Edward Rutherfurd zabiera czytelnika w fascynującą podróż przez stulecia. Misternie splecione losy kolejnych pokoleń bohaterów rozgrywają się na wielobarwnej scenie, jaką są dzieje największego miasta niegdyś niedostępnej wyspy.


DublinEdward Rutherfurd przenosi nas w czasy, gdy ze wzgórza Tara wyspą władali srodzy i potężni Najwyżsi Królowie.

Początkiem opowieści są losy dwojga kochanków, Conalla z arystokratycznego rodu i olśniewającej Deirdre. W ich historii pobrzmiewa echo pradawnej celtyckiej legendy o Cuchulainnie.

Rutherfurd zabiera stąd czytelnika w fascynującą podróż przez stulecia. Misternie splecione losy kolejnych pokoleń bohaterów – druidów i wodzów plemiennych, mnichów i przemytników, kupców i najemników, szlachty, buntowników i zwyczajnych tchórzy – rozgrywają się na wielobarwnej scenie, jaką są dzieje największego irlandzkiego miasta.

 
Edward Rutherfurd
Dublin
Przekład: Elżbieta Smoleńska
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 28 listopada 2018
 
 

Dublin


PRZEDMOWA

Ta książka jest przede wszystkim powieścią. Jej zmyśleni bohaterowie mieszają się z autentycznymi postaciami, a rozwijane przez kolejne stulecia dzieje rodów są fikcją literacką, choć osadziłem je na tle wydarzeń, które były albo mogły być prawdziwe. Kontekst historyczny, w takim stopniu, w jakim jest znany, opisałem wiernie; kiedy zaś pojawiały się wątpliwości interpretacyjne, starałem się poświęcić im nieco rozważań albo przedstawiałem wyważone opinie wybitnych współczesnych uczonych. Żeby podtrzymać tok opowieści, musiałem w kilku miejscach dokonać pewnych uproszczeń w relacjonowaniu złożonych wydarzeń, jednak takich zabiegów jest niewiele i nie zniekształcają one prawdy historycznej.
W ostatnich dziesięcioleciach historia Dublina i w ogóle Irlandii cieszy się dużym zainteresowaniem, co należy uznać za pomyślną okoliczność. Prowadząc rozległe badania, które towarzyszyły pracy nad książką, miałem zaszczyt poznać najwybitniejszych irlandzkich uczonych. Wszyscy oni hojnie dzielili się ze mną swoją wiedzą i poprawiali mój rękopis. Ich wkład w gotowe dzieło przedstawiam w Podziękowaniach. Liczne prace akademickie z ostatniego ćwierćwiecza pozwoliły na nowo ocenić pewne aspekty irlandzkiej historii, dlatego wielu czytelnikom moja opowieść może niekiedy wydać się zaskakująca. Tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej na ten temat, odsyłam do Posłowia, gdzie przedstawiłem kilka dodatkowych uwag.
W całej powieści irlandzkie nazwiska, nazwy miejscowości oraz terminy techniczne występują w najprostszych, najbardziej znanych wersjach. W książkach publikowanych obecnie w Irlandii używa się znaków akcentowych, tak zwanych fada wskazujących przedłużone samogłoski, oraz innych oznaczeń ułatwiających właściwą wymowę, ale dla sporego grona czytelników, zwłaszcza spoza Irlandii, znaki te mogą być mylące, dlatego zrezygnowałem z ich używania. Na końcu książki zamieściłem jednak „Zasady wymowy”, które rozwieją zapewne część wątpliwości.

PROLOG

Szmaragdowe słońce

Działo się to dawno, dawno temu. Jeszcze przed przybyciem Patryka. I przed przybyciem plemion celtyckich. Zanim pojawił się język gaelicki. Działo się to w epoce irlandzkich bogów, po których nie zostały nawet imiona.
O tamtym okresie niewiele da się powiedzieć na pewno, ale jakieś fakty można ustalić. Pomagają w tym świadectwa ukryte w ziemi i na jej powierzchni. I możemy się odwołać do wyobraźni, tak jak robili to wszyscy ludzie, odkąd zaczęto opowiadać baśnie.
W tych pradawnych czasach, w pewien zimowy poranek, miało miejsce małe zdarzenie. Tyle wiemy. Powtarzało się wiele razy, przez kolejne lata i – jak się wydaje – przez kolejne stulecia.

