“Osiem białych nocy” to napisane pięknym językiem, szczegółowe i momentami bolesne studium oczekiwań i nadziei, z jakimi zmaga się każdy z nas, gdy rozpoczyna nowy związek.


Osiem białych nocyMężczyzna przed trzydziestką udaje się na przyjęcie bożonarodzeniowe na Manhattanie. Poznaje tam kobietę imieniem Clara. W ciągu następnego tygodnia oboje spotykają się co wieczór w tym samym kinie.

Mężczyzna jest zauroczony, ale ostrożny, nie chce wykonać pochopnego ruchu. Napięcie między dwojgiem stopniowo rośnie, towarzyszą mu niepewność, nadzieja i brak zaufania.

Rozbudzone emocje kumulują się w ostatnią noc starego roku. Czy wraz z nim odejdą w przeszłość wszelkie wątpliwości?

***

Ona jest zaskakująca, impulsywna i niezrównanie dziwna. Tak jak i on. Rozpoczną zalotny taniec, który was oczaruje albo odrzuci – to hipnotyzująco-intensywna kolizja dwóch ekscentrycznych dusz. Głęboko intelektualna powieść, nieprzypominająca niczego, co do tej pory przeczytaliście.
„The Washington Post”

Aciman doskonale kontynuuje przeprawę przez pole minowe pragnień i pożądania… Dla każdego, kto kiedykolwiek wydostał się z przypominającej sen nierzeczywistości obsesyjnych początków uczucia, będzie to szybki powrót wprost do króliczej nory.
„The Boston Globe”

André Aciman (ur. 1951) – amerykański pisarz, eseista i literaturoznawca. Urodził się i wychował w Egipcie, obecnie mieszka w Nowym Jorku. Karierę naukową poświęcił głównie twórczości Marcela Prousta, wykładał literaturę francuską, teorię literatury oraz prowadził kurs kreatywnego pisania dla studentów Uniwersytetu Nowojorskiego. W 1995 roku opublikował pierwszą książkę, „Wyjście z Egiptu” (wyd. pol. 2009), w której odtworzył obraz Aleksandrii z czasów swojej młodości. Debiut ten uhonorowano nagrodą Whiting Award. Pierwsza powieść pisarza, „Tamte dni, tamte noce” (wyd. pol. 2018), ukazała się w 2007 roku i dopiero po latach zyskała rozgłos dzięki ekranizacji w reżyserii Luki Guadagnina z 2017 roku, nagrodzonej Oscarem za najlepszy scenariusz adaptowany oraz nominowanej do Złotego Globu. Aciman ma na koncie jeszcze trzy powieści: „Osiem białych nocy” (2010), „Harvard Square” (2013) i „Enigma Variations” (2017), a także kilka zbiorów esejów.

André Aciman
Osiem białych nocy
Przekład: Agnieszka Walulik
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 28 listopada 2018
 
 

