. Ciągle jednak pamiętałem, że może chodzić o żart lub czyjąś chorobę psychiczną. Wydawało się to nawet znacznie bardziej prawdopodobne niż inne możliwości.
Z reguły nie umawiam się na takie spotkania, lecz tym razem coś podpowiadało mi, by zrobić wyjątek. Pojechałem więc do Żyliny, spotkałem się z Igorem i wysłuchałem historii, od której mój mózg prawie się przepalił.
Opisałem ją w niniejszej książce najlepiej, jak umiałem. Po początkowej nieufności przekonałem bowiem Igora, że mimo wątpliwości i sceptycyzmu opracuję jego historię uczciwie. Nie oczekiwał ode mnie niczego więcej. Nie wmawiał mi, że mówi prawdę. Nie przekonywał, żebym nie traktował go jak wariata. Wręcz przeciwnie, sam przyznawał, że może jest wariatem, nawet momentami wydawało mi się, że taka wersja przyniosłaby mu ulgę.
Nie chcę przedłużać, sam jestem ciekaw, co powiecie o tej historii, ale mam jeszcze kilka drobnych informacji. Całość zarejestrowałem podczas sześciu spotkań. Igor wszystko opowiadał mi twarzą w twarz. Czasem był rzeczowy i spokojny, a innym razem bardzo poruszony, rozemocjonowany i zagubiony. Na stole pomiędzy nami leżał włączony dyktafon.
Następnie zbeletryzowałem te kilka godzin naszej rozmowy. Dokładnie tak jak życzył sobie tego Igor. To znaczy – niektóre fragmenty tekstu są dosłownymi cytatami, a inne zostały nieco dopasowane do potrzeb powieści. Nigdy jednak nie zmieniałem treści ani w żaden sposób nią nie manipulowałem. (Jedyny wyjątek stanowią imiona i nazwiska głównych bohaterów – one wszystkie zostały zmienione). Jeśli coś w tekście wymagało doprecyzowania, stosowałem przypisy objaśniające. Moim celem było zachowanie autentyczności nagrań w największym możliwym stopniu, przedstawienie tej historii tak, jak Igor mi ją opowiedział, a jednocześnie opracowanie jej w sposób atrakcyjny dla czytelnika.
Otwarcie przyznaję, że praca nad tą książką była dla mnie psychicznie wyczerpująca. Ta historia oraz jej ustny, bezpośredni przekaz słyszany od zwykłego człowieka poruszyły jakąś moją czułą strunę – nie wiem, czy można to nazwać przerażeniem, ale z pewnością wywołały we mnie niepokój, a momentami dość mocno wyprowadzały z równowagi. Podczas przepisywania, niejednokrotnie w uszach pobrzmiewały mi słowa Igora, którymi podsumował mnie na pierwszym spotkaniu: „To nie jest nic dla ciebie”.
Może miał rację.

Jozef Karika

PIERWSZA SERIA NAGRAŃ

(nagrana między 18.04. a 16.05.2015)

Powinienem był odwrócić się i wyjść, zostawić to czarne monstrum w spokoju. Przeklęte cholerstwo! Oczywiście, teraz to jestem mądry. Ale skąd, do cholery jasnej, mogłem wiedzieć, dokąd mnie to znalezisko zaprowadzi? I nie tylko mnie… Jebane stalowe drzwiczki, jak mogłem przewidzieć, co za nimi jest?!
Chciałem tylko zdobyć trochę dodatkowego hajsu, myślałem, że zwinę kilka starych szpargałów i opchnę je w lombardzie za rogiem albo w antykwariacie na rynku. Kto mógłby się spodziewać, że zamiast tego znajdę… Nawet nie wiem, jak to nazwać, rozumiesz?
Ale po kolei, wszystko od początku, za chwilę i tak, chcąc nie chcąc, dojdę do stalowego potwora i tego, co w nim znalazłem.
Skończyłem studia, kierunek nieistotny. Trzy miesiące temu obroniłem pracę, więc to chyba oczywiste, że teraz gniję w pośredniaku, nie? Muszę płacić za mieszkanie, wprawdzie moja dziewczyna coś tam zarabia, ale na wszystko nie wystarcza; musimy mieć na jedzenie, ubranie i całą resztę, na pewno wiesz, o czym mówię. Dlatego biorę różne prace dorywcze, co ci będę gadał, większość jest gówniana.
Wtedy też tak było – inwestor kupił stary budynek na Hurbanovej, planował remont generalny, więc ktoś musiał posprzątać cały syf. Kto to zrobi? Oczywiście, że absolwenciaki z urzędu pracy. Niech wiedzą, że nie uczyli się tyle lat na darmo. Pani urzędniczka proponuje staż – trzy albo cztery miesiące, za hojne sto trzydzieści euro miesięcznie. Chcesz, to bierz, nie to nie, jej wszystko jedno. Ale jak nie weźmiesz, to masz minusa, że niby nie współpracujesz i przy najbliższej okazji wywalą cię na zbity pysk. A do tego jeszcze usuną z ewidencji, żebyś nie psuł statystyk. Tak wygląda polityka prospołeczna w praktyce. Jestem więc robolem, nic innego mi nie pozostaje, i zapieprzam z nadzieją, że na dwusetne wysłane cv ktoś mi wreszcie odpowie.
