Mary Beard dała się poznać polskim czytelnikom jako autorka porywających publikacji na temat starożytności. W książce “Kobiety i władza” docieka, jak wzorce kulturowe zaczerpnięte z najdawniejszych dziejów Europy, wciąż obecne w jej współczesności, zdefiniowały role kobiet w przestrzeni publicznej.


Kobiety i władzaMary Beard stanowi przykład badaczki, która analizując starożytną historię i literaturę wysnuwa z przedmiotu swoich badań wnioski mające praktyczne przełożenie na współczesną rzeczywistość, co czyni ją nie tylko autorytetem w swej dziedzinie, ale także zaskarbiło jej zainteresowanie osób nie zajmujących się na co dzień studiowaniem minionych epok. Jej książki, choć plasują się w dziedzinie literatury popularnonaukowej i dotyczą odległej przeszłości – co za tym idzie ich zrozumienie wymaga od czytelnika chociaż podstawowej wiedzy historycznej, stają się bestsellerami, w krajach, w których zostają opublikowane. Rzecz ma się w ten sposób nawet w Polsce, gdzie podobno nie czytamy, a jednak jej publikacje “SPQR: Historia starożytnego Rzymu”, “Pompeje. Życie rzymskiego miasta” i “Partenon” szybko znikają z księgarskich półek. Cóż, może po prostu nie chcemy czytać marnych książek, a po dobre sięgamy jakby chętniej.

Niedawno do księgarń trafiła kolejna książka tej autorki zatytułowana „Kobiety i władza”. Na tle poprzednich, opasłych tomów, to zaledwie książeczka. Jednak, tak samo jak wcześniejsze publikacje, stanowi ona portret naszych antycznych przodków, a skupia się na tytułowym aspekcie kobiecej władzy, a konkretnie jej szczątkowej reprezentacji w życiu publicznym, co – jak dowodzi Mary Beard – stanowi w dużym stopniu niechlubne dziedzictwo starożytności.

Badaczka ukazuje czytelnikom jak to się stało, że wzorce kulturowe zaczerpnięte z najdawniejszych dziejów Europy są wciąż obecne w jej współczesności. Wyjaśnia, dlaczego nie jesteśmy skłonni do uważania kobiet za autorytety w poważnych kwestiach, dlaczego ich głosów nie chcemy słuchać. „Jeśli istnieje model kulturowy, który działa na rzecz pozbawienia kobiet władzy, to co konkretnie to jest i skąd się wzięło?” – zastanawia się badaczka i jak zwykle zachęca do przyjrzenia się w tej kwestii światu starożytnemu: „Chcąc opisać kobiety mające władzę i te, które jej nie mają, nadal używamy – częściej, niż się wydaje i niekiedy dość zaskakująco – starogreckich idiomów”. Na aspekcie językowym oczywiście rzecz się nie kończy.

Prócz rozważań teoretycznych Mary Beard serwuje czytelnikom „Kobiet i władzy” również sporo spostrzeżeń odnoszących się do jej osobistego doświadczenia. Chociaż jest ona profesorem literatury klasycznej w Royal Academy of Arts, a co więcej kieruje katedrą filologii klasycznej na Uniwersytecie Cambridge, a zatem piastuje prestiżowe stanowiska będące formalnym potwierdzeniem najwyższego poziomu posiadanej wiedzy, to wciąż spotyka się z lekceważeniem, a nierzadko wręcz groźbami i obelgami w wyniku swoich publicznych wystąpień, o czym w książce otwarcie pisze.

Badaczka ukazuje czytelnikom jak to się stało, że wzorce kulturowe zaczerpnięte z najdawniejszych dziejów Europy są wciąż obecne w jej współczesności.

Podobny los jest udziałem bardzo wielu kobiet i nietrudno się domyślić, że fala agresji, jaka spada na panie piastujące wysokie stanowiska w nauce, polityce czy biznesie, zniechęca całe rzesze kobiet od ubiegania się o odpowiedzialne, eksponowane stanowiska, nawet wówczas, jeśli mają znacznie wyższe kwalifikacje niż koledzy po fachu. Beard brutalnie podkreśla, że to marnotrawstwo, na które zwyczajnie nie stać nawet bogatych zachodnich społeczeństw. A jednak wciąż je popełniają.

Odpowiedź na pytanie: dlaczego to robią, jest jedną z antycznych tajemnic. Jej rozwiązanie skrywa się w literaturze i sztuce stworzonej przez starożytnych Greków i Rzymian. W relacji Penelopy i Telemacha, w mitach: o Meduzie, Amazonkach i narodzinach Ateny. Mary Beard tę tajemnicę przed czytelnikami odkrywa. „Sprawa jest prosta, ale ważna: fundamentalny rozdział – realny, kulturowy i symboliczny, między kobietami a władzą pojawił się tak dawno, że z tego, co wiemy, nie było w historii Zachodu epoki, w której by nie występował” – pisze. Czy taka epoka w ogóle nastąpi, pozostaje kwestią otwartą. Agnieszka Kantaruk

UWAGA!