Osiem białych nocy


Noc pierwsza

W połowie kolacji wiedziałem już, że później odtworzę sobie cały wieczór w głowie: autobus, śnieg, droga wiodąca w górę łagodnego wzniesienia, katedra majacząca tuż przede mną, nieznajoma w windzie, duży zatłoczony salon pełen widocznych w blasku świec twarzy promieniejących od śmiechu i tajemniczego przeczucia, dźwięki fortepianu, śpiewak o gardłowym głosie, sosnowa woń unosząca się we wszystkich pomieszczeniach, po których wędrowałem, myśląc sobie, że powinienem był zjawić się tu dziś o wiele wcześniej albo nieco później, albo w ogóle nie przychodzić; klasyczne grafiki w sepii na ścianie przy łazience, a obok ukryty za drzwiami skrzydłowymi długi korytarz wiodący do prywatnej, niedostępnej dla gości części mieszkania, który jednak skręcił w kierunku przedpokoju i nagle, niczym za sprawą magii, wrócił do salonu, gdzie tymczasem zebrało się jeszcze więcej ludzi i ktoś niespodziewanie odwrócił się do mnie przy oknie za dużą choinką, choć schowałem się tam w nadziei na chwilę spokoju, wyciągnął rękę i powiedział:
– Jestem Clara.
Jestem Clara, wypowiedziane ot tak, jakby było to najoczywistsze stwierdzenie pod słońcem, jakbym i tak już to wiedział albo powinienem był wiedzieć, lecz skoro nie zwróciłem na nią uwagi czy też może usiłowałem nie zwracać na nią uwagi, ona postanowiła pomóc mi wyzbyć się pozoru obojętności i nadała twarz imieniu, które bez wątpienia słyszałem już wielokrotnie z ust innych osób.
U każdej innej osoby „Jestem Clara” mogłoby zabrzmieć jak niepewne zagajenie rozmowy – potulne, powierzchownie asertywne, przesadnie zdawkowe, zdystansowane, rzucone jakby poniewczasie; słowny odpowiednik potrząśnięcia ręki, które nauczyło się pozorować stanowczość i energiczność poprzez nadmierne przeciąganie skądinąd bezwładnego i drętwego uścisku. U osoby nieśmiałej słowa „Jestem Clara” wymagałyby wysiłku, który całkowicie by ją wyczerpał, tak że na brak reakcji ze strony rozmówcy poczułaby nieomal wdzięczność.
Lecz w jej ustach owo „Jestem Clara” nie było ani śmiałe, ani obcesowe; wypowiedziała je z cierpkim, wystudiowanym uśmiechem kogoś, kto powtarzał to już zbyt wiele razy, żeby przejmować się wrażeniem, jakie sprawi, przerywając w ten sposób milczenie w towarzystwie obcego człowieka. Wymuszone, obojętne, zmęczone i rozbawione – nią samą, mną, życiem, które sprawiło, że nawiązywanie rozmowy jest czymś tak stresującym i krępującym – „Jestem Clara” wsunęło się między nas niczym pozbawiona znaczenia formalność, z którą trzeba się wreszcie uporać, więc równie dobrze można to zrobić teraz, skoro oboje stoimy akurat z dala od tłumu zgromadzonego na środku pomieszczenia i szykującego się do rozpoczęcia śpiewu. Jej słowa zaskoczyły mnie jak jeden z tych niespodziewanych podmuchów wiatru, które przedzierają się przez wszelkie zapory i otwierają na oścież wszystkie drzwi i okna, wnosząc zapach wiosennego kwiecia w sam środek zimowych miesięcy, siejąc na swojej drodze zamęt i skłaniając do przedwczesnej zażyłości niczym ktoś, kto nie ma nic do stracenia i kogo zupełnie nie obchodzi, co pomyślą o nim inni. Nie dostrzegałem w jej tonie natarczywości ani chęci pominięcia męczących banałów, lecz mimo to wyczułem odcień przymusu i rozgorączkowania, który nie był ani nieprzyjemny, ani całkowicie niezamierzony. Pasował do jej postaci, do niespokojnej arogancji jej podbródka, do karmazynowej i cienkiej jak woal koszuli, rozpiętej aż po mostek, do odsłoniętej skóry, gładkiej i równie nieprzystępnej co mały diamencik wiszący na cienkim platynowym naszyjniku.
