“Uwięzieni w raju” to prawdziwa historia żydowskich muzyków skazanych przez hitlerowców na zagładę w pokazowym obozie koncentracyjnym Theresienstadt.


Uwięzieni w rajuOparta na faktach opowieść o walce sztuki z barbarzyństwem, o cierpieniu i sposobach na jego przezwyciężenie. Xavier Güell składa w swojej książce przepiękny hołd muzyce, która wykracza poza zwykłą ludzką wrażliwość.

To również głęboka i pełna pasji historia o przeżywaniu miłości tak, jakby nie było jutra.

Praga, 10 sierpnia 1942 roku. Hans Krasa, czeski kompozytor i dyrygent pochodzenia żydowskiego, zostaje aresztowany przez SS i deportowany do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt. Ma 42 lata. Razem z nim trafiają do obozu inni kompozytorzy, tacy jak Gideon Klein, Pavel Haas czy Viktor Ullmann, oraz wielu muzyków i śpiewaków. Nazistowskie władze z Adolfem Eichmannem na czele chcą uczynić z Theresienstadt wzorcowy obóz, za pomocą którego mogłyby pokazać światu, że Żydzi nie są mordowani – wręcz przeciwnie, pozwala im się na prowadzenie ożywionego życia kulturalnego oraz tworzenie i wykonywanie muzyki na najwyższym poziomie.

Hans Krasa i pozostali muzycy nie mają złudzeń co do czekającego ich losu, ale by przeżyć, podejmują diaboliczną grę z nazistami. Muzyka staje się jedynym sposobem na uniknięcie transportu do obozu zagłady w Auschwitz i wzmocnienie więzi pomiędzy tymi, którzy nie mogą zmienić swojego przeznaczenia. W powieści pojawia się jeszcze jedna bohaterka: arystokratka Elizabeth von Leuenberg, jedna z najbardziej cenionych w Rzeszy specjalistek w zakresie genetyki…

Xavier Güell
Uwięzieni w raju
Przekład: Katarzyna Kozioł-Galvis
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 14 listopada 2018
 
 