* * *

Świt. Zimowe niebo było już czystym, bladym błękitem. Niedługo z morza miało się wyłonić słońce. Na wschodnim wybrzeżu wyspy widać było złotą poświatę.
Tego dnia wypadało zimowe przesilenie, najkrótszy dzień w roku. Nawet jeśli w owych czasach na wyspie istniała rachuba lat, to nie znamy jej miary.
Mowa o jednej z dwóch wysp leżących nieco na zachód od europejskiego kontynentu. Wiele tysięcy lat wcześniej obie trwały w długim, białym uśpieniu epoki lodowcowej, a łączyła je skalista grobla biegnąca z północno-wschodniego krańca mniejszej, odsuniętej bardziej na zachód wyspy aż do górnej części jej sąsiadki. A tę łączył na południu z kontynentem kredowy most. Jednak pod koniec epoki lodowcowej wody z topniejącej Arktyki zaczęły spływać na południe i zalały kamienną groblę, a potem przedarły się przez kredową barierę – w ten sposób powstały dwie wyspy.
Dzielące je odległości nie były duże. Zatopiona grobla pomiędzy zachodnią wyspą, która pewnego dnia zostanie nazwana Irlandią, a brytyjskim przylądkiem, znanym dziś jako Mull of Kintyre, miała zaledwie kilkanaście kilometrów. Dystans zaś między białymi klifami południowo-wschodniej Anglii a kontynentem wynosił trzydzieści dwa kilometry.
Należałoby się więc spodziewać, że obie wyspy będą do siebie bardzo podobne. I w pewnym sensie to prawda. Ale były też między nimi subtelne różnice. Bo gdy rozdzieliło je morze, dopiero wydobywały się z arktycznego snu. Dopiero zaczynały je zasiedlać rośliny i zwierzęta z cieplejszych południowych obszarów. I kiedy kamienna grobla zniknęła, część gatunków, którym udało się opanować południe większej, wschodniej wyspy, nie zdołała przeprawić się na zachód. I dlatego na obu wyspach występują powszechnie dęby, jesiony i leszczyna, ale w Irlandii nie spotka się jemioły porastającej brytyjskie dęby. Z tego samego powodu Brytania zmagała się z plagą węży i jadowitych żmij, a Irlandia była od nich wolna.
Zachodnią wyspę, nad którą lada chwila miało wzejść słońce, pokrywały gęste lasy przetykane bagnami. Tu i ówdzie wznosiły się piękne górskie pasma. Płynęły tu też liczne rzeki pełne łososi i innych ryb, a największa z nich wiła się w sercu wyspy przez labirynt jezior i na koniec wpadała na zachodzie do Atlantyku. Ale pierwszym przybyszom dwie inne rzeczy rzucały się w oczy.
Pierwszą było bogactwo natury. Tu i tam, na leśnych polanach albo na otwartych górskich zboczach, wyrastały nagie skały, wypchnięte z trzewi ziemi i świecące magicznym kwarcowym blaskiem. W niektórych migotliwych głazach pojawiały się głębiej żyły złota. W rezultacie w pewnych częściach wyspy, gdzie skały występowały gęściej, rzeki dosłownie spływały złotym piaskiem i grudkami kruszcu.
Drugą było piękno natury. Czy to za sprawą dużej wilgotności wiatrów znad Atlantyku, czy łagodnego ciepła Golfstromu, czy też w efekcie splotu tych i innych przyczyn – w każdym razie roślinność na wyspie miała niezwykły, niespotykany nigdzie indziej szmaragdowy kolor. I zapewne z tego pradawnego połączenia szmaragdowej zieleni i płynącego złota zrodziło się przekonanie, że zachodnią wyspę upodobały sobie magiczne duchy.
A kto zamieszkiwał szmaragdową wyspę? Imiona tych, którzy przybyli tu przed celtyckimi plemionami, pojawiają się tylko w legendach: potomkowie Cessair, Portholona, Nemeda1; Fir Bolg i Tuatha De Danaan2. Trudno jednak powiedzieć, czy byli to prawdziwi ludzie, bogowie, czy też może jedni i drudzy. Po zakończeniu epoki lodowcowej na Irlandii zamieszkali myśliwi. A potem rolnicy. To akurat jest pewne. Wyspiarze umieli wznosić kamienne budowle, kuli broń z brązu i wyrabiali piękną ceramikę. Handlowali też z kupcami przybywającymi z tak odległych krain jak Grecja.
Ale przede wszystkim wytwarzali ozdoby ze złota, którego na wyspie było w bród. Naszyjniki, bransoletki, kolczyki, kute dyski słoneczne – irlandzcy złotnicy nie mieli sobie równych w całej Europie. Zasługiwali na miano czarodziejów rzemiosła.