„Jestem Clara”. Wprosiło się niezapowiedziane jak amatorka teatru, która przepycha się między pozajmowanymi fotelami, przeszkadzając wszystkim w ostatnich sekundach przed podniesieniem kurtyny, a jednak zamieszanie, którego jest przyczyną, wyraźnie bawi ją do tego stopnia, że gdy tylko dociera do zarezerwowanego na cały sezon miejsca, natychmiast zsuwa płaszcz z ramion, odwraca się do siedzącej obok osoby i przepraszając za zakłócenie spokoju, a zarazem zupełnie się tym nie przejmując, szepcze porozumiewawczo: „Jestem Clara”. Ma to oznaczać: jestem Clara, którą będziesz tu widywał przez cały rok, więc postarajmy się być dla siebie mili. Jestem Clara, której nigdy nie spodziewałeś się ujrzeć na fotelu obok siebie, a jednak oto się zjawiłam. Jestem Clara, którą będziesz pragnął oglądać tu każdego dnia każdego miesiąca przez resztę tego oraz każdego kolejnego roku swojego życia – a ja o tym wiem, więc powiedzmy sobie szczerze: może starasz się tego nie okazywać, ale też zdajesz sobie z tego sprawę, i to od momentu, kiedy po raz pierwszy na mnie spojrzałeś. „Jestem Clara”.
Było to coś pomiędzy żartobliwym „Jak mogłeś tego nie wiedzieć?” a „Co masz taką przygnębioną minę?”. Proszę – zdawała się mówić, niczym magik pokazujący dziecku prostą sztuczkę – weź to imię, zaciśnij je mocno w ręce, a po powrocie do domu rozłóż dłoń i pomyśl sobie: „Dzisiaj poznałem Clarę”.
Jakby zaoferowała starszemu panu kawałek czekolady z orzechami akurat w momencie, kiedy miał stracić cierpliwość. „Niech pan nic nie mówi, dopóki pan tego nie spróbuje”. Wytrącała człowieka z równowagi, ale natychmiast mu to wynagradzała, zanim w ogóle zdążył się zorientować, tak że nawet nie miał pewności, co było pierwsze: przeprosiny czy delikatna szpila, a może jedno i drugie splotło się w jednym zwrocie, owijając jej dwa słowa spiralą, jakby były wypowiedzianą z uśmiechem groźbą śmierci przebraną za nic nieznaczący żart. „Jestem Clara”.
Życie przed. Życie po.
Wszystko przed Clarą wydawało się takie martwe, puste, tymczasowe. Wszystko po Clarze ekscytowało mnie i przerażało: miraż oazy majaczący na drugim końcu doliny grzechotników.
„Jestem Clara”. Oto był jeden pewnik, co do którego nie musiałem mieć żadnych wątpliwości i mogłem do niego wracać za każdym razem, kiedy będę chciał o niej pomyśleć – przenikliwej, ciepłej, cierpkiej i niebezpiecznej. Cała jej osobowość emanowała z tych dwóch słówek, jakby były pilną informacją zapisaną tajemniczo na odwrocie książeczki z zapałkami, którą chowasz do portfela, bo zawsze już będzie ci przypominać tę noc, kiedy niespodziewanie rozkwitło przed tobą marzenie, twoje wyśnione życie. I może nie było to nic więcej – ot, zwykły sen – ale zbudziło we mnie tak silne pragnienie bycia szczęśliwym, że prawie gotów byłem uwierzyć, iż faktycznie jestem szczęśliwy w ów wieczór, kiedy ona wdarła się we mnie niespodziewanie, wnosząc zapach wiosennego kwiecia w sam środek zimowego miesiąca.
Czy po opuszczeniu dzisiejszego przyjęcia nadal będę tak się czuł? A może przebiegle znajdę sposób, żeby zafiksować się na drobnych wadach, aż zaczną mnie drażnić i pozwolą mi stłamsić to marzenie tak, że wreszcie zgaśnie i utraci swój powab, a utraciwszy go, przypomni mi na nowo – jak zawsze na nowo – że szczęście to jedna jedyna rzecz w życiu, której inni nie są w stanie nam zapewnić.