Uwięzieni w raju


1

Koła pociągu toczą się z piskiem, aż w końcu zatrzymują się z gwałtownym szarpnięciem.
– Co się stało? – pyta człowiek o pokrytej bruzdami, częściowo zasłoniętej bandażem twarzy, który obudził się przerażony.
– Nie wiem – inny mężczyzna, o niebieskich oczach, odpowiada mu spokojnie i cicho, tak jakby rozmawiał z kimś odległym i niewidzialnym.
Wzdychają. W pobliżu słychać jęczenie starca.
– Gdzie jesteśmy? – pyta ponownie ten pierwszy.
– Chyba przy granicy z Polską, ale nie jestem pewien.
– Która może być godzina?
– Nie mam pojęcia. Nadal jest ciemno. Spróbuję zobaczyć, o co chodzi.
I przepychając się, próbuje przejść do jedynego okienka w wagonie. Jakiś otyły człowiek, przygarbiony niczym kura wydziobująca ziarna, krzyczy z wściekłością:
– Proszę uważać, na Boga!
– Przepraszam, chciałem tylko zobaczyć, co się dzieje – odpowiada mu spokojnie mężczyzna.
W głębi wagonu rozlega się krzyk. Jest to krzyk pełen lęku, który przyprawia pozostałych o gęsią skórkę. Takie krzyki są długie: najpierw słabe, niedosłyszalne, potem stopniowo przybierają na sile, aż zamieniają się w skowyt duszy spowodowany niekontrolowanym lękiem przed wyczuwaną już, nadchodzącą śmiercią. Do tego pierwszego krzyku dołączają kolejne, identyczne, które niosą się, wypełniając całą przestrzeń.
Spokojny mężczyzna dotarł już do lufcika i dostrzega znajomo wyglądający krajobraz. Są na stacji w Náchodzie, tuż przy granicy z Polską. Kilku żołnierzy SS prowadzi grupę więźniów. Oświetlają ich latarkami. Pada śnieg. Piękny czerwonawy księżyc rozświeca płatki, które opadają niczym krople krwi na pokonane głowy deportowanych. Ryki żołnierzy mieszają się z dobywającym się ze środka skowytem. Ta skomponowana wyłącznie z krzyków symfonia odzwierciedla uniwersalny ból. Drugie oblicze Dziewiątej Symfonii Beethovena. Hymn ku czci zniszczenia, grozy, barbarzyństwa, które od niepamiętnych czasów zalewają udręczoną ziemię i udowadniają, że człowiek zawsze był drugiemu człowiekowi wilkiem. „Wyniszczcie się, miliony istnień! To pocałunek śmierci dla całego świata! Nieszczęśni wrogowie, ponad gwieździstym sklepieniem mieszka kochający ojciec. I choćbyście go szukali ponad gwiazdami, nigdy go nie znajdziecie”.
Spokojny mężczyzna wraca na swoje miejsce. Otyły człowiek, który wcześniej go wyklinał, teraz go obejmuje. Widzi, jak jego towarzysz próbuje uspokoić chłopca, który do niego podszedł. Pyta go o imię.
– Mam na imię Merkel. Zgubiłem starszego brata, pewnie jest w innym wagonie. Macie trochę wody?
Dają mu resztkę tego, co zostało w bukłaku. Potem przestraszony chłopiec pyta, dlaczego się zatrzymali.
– Jesteśmy na stacji w Náchodzie, tuż przed granicą – odpowiada mu spokojny mężczyzna niskim, wchodzącym w baryton głosem. – Na zewnątrz są inni więźniowie. Wprowadzą ich do pociągu. Trzymaj się nas. Zaopiekujemy się tobą.
– Zaraz się posikam, nie wytrzymam już – mówi nieco zawstydzony chłopiec.
– Skorzystaj z bukłaka – proponuje mu człowiek z bandażem. – Jest pusty. I tak nie będziemy mogli pić, dopóki nie dojedziemy.
Chłopiec przystawia więc do niego swojego małego członka i oddaje mocz. Drzwi się otwierają. Przerażona wyciem spora grupa więźniów próbuje wsiąść. Żołnierze popychają ich kolbami karabinów.
Z wnętrza wagonu widzą, jak strzelają do jednego, który stawia opór. Pada martwy na miejscu. Odsuwają go. Jakiś żołnierz wchodzi i rozkazuje wszystkim, żeby przycisnęli się do tylnej ściany. To niemożliwe, nie ma miejsca. Żołnierz wyciąga pistolet i strzela na oślep. Jakieś dziecko osuwa się na ręce swego ojca. Ten kładzie się na ziemi przy ciele martwego syna i prosi, by zabić też jego. Żołnierz spełnia tę prośbę. A potem wywleka oba ciała, aż wypadają bezwładnie na pokryty śniegiem peron. Wszyscy z nadludzkim wysiłkiem dociskają się do tylnej ściany wagonu. Mieści się w nim ponad trzydziestu nowych więźniów. Z zewnątrz słychać głos, który mówi:
– Wystarczy. Sprawdźmy, czy w drugim wagonie jest więcej miejsca.
Drzwi zamykają się od drugiej strony. Dwóch przyjaciół i chłopiec stoją przyklejeni do siebie. Milczą, oddychając z trudnością. Ich oddechy łączą się w jeden. Pociąg nadal stoi. To jest nie do wytrzymania. Umrą tu wszyscy przytuleni do siebie.
W sumie – myśli spokojny mężczyzna – umrzeć przytulonym do drugiego człowieka to piękny sposób na śmierć.
– Prawie nie mamy powietrza – wtrąca mężczyzna z bandażem. – Trzeba rozbić szybę w oknie.
– Nie ma jak się tam dostać. Nie można się ruszyć.
Krzyczą do ściskającej się przy oknie grupki:
– Wybijcie szybę! Potrzebujemy powietrza! Wybijcie ją! Wybijcie!…
Pomimo ogólnego hałasu chyba ich zrozumieli. Mężczyzna o cygańskim wyglądzie ściąga koszulę, owija ją wokół dłoni i mocno uderza. Szkło rozbija się i powiew mroźnego, ożywczego powietrza wpada do wagonu. Wciągają je łapczywie, jakby robili to po raz ostatni w życiu. Powszechna wrzawa zamiera w jednej chwili. Wszyscy skupiają się na oddychaniu. Tylko na oddychaniu. Wdychają, wypełniając płuca powietrzem, zatrzymują je w środku, delektując się nim, a następnie wypuszczają krótkimi wydechami. Nagle czują, jak życie znów wkrada się do ich ciał. To powiew nowego życia, które po raz kolejny daje im szansę.
Pociąg nadal stoi. Chłopiec chce coś powiedzieć. Człowiek z bandażem ucisza go energicznym gestem.

