Po raz kolejny Bernard Werber nie tylko prowadzi nas za rękę ku przygodzie, ale też zachęca do zadawania sobie pytań na temat naszej przyszłości i umiejętności czerpania możliwości z otaczającego nas świata.


Szósty senW wieku dwudziestu ośmiu lat Jacques Klein spotyka we śnie człowieka, którym stanie się za lat dwadzieścia dzięki maszynie umożliwiającej podróżowanie w czasie za pośrednictwem snu, wynalezionej przez czterdziestoośmioletniego Jacques’a.

Kierując się jego wskazówkami, wyrusza na poszukiwanie zaginionej w Malezji matki. Po spotkaniu z plemieniem Senoi, ludem, który opanował umiejętność świadomego snu, Jacques usiłuje osiągnąć szóste stadium snu – stadium, gdzie wszystko jest możliwe.

Autor nie przestaje fascynować kreacjami wyjątkowych światów, w których nauka splata się z ezoteryką, wierzeniami i legendami. Najnowszą powieść Werber osadził w tajemniczym świecie snu. Główny bohater, Jacques Klein, spotyka tam samego siebie – tylko starszego. Dowiaduje się, że „przyszły on sam” opracował system umożliwiający podróżowanie w czasie. Czym grozi taka moc? Zostajemy wciągnięci w poruszającą odyseję po meandrach czasu.

***

Werber znakomicie porusz się między teraźniejszością, przyszłością i przeszłością. Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, Bernard Werber żegluje ku przyszłości.
„Le Parisien”

Bernard Werber
Szósty sen
Przekład: Marta Turnau
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 28 listopada 2018
 
 

Szósty sen


PRZEDMOWA

Wyobraźcie sobie, że możecie cofnąć się w czasie o dwadzieścia lat i odnaleźć, we śnie, osobę, którą byliście w młodości.
Wyobraźcie sobie, że macie możliwość z nią porozmawiać.
Co byście jej powiedzieli?