„Jestem Clara”. Te słowa miały moc przywołania jej głosu, jej uśmiechu, jej twarzy, gdyby w trakcie wieczoru zniknęła w tłumie, napełniając mnie obawą, że już zdążyłem ją utracić albo tylko ją sobie wyobraziłem.
– Jestem Clara – mógłbym sobie powiedzieć w takiej chwili, a wtedy ona znów byłaby Clarą i zjawiłaby się przy mnie obok choinki, przenikliwa, ciepła, cierpka i niebezpieczna.
Już teraz – nie minęło nawet kilka minut od momentu, kiedy się poznaliśmy, a wiedziałem, że tak będzie – wyobrażałem sobie, że mógłbym jej nigdy więcej nie spotkać; już teraz zastanawiałem się, w jaki sposób mam zabrać ze sobą owo „Jestem Clara” i schować je do szuflady razem ze spinkami do mankietów, wkładami do kołnierzyków, zegarkiem i portfelem.
Przyzwyczajałem się do niewiary, że ten moment zdoła potrwać kolejne pięć minut, ponieważ nosił wszelkie znamiona nierzeczywistego, zaczarowanego interludium, kiedy wszystkie drzwi otwierają się aż nazbyt łatwo i pozornie wpuszczają nas do zamkniętego zwykle kręgu, którym jest nic innego jak nasze własne życie – nasze życie, tyle że w postaci, w jakiej zawsze pragnęliśmy je przeżywać, choć na każdym kroku oszukiwaliśmy; nasze życie ujęte wreszcie według właściwego klucza, opowiedziane od nowa w odpowiednim trybie gramatycznym, w języku, który do nas przemawia i do nas jedynie jest dostosowany; nasze życie, wreszcie urzeczywistnione i świetlane, ponieważ objawiło się nagle nie w naszym własnym, lecz w cudzym głosie, zostało uchwycone cudzą ręką, odbite na twarzy osoby, która nie może przecież być nam obca, ale ponieważ właśnie taka jest, przykuwa nasz wzrok spojrzeniem mówiącym: „Dziś wieczorem to ja jestem twarzą, którą nadajesz swojemu życiu i temu, jak je przeżywasz. Dziś wieczorem to ja jestem twoimi oczami na świat, który spogląda z powrotem ku tobie. Jestem Clara”.
Oznaczało to: „Weź moje imię i szepcz je do siebie, a za tydzień wróć i przekonaj się, czy zdążyło obrosnąć kryształami”.
Jestem Clara – uśmiechała się, jakby rozbawiło ją coś, co ktoś przed chwilą powiedział, a ona przyjęła tę wesołość zrodzoną w innym kontekście i odwróciła się do mnie, ukrytego za świąteczną choinką, i wyjawiła mi swoje imię, podała mi swoją dłoń, sprawiła, że chciałem się zaśmiać z puenty, której nie usłyszałem, ale która doskonale odpowiadała poczuciu humoru dokładnie takiemu jak moje.
To właśnie oznaczało dla mnie: „Jestem Clara”. Stworzyło iluzję intymności, przyjaźni na krótko przerwanej i pospiesznie wznowionej, jakbyśmy już się kiedyś spotkali albo nasze ścieżki się krzyżowały, ale ciągle nie mogliśmy na siebie trafić i teraz za wszelką cenę musieliśmy na nowo się poznać, a jej gest wyciągnięcia ręki był czymś, co powinniśmy byli zrobić dużo wcześniej, bo przecież wspólnie się wychowaliśmy, tylko potem straciliśmy kontakt, albo tyle razem przeszliśmy, albo w jakimś innym życiu byliśmy kochankami, dopóki nie rozłączyło nas coś tak trywialnego i haniebnego jak śmierć, lecz tym razem Clara nie zamierzała do tego dopuścić.