Książce „Kobiety i władza” zostanie poświęcone spotkanie Klubu „Tygodnika Powszechnego”.
Do dyskusji zostały zaproszone panie prof. Krystyna Bartol (Instytut Filologii Klasycznej UAM) oraz prof. Dorota Piontek (Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM).
Spotkanie odbędzie się w Poznaniu w Restauracji „Pod Niebieniem” (Stary Rynek 64/65) 17 stycznia o godzinie 19:00.
Wstęp wolny.

Mary Beard, Kobiety i władza. Manifest , Przekład: Ewa Hornowska, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 25 września 2018
 
 

Kobiety i władza

Mary Beard
Kobiety i władza. Manifest
Przekład: Ewa Hornowska
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 25 września 2018
 

PRZEDMOWA

NIE ZAPOMINAJMY, ŻE KOBIETY na Zachodzie mają wiele powodów do radości. Moja matka urodziła się przed uzyskaniem przez kobiety w Wielkiej Brytanii praw wyborczych. Doczekała się pani premier. Niezależnie od tego, co myślała o Margaret Thatcher, była zadowolona, że rezydencję pod numerem 10 objęła kobieta, i dumna, że sama też w pewnym stopniu bierze udział w rewolucyjnych przemianach XX wieku. W przeciwieństwie do kobiet poprzednich pokoleń mogła pogodzić pracę zawodową, małżeństwo i macierzyństwo (dla jej własnej matki ciąża oznaczała koniec pracy w zawodzie nauczycielki). Była niezwykle sprawną dyrektorką dużej szkoły podstawowej w West Midlands. Jestem pewna, że dla oddanych jej pod opiekę pokoleń dziewcząt i chłopców stanowiła ucieleśnienie władzy.
Z drugiej strony, moja matka wiedziała, że nie wszystko jest tak proste, jak się wydaje, że prawdziwa równość płci wciąż jest odległą sprawą i że są powody zarówno do radości, jak i gniewu. Zawsze żałowała, że nie poszła na uniwersytet (i ze szczerego serca się cieszyła, że ja mogłam to zrobić). Często przygnębieniem napawało ją, że jej poglądów i jej zdania nie bierze się tak poważnie, jak na to liczyła. I choć metafora szklanego sufitu pewnie wprawiłaby ją w zdziwienie, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że im wyżej wspina się po szczeblach kariery, tym mniej widzi wokół siebie kobiecych twarzy.
Gdy przygotowywałam oba wykłady, na których oparta jest ta książka, często myślałam o mamie. Chciałam wyjaśnić jej – a także sobie samej oraz milionom innych kobiet wciąż skazanych na te same frustracje – jak głęboko zakorzenione są w zachodniej kulturze mechanizmy, które pozwalają zamykać usta kobietom, odmawiać im poważnego traktowania i odcinać je (czasem całkiem dosłownie, jak zobaczymy) od ośrodków władzy. Jest jedno miejsce w świecie starożytnych Greków i Rzymian, z którego naprawdę możemy się czegoś o sobie dowiedzieć. Jeśli chodzi o niedopuszczenie kobiet do głosu, kultura Zachodu ma tysiące lat praktyki.

