Książka “Nieistotne wizerunki” stanowi połączenie dwóch dziedzin sztuki: literatury i fotografii. Paolo Sorrentino snuje w niej opowieści o postaciach uwiecznionych na zdjęciach Jacopa Benassiego, wprowadzając czytelnika w refleksyjny nastrój.


Nieistotne wizerunkiWygląda na to, że Paolo Sorrentino, dobrze znany jako reżyser i scenarzysta, coraz lepiej czuje się w roli pisarza. Świadczy o tym jego najnowsza książka „Nieistotne wizerunki” stworzona we współpracy z innym utalentowanym twórcą – jest nim fotograf Jacopo Benassi publikujący swoje prace w wielu prestiżowych czasopismach. Portrety jego autorstwa stały się pożywką dla wyobraźni Sorrentino.

Każdy z rozdziałów otwiera inna fotografia i co za tym idzie, sposób czytania tej książki narzuca się następujący: wybieraj kolejno te twarze, które najbardziej cię zaintrygują i zanurz się w wyimaginowanych losach przedstawionej na zdjęciu osoby. Bo „Nieistotne wizerunki” to publikacja przypominająca bombonierkę z portretami, uzależniającą zresztą tak samo jak pudełko czekoladek. Trudno je odłożyć zanim nie stanie się zupełnie puste.

Na tym jednak słodkie metafory lepiej zakończyć, bo książka włoskiego autora ze słodyczą nie ma wiele wspólnego. To zbiór refleksyjnych esejów dość trafnie sprowadzających doświadczenie ludzkiego życia do kilku prostych, poruszających akapitów. A czasem tylko kilku zdań w zupełności wystarczających do odmalowania tego, co w historii danej osoby najistotniejsze i co, pomimo skrótowości formy, w pełni ją definiuje. Kamorysta, farmaceutka, wiceportierka, Ylenia przez igrek, doskonały rolkarz, Marco, który kiedyś był ministrantem, a później przejął po ojcu restaurację – to tylko kilkoro z dwudziestu trzech bohaterek i bohaterów „Nieistotnych wizerunków”. Ich zwykłe-niezwykłe życiorysy to wciągające pułapki z mnogością zaskoczeń.

W opowiadaniach – esejach melancholia ściera się z nutą humoru, dominujące jest poczucie współuczestnictwa. Talent do snucia opowieści u scenarzysty nie dziwi, za to imponuje, jak szybko potrafi on wciągnąć odbiorcę do świata swoich bohaterów. Mgnienie oka i już współczujemy im w życiowych rozczarowaniach, ze zrozumieniem pochylamy się nad popełnionymi przez nich błędami albo z oburzeniem przypatrujemy się niegodziwym poczynaniom. Ich samotność wobec ogromu trudu, jaki niesie ze sobą ludzka egzystencja staje się naszą samotnością. „Nieistotne wizerunki” są gabinetem luster, gdzie krzywe zwierciadła sąsiadują z tymi, zapewniającymi doświadczenie hiperrealizmu.

Sorrentino, z rysów uwiecznionych na kliszy i własnej wyobraźni, wyczarowuje zapadające w pamięć frazy podsumowujące egzystencjalne rozterki, wspólne dla wszystkich ludzi.

Tytuł zbioru w zamierzony sposób wiedzie czytelnika na manowce. „Nieistotne wizerunki” mówią o tym, co najważniejsze. Sorrentino, z rysów uwiecznionych na kliszy i własnej wyobraźni, wyczarowuje zapadające w pamięć frazy podsumowujące egzystencjalne rozterki, wspólne dla wszystkich ludzi. On sam daje się w ten sposób poznać jako twórca obdarzony umiejętnością wnikliwego patrzenia i człowiek, o którym można powiedzieć, że dogłębnie poznał wszelkie aspekty życia. Niczemu się nie dziwi, daleki od moralizatorstwa, dokumentuje słowem tak, jak potrafi okiem kamery.

Artystyczny i przewrotny zamysł jego książki przypomina zaś o tym, że fascynujące historie i emocje związane z ich poznawaniem, dla których sięgamy po lekturę czy film, każdy z nas ma na wyciągnięcie ręki: to twarz drugiego człowieka jest najciekawszą księgą. Artysta, baczny obserwator współczesnych czasów zorientował się, że choć zachowujemy umiejętność patrzenia, to zatracamy umiejętność dostrzegania. Poprzez „Nieistotne wizerunki” mówi: patrz uważnie, to czego szukasz jest tuż obok ciebie. Agnieszka Kantaruk

Paolo Sorrentino, Nieistotne wizerunki, Przekład: Alicja Bruś, seria: Bel paese, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 15 stycznia 2019
 
 

Nieistotne wizerunki

Paolo Sorrentino
Nieistotne wizerunki
Przekład: Alicja Bruś
seria: Bel paese
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 15 stycznia 2019
 

Ta książka jest tworem wyobraźni. Opisywane postaci i miejsca zostały stworzone przez autora w celu uwiarygodnienia narracji. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc oraz osób, żywych bądź zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.


„Mnie nic nie przychodzi do głowy.
A wam? Wy szakale i nędznicy”.

Arcadio Lattanzio

Elsina Marone

Elsina Marone urodziła się w Ferrarze w 1940 roku i po raz pierwszy w życiu kołysze biodrami, ubrana, w herbaciarni w 1958 roku. Trwa to zaledwie dziesięć sekund, a ruch ten jest tak delikatny, że prawie niedostrzegalny.
Falowanie to było jednak niezbędne, by w odwieczną pułapkę miłosnego otumanienia złapać Maria Vallego, wtedy siedemdziesięcioośmioletniego właściciela znamienitej, słynnej w świecie marki. Piwa Valle.
Małżeństwo trwa cztery lata, tyle, ile Mario Valle potrzebuje, by na granicy andropauzy zapłodnić Elsinę, po czym przestać plątać jej się pod nogami na skutek szybkiej, przyzwoitej śmierci.

Elsina kołysze biodrami po raz drugi w 1962 roku, w perfekcyjnym półcieniu sypialni, na kilka tygodni przed śmiercią Maria. Tym razem jest nago, ale znów ruch ten trwa dziesięć sekund i jest ledwo dostrzegalny.
Na tło swojego spektaklu wybiera wiszący na ścianie mroczny obraz Sironiego.
Drobna, wygięta dłoń Elsiny delikatnie opiera się o krawędź pięknego sekretarzyka. Cudowny widok.
W tej jednej chwili Elsina była bardziej zachwycająca niż kiedykolwiek później, gdyż żądza pieniędzy sprawia, że ludzie są piękni.
Celem jest podpis Vallego na specjalnie przez nią przygotowanym testamencie.
Podpis pojawia się dokładnie dziewięć minut po niezapomnianym ruchu miednicy Elsiny.

Testament sporządzony przez Elsinę podważa paragraf 4, ustęp B dokumentu spisanego przez jej męża, w którym to przewiduje się zapis czterech miliardów starych lirów dla siostry Maria.

Tymczasem Elsina w ustępie B przewidziała dla siostry Maria jedynie własne miejsce parkingowe, gdy ta będzie miała ochotę złożyć wizytę w browarze Valle.
Kpina, bo jak dobrze wiadomo, browar Valle nie ma prywatnego parkingu.

Mario, czy to z powodu zbliżającej się choroby, czy też dlatego, że przed oczami wciąż ma ten wspaniały, zmysłowy ruch, którym Elsina obdarowała go po raz drugi w ciągu czterech lat, nawet nie czyta rzeczonego dokumentu.
Podpisuje. I umiera z wyrazem rozkoszy w oczach.
Ostatnim obrazem zapisanym w korze mózgowej Vallego jest cień drobnej dłoni Elsiny muskającej sekretarzyk ze zniewalającą słodyczą.

– Zdolna rączka – rozlega się gdzieś niczym nieskrępowany szept plotkarzy, a po nim następują znaczące westchnienia.

Siostra Maria, osóbka szara jak realny socjalizm, przez resztę życia rozmyśla nad zabójstwem doskonałym dokonanym przez Elsinę Marone.
Szkoda czasu i refleksji.
Wdowa już jest o krok do przodu.

Dzień po pogrzebie Elsina Marone zabiera ze sobą syna oraz ogromny spadek i przenosi się do ściśle chronionej enklawy – Monte Carlo.

Ofiarowuje księstwu czterdzieści dziewięć miliardów lirów z 1962 roku, a oni, rozwijając przed nią czerwone dywany, przyznają jej obywatelstwo.

Tak więc Elsina na zawsze opuszcza Ferrarę i kupuje dziewięciopokojowy penthouse z tarasem wychodzącym na port w Monte Carlo w nowoczesnym, prawie opustoszałym apartamentowcu zamieszkanym w dużej mierze przez widma monakijskich obywateli, którzy faktycznie mieszkają gdzie indziej.

Nieistotny szczegół: to tutaj, na korytarzach budynku, po raz pierwszy w życiu odkrywa istnienie wykładziny. Jest nią zachwycona.
Dopiero później się dowie, że miękkość idzie w parze z roztoczami.
Po latach stanie się orędowniczką usunięcia wykładzin z budynku i dopnie swego.

Oprócz tego nabywa zamek w Prowansji, domek alpejski w Szwajcarii do uprawiania sportów zimowych, pięciopokojowe mieszkanie w szesnastej dzielnicy w Paryżu, penthouse na Upper East Side w Nowym Jorku i trzydziestodwumetrowy jacht zakotwiczony tuż pod nosem.
Resztę pieniędzy powierza temu samemu doradcy finansowemu, z którego usług korzysta książę Rainier, Francuzowi ormiańskiego pochodzenia o nazwisku Gérard, z którym Elsina, na przestrzeni lat, dziewięć razy idzie do łóżka.

Większą niewiadomą jest liczba spotkań z Rainierem.

W następstwie tych siedmiu rozważnych decyzji Elsina wypowiada proste słowa:
– Teraz jestem wolna i szczęśliwa.
Trudno się z nią nie zgodzić.
Jakby tego było mało, Piwa Valle nigdy nie dotyka żaden kryzys i nieprzyzwoicie pomnaża ono dziedzictwo Elsiny. Jedynie w 2013 roku notuje spadek o 0,4 procent.
Elsina robi awanturę dyrektorowi generalnemu, który wyjaśnia jej, że powodem spadku jest rosnące zainteresowanie piwami rzemieślniczymi.
Elsina natychmiast załatwia sobie wywiad w „Panoramie”.
Przyjaźni się z Giuseppe Icarem, udziałowcem gazety, również mieszkańcem Monako, a pod przykrywką rozmowy o swoim życiu, nie do końca bezinteresownie, przemyca w wywiadzie następujące oświadczenie:
– Jednym z najbardziej rażących przejawów upadku ludzkości jest ta niedorzeczna moda na wytwarzanie piwa rzemieślniczego.

Elsina Marone pali siedemdziesiąt papierosów dziennie, ale nie jest uzależniona.
Oprócz tego nie używa słowa „kaloryfer”, tylko „grzejnik”.

Czas wolny Elsiny to bezkresna oaza wielkości Rosji.

W 1963 roku, ogłuszona monakijską apatią, obserwując Grand Prix z tarasu swojego domu, postanawia zostać kierowcą Formuły 1. Udaje jej się to cztery lata później, gdy bierze udział w Grand Prix Belgii z małym zespołem, który, jak utrzymują nieżyczliwi, dotowała własnymi środkami.
Plasuje się na przedostatnim miejscu, wszyscy jednak są zgodni, że wina leży po stronie pojazdu, a nie kierowcy.
Fascynacja motoryzacją, pomijając skromne osiągnięcia, okazuje się przejściową pasją.
Elsina Marone żyje zapałem, który rozpala się i gaśnie zależnie od podmuchu wiatru w jej głowie. To częsta przypadłość bogaczy siedzących z założonymi rękami.

Odtąd jednak podczas Grand Prix Monte Carlo zawsze będzie się starała być gdzie indziej.
Mimo wszystko jej życie towarzyskie w Monako jest bogate i zróżnicowane.
Staje na czele Czerwonego Krzyża, jest ogniwem łączącym całą monakijską filantropię. Dlatego też nie może jej zabraknąć na balach, koktajlach, herbatkach z księciem i księżną ani wieczorach charytatywnych. Pojawia się na wszystkich wydarzeniach sportowych i jest zasypywana zaproszeniami na kolacje i imprezy.
Rewanżuje się rzadko i niechętnie, ponieważ nie grzeszy szczodrością.

Krucha i porywcza, co w połączeniu dodaje jej aroganckiego seksapilu, wierna modzie na minispódniczki, w maju 1964 roku umila sobie pobyt w nowojorskim apartamencie stosunkami seksualnymi z Anthonym Caldazzem, pozbawionym małego lewego palca pachołkiem klanu Gambino.
Nigdy się nikomu nie zwierzy z tego trwającego trzy tygodnie związku.
Gdy jest sama, po cichu i z lekkim obrzydzeniem określa go mianem „wielkiego zwierzęcia”. Określenie to nigdy nie przestanie przyprawiać jej o dreszcz odrazy.
Pewnego dnia przed zwyczajowym stosunkiem Anthony ofiarowuje jej wielką mortadelę. Gdy tylko opuszcza jej mieszkanie, Elsina udaje się do Little Italy i próbuje sprzedać kiełbasę w czterech włoskich sklepach spożywczych. Wszystkie odmawiają.
Decyduje się, choć niechętnie, wyrzucić ukradkiem wielką mortadelę do śmietnika.

W towarzystwie, nie wiedzieć czemu, chwali się niskim ciśnieniem.

Ma studziewięcioletnią matkę, która nigdy się nie ruszyła poza Ferrarę.
Mieszka w dwóch pokojach z papugą, która ponoć chroni ją przed włamaniami. Papuga tymczasem na widok każdego, kto ma na sobie dżinsy, wykrzykuje:
– Złodziej! Dzwonię po policję!
W istocie wszyscy złodzieje zawsze mają na sobie dżinsy.

Papuga ma na imię Pantofel.

Przed trzema tygodniami Elsina mimo przekonania, że pewne uczucia nie pojawią się już na jej horyzoncie, szaleńczo zakochała się od pierwszego wejrzenia w Jamesie Marchu, obiecującym kierowcy Formuły 1, który mieszka piętro niżej w jej apartamentowcu.
March rzadko przebywa w tym mieszkaniu, jednak po wypadku podczas testów w Australii, w którym doznał poważnych złamań obu nóg i jednej dłoni, postanawia spędzić okres rekonwalescencji pośród ciszy Monte Carlo.
James March, wierna kopia Big Jima, nawet nie wie o jej istnieniu.

Elsinę przerażają krówki. Gdy raz zjadła jedną, na trzy dni przykleiła jej się do mostu protetycznego i nie można było jej usunąć nawet za pomocą palnika gazowego.

Jednym z jej poważnych problemów są zęby. Były dla niej udręką przez całe życie.
Cała jej jama ustna to skomplikowana i delikatna struktura zbudowana z mostów, implantów i częściowych protez, przez co ma wrażenie, że to nie jej usta.
– Niełatwo przeżyć tyle lat z cudzymi ustami. – Czasami temu stwierdzeniu towarzyszy melancholijne westchnienie.

Kiedyś w supermarkecie pod domem spotkała Micka Jaggera, który robiąc zakupy przed powrotem na swój jacht, prosił ekspedienta o możliwie najbardziej miękką kanapkę.
Elsina przyglądała się, jak Mick porusza językiem wewnątrz swoich ust, i domyśliła się, że on także ma cudze usta.

Książę Rainier na długo zapamiętał pewne zdanie, które Elsina wypowiedziała podczas publicznego przemówienia do francuskich działaczek Czerwonego Krzyża:
– Przyszłością nazywamy niedostatek teraźniejszości.
Na wspomnienie owej sentencji ten wielki człowiek dodawał:
– Ileż w tym prawdy.
Po czym znów na pełnych żaglach odpływał w stronę apatii.

Pod wieczór, popijając na tarasie czystą wódkę, Elsina zapada w sen przy zachodzącym słońcu. Przesypia pół godziny, a gdy się budzi, jest już ciemno.
Jest w podłym nastroju.

Któregoś razu w kasynie, podniecona nieoczekiwaną wygraną trzydziestosześciokrotności zakładu po obstawieniu pojedynczego numeru 21, wychyliwszy się nagle na krześle, nieumyślnie puściła gazy, co wyraźnie usłyszało czternaście osób obecnych przy stole.

Do kasyna chodzi we wtorki. Jednego wieczoru przegrywa średnio dwanaście tysięcy euro.

Armando Taverna, menedżer luksusowego apartamentowca, w którym mieszka Elsina, gdzie indziej zwany portierem, zostawił wiadomość dla majętnej lokatorki.
Drogocenny bilecik informuje ją, że kierowca James March, dowiedziawszy się, iż Elsina również jest kierowcą, czyli koleżanką po fachu, z ogromną przyjemnością napiłby się z nią herbaty w środowe popołudnie.
Pyta też uprzejmie, czy spotkanie może się odbyć w jego domu, gdyż z powodu tymczasowego paraliżu obu nóg nie może się poruszać.

Elsina, zaraz po przeczytaniu drogocennego bileciku, robi cztery rzeczy.
Uśmiecha się.
Dzwoni do Taverny i odpowiada potwierdzająco na zaproszenie.
Udaje się do chirurga plastycznego, który ostrzykuje najbardziej widoczne bruzdy na jej twarzy i szyi.
Ogląda się w okazałym lustrze na korytarzu i mówi do siebie z nutą wyzwania w głosie:
– Zobaczymy.
Elsina Marone ma dwa opasłe notesy na numery telefonów. Jeden dla żywych i jeden dla zmarłych.
Parę razy pomyliła się i wykręciła numer telefonu nieżyjących przyjaciół.
W jednym wypadku ktoś po drugiej stronie odebrał, ale nie wypowiedział ani słowa.
Elsina tak się wystraszyła, że poprosiła syna, który mieszka w Mediolanie, by przyjechał do niej i przez tydzień dotrzymał jej towarzystwa.

Podczas gdy czekała na syna, do jej mieszkania wleciał nietoperz. W popłochu latał po pokojach jak oszalały. W tamtej chwili Elsina w pełni zrozumiała znaczenie wyrażenia „spojrzeć śmierci w oczy”.

Armando Taverna, mężczyzna o nieograniczonych zdolnościach manualnych, złapał nietoperza w ręcznik i zwrócił mu wolność.
Elsina nie chciała z powrotem tego ręcznika i zapytała Armanda, czy jest możliwe, by wspólnota mieszkaniowa pokryła jego koszt.
Niewzruszony Taverna powiedział tylko:
– Sprawdzę w regulaminie.
W ramach napiwku Elsina podarowała mu pudełko czekoladek, które, jak się okazało pod wpływem letnich upałów, pokryły się białym osadem, dla smakoszy równającym się śmierci.
– To tylko tłuszcz osadzający się na powierzchni. Same czekoladki są dobre – zawyrokowała.

Przed dwunastoma laty pewien południowoafrykański przemysłowiec z branży żelaznej zamordował w tym prawie opustoszałym apartamentowcu swoją młodą żonę, byłą amerykańską playmate, podpalając ją we śnie.
System przeciwpożarowy zareagował z fatalnym opóźnieniem, a po incydencie, o którym Elsina przypomina sobie każdego wieczoru przed zaśnięciem, został całkowicie wymieniony.

Syn Elsiny, doradca podatkowy Manlio Valle, spędził z matką tydzień. Nie zamienili zbyt wielu słów. Sztywność wzięła górę. Nigdy nie było między nimi poufałości. Małego Manlia od dziecka wysyłano do prestiżowych szkół z internatem.
Dzień przed wyjazdem z Monte Carlo wyznał matce, że jest zestresowany, ponieważ jego kochanka nalega, by opuścił żonę.
Elsina udzieliła synowi niebagatelnej rady.
Powiedziała mu:
– Nie jesteś typem mężczyzny, który może mieć dwie kobiety i tylko jeden dom. Radzę ci więc, byś miał dwa domy i tylko jedną kobietę.
Gdy Manlio doszedł do siebie po tym zawiłym rebusie arytmetycznym, zapytał lekko zniecierpliwiony:
– Dobrze, ale którą z tych dwóch kobiet mam wybrać?
Elsina z kamienną twarzą odpowiedziała:
– Tę z mniej skomplikowanymi potrzebami seksualnymi.
Manlio postąpił zgodnie z zaleceniem.
I dobrze na tym wyszedł.

W środę rano Elsina otrzymała nieoczekiwany telefon z więzienia w Tennessee.
Tamtejszy urzędnik poinformował ją, że jeden z więźniów chce z nią rozmawiać.
– O kogo chodzi? – zapytała niewzruszona Elsina.
– Anthony Caldazzo, skazany na dożywocie – wyjaśnił urzędnik.
Elsina wyciągnęła pulsującą w napięciu dłoń i rozłożyła palce. Sprawdziła, czy mały palec, drobny i przezroczysty jak niektóre nowoczesne żarówki, jest na swoim miejscu, i po chwili odpowiedziała ładną angielszczyzną:
– Dla Anthony’ego Caldazza jest już za późno.
Następnie się rozłączyła.

W środę po południu Elsina z lekkim ściskiem w dołku zeszła piętro niżej, by napić się herbaty z Jamesem Marchem.
Zastała kierowcę w kompletnej depresji, w niemal katatonicznym stanie.
Z powodu połamanych nóg i ręki nie brał udziału w wyścigach, między innymi w tym rozgrywającym się właśnie w Malezji. Wygrana w tym wyścigu zapewniłaby Marchowi pierwsze miejsce w klasyfikacji.
Z tego powodu milczał jak grób.