„Jestem Clara” oznaczało: ja już cię znam – to nie jest zwyczajna sytuacja – a jeśli wydaje ci się, że przeznaczenie nie miało z tym nic wspólnego, to lepiej zastanów się jeszcze raz. Owszem, możemy (jeśli masz ochotę) trzymać się banalnych koktajlowych uprzejmości i udawać, że wszystko dzieje się tylko w twojej głowie – albo możemy rzucić wszystko i niepomni na pozostałych, niczym dzieci, które w wigilijny wieczór budują sobie pośrodku zatłoczonego salonu malutki namiot, wstąpić do świata promieniejącego od śmiechu i tajemniczego przeczucia, gdzie nic nie wiąże się z ryzykiem, gdzie nie ma miejsca na wstyd, zwątpienie czy strach, gdzie wszystkie słowa są lekkim, frywolnym żartem, bo najuroczystsze sprawy często przychodzą do nas w przebraniu psot i radosnych zabaw.
Przytrzymuję jej rękę odrobinę dłużej, niż to się zwykle robi, żeby pokazać, że zrozumiałem wiadomość, ale nie tak długo, jak powinienem, z obawy, że wiadomość ta była tylko wytworem mojej wyobraźni.
Oto mój wkład, mój podpis pod tym wieczorem, moja pokrętna interpretacja zwykłego uścisku dłoni. Gdyby Clara wiedziała, jak odczytywać moje zachowania, przejrzałaby tę afektację i nonszalancję i dostrzegłaby inną, jeszcze głębszą, której niechętnie się wyzbywam, zwłaszcza w obecności kogoś, kto jednym przelotnym spojrzeniem i dwoma słowami bez trudu mógłby wydobyć ze mnie klucz do wszystkich moich kryjówek.
Nie przyszło mi do głowy, że ludzie, którzy wpadają z impetem w nasze życie, mogą równie łatwo z niego zniknąć, kiedy już z nami skończą; że ktoś, kto wbiega do filharmonii na kilka sekund przed rozpoczęciem koncertu, może nagle zerwać się z miejsca i od nowa zacząć się przepychać między fotelami, bo odkrył, że siedzi w niewłaściwym rzędzie, i uznał, że nie ma ochoty czekać na antrakt.
Spojrzałem na nią. Spojrzałem na jej twarz. Znałem tę twarz.
– Wyglądasz znajomo – zamierzałem powiedzieć.
– Wyglądasz, jakbyś trafił tu przez przypadek – odezwała się pierwsza.
– To widać? – odparłem. – I czy większość ludzi na przyjęciach nie wygląda, jakby trafiła tam przez przypadek?
– Niektórzy bardziej niż inni. On nie. – Pokazała palcem mężczyznę w średnim wieku, który rozmawiał z jakąś kobietą. Trzymał w dłoni przejrzystego drinka i stał pod czymś, co zapewne było zaledwie podróbką żłobkowanej kolumny o korynckim kapitelu; pochylony, opierał się o nią niedbale, jakby absolutnie nigdzie mu się nie spieszyło. – W ogóle nie wydaje się zagubiony. Ona też nie.
„Jestem Clara”. Potrafię przejrzeć ludzi.
Pan i pani Shukoff – tak ich ochrzciła. Shukoffów małżeńska raz para paliła się do bara-bara; rzekł on do niej śmiało, pieszcząc wzrokiem jej ciało: wnet cygarko się moje zajara.
Państwo Shukoff: ludzie, którzy z uporem cię shukoją, choć ciągle usiłujesz się przed nimi ukryć – wyjaśniła. Oboje wybuchliśmy śmiechem.
Następnie gestem, który nie miał nic wspólnego z dyskrecją, Clara wskazała palcem kobietę po sześćdziesiątce, w długiej czerwonej sukni i pantoflach z czarnej lakierowanej skóry.
– Babcia Świętego Mikołaja. Patrz – rzuciła, pokazując szeroki lakierowany pas ze złotą klamrą, opinający talię Babci. Kobieta miała na głowie coś, co po prostu musiało być peruką; połyskliwe blond pukle okręcały jej się wokół uszu, zakończone twardymi, zbitymi kosmykami o wyglądzie kłów młodego dzika. Z jej płatków usznych zwisały duże, rozcięte na pół perły, osadzone na maleńkich złotych talerzach; miniaturowe latające spodki, tylko bez zielonych ludzików – powiedziała Clara. Natychmiast ochrzciła kobietę imieniem Muffy i nazwiskiem Mitford. Następnie zaczęła rozbierać Muffy Mitford na części pierwsze, zaciągając mnie do pomocy, jakby w jej umyśle nie postał nawet cień wątpliwości, czy przyłączę się do niej w tym procesie całkowitej dyskredytacji.