AKT I

Praktykant spania

1

– Dobrze sypiacie?
Pytanie zaskakuje, niestosowne wydaje się rozmawianie na tak osobisty temat.
– Tak, wy, którzy siedzicie teraz naprzeciwko mnie, tu i teraz. Czy łatwo zasypiacie i budzicie się w formie?
Wobec braku jasnej odpowiedzi Caroline Klein uśmiecha się, zapala cygaretkę ze złotym filtrem, wydmuchuje powoli kilka kółek dymu, po czym oznajmia:
– Posłuchajcie mnie uważnie. Spędzamy jedną trzecią naszego życia na spaniu. Jedną trzecią. I jedną dwunastą na śnieniu. A jednak większości ludzi to nie interesuje. Czas poświęcony na sen jest postrzegany jedynie jako regeneracja. Sny są niemal natychmiast zapominane zaraz po przebudzeniu. Według mnie to, co się dzieje każdej nocy wśród pościeli w wilgotnym cieple naszych łóżek, zakrawa na tajemnicę. Świat snu to nowy kontynent wymagający odkrycia, równoległy wszechświat pełen skarbów, które zasługują na to, aby je wydobyć i wykorzystać. Kiedyś będzie się uczyło dzieci w szkołach, jak dobrze sypiać. Kiedyś na uniwersytecie będzie uczyło się studentów śnić. Pewnego dnia marzenia senne staną się dziełami sztuki oglądanymi przez wszystkich na wielkim ekranie. Wówczas okaże się, że ta trzecia część życia, którą niesłusznie uważaliśmy za niewykorzystaną, jest pożyteczna, że pomnaża nasze możliwości fizyczne i psychiczne. Jeśli uda mi się zrealizować mój „tajny plan”, jeszcze szerzej otworzę drzwi wiodące na niesamowitą drogę do świata snu, drogę, która naprawdę mogłaby wszystko zmienić.
Następuje długa cisza. Po wygłoszeniu tego wyznania Caroline Klein zaciąga się mocniej cygaretką i wypuszcza spomiędzy lśniących warg obłok jasnoszarego dymu. Opary tworzą pionową ósemkę, po czym rozciągają się w kształt wstęgi Möbiusa, aby w końcu rozproszyć się pod sufitem, omijając lampy.
Badaczka potrząsa włosami, zadowolona, że po raz kolejny wywarła wrażenie na swoim synu, dwudziestosiedmioletnim Jacques’u, i jego nowej narzeczonej, którą widzi po raz pierwszy i która, o ile dobrze pamięta, ma na imię Charlotte.
Młodzi ludzie przyglądają jej się, zafascynowani tą niezwykłą osobowością.
Caroline Klein ma pięćdziesiąt dziewięć lat i jest korpulentną blondynką o czarnych figlarnych oczach. Ma na sobie, jak zwykle, czerwoną sukienkę, a na szyi złoty naszyjnik z czerwonym motywem w kształcie drzewa. Jej ruchy świadczą o sile i opanowaniu. Mówi zdecydowanym tonem.
– Na czym polega pani „tajny plan”? – pyta Charlotte.
Słowa niosą się głośno po wnętrzu nowoczesnej willi w Fontainebleau, należącej do narzeczonej syna. Caroline ciągnie jednak, niewzruszona, jak gdyby nie dosłyszała pytania.
– Większość ludzi cierpi w nocy, śpią na nieodpowiednim materacu, miewają ataki bezdechu, okresy bezsenności, ciągle są zmęczeni, wstają obolali. Według najnowszych badań sześćdziesiąt procent osób przyznaje, że źle sypia. Czterdzieści procent zażywa regularnie środki nasenne. Dwadzieścia procent ma chroniczne problemy ze snem. Są one przyczyną zaburzeń systemu odpornościowego, chorób krążenia, skłonności samobójczych, sprzyjają też otyłości. Pary rozwodzą się, ponieważ jeden z partnerów chrapie albo miota się we śnie. Ileż tragedii, wypadków samochodowych i niepowodzeń w szkole spowodowanych jest po prostu… nieudaną nocą.
Jacques nalewa wina, co matka odbiera jako zachętę do kontynuowania wykładu.
– Napoleon twierdził, że niewiele sypia, w rzeczywistości cierpiał na bezsenność. Być może właśnie z tego powodu był bardzo drażliwy, wpadał we wściekłość i podbił tyle sąsiednich krajów. Wśród słynnych osób z problemami snu można również wymienić Vincenta van Gogha, Izaaka Newtona, Thomasa Edisona, Marilyn Monroe, Szekspira, Margaret Thatcher. Wszyscy cierpieli na bezsenność.
– Ta jednak ich inspirowała. Przynajmniej Newtona i Szekspira – zauważa Charlotte.
– Lecz byli nieszczęśliwi. Na tych kilka przypadków, kiedy bezsenne noce sprzyjały tworzeniu (żeby nie oszaleć), ilu anonimowych nietwórców leżało tylko bez ruchu, przygnębionych, zrozpaczonych, patrząc na mijający na tarczy zegara czas, licząc tylko na jedno… żeby normalnie zasnąć?
– Bezsenność to niesprawiedliwa kara.