GŁOS KOBIETY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ

CHCĘ WYJŚĆ OD POCZĄTKÓW zachodniej literatury i pierwszego zapisanego w niej przypadku mężczyzny każącego kobiecie się „zamknąć”, mówiącego, że nie może ona zabierać głosu publicznie. Mam na myśli chwilę uwiecznioną w Odysei Homera, prawie trzy tysiące lat temu. Skłonni jesteśmy dzisiaj uważać to arcydzieło za epicką opowieść o Odyseuszu, jego przygodach i tarapatach, w jakie wpadał, wracając po wojnie trojańskiej do domu, gdy tymczasem jego żona Penelopa latami wiernie na niego czeka, opierając się nachalnym zalotnikom. Odyseja jest jednak w równym stopniu historią Telemacha, syna Odyseusza i Penelopy, historią jego dorastania i tego, jak w toku narracji zmienia się z chłopca w mężczyznę. Proces ten rozpoczyna się w pierwszej pieśni, kiedy Penelopa schodzi na dół, do wielkiej sali pałacowej i słyszy, jak aojda śpiewa dla tłumu jej zalotników o przeszkodach, które muszą pokonać greccy bohaterowie w drodze do domu. Nie podoba jej się ten przygnębiający temat i w obecności wszystkich prosi go, by wybrał inny, pogodniejszy. Wtedy wtrąca się młody Telemach: „Matko moja […], wracaj do siebie i pilnuj swojej roboty, krosien i kądzieli […]. Słowo do mężów należy, a ze wszystkich do mnie najbardziej, bo moja władza w tym domu”. I Penelopa wraca na górę.
Trochę śmieszne, że mający jeszcze mleko pod nosem chłopiec ucisza rozumną, dojrzałą kobietę. Scena ta dobrze pokazuje, że już u zarania kultury zachodniej, kiedy pojawiają się jej źródła pisane, kobiecego głosu w sferze publicznej nie słychać. Co więcej, jak twierdzi Homer, nieodłącznym elementem dorastania mężczyzny jest uczenie się przejmowania władzy nad wypowiedziami publicznymi i uciszania samic rodzaju ludzkiego. Słowa, którymi posługuje się Telemach, również są znaczące. Kiedy mówi, że „słowo należy do mężów”, używa słowa mythos, ale nie w tym znaczeniu, które znamy w odniesieniu do „mitu”. W grece Homera oznacza ono autorytatywne przemówienie publiczne, przeciwieństwo wszelkich pogawędek, paplaniny czy plotkowania, którymi może zajmować się każdy, w tym także kobiety – czyli głównie kobiety.
Interesuje mnie właśnie związek między tym klasycznie homeryckim momentem uciszenia kobiety a pewnymi wzorcami obecnymi we współczesnej kulturze, a także w naszej polityce – od najważniejszych stanowisk począwszy, na hali produkcyjnej skończywszy – za których sprawą głosy kobiet nie są w sferze publicznej słyszane. Jest to dobrze znana głuchota, doskonale sparodiowana na rysunku w „Punchu” sprzed lat: „Znakomity pomysł, panno Triggs. Na pewno któryś z obecnych tu panów chętnie go zrealizuje”. Chcę zastanowić się nad tym, jak może się to wiązać ze zniewagami, na które jeszcze teraz wiele kobiet rzeczywiście wypowiadających się publicznie jest narażonych, jednym z problemów zaś, które nie dają mi spokoju, jest związek między poniżeniem Penelopy przez Telemacha a wysyłanymi na Twitterze groźbami zgwałcenia i obcięcia głowy osobie, która głośno poparła pomysł umieszczenia na banknotach postaci kobiecych.
Moim celem jest spojrzenie z bardzo, bardzo odległej perspektywy na kulturowo zagmatwany związek między głosem kobiet a publiczną sferą przemówień, debat i komentarzy – polityką w najszerszym znaczeniu, od biurowych narad po mównicę parlamentarną. Mam nadzieję, że taka perspektywa pomoże nam wyjść poza prostą diagnozę mizoginii, na którą zbyt skwapliwie się zdajemy. Oczywiście mizoginia należy do arsenału środków, jakimi opisujemy to, co się dzieje. (Kiedy weźmie się udział w dyskusji w jakimś programie telewizyjnym, a potem dostanie mnóstwo tweetów, w których roi się od porównań twoich genitaliów do rozmaitych brzydko gnijących warzyw, trudno znaleźć trafniejsze słowo). Jeśli jednak chcemy zrozumieć fakt, że kobiecie, nawet jeśli nie dała się uciszyć, wciąż przychodzi płacić bardzo wysoką cenę za to, by być wysłuchaną – i chcemy coś z tym zrobić – musimy przyznać, że jest to nieco bardziej skomplikowane i że w tle kryje się długa historia.