2

Otto Zucker, wiceprzewodniczący żydowskiej Rady Starszych obozu koncentracyjnego Theresienstadt, był człowiekiem o wytwornych manierach i inteligentnym spojrzeniu, które wzbudzało we wszystkich zaufanie i spokój. Architekt, inżynier, wybitny muzyk, cechował się niezwykłą pracowitością oraz wyjątkową siłą woli. Nieprzeciętnie odważny, z wielką determinacją stawiał czoła każdemu, nawet największemu problemowi. Mówiło się o nim, że był jedynym Żydem, którego cenił protektor Czech i Moraw, Reinhard Heydrich. Poznali się w drezdeńskiej akademii muzycznej, gdzie obaj byli znakomitymi skrzypkami. I gdyby wojna nie stanęła im na drodze, pewnie nadal utrzymywaliby tę znajomość, w której silny charakter Zuckera dominował nad powierzchowną próżnością Heydricha. Wojna rozdzieliła ich bezpowrotnie, jednak wciąż istniała między nimi swoista zależność z rodzaju tych, które cementować może jedynie pielęgnowana w czasach młodości przyjaźń. Kiedy Zucker został schwytany i skazany na śmierć jako główny organizator ruchu oporu w Pradze, szybka interwencja Heydricha ocaliła go od niechybnej egzekucji. Kara śmierci została zamieniona na przymusowe prace w jednym z obozów koncentracyjnych na Śląsku, gdzie nie przebywał długo – po raz kolejny dzięki swojemu przyjacielowi, który wyciągnął go stamtąd, by skierować go do getta w Pradze. Ku zaskoczeniu swoich podwładnych Heydrich pozwolił, by niestrudzony Zucker powrócił w getcie do dawnej aktywności i znacząco polepszył warunki bytowe jego mieszkańców. Naziści wiedzieli o jego stosunkach z „szefem” i pod żadnym pozorem nie odważyli się go tknąć. Śmierć Heydricha znacząco zmniejszyła wpływy Zuckera. Po raz kolejny był bliski rozstrzelania, lecz Adolf Eichmann, smutny i wiecznie posłuszny urzędnik zawdzięczający władzę Heydrichowi, w hołdzie swojemu nieodżałowanemu zwierzchnikowi wysłał Zuckera do Theresienstadt i mianował go wiceprzewodniczącym tamtejszej Rady.
Mimo niskiego wzrostu proporcjonalna budowa ciała i mocne rysy twarzy sprawiały, że od Zuckera emanował autorytet. Niebieskie świdrujące oczy patrzyły zawsze przed siebie i rozbrajały jego rozmówców. Miał również małe, zwinne i bardzo ekspresywne ręce, idealne do gry na skrzypcach. Jego orli nos odznaczał się na pięknej bladej twarzy o delikatnych ustach, które wzbudzały sympatię zawsze, gdy się uśmiechał. Ale tym, co tak naprawdę zwracało w nim uwagę i dominowało ponad wszystkim innym, był głos. Ciepły, dźwięczny, z szerokim rejestrem delikatnych i żywiołowych tonów, którymi posługiwał się perfekcyjnie, sprawiając, że słuchający go natychmiast poddawali się jego woli. Był również zagorzałym czytelnikiem, znawcą literatury światowej i cenionym specjalistą w dziedzinie twórczości pisarzy rosyjskich, szczególnie Dostojewskiego i Tołstoja. W czasie gdy był wiceprzewodniczącym Rady, zgromadzenia, podczas których czytał Braci Karamazow oraz Wojnę i pokój, gromadziły liczną publikę.
Maleńki pokoik służący Zuckerowi za gabinet znajdował się w budynku B-V, położonym na południowym skraju obozu Theresienstadt. W tym samym bloku mieściły się również pomieszczenia przeznaczone dla przewodniczącego Jakuba Edelsteina oraz pozostałych członków Rady. W gabinecie panował wieczny nieporządek i sztuką było nie potknąć się o porozrzucane po ziemi pudełka, teczki czy papiery. Na dwóch zawalonych książkami regałach wyróżniały się opasłe, oprawione w czerwoną skórę tomy dzieł Kafki. Jedyne okno wychodziło na krematorium, otoczone przez okazałe lipy; przedsionek natury, która szczególnie wiosną i latem była zjawiskowa.

