Bernard Minier kolejny raz nie zawodzi, w powieści “Siostry”serwując czytelnikom intrygę rodem z mrocznego snu.


Siostry„Przed ich oczami rozciągał się olbrzymi, bezmierny las…”

Maj 1993. Zwłoki dwóch sióstr zostają znalezione na brzegu Garonny. Dziewczyny, ubrane w pierwszokomunijne sukienki, siedziały naprzeciwko siebie przywiązane do drzew.

Młody Martin Servaz bierze udział w swoim pierwszym śledztwie. Szybko zwraca uwagę na Erika Langa, autora porywających, pełnych okrucieństwa kryminałów. Zamordowane siostry były fankami Langa, a jedna z jego najbardziej znanych książek nosi tytuł Panna w bieli. Śledztwo zostaje zakończone. Servaza prześladują jednak wątpliwości: czyżby pominęli jakiś istotny element?

Minęło dwadzieścia pięć lat od podwójnego morderstwa. W mroźną noc Erik Lang znajduje zwłoki swojej żony. Śledztwo prowadzi Martin Servaz. Dawne wątpliwości powracają i stają się obsesją komendanta, która nie daje mu spokoju, podobnie jak złowrogi list pisany czarnym atramentem…

***

Brutalne morderstwa, dręczące wątpliwości, obsesja, wspomnienia, które stają się koszmarem. Bernard Minier kolejny raz nie zawodzi i serwuje czytelnikom intrygę rodem z mrocznego snu, która wbija w fotel i nie pozwala odetchnąć.
Małgorzata Rogala

Bernard Minier urodził się w Béziers, a dorastał na południowym wschodzie Francji. Wydał dotąd pięć powieści: hitowy, także w Polsce, Bielszy odcień śmierci (Prix Polar za najlepszy kryminał roku 2011 we Francji), “Paskudna historia”, “Krąg”, “Nie gaś światła” oraz “Noc”.

Bernard Minier
Siostry
Przekład: Monika Szewc-Osiecka
Cykl o komendancie Martinie Servazie |5
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 15 stycznia 2019
 
 

Siostry


PRELUDIUM

(1988)