– Nie, przeciwnie, to dziedzina, w której wszyscy jesteśmy sobie równi. Wobec snu bogaci i biedni, zwycięzcy i przegrani, piękni i brzydcy, ludzie Zachodu i Wschodu, małżonkowie i single leżą na tej samej krnąbrnej poduszce.
Caroline Klein buduje napięcie, przerywając na chwilę.
– Wierzcie mi, złe zarządzanie snem jest jedną z najgorszych plag stulecia, a mimo to rzadko się o tym mówi. Jedynym rozwiązaniem, jakie znaleziono do tej pory, jest zażywanie środków nasennych, czyli tłumienie symptomów zamiast leczenia przyczyny. Współczesne środki nasenne składające się w większości z benzodiazepinów skutkują straszliwymi efektami ubocznymi: 1) eliminują marzenia senne, 2) uzależniają, 3) od niedawna podejrzewa się je o zwiększanie ryzyka zapadnięcia na chorobę Alzheimera.
– Na czym polega pani „tajny projekt”? – nalega Charlotte.
Caroline Klein czuje rozbawienie, zauważywszy, że Charlotte jest do niej podobna. Te same jasne włosy, te same czarne oczy, ta sama obfitsza sylwetka. Wiążąc się z tą młodą kobietą, syn pokazuje, że jest podświadomie zakochany… we własnej matce. Myśl ta wywołuje uśmiech na jej twarzy i niemal niezauważalny tik polegający na potrząśnięciu blond włosami.
Rozgniata cygaretkę zdecydowanym gestem.
– Widzimy się dziś po raz pierwszy, proszę pozwolić mi zachować nienaruszoną pewną część tajemnicy, którą będziemy miały przyjemność badać w trakcie naszych kolejnych spotkań. Szczególnie że posiada pani wiedzę na temat dzisiejszego traumatycznego wydarzenia, dlatego… może przejdziemy do stołu?
Opuszczają salon i zasiadają w przestronnej jadalni. Charlotte przynosi z kuchni potrawę, którą naprędce przygotowała: spaghetti po bolońsku posypane górą tartego sera.
– To lekkie danie, ale gotuję bez glutenu, tak jest najzdrowiej. Musi przecież istnieć związek między trawieniem wieczornego posiłku i snem, jaki po nim następuje, prawda? – Młoda kobieta usiłuje powrócić do zajmującego ją tematu.
– Wszystko wpływa na sen. Jedzenie, pogoda, godzina kładzenia się do łóżka, stres, picie.
Jacques napełnia trzy kieliszki winem w ciemnoczerwonym kolorze.
– Dzięki temu nektarowi zyskujemy gwarancję spokojnej nocy – uzupełnia, żeby rozładować atmosferę.
– Co zrobić, żeby dobrze sypiać? – dopytuje Charlotte, wciąż zaintrygowana.
– Zalecam odpowiednie odżywianie się, udane życie seksualne (co najmniej osiem stosunków na miesiąc), regularne pory zasypiania, kilka głębokich oddechów, nieco lektury. Nie ma nic lepszego nad dobrą książkę, żeby smacznie spać. Sprzyja ona powstawaniu pierwszych scen naszego przyszłego snu. Jacques chętnie pani o tym opowie, przekazałam mu kluczową wiedzę na ten temat.
Na deser jedzą pływające wyspy pokryte różową warstewką likieru Grand Marnier. Wreszcie Caroline zauważa, że jest już po północy: jest zmęczona i chce wracać do domu.
– Po tych wszystkich dzisiejszych zdarzeniach rozumiem, że jest pani wycieńczona, profesor Klein. Jeśli ma pani ochotę, może pani tutaj spać, mamy pokój gościnny na pierwszym piętrze.
– Nie, dziękuję, Charlotte, wolę wrócić do siebie. Moi wrogowie pewnie się już zmęczyli i dadzą mi spokój o tak później porze, poza tym śpi mi się dobrze tylko we własnym łóżku. Mam swój wieczorny rytuał. Co się zaś tyczy okropnego skandalu, jaki miał dzisiaj miejsce, nie martwcie się, sen zmetabolizuje go przez noc. Taka już jestem. Używam snu do przeżuwania, mielenia i trawienia wszystkich dziennych kłopotów.
Mówiąc to, sięga po orzech i kruszy łupinę w dłoni.
– Jedynie we śnie jesteśmy wolni. Tylko we śnie wszystko jest możliwe.
Gryzie dwie połówki miękiszu podobne do maleńkich beżowych półkul mózgu.
– Do widzenia i dziękuję za miłą improwizowaną kolację. Do zobaczenia wkrótce, obiecuję.
Caroline Klein wsiada do czerwonego sportowego samochodu i rusza z piskiem opon, wykonując ostatni gest pożegnania pod adresem syna i jego narzeczonej stojących w progu willi.
Pędzi wśród ciepłej nocy, zadowolona przede wszystkim, że nie zdradziła ani jednego szczegółu swojego „tajnego planu” tej obcej, nieco zbyt ciekawskiej, jak na jej gust, osobie.
Nad nią okrągły błyszczący księżyc uśmiecha się osobliwie, jak gdyby wiedział, że najgorsze ma dopiero nadejść.