Kiedy dwaj więźniowie obozu, Viktor Ullmann i Hans Krása, weszli do jego gabinetu, Zucker zwrócił się do nich ze szczerym uśmiechem i swoim charakterystycznym głosem powiedział coś, czego mieli już nigdy nie zapomnieć:
– Czekałem na was, drodzy przyjaciele. Usiądźcie. Muszę wam powiedzieć coś bardzo ważnego… To niezwykle pilna kwestia, która z pewnością odmieni wątłą kondycję naszego obozu i pomoże nam lepiej znosić trud, z którym musimy się borykać.
Viktor i Hans usiedli na zdezelowanej szarej sofie i zamienili się w słuch. Zamyślony Zucker okrążył dwukrotnie pomieszczenie, po czym rzekł:
– Panowie, tak już dłużej być nie może. W Theresienstadt znajdują się setki artystów, których musimy chronić. Tak, to nasz obowiązek. – Wyraźnie podkreślił te ostatnie słowa. – Naszym obowiązkiem – powtórzył z emfazą – jest znaleźć sposób na złagodzenie tych koszmarnych warunków bytowych, w jakich się znajdują.
Zrobił pauzę. Viktor i Hans uważnie przysłuchiwali się jego słowom. Po chwili kontynuował:
– Są jeszcze dzieci. Trzeba koniecznie uratować dzieci, znaleźć dla nich jakieś wyjście. Rzekłbym, że to jedyne, co się liczy. My możemy cierpieć, ale one nie. Całymi dniami siedzą zamknięte w barakach, w okropnych warunkach sanitarnych, a dogląda ich nieliczny i niekompetentny personel żeński, który traktuje je z wyjątkową surowością. Nie pobierają żadnych nauk. Nie mogą się bawić. Nie pozwala się im na nic. Tak dłużej być nie może. W żadnym wypadku. – To ostatnie zdanie Zucker powiedział, jakby mówił do siebie, bardzo powoli, niemal niedosłyszalnie. Potem oznajmił energicznie: – Moi przyjaciele… pozwalam sobie tak was nazywać, ponieważ naprawdę uważam was za przyjaciół… wezwałem was tutaj, chcę bowiem, żebyście pomogli mi zawiązać komitet do spraw organizacji wydarzeń kulturalnych. Postanowiłem, że zamienię Theresienstadt w najważniejszy ośrodek artystyczny w naszej biednej i umęczonej Europie. My, Żydzi, pomimo okropnych okoliczności, w jakich się znajdujemy, musimy pokazać światu, że sztuka, kultura, a nade wszystko muzyka są jedynym sposobem, abyśmy się wyratowali przed barbarzyństwem i irracjonalnością. W obecnych okolicznościach nie mam możliwości złagodzić tych straszliwych cierpień, jakich doświadcza nasz lud, ale chcę znaleźć środek, który pozwoliłby, aby przynajmniej w Theresienstadt można było nieco poprawić panujące tu koszmarne warunki życia. Taki jest mój cel i aby go osiągnąć, postanowiłem ruszyć z projektem, który nazwę Freizeitgestaltung, „organizacja czasu wolnego”. Koncerty, konferencje, wystawy, przedstawienia teatralne, operowe…
Hans i Viktor popatrzyli na niego jak na kompletnego szaleńca. Wiceprzewodniczący to zauważył.
– Tak, tak, pewnie myślicie, że postradałem zmysły, ale, uwierzcie mi, tak nie jest. Mamy znakomity kapitał ludzki, którego nie znajdzie się nigdzie indziej. To wybitni artyści, którzy daliby sobie rękę uciąć za to, by pozwolono im wykonywać swój zawód. Sztuka, co sami jako znakomici muzycy bardzo dobrze wiecie, zresztą z tego powodu was tu wezwałem, jest formą życia, jest szczodrością i oddaniem się innym. Powołanie artystyczne jest najbardziej intensywne, silniejsze nawet od powołania religijnego. Prawdziwy artysta po prostu umiera, gdy zabrania mu się tworzyć. Dlatego też będziemy mogli liczyć na setki z nich, a każdy da z siebie wszystko, uczestnicząc w moim projekcie. Rozmawiałem już… nie myślcie, że jesteście pierwsi… z wieloma z nich i są gotowi na to, by bezwarunkowo oddać się w moje ręce i zrobić wszystko, by Freizeitgestaltung odniósł sukces.
Hans, który podczas całej przemowy Zuckera zdawał się spijać jego słowa jak nektar zwiastujący nagłą zmianę ich beznadziejnego położenia, odważył się mu przerwać:
– Doktorze, wydaje mi się, że to wspaniały pomysł, i może pan na nas liczyć, ale pozwolę się spytać… jak naziści mają zatwierdzić taki projekt? Naprawdę pan myśli, że da się ich przekonać? We wszystkich innych obozach, z naprawdę nielicznymi wyjątkami, jakakolwiek żydowska działalność artystyczna jest zabroniona. Co więcej, a wie to pan najlepiej z nas wszystkich, w praskim getcie mieliśmy spore kłopoty z jakąkolwiek pracą.
– Tak, już wiem, do czego pan zmierza – odpowiedział mu Zucker, jakby spodziewał się tego pytania. – Ale proszę, niechże pan pozwoli, bym to ja się tym zajął. – Zamilkł na kilka sekund, patrząc przy tym Hansowi w oczy z uśmiechem, który rozjaśnił jego twarz, po czym dodał: – Rozwiązanie tej kwestii będzie najtrudniejsze. Myślałem o tym dużo i chyba znalazłem sposób. Trzecia Rzesza potrzebuje poprawić swój wizerunek na arenie międzynarodowej. Zaczyna wychodzić na jaw prawda o tym, co dzieje się w obozach koncentracyjnych, choć na razie wszystko to pozostaje jeszcze w sferze plotek. Czerwony Krzyż i inne organizacje międzynarodowe uparcie wnoszą o rozpoznanie in situ sytuacji w obozach. Presja jest coraz większa. Naziści bardzo dobrze wiedzą, że gwałcą wszelkie ustalenia konwencji genewskiej dotyczące traktowania jeńców wojennych. Oczywiście nie ugną się wobec presji i za wszelką cenę będą próbowali zatuszować dowody na wszystkie popełniane przez siebie okropieństwa. Muszą więc znaleźć, jak ja to nazywam, przykrywkę. I chcę, aby tą przykrywką był Theresienstadt. Zobaczycie, że jeszcze na tym skorzystamy. Wszak są oni przedstawicielami kraju, który… jeśli nie liczyć starożytnej Grecji… jest największą ostoją kultury zachodniej. Nie zapominajcie, że Niemcy to ojczyzna Goethego i Beethovena, Bacha i Dürera, Kanta i Händla…
Viktor nie mógł się powstrzymać i chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Poruszyło go do głębi to, co powiedział Zucker. Natychmiast zdał sobie sprawę z jego ogromnej mocy przekonywania i z całej duszy zapragnął zrobić wszystko, aby pomóc mu w tym projekcie. W końcu udało mu się wydusić to, co go niepokoiło:
– Doktorze, ja też uważam, że pańska propozycja jest wspaniała. Może pan na mnie liczyć bez względu na wszystko. Chciałbym jednak spytać, jaki związek ma powstanie Freizeitgestaltung z koniecznością pomocy dzieciom? Moi synowie, Max i Pavel, też są tutaj ze swoją matką. Bardzo się o nich martwię. Odkąd tu przyjechaliśmy, widziałem ich zaledwie kilka razy, bo nie pozwalają mi ich odwiedzać. Proszę mi powiedzieć, co jedno z drugim ma wspólnego?
Na twarzy Zuckera dało się zauważyć zadowolenie z tak zadanego pytania. Podniósł się z fotela i odpowiedział gorliwie:
– To jest właśnie fundamentalna kwestia! To jest główny powód naszego spotkania! Muszę wyznać, że od samego początku wiedziałem, że zareagujecie żywiołowo na mój projekt. Na to właśnie liczyłem. Zresztą, jak już wam wspominałem, wszyscy, z którymi o tym rozmawiałem, są tak samo entuzjastyczni. Ale to was, drodzy moi, potrzebuję podwójnie, bo chcę, żebyście się maksymalnie skoncentrowali i poświęcili całą swoją energię na skomponowanie opery dla dzieci.
– Opery dla dzieci? – powtórzył zaskoczony Hans.
– Tak, opery skierowanej do dzieci, w której występować będą również dzieci. Takiej opery, która może być wystawiona w Theresienstadt i w której weźmie udział jak największa liczba dzieciaków między czwartym a piętnastym rokiem życia. To właśnie będzie najlepszy, jedyny sposób na uratowanie ich od sytuacji, w jakiej się znajdują. I słuchajcie mnie uważnie, bo to niezwykle istotne: opera ta nie może być łatwa w przygotowaniu. Im dłużej będą trwać próby, tym lepiej. Celem jest zajęcie dzieci na możliwie jak najdłuższy czas. Miejcie również na uwadze, że premiera musi koniecznie być wielkim sukcesem, który przyciągnie liczną, głównie dziecięcą widownię, co pozwoli na jak najwięcej przedstawień. W ten sposób będzie ona mogła wyjść poza bramy getta i sprawić, że usłyszy o niej cały kraj.