Siostry


 
Przed ich oczami roztaczał się olbrzymi, bezmierny las.
Była dwudziesta druga trzydzieści i łagodny czerwcowy wieczór niechętnie ustępował miejsca nocy. Która prawie już zapadła, ale nie całkiem. Jeszcze nie. Było coraz ciemniej, ale wciąż na tyle jasno, że w półmroku było widać delikatną mozaikę liści przypominającą wyblakłą tapetę, niematerialne białe plamki drobnych kwiatów rozrzucone w trawie niczym popcorn, blade dłonie sióstr i ich jasne, zlewające się z tłem sukienki, które falowały jak duchy. Pod drzewami za to było zbyt ciemno, by dało się zobaczyć cokolwiek. Spojrzały na siebie i uśmiechnęły się – ale ich młode serca, wygłodniałe i żarliwe, biły zdecydowanie zbyt szybko, zbyt mocno. Zanurzyły się między pnie dębów i kasztanowców, zeszły po łagodnym zboczu na porośnięty paprociami brzeg rzeki. Trzymały się za ręce. Nie czuły najlżejszego podmuchu powietrza, noc była doskonale nieruchoma, nawet liście nie szeleściły. Las wyglądał jak wymarły. W oddali, na granicy drzew, w jakimś gospodarstwie zaszczekał pies, potem drogą przemknął motocyklista, który zwolnił na zakręcie, by po chwili znów przyśpieszyć. Jedna z sióstr miała piętnaście lat, druga szesnaście, ale brano je za bliźniaczki. Identyczne długie włosy w kolorze mokrej słomy, pociągłe twarze, ogromne oczy, takie same wyrośnięte sylwetki. Niewątpliwie były ładne. Nawet piękne – na swój dziwny sposób. Tak, dziwny. W ich spojrzeniach, w ich głosach było coś, co zbijało z tropu. Włosy tej, która miała na imię Alice, musnął nietoperz i dziewczyna wydała z siebie stłumiony krzyk.
– Ciiii! – skarciła ją starsza siostra, Ambre.
– Nic nie mówiłam!
– Krzyknęłaś.
– Nie krzyknęłam!
– Nieprawda, krzyknęłaś! Boisz się?
– Nie!
– Kłamstwo… Jasne, że się boisz, siostrzyczko.
– Mówię ci, że się nie boję! – zaoponowała młodsza, wysilając się, by jej dziecinny głos brzmiał zdecydowanie. – Po prostu byłam zaskoczona.
– A powinnaś, bo ten las jest niebezpieczny. Tak jak wszystkie lasy – oświadczyła Ambre.
– To co tutaj robimy? – odparowała Alice wyzywającym tonem, rozglądając się dookoła.
– Nie chcesz go zobaczyć?
– Oczywiście, że chcę. Ale serio myślisz, że przyjdzie?
– Obiecał – odparła Ambre z poważną miną.
– Mężczyźni składają obietnice i zapominają ich dotrzymać.
Ambre zachichotała.
– Co ty w twoim wieku możesz wiedzieć o mężczyznach?
– Wystarczająco dużo.
– Ach tak?
– Wiem, że tata zdradza mamę.
– Przecież sama ci o tym powiedziałam!
– Wiem, że Thomas się masturbuje.
– Thomas nie jest mężczyzną, to dzieciak.
– Ma osiemnaście lat!
– No i?
Szły przez cichy las, oddając się słownym gierkom: praktykowały je od dzieciństwa, odkąd tylko sięgały pamięcią. Za dnia łatwiej byłoby dostrzec to, co je różniło: wypukłe czoło Alice, jej zaciętą minę, na wpół jeszcze dziecinne rysy i olśniewającą urodę Ambre, jej rozkwitające, przyciągające spojrzenia kobiece już ciało, bardziej zdecydowane i wyraziste rysy twarzy.
– Dlaczego miałby przyjść? – zapytała młodsza. – Ma nas za głupie idiotki.
– Mylisz się – odparła Ambre, dotknięta do żywego, gdy obchodziły powalony dąb leżący wśród wiciokrzewów. Jego oblepione ziemią korzenie wyciągały się do gwiazd. Przypominały palce. Solidne drzewo, które przegrało ze słabszym od siebie – wiatrem albo szkodnikiem. Tak jest zawsze: silni w końcu zostają pokonani przez słabych. – Bierze nas za kogoś innego – oświadczyła. Miała ochotę dodać: w każdym razie mnie, bo ty oczywiście jesteś tylko dzieckiem, ale się powstrzymała.
– Ach tak? Kim w takim razie dla niego jesteśmy? – Alice była zaciekawiona, więc jej głos był odrobinę ostrzejszy.
– Dwiema inteligentnymi dziewczynami, najinteligentniejszymi, jakie spotkał w życiu.
– To wszystko?
– No nie…
– To kim jeszcze? – Znowu ten pełen wyczekiwania ton.
Ambre przystanęła, odwróciła się do siostry i obdarzyła ją żywszym spojrzeniem. Miała rozszerzone źrenice i jej oczy wyglądały na ciemniejsze.
– Popatrz na mnie, siostrzyczko.
Alice zmierzyła ją wzrokiem.
– Patrzę – powiedziała. – I przestań do mnie mówić: siostrzyczko. Jesteś tylko o rok starsza.
– Co widzisz?
– Szesnastoletnią dziewczynę w tandetnej białej sukience – zakpiła.
– Patrz na mnie.
– No przecież patrzę!
– Ale nic nie widzisz!
Ambre rozpięła guzik sukienki.
– Cycki – odpowiedziała już wolniej Alice.
– Tak.
– Kobiece ciało.
– Tak.
– Niezłą laskę.
– Tak. I co jeszcze?
– Nie wiem.
– Pomyśl!
– Nie wiem!
– Kim my dla niego jesteśmy? – Ambre pomogła siostrze, wskazując na książkę, którą trzymała w prawej ręce.
– Fankami – odpowiedziała błyskawicznie Alice głosem drżącym z emocji.
– Otóż to, fankami. On uwielbia fanów. Zwłaszcza takich z piersiami i cipką.
Ruszyły dalej. Pod ich stopami trzasnęła sucha gałązka.
– A nie jesteśmy dla niego za smarkate? Przecież on ma trzydzieści lat.
– I o to chodzi.
Weszły między młode drzewa. Zza liści dostrzegły zarys gołębnika, jego cień na środku polany. Księżyc oświetlał okrągłe dachówki i biały mur – budowla przywodziła na myśl wieżę strażniczą.
– Dwie bardzo ładne młode dziewczyny. Tylko my i on, w nocy. Dziewczyny, które go uwielbiają, czczą go. To właśnie widzi. I dlatego przyjdzie.
– Uważa, że jest silny, przystojny, inteligentny, fajny – zawtórowała jej jak echo Alice.
Ambre odsunęła ostatnią gałąź. Patrzyły teraz prosto na gołębnik.
– Tak. Ale my jesteśmy od niego inteligentniejsze, prawda, siostrzyczko?