2

W lustrze odbija się jej okrągłe oko. Rzęsy trzepoczą.
O drugiej nad ranem Caroline Klein wreszcie wróciła do siebie.
Zmywa makijaż wacikami nasączonymi wodą o zapachu lilii, myje zęby niebieskawą pastą.
Mimo głębokiej nocy na Montmartrze temperatura jeszcze bardziej wzrosła i Caroline otwiera okna mieszkania na szóstym piętrze, żeby przewietrzyć i wychłodzić pomieszczenia.
Zrzuca czerwoną suknię, zdejmuje czarną bieliznę i ostrożnie wślizguje się pod jedwabną pościel.
Dwadzieścia minut po drugiej zasypia.
O wpół do czwartej powoli wstaje i naga, ale z otwartymi oczyma utkwionymi w pustce, kieruje się do kuchni. Wyciąga z zamrażalnika stek, kładzie go na talerzu, siada i usiłuje jeść widelcem. Kiedy jej się to nie udaje, wyciąga z szuflady nóż i nacina zamrożone mięso. Wstaje i nie wypuszczając z ręki lśniącego ostrza, ponownie otwiera po kolei szafki, jak gdyby szukając cudownej przyprawy, którą mogłaby dodać do opornego, twardego jak kamień mięsa. Maca, przewraca kieliszek i rani się, depcząc po rozbitym szkle.
Następnie otwiera okno kuchenne i, wciąż mając puste spojrzenie, wspina się na kredens i szykuje do wyjścia na dach w poszukiwaniu idealnego towarzystwa pasującego do zamrożonego steku.
Stawia jedną stopę na dachówkach, potem drugą. Robi dwa kroki, dziesięć kroków. Lepkie od krwi stopy ślizgają się po dachu, ale kobieta nie traci równowagi.
Nad Paryżem lśnią miriady błyszczących i mrugających punkcików, niczym świetliki, ale ona nie zwraca na nie uwagi. Ma rozszerzone źrenice, nieruchome, zagubione w nieskończoności spojrzenie.
Kolejne dziesięć kroków.
Znajduje się na wysokości dwudziestu metrów nad ziemią i upadek miałby fatalne skutki, ale ona nie jest tego świadoma i idzie dalej, z dłonią zaciśniętą na wielkim nożu. Kroczy naprzód po krawędzi dachu, naga, w świetle księżyca i gwiazd.
O trzeciej trzydzieści siedem w dole rozlega się alarm samochodu, wywołany przez odchody gołębia.
Caroline Klein przeszywa dreszcz, jej źrenice kurczą się. Teraz wyraźnie widzi dachy wokół siebie i uświadamia sobie, że jest całkiem naga. Następnie dostrzega wielki nóż w swojej dłoni i z jej gardła wyrywa się okrzyk przerażenia.
Wokoło zapalają się światła. Ciekawskie i potępiające twarze wyłaniają się zza zasłon w oknach sąsiednich fasad. Caroline upuszcza nóż, który spada sześć pięter w dół i uderza w chodnik z tępym odgłosem. Kobieta zasłania piersi i płeć.
Caroline Klein kręci się w głowie. Opuszcza się na kolana, żeby zminimalizować ryzyko upadku.
O trzeciej trzydzieści dziewięć udaje jej się dotrzeć do kuchennego okna, zaciąga zasłony i umyka przed wzrokiem sąsiadów. Chowa zamrożony stek, zamyka szafki, nakleja plaster na stopę, zakłada pantofle, zbiera rozbite szkło kieliszka. Wreszcie narzuca szlafrok i wypija szklankę lodowatej wody.
O trzeciej pięćdziesiąt siada na kilka minut, żeby przyjrzeć się sobie w lustrze, oszołomiona. Oddycha głęboko, żeby odpędzić z trudem powstrzymywaną wściekłość, która w niej wzbiera. Tysiące myśli napływają jej do głowy. Rośnie w niej napięcie. Drży, twarz ściąga jej się pod wpływem nerwowych tików.
Pochyla się nad swoim odbiciem, przygląda się sobie z bliska, a to, co widzi, przeraża ją.
Tłucze lustro uderzeniem pięści.
O trzeciej pięćdziesiąt siedem podejmuje radykalną decyzję, chcąc, aby ta scena nie mogła nigdy więcej się powtórzyć, decyzję, której konsekwencje będzie musiała ponieść – wszystkie konsekwencje, niezależnie od tego, jak trudne będą.

3

Kobieca dłoń głaszcze go po karku. Paznokieć sunie po tętnicy aż pod brodę.
– Na czym więc polega ten jej „tajny projekt”? – pyta Charlotte. – Na pewno jest związany ze snem i marzeniami sennymi. Musisz coś wiedzieć.
– Prosiła, żebym nikomu o tym nie wspominał. Przykro mi.
Młoda kobieta wzrusza ramionami, rozczarowana, lecz nie nalega więcej i zamyka się w łazience, żeby zmyć makijaż i przygotować się na noc.
Jacques Klein, zostawszy sam w pokoju, otwiera okno i wdycha ciepłe powietrze, uśmiechnięty, rozluźniony i zadowolony.
Widzi księżyc i gwiazdy. Przypomina mu się wszystko, co się wydarzyło w ciągu tego bogatego w emocje dnia.
Moja matka jest taka odważna. Sposób, w jaki stawiła dzisiaj czoło przeciwnościom, zaiste trudnym, jest niesamowity. Spokojna, silna, zrównoważona. Nieugięta. Nieczęsto widuję ją równie swobodną. Jest naprawdę niezniszczalna.
Cieszy się, że udało mu się znaleźć sposób na rozwiązanie ciężkiego kryzysu poprzez zorganizowanie zaimprowizowanej kolacji w Fontainebleau, ma wrażenie, że jego nowa narzeczona, Charlotte, spodobała się matce. Był zachwycony, kiedy Caroline nawiązała do swojej pasji, jaką jest sen.
„Spędzamy jedną trzecią naszego życia na spaniu”.
To oznacza, że ktoś, kto miałby żyć dziewięćdziesiąt lat, będzie spał przez trzydzieści. Trzydzieści lat zapomnienia, straconego, bezowocnego czasu, któremu przypisujemy nieznaczną tylko wagę.
Trzydzieści lat… To więcej niż mój aktualny wiek.
„I jedną dwunastą na śnieniu”. Czyli mniej więcej siedem lat.
Jacques słyszał już te słowa wielokrotnie, ale wciąż nie znudziły go opowieści matki na jej ulubiony temat. Za każdym razem bardziej uświadamia sobie znaczenie jej słów.
Pasja Caroline jest zaraźliwa, a kiedy mówi o tym kontynencie do zbadania, jego przeszywają dreszcze.
Moja matka jest badaczką na miarę nowoczesności.
Zamyka oczy i przypomina sobie podejście, jakie miał we wczesnym dzieciństwie do zwykłego faktu spania… ponieważ urodził się, śpiąc.