* * *

Lada chwila słońce wyłoni się nad horyzontem i rozwinie na morzu swój świetlisty złoty szlak.
Mniej więcej w połowie wschodniego wybrzeża wyspy, pomiędzy dwoma cyplami, leży piękna, szeroka zatoka. Z jej południowego cypla widać pasmo wzgórz, a wśród nich dwa niewielkie wulkaniczne stożki, które wznoszą się przy brzegu z takim wdziękiem, iż obserwator mógłby odnieść wrażenie, że nagle przeniósł się na ciepłe południe Włoch. Za drugim przylądkiem rozległa równina ciągnie się na północ aż do odległych gór wznoszących się poniżej zatopionej skalnej grobli. Na wybrzeżu wewnątrz zatoki, tam gdzie rzeka uchodzi do morza, przeważają moczary i piaski.
Ale oto słońce wyłania się zza horyzontu i powierzchnię morza rozświetla złoty błysk. Słonecznym promieniom mknącym nad północnym przylądkiem i dalej nad równiną odpowiada inny błysk, jakby gdzieś tam w oddali znajdował się wielki kosmiczny reflektor. Ten blask jest rzeczywiście czymś niezwykłym, bo wydobywa się z ogromnej konstrukcji, która jest dziełem człowieka.
Czterdzieści kilometrów na północ od zatoki płynie z zachodu na wschód inna rzeka, mijając po drodze doliny porośnięte bujną roślinnością, bo tak żyznej gleby jak tu nie ma w żadnym innym miejscu na świecie. Na łagodnym stoku północnego brzegu rzeki mieszkańcy wyspy wznieśli potężne budowle i największa z nich wysyła w niebo ten oślepiający blask.
Te budowle to olbrzymie porośnięte trawą kurhany. Ale nie bezkształtne, byle jak usypane kopce. Ich cylindryczny kształt, strome zbocza i szerokie, wypukłe dachy sugerują, że wspiera je przemyślana wewnętrzna konstrukcja. Podstawy kurhanów wyłożono wielkimi kamieniami, których ozdobą są bogate ornamenty: koła, zygzaki i dziwne, fantastyczne spirale. Ale najbardziej niezwykłe jest to, że całą fasadę skierowaną ku wschodzącemu słońcu pokrywa biały kwarc. I właśnie ta wielka, zakrzywiona kryształowa ściana mieni się, świeci i błyszczy, odbijając w niebo słoneczny żar.
Kto wzniósł te budowle nad rzeką, którą upodobały sobie łabędzie? Co do tego nie ma pewności. I jakie było przeznaczenie owych kurhanów? Wiadomo, że służyły władcom jako miejsce wiecznego spoczynku. Ale jacy książęta tam zostali złożeni, czy ich duchy były gniewne czy łagodne – tego możemy się jedynie domyślać. Wiemy tylko, że byli to pradawni przodkowie mieszkańców wyspy.
Kurhany były nie tylko grobowcami, pełniły też funkcję świątyń, w których o określonych porach roku przyjmowano tajemnicze boskie moce wszechświata, sprowadzające na ziemię kosmiczne życie. Z tego powodu przez całą noc, która właśnie dobiegła końca, drzwi do sanktuarium były otwarte.
Pośrodku świecącej kwarcowej fasady znajdowało się wąskie wejście z dwoma wielkimi głazami po bokach, za nim zaś ciągnął się wąski, nieco wyboisty, ale prosty korytarz, również wyłożony kamieniami, zakończony trójlistną wewnętrzną komnatą. Na stojących tam kamieniach, podobnie jak na tych w korytarzu i na zewnątrz, widniały liczne wzory, a wśród nich dziwna potrójna spirala. Wąski korytarz wytyczono tak precyzyjnie, że w dzień przesilenia zimowego promienie wyłaniającego się zza horyzontu słońca wpadały przez otwarte drzwi i docierały aż do wewnętrznej komnaty.
Słońce odłączyło się od wodnego horyzontu i świeciło już nad całą zatoką, nad wybrzeżem wyspy, nad zimowymi lasami i małymi polanami, skąpanymi nagle w złotej poświacie. Słoneczne promienie płynęły do kurhanu i wydawało się, że jarzący się kwarc, w którym odbijała się też okoliczna zieleń, sam zaczyna płonąć i świeci niczym drugie, szmaragdowe słońce.
Czy w tym zielonkawym blasku, gdy promienie słoneczne wdzierały się do serca kurhanu, było coś zimnego i przerażającego? Być może.
Ale oto teraz wydarzyła się rzecz niezwykła. Korytarz zbudowano tak przemyślnie, że gdy słońce się wznosiło, jego promienie, jakby rezygnując ze swojego zwyczajnego tempa, skradały się powoli niczym małe dziecko, krok za krokiem, i oświetlały kamienie łagodnym blaskiem. A gdy w końcu docierały do potrójnej komnaty, znów nabierały prędkości, zderzały się z głazami i tańczyły we wszystkie strony, wnosząc do zimowego grobowca ciepło i życie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dubh Linn

Anno Domini 430

I

Lughnasa. Pełnia lata. Niedługo przyjdą żniwa.
Deirdre stała przy ogrodzeniu, patrząc przed siebie. To powinien być radosny dzień, ale jej przyniósł jedynie udrękę. Bo ukochany ojciec i jednooki mężczyzna zamierzali ją sprzedać. A ona nic nie mogła zrobić.
W pierwszej chwili nie zauważyła Conalla.