Obserwował je zza krzaków. Krążyły po polanie, coraz bardziej nerwowe. Zaczęły się kłócić. Jeszcze chwila, a pękną i odejdą. Oblizał wargi koniuszkiem języka, potem włożył go w dziurawą prawą górną ósemkę, która rwała go w nocy, gdy leżał w łóżku, i skrzywił się. Próchnica… Ale na widok dziewcząt w sukienkach komunijnych znowu się uśmiechnął. Przegonił latające nad głową ćmy i wstał.

– Ambre, chodźmy stąd. On nie przyjdzie. Jesteśmy tu same… w tym lesie.
Usłyszawszy własne słowa wypowiedziane na głos, Alice poczuła niepokój. Były to słowa z gatunku tych, których spełnienia wolałoby się nie oglądać. O takich rzeczach człowiek nie chce nawet śnić.
– Boisz się – stwierdziła Ambre.
– Tak, boję się. No i?
Miała ochotę powiedzieć siostrze o swoich obawach: a jeśli w tym lesie ukrył się ktoś inny? A jeśli on naprawdę zapomniał przyjść? A jeśli kręcą się tu jakieś niebezpieczne zwierzęta? Wiedziały, że największymi zwierzętami, jakie tu spotykano, były dziki, lisy i sarny. W koronach drzew żyło też kilka krogulców, dzięcioły średnie i jedna sowa uszata. Całkiem blisko rozległo się jej pohukiwanie: niskie „hu-hu” – samiec z uroczystą intonacją, jak na rejenta lasów przystało. Może siedzi w gołębniku. Odpowiedziały mu trzy piśnięcia puszczyka, który zdawał się kpić z jego sowiego majestatu.
W lesie było też mnóstwo stawów i strumyków. W łagodną czerwcową noc żaby i rzekotki miały w nich prawdziwe używanie.
– Naprawdę sądziłaś, że on przyjdzie?
– Bo przyjdzie.
W głosie starszej siostry zaczynały pobrzmiewać nuty zniecierpliwienia, ale także zwątpienia. Młodsza to dostrzegła.
– Jeszcze pięć minut i wracam – oświadczyła.
– Jak chcesz.
– A ty zostaniesz tu sama.
Tym razem nie doczekała się odpowiedzi.
Nagle w pobliskiej kępie samosiejek rozległ się głośny szmer – jakby pod wpływem wiatru, ale wiatru nie było – i siostry zadrżały. Odwróciły się w stronę, z której dochodził dźwięk.
Mężczyzna wyłonił się spomiędzy krzaków. Odsunął gałąź, która zaszeleściła, i wolno ruszył ku nim, ubrany w garnitur z białej wełny, zupełnie nieodpowiedni do przedzierania się wśród zarośli.
– Śledziłeś nas? – rzuciła Ambre.
– Obserwowałem… Przyszłyście. To dobrze. – Dokładnie przyjrzał się jednej, potem drugiej. – Nie całkiem komunijne te sukienki – powiedział, uśmiechając się.
– Najbardziej podobne, jakie udało się nam znaleźć – odparła Alice.
Był pełen uznania.
– Jesteście cudowne. Jestem naprawdę poruszony tym, że przyszłyście. I waszą… atencją.
Wziął je za ręce.
– Jesteśmy twoimi największymi fankami – wyznała z prostotą Ambre, pokazując mu książkę i ściskając jego ciepłą dłoń.
– Największymi – zawtórowała jej z przekonaniem Alice i uścisnęła drugą rękę mężczyzny.
Mówiły prawdę. Zaczęły czytać jego książki w wieku dwunastu lat – powieści dla dorosłych pełne przemocy niemal nie do zniesienia, szokujących i odstręczających scen, morderstw i tortur. Podobało im się, że winowajcom często uchodziło na sucho, a ofiary nigdy nie były całkiem niewinne. Nade wszystko zaś to, że w jego książkach panowała dekadencka atmosfera, a bohaterami rządziły niezdrowe instynkty, brudne motywacje i niezwykle inspirujące perwersje. I oczywiście był w nich seks.
– Wiem – przyznał.