4

Wydarzyło się to pewnej soboty, punktualnie o północy, dwadzieścia siedem lat wcześniej.
Ponieważ poród odbywał się pod znieczuleniem, przez cesarskie cięcie, nie było oczekiwania, kleszczy, parcia, ucisku, rozciągania, nacinania krocza. Wszystko przebiegło szybko, łagodnie, bez jakiegokolwiek bólu. Wyciągnięto go tak, jak się wyciąga ciepłe ciasto z pieca, potrząśnięto nieco, żeby zainteresował się sytuacją wokoło, bo wydawał się całkowicie obojętny na to, co się z nim dzieje.
W końcu były to „tylko” jego narodziny.
Zaniepokoiła go zmiana otoczenia.
Przeszkodziły mu hałas, światło i chłód. Jego pierwszą myślą na zewnątrz musiało być: Zatem poza światem brzucha istnieje inny świat, który wreszcie odkrywam, ale wydaje mi się on bardzo zaskakujący.
Wyraził swoje niezadowolenie kopniakami i dał do zrozumienia, że ma ochotę dalej spać spokojnie w swojej wilgotnej, różowej, ciemnej i ciepłej niszy.
Nie podejrzewał jeszcze wówczas, że życie właśnie na tym polega: na kolejnych zmianach otoczenia.
Od brzucha matki po trumnę w ziemi.
W każdym z miejsc będzie musiał się zmierzyć z innym problemem.
Czując podświadomie, że jeśli zapłacze, dadzą mu spokój, zgodził się wydać z siebie kilka jęków. W konsekwencji zaczęto go przerzucać od jednej do drugiej pary lepkich warg, które całowały go w czoło i w policzki.
Ramiona ułożyły go w miękkim i ciepłym inkubatorze pachnącym lawendą. Tam mógł wreszcie dalej odpoczywać.
Jacques Klein odziedziczył cechę, która predysponowała go do interesowania się snem.
Jego ojciec, Francis Klein, był żeglarzem, który wsławił się samotnymi rejsami. Był wysokim, rudym mężczyzną o krótkiej brodzie, dużych stwardniałych dłoniach, zielonych oczach i bardzo jasnej cerze usianej miejscami piegami. Miał już na swoim koncie wiele zwycięstw. Jego najbardziej cenna umiejętność polegała na opanowaniu snu w krótkich sekwencjach, co pozwalało mu unikać zderzeń z okrętami pływającymi po oceanach. Francis Klein nauczył się spać „naukowo” u boku żony, Caroline, słynnej neurofizjolożki, która prowadziła zaawansowane badania nad snem oraz marzeniami sennymi i pracowała już wówczas w szpitalu Hôtel-Dieu w Paryżu.
Dzięki wsparciu małżonki Francis pobił rekord w przepłynięciu Atlantyku jachtem: w pięć dni, godzinę i trzynaście minut. W wieczór zwycięstwa Caroline i Francis Klein kochali się i poczęli małego Jacques’a, jak gdyby dla uczczenia tego triumfu.
Z wnętrza inkubatora noworodek usłyszał rozmowę rodziców, która wówczas wydawała mu się jedynie hałasem, ale którą dorosły Jacques potrafił teraz odtworzyć w swoim umyśle.
„Zrobimy z niego wielkiego odkrywcę”, przepowiedział mu ojciec.
„Zrobimy z niego przede wszystkim wielkiego marzyciela”, odparła matka.