Wzburzenie Telemacha było tylko pierwszym przypadkiem z ciągnącej się przez całą starożytność grecką i rzymską długiej serii przeważnie udanych prób nie tylko wykluczenia kobiet ze sfery publicznego przemawiania, ale także afiszowania się tym. Na przykład na początku IV wieku p.n.e. Arystofanes napisał komedię poświęconą w całości „zabawnej” fantazji, w której kobiety przejmują władzę nad państwem. Żart po części polegał na tym, że nie potrafią one poprawnie wypowiadać się publicznie – a raczej nie potrafią dostosować swojego prywatnego języka (który w tym wypadku w dużej mierze oscylował wokół seksu) do wzniosłego stylu wypowiedzi charakteryzującego męską politykę. W świecie rzymskim Owidiusz w Metamorfozach – niezwykłym mitologicznym, epickim poemacie o ludziach zmieniających kształty (i prawdopodobnie drugim dziele literackim mającym największy wpływ na sztukę zachodnią po Biblii) – wielokrotnie powraca do motywu uciszania kobiet za sprawą procesu przemiany. Nieszczęsna Io zamieniona przez Jowisza w jałówkę nie może mówić, tylko muczy, gadatliwa nimfa Echo zaś zostaje ukarana odebraniem głosu, który nigdy już nie będzie jej własnością, a jedynie narzędziem do powtarzania słów innych. Na słynnym obrazie Waterhouse’a patrzy na upragnionego Narcyza, ale nie może nawiązać rozmowy z owym pierwowzorem „narcyza”, który właśnie zakochał się w swym odbiciu ujrzanym w sadzawce.
Pewnemu sumiennemu rzymskiemu kompilatorowi z I wieku udało się znaleźć zaledwie trzy przykłady „kobiet, których naturalny stan nie skłonił do tego, by na Forum milczały”. Jego opisy są znamienne. Pierwsza z nich, Mezja, skutecznie sama broniła się w sądzie, a „ponieważ pod żeńską powłoką miała męskiego ducha, nazywano ją androgyne”. Druga, Afrania, sama wszczynała procesy sądowe i była „bezczelna” na tyle, by osobiście występować jako obrońca, aż wszystkich zmęczyło jej „szczekanie” i „ujadanie” (jej też odmawia się władania ludzkim „słowem”). Zostajemy poinformowani, że zmarła w 48 roku p.n.e., ponieważ „w przypadku takich wybryków natury ważniejsze jest odnotowanie, kiedy zmarły, niż kiedy się urodziły”.
W świecie antycznym publiczne zabieranie głosu przez kobiety nie budzi odrazy tylko w dwóch zasadniczych sytuacjach. Po pierwsze, kobiecie wolno się wypowiedzieć jako ofierze lub męczennicy, zwykle w prologu do własnej śmierci. W epoce wczesnochrześcijańskiej kobiety opisywano jako te, które na głos wyrażały swoje przywiązanie do wiary, idąc między lwy. Cnotliwej Lukrecji, bohaterce powszechnie znanej opowieści z początków historii Rzymu, zgwałconej przez okrutnego królewicza, także pozwolono mówić wyłącznie po to, by potępiła gwałciciela i ogłosiła swe samobójstwo (przynajmniej tak to relacjonowali rzymscy pisarze: co naprawdę się wydarzyło, nie mamy pojęcia). Nawet jednak tak gorzka okazja wypowiedzenia się może zostać odebrana. Jedna z opowieści w Metamorfozach poświęcona jest gwałtowi na księżniczce ateńskiej Filomeli. Aby uniknąć słów potępienia w stylu Lukrecji, gwałciciel po prostu obcina jej język. Szekspir włączył ten motyw do tragedii Tytus Andronikus, gdzie zgwałconej Lawinii również wyrwano język.
Drugi wyjątek jest szerzej znany. Sporadycznie kobiety mogły zabierać głos w majestacie prawa: bronić swoich domostw, dzieci, mężów albo interesów innych kobiet. Tak więc w trzecim z przykładów wymienionych przez wspomnianego rzymskiego kompilatora kobieta o imieniu Hortensja unika sankcji, ponieważ działa jawnie jako rzeczniczka rzymskich kobiet (i tylko kobiet), na które ma być nałożony specjalny podatek majątkowy od zamożności służący sfinansowaniu wątpliwego celu wojennego. Innymi słowy, w ostateczności kobiety mogą oficjalnie bronić swoich interesów, ale nie mogą mówić w imieniu mężczyzn ani całej społeczności. W zasadzie, jak ujął to jeden z filozofów w II wieku, „kobieta z równą skromnością winna się wystrzegać w obecności postronnych zabierania głosu, jak zdejmowania szat”.
Za tym wszystkim kryje się jednak coś więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. „Niemota” kobiety nie jest jedynie odbiciem powszechnego w świecie antycznym negowania jej znaczenia: odmówienia prawa do głosowania, ograniczenia samodzielności prawnej i finansowej i tak dalej. Tak się rzeczy miały naprawdę: kobiety epoki starożytnej oczywiście nie mogły zabierać głosu w sferze politycznej, bo formalnie ich w niej nie było. Mamy tu za to do czynienia ze znacznie bardziej realnym i celowym wykluczeniem kobiet z publicznej sfery języka – w dodatku takim, które ma o wiele większy wpływ na nasze zwyczaje, konwenanse oraz przekonania na temat głosu kobiet, niż chcielibyśmy przyznać. Nie chodzi mi o to, że kobiety po prostu nie zajmowały się przemówieniami i oratorstwem, tylko że ta działalność stanowiła ekskluzywne praktyki i umiejętności charakteryzujące męskość jako płeć społeczno-kulturową (gender). Jak widzieliśmy na przykładzie Telemacha, stać się mężczyzną (a przynajmniej wejść do elity mężczyzn) oznaczało móc rościć sobie prawo do mówienia. Przemawianie publiczne było atrybutem – a może wręcz tym atrybutem – który definiował męskość. Czyli, by przywołać znane rzymskie powiedzenie, należącego do elity obywatela można skrótowo opisać jako vir bonus dicendi peritus – człowieka prawego, doświadczonego mówcę. Kobieta przemawiająca publicznie w większości wypadków z definicji nie była kobietą.