Wyglądał na wzruszonego, jego oczy o długich, czarnych rzęsach były wilgotne. Nie był szczególnie przystojny, ale miał regularne rysy, a w jego spojrzeniu wciąż gościła jakaś żarłoczność – niektórzy mogli ją uznać za urzekającą.
Nagle zerwał się wiatr i w górze, w koronach najwyższych drzew rozległ się potężny szum. Zobaczył, że siostry zadrżały, i uśmiechnął się szerzej.
– „Czy panienki boją się lasu?” – wyrecytował. To był cytat: Źródło Bergmana. Pokiwał głową, zmarszczył brwi i udał, że rozgląda się dookoła. – To miejsce jest takie ciche i odludne.
– Dlaczego miałybyśmy się bać? Przecież jesteśmy z tobą – odparowała Ambre.
– To prawda – powiedział.
– A ty jesteś z nami – mówiła dalej. – Co robisz w lesie tak późno z dwiema szesnastolatkami?
– Piętnasto – uściśliła Alice. Zabrzmiało to jak oskarżenie.
– Nic złego, nie? – zakpił mężczyzna.
Przyjrzał im się uważnie. Tym razem się nie zgrywał. Najwyraźniej zastanawiał się, gdzie jest haczyk. Potoczył wzrokiem po okolicy.
– Ktoś za wami szedł?
– Nikt.
– Jesteście tego pewne?
Ambre uśmiechnęła się do niego bezceremonialnie i nagle zaczęła sobie z niego drwić:
– Spójrz na siebie. Mężczyzna, który w swoich książkach opowiada o najokrutniejszych zbrodniach, pisarz słynący z krwawych scen boi się dwóch nastolatek.
– Ja się nie boję – zaoponował uprzejmie.
– Ale jesteś zaniepokojony.
– Nie zaniepokojony. Ostrożny.
– Wszyscy jakoś nazywamy swoje emocje, ale emocje pozostają emocjami. Jak ci się udało napisać takie straszne i fascynujące książki? – zapytała starsza z sióstr, patrząc mu w oczy. – Jak zdołałeś stworzyć tak cudownie trujące strony. Wyglądasz tak… normalnie.
Jej głos był teraz mroczny – jak las. Okoliczni mieszkańcy musieli wyczuć panujące napięcie, ponieważ nocne ptaki na pobliskich drzewach nagle zaczęły się nawoływać. Gdzieś zaryczał jeleń, a może to był kozioł – pisarz się na tym nie znał. Kępa drzew się poruszyła, jakby cały las nagle się budził i zwierzęta, niczym orkiestra strojąca instrumenty przed koncertem, zaczęły się przygotowywać do nocnej symfonii.
– Nigdy nie miałeś ochoty wprowadzić swoich pomysłów w życie? – zapytała Ambre.
– Jak to?
– No tych wszystkich morderstw, tortur, gwałtów…
Popatrzył na nią zbity z tropu.
– Żartujesz, prawda?
Przyjrzał się uważnie jej minie. Nie żartowała.
– Nie masz pojęcia, jak twoje książki na nas działają – dodała.
Wpatrywał się w nią. Podeszła jeszcze bliżej.
– Nie zapominaj, że jesteśmy twoimi największymi fankami – wyszeptała i poczuł w uchu pieszczotę jej ciepłego oddechu. – Możesz nas poprosić o wszystko.
Jej ton i bliskość sprawiły, że dostał gęsiej skórki na karku. Dziewczyna się odsunęła i z satysfakcją zauważyła, że jego oczy stają się czarne, tą czernią, którą widziała w tylu innych spojrzeniach. Wyczuła jego wewnętrzny zamęt. Lubiła doprowadzać mężczyzn do takiego stanu. Jak łatwo nimi manipulować. Była tym prawie zawiedziona. Wcale nie trzeba być piękną ani szczególnie inteligentną. Wystarczy po prostu dać im to, czego chcą – ale nie za szybko. I nie za często.
– To jak? – zapytała.
Mimo panujących ciemności zauważyła, że się zarumienił. Spojrzał na nie. Na jego twarzy malował się szeroki uśmiech, a jego oczy lśniły pożądaniem i okrucieństwem.
– Niedobre dziewczynki – powiedział.