* * *

Zgodnie ze zwyczajem mężczyźni jechali w wyścigu nago. To była pradawna tradycja. Już kilkaset lat temu Rzymianie wspominali, że celtyccy wojownicy, gardząc napierśnikami, chętnie przystępowali do bitwy nadzy. Wytatuowany, muskularny wojownik z nastroszonymi włosami i twarzą wykrzywioną w wojennym grymasie stanowił przerażający widok nawet dla wyćwiczonych rzymskich legionistów. Groźni Celtowie atakujący w rydwanach mieli czasem na sobie krótkie, powiewające na wietrze peleryny. W niektórych rejonach Cesarstwa Rzymskiego celtycka jazda nosiła bryczesy. Ale tu, na zachodniej wyspie, tradycyjna nagość zachowała się w uroczystych wyścigach, więc Conall miał na sobie jedynie ochronną przepaskę na biodra.
Wielkie święto Lughnasa obchodzono w Carmun raz na trzy lata. Samo Carmun było miejscem dziwnym i tajemniczym. W sercu krainy dzikich lasów i trzęsawisk niemal po horyzont ciągnął się rozległy, porośnięty trawą teren. Bo tu, nieco na zachód od punktu, w którym rzeka Liffey – gdyby podążać nią w górę – zakręcała na wschód ku swojemu źródłu w górach Wicklow, ziemia była płaska, nie licząc kilku kurhanów, w których pochowano pradawnych wodzów. Świąteczne obchody trwały tydzień. Wyznaczano wtedy miejsca na targowiska, na których sprzedawano żywność, bydło, a także piękną odzież, ale najważniejszy był ogromny tor wyścigowy wytyczony na gołej darni.
Wyglądał imponująco. Wokół stały obozowiska całych klanów, namioty i naprędce sklecone chatki. Zgromadzeni ubrani byli w jaskrawe szkarłatne, niebieskie albo zielone stroje. Mężczyźni mieli na szyjach piękne złote torq4, kobiety pyszniły się najrozmaitszymi ozdobami. Niektórzy z mężczyzn wyróżniali się tatuażami, inni nosili długie, rozpuszczone włosy i wąsy, a jeszcze inni usztywniali włosy gliną i stawiali je wysoko na sztorc jak przed bitwą. Tu i tam stały wspaniałe wojenne rydwany. Konie trzymano w zagrodach. Przy ogniskach bardowie śpiewali swoje pieśni. A niedawno pojawiła się grupa żonglerów i akrobatów. W letnim powietrzu rozchodziły się dźwięki harf, kościanych gwizdków i dud, wszędzie unosił się lekki dym, który mieszał się z zapachem pieczonego mięsa i miodowych placków. A tuż przy torze na ceremonialnym wzniesieniu czuwał nad wszystkim król Leinsteru.
Wyspa składała się z czterech części. Na północy leżały tereny pradawnych plemion Ulaid, kraj wojowników. Na zachodzie rozciągała się kraina magicznych jezior i dzikich wybrzeży – nazywano ją ziemią druidów. Południe zajmowała Muma, znana z muzyki. To tu, jak mówi legenda, synowie Mila po raz pierwszy spotkali boginię Eriu. I wreszcie na wschodzie leżały żyzne pola i pastwiska ludów Lagin. Podział ten istniał od niepamiętnych czasów i już na zawsze miał się zachować w nazwach geograficznych: Ulster, Connacht, Munster i Leinster.
Ale życie na wyspie nigdy nie zastygało w bezruchu. W ciągu ostatnich kilku pokoleń wśród pradawnych plemion zaszły istotne zmiany. Ludy zamieszkujące północną część wyspy – Leth Cuinn, czyli „połowa głowy”, jak ją nazywano – wszczęły walki, żeby przejąć władzę nad częścią południową, Leth Moga. Powstała nowa prowincja centralna Meath i teraz ludzie mówili, że wyspa składa się z pięciu, a nie czterech krain.
W każdej prowincji wódz najpotężniejszego klanu rządził jako król. Czasem zdarzało się, że jeden z takich władców obwoływał się Najwyższym Królem i żądał, by inni to uznali i składali mu daniny.