Wkurza mnie to, ale do rzeczy. To wszystko zaczęło się właśnie tam. Fakt, wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem, ale w ruderze na Hurbanovej rozpoczęło się wielkie odliczanie. Tykało po cichu, póki gra się nie skończyła, a ja razem z nią.
Game over, man, o tak, szybko i prosto (pstryknięcie palcami). I bynajmniej nie dotyczyło to tylko mnie…
Jeszcze innych w to umoczyłem, już wiesz, jak to się wszystko skończyło, więc mnie rozumiesz. Ale chcę opowiedzieć ci wszystko od początku. Możesz myśleć, co chcesz, nawet to, że robię cię w chuja, mam to gdzieś.
Czyli ten cholerny dzień. Rano wstałem normalnie, Mia była już w kuchni. Ma na imię Miroslava, ale dla mnie to po prostu Mia; zaczęliśmy się spotykać na trzecim roku i tak już zostało.
Słyszałem, że szykuje śniadanie, stukały kubki, lubi robić kakao. Ja za nim nie przepadam, ale trudno. Jak mieszkasz z kimś w miniaturowej kawalerce, to nie możesz przejmować się pierdołami. Sprawdzona mądrość z akademika, obowiązująca także w tym przypadku. Wstałem, włączyłem lapka i sprawdziłem bloga. Lubię sobie poblogować, ale to już wiesz.
W nocy przybyło parę komentów, przeleciałem je szybko wzrokiem, nie chciało mi się wdawać w dyskusje. Jakiś pajac z nickiem Kochczera jak zwykle mnie trollował. Nigdy nie karm trolli. Sprawdziłem statystyki, nie było najgorzej. Najpopularniejszy post o doświadczeniach ze słowacką koleją miał ponad sto tysięcy wyświetleń, reszta trochę mniej, ale i tak całkiem sporo.
 – Dzień dobry. – Podeszła do mnie, poczułem zapach kakao. Położyła mi dłonie na ramionach, zacisnęła palce i zaczęła masować. Często budzę się połamany, dlatego dobrym masażem nigdy nie pogardzę. Mia jest w tym niezła, skończyła kurs. Ona też jest po studiach, więc żeby sobie dorobić, musi zajmować się takimi pierdołami. To mi się właśnie w niej podoba. Jak jest źle, ja zaczynam psioczyć, czasem niepotrzebnie wybucham, a ona wprost przeciwnie, nie narzeka, tylko szkoli się, żeby zarobić dodatkowe kilka euro. Z punktu widzenia kasy fajnie, ale nie zachwyca mnie, że musi dotykać jakichś staruszek, starców i obcych facetów. To nic przyjemnego, ale do rzeczy.
– Nie zaczytuj się, za czterdzieści pięć minut musisz być w pracy – przypomniała mi i pocałowała we włosy.
Super, jakbym nie wiedział, co mnie dziś czeka. Najchętniej zostałbym w domu, ale już się zgłosiłem i gdybym nie przyszedł, pracodawca poinformowałby o tym pośredniak. Poza tym Mia nie może płacić za wszystko, źle się z tym czuję.
Nigdy niczego mi nie wypomniała, ale nawet nie musiała. Wystarczy, że masuje tych wszystkich ludzi. Nie chcę być sępem, więc zjem śniadanie i pójdę do roboty.
Poranek taki sobie, zaczynał się wrzesień, na zewnątrz było dość zimno. Miasto budziło się do życia, spotkałem tylko kilka osób. Przechodząc na rynku pod arkadami, zwanymi przez miejscowych Podcieniami, nie widziałem prawie nic, dookoła unosiła się mgła. Taka jesienna, która do południa zniknie i może się jeszcze rozpogodzić. Na razie jednak trudno było to przewidzieć. Renesansowe i barokowe domy wynurzały się z oparów, atmosfera jak z filmu fantasy – czułem się jak w Grze o tron.
Przy odrapanym kościele skręciłem w bok i ulicą Dolny Val dotarłem na Hurbanovą. Byłem już blisko, na myśl o pracy nie odczuwałem żadnej radości, wręcz przeciwnie, nogi ciążyły mi przy każdym kroku. Gdybym lepiej słuchał swojego ciała, jak często radziła mi Mia, odwróciłbym się i wróciłbym do domu. Szkoda, że go nie posłuchałem.
Kroczyłem dalej bez życia jak Otik ze Wsi moja sielska, anielska – dawna synagoga, akademia medyczna jeszcze bardziej zniszczona niż kościół na rynku, skręciłem w prawo i…
Dotarłeś do celu – powiedziałaby nawigacja, gdybym jakąś posiadał.
W tej dzielnicy znajdowało się kiedyś sporo budynków, willi i pałacyków z początku dwudziestego wieku. Część z nich została ładnie odnowiona, a część zburzono – na ich miejscu powstały nowoczesne bloki i parkingi. Kilka budowli pozostało jednak w swoim pierwotnym stanie. Właśnie do takiej willi zmierzałem. Stała za zielonym internatem. Z chodnika nie było jej prawie widać, przez chwilę zastanawiałem się, czy dobrze trafiłem.
Przeszedłem wąskim przejściem między bursą i budową pensjonatu. Roztoczył się przede mną nieoczekiwany widok – secesyjna willa podobna do sąsiedniego internatu, tyle że mniejsza. Też zapewne pochodziła z początku dwudziestego wieku, ale w odróżnieniu od zielonego budynku przy chodniku nie została odnowiona. Lata świetności miała już dawno za sobą. Zaskoczyło mnie to, nigdy wcześniej jej nie widziałem, chociaż przechodziłem tędy chyba z milion razy. Ale w sumie nic dziwnego, od frontu zasłaniała ją bursa, a z boku – od ulicy Andreja Kmeta – długi blok. Nie wiedziałem, czy inwestor chciał willę odremontować, czy zburzyć, by uzyskać lukratywną parcelę w centrum miasta.
Szczerze mówiąc, miałem to gdzieś, niech sobie robi, co chce. Znacznie bardziej martwiło mnie, co w ciągu najbliższych dni będę robić ja.
Nic przyjemnego, stary. Jeśli trafiła ci się kiedyś taka podła fucha, to wiesz, o czym mówię. Czekała tam na mnie ekipa równie podekscytowanych współpracowników, jeden albo dwóch facetów od inwestora i konkretny zapierdziel. Już pierwszy dzień dał mi w kość, a to były dopiero prace przygotowawcze. Willa na zewnątrz nie wyglądała na dużą – dwa piętra, niewysoka ozdobna wieżyczka, popękany tynk z masą jakichś płaskorzeźb i innych pierdółek.
Ale w środku było dużo gorzej. Śmierdziało starością i stęchlizną, a do tego wszędzie unosił się pył. Poranna mgła zaczęła się przerzedzać, a przez brudne okna zaglądało ostre słońce. Wolałbym, żeby nie wschodziło. W jego promieniach widziałem unoszące się tumany pyłu, miałem wrażenie, że to nie pojedyncze ziarenka się w nich unoszą i wirują, ale całe kłęby. Całkiem niedawno czytałem na jakimś blogu ciekawy artykuł o pasożytach żyjących w kurzu; całość uzupełniały zdjęcia mikroskopijnych organizmów w powiększeniu. Przypominały mi się za każdym razem, gdy drobinki pyłu drażniły mój nos albo dostawały się do gardła.
Ale to był dopiero początek. Dwóch świrów od inwestora kazało nam wywlec przed willę wszystkie meble. Wtedy po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, co tu tak właściwie kiedyś było? To nie był dom prywatny – pokoje i ich wyposażenie przypominały coś zupełnie innego.
– Kiedyś tu był internat – wysapał mój kolega, gdy męczyliśmy się na długim korytarzu z ciężkim skrzypiącym metalowym łóżkiem.
– Tak myślisz? – zapytałem z niedowierzaniem.
– Internat, jak w tym budynku przy ulicy.
Fakt, parter i piętra przecinał główny korytarz z kilkorgiem drzwi. Wszystkie prowadziły do niewielkich pokoi wyposażonych w skromne meble i jedno albo dwa łóżka. I to kurewsko ciężkie, jak się okazało.
– Czy ja wiem. – Pokręciłem głową. – Raczej szpital albo jakiś zakład.
– Oż w dupę, gruźliki – wymamrotał kolega, wykrzywiając twarz z obrzydzeniem.
W głowie natychmiast pojawiły mi się kolejne wspaniałe możliwości. Gdzieś czytałem, że na przykład bakterie cholery są w stanie przeżyć nawet dziesiątki lat.
– Albo syfilicy, to wtedy też było powszechne – dodałem na poprawę humoru.
– Ale syfa nie można złapać z powietrza, nie?
– No… nie wiem. – Udałem niepewność, mając z kolegi ubaw. Oprócz tego przyszło mi do głowy, że z dzisiejszego dnia mógłby być niezły tekst na bloga. Wyjąłem smartfona i zrobiłem zdjęcie zdewastowanego korytarza zakończonego wysokim oknem.
Trochę odżyłem, ale nie na długo. Do willi dotarła kolejna ekipa. Faceci mieli profesjonalne kombinezony i niezły sprzęt. Prawdziwi robotnicy, a nie tacy amatorzy po studiach jak my.
Moje obawy wkrótce się potwierdziły – w jednym z piwnicznych pomieszczeń zaczęli rozwiercać podłogę i ściany. Zapewne szukali instalacji wodnej, pionu albo czegoś w tym rodzaju. Cokolwiek to było, efekt był jeden – potworny hałas. Co najmniej dwa młoty pneumatyczne. Do tego kucie ścian jakimś dłutem, po prostu piekło. Cały budynek drżał, czułem, jak podłoga wibruje mi pod stopami. Na to nikt mnie nie przygotował, pani z urzędu nie miała bladego pojęcia, gdzie